sobota, 26 sierpnia 2017

Dwadzieścia cztery

Karolinie,
z okazji (zaległych) urodzin 💝





-Zwykłe jeansy?-zapytałam niepewnie przeglądając się w lustrze sypialni Ann i Mario. Dzisiejszy wieczór miał być trochę chłodniejszy, dlatego też zdecydowałam się na pożyczenie długich spodni od Ann. Modelka posiadała bardzo długie nogi, także mimo tego, że była ode mnie niższa spodnie pasowały dobrze.
-Pewnie. Znamy z Mario to miejsce i uwierz, ze nie  musisz tam mieć balowej sukni.
-No dobra-powiedziałam widząc, że naprawdę leżą na mnie w porządku.
-Twój tyłek wygląda w nich nieziemsko!-powiedziała śmiejąc się i zaczęła mi szukać czegoś u siebie w szafie, żebym mogła założyć na moją nowo kupioną, czarną, koronkową bieliznę.
-I o to chodzi!


Ann buszowała w szafie prawie do niej wchodząc. Modelka mająca pełno ciuchów, a od godziny nieustannie szuka jednej, jedynej rzeczy, która będzie idealna.
-Skarbie. Oto czarna prześwitująca, lejąca koszula. –powiedziała dumnie dzierżąc niewiele zakrywające ubranie na wieszaku.
-I co, mam pójść ze stanikiem na wierzchu?-zaśmiałam się na wyobrażenie sobie mnie w tej bluzeczce, w eleganckiej restauracji.
-W sumie, to na wierzchu będzie bluzka.
-Ale widoczny stanik.
-Ale na wierzchu…
-Oj cicho, zakładaj, bo pójdziesz w samym staniku. Poza tym, stanika się uczepiłaś. Masz też tatuaż i super kolczyk. Są zbyt piękne żeby je zasłaniać!
Przewróciłam oczami i odebrałam wieszak od Ann. Założyłam na siebie koszulę i zapięłam guziki. Miałam to szczęście, że mimo długich paznokci spokojnie pokonałam rządek malutkich guziczków.
Ann pokiwała głową z dezaprobatą i podeszła do mnie żeby odpiąć guziki. Po dwóch pierwszych chciałam już się odsunąć, jednak ta była nieustępliwa i odpięła także trzeci. Marco dostanie zawału.

-Ja nie chcę zostać wdową tak szybko!-zaśmiałam się wychodząc z sypialni do salonu, gdzie przygotowałam sobie moje czarne szpilki, które kupiłam jeszcze z Yvonne i Ann przed moją nieudaną randką w kinie. Mario był na spacerze z Mase, więc miałyśmy całe mieszkanie dla siebie. Ann ustawiła już w salonie zestaw małego majsterkowicza, żeby moje oczy wyglądały na wielkie i wyłupiaste, czy coś w tym rodzaju. Zanim dołączyłam do niej, poszłam do mojej torebki, w której ukryłam mały liścik, który był ukryty w różach z poprzedniego wieczora. Nie chciałam go otwierać przy Ann wiedząc, że jeszcze zaczęłaby węszyć i wyolbrzymiać całą sprawę. Upewniając się, że jestem poza zasięgiem wzroku modelki otworzyłam kopertę.


„To róże świadczą o miłości.”


-Udław się, kocham stokrotki.-mruknęłam i skierowałam się do śmietnika w kuchni.


-Coś mówiłaś?-zapytała Ann spoglądając to na mnie to na kolejne paletki cieni.
-Myślę, że chciałabym dzisiaj trochę zaszaleć z makijażem. Widziałam w internecie takie śliczne, mieniące się czarno-srebrne cienie z drobinkami, które kończył matowy róż…
-No, no, Rose. Ostry zawodniku. –uśmiechnęła się szeroko i wyjęła potrzebne pudełeczka. –Ale wiesz co, zamiast różu beż. I będziesz miała jasnobrązowe usta. Matowe. Weźmiesz na wszelki wypadek do poprawki, ale nie powinny się zjeść.
-Wiesz, że ty jesteś niezawodna?-zaśmiałam się zajmując miejsce na skórzanym fotelu koło stolika na kawę, gdzie wszystko było rozstawione. –Bym powiedziała, że minęłaś się z powołaniem, ale nie.. Na modelkę też się nadajesz.
-Oj tam. Ty też powinnaś spróbować swoich sił.
-Z makijażem?
-Nie, modelingiem! Naprawdę, jesteś śliczniutka.
-Ach, przestań.
-Naucz się przyjmować komplementy.-skarciła mnie. Podniosła moją brodę delikatnie do góry i zaczęła nanosić pierwsze warstwy makijażu.
-Byłam inna. Trochę gdzieś zgubiłam tamtą Rose.
-Którą?-zapytała biorąc śmieszny rozczapierzony pędzelek do pudru.
-Kiedy byłam z Leo. Świat był wtedy taki malutki. Miałam oczywiście swoje problemy, konsekwencje niektórych czynów…-zatrzymałam się wiedząc, że wchodzę w niebezpieczną strefę. I dla siebie i dla Ann. Nie znosiłam tego rozpamiętywać, to zbyt bolało, nikt poza mną, moim ojcem, macochą i Leo nie będzie o tym wiedział. Kiedyś sobie o tym obiecałam. I będę się tego trzymać. Zbyt wiele mogłabym stracić.

-Ale świat nie jest malutki, Rose. Jest pełno wzlotów, upadków, niebezpieczeństw, uniesień… Mogłabym ci tak wymieniać.
-Ann, przecież ty żyjesz w wielkiej mydlanej bańce szczęścia. Masz kochającego faceta, jesteś znaną modelką, masz niesamowitą urodę…
-Wywalczyłam to, Rose. –westchnęła zaprzestając mojego makijażu i przysiadła na boku kanapy opierając się o moje uda. –Uwierz mi, w moim życiu miałam pełno wyrzeczeń. Zderzyłam się z krzywdzącymi opiniami. Wielu mówiło mi, że jestem za gruba, że powinnam schudnąć, że wyglądam jak wieloryb… Kiedyś w to uwierzyłam, zaczęłam się głodzić… -zatrzymała się by nabrać głęboki oddech. Czekałam aż coś powie. Na jej twarzy pojawił się mały uśmiech. –I pojawił się Mario. Pamiętam jak dzisiaj, podszedł do mnie i powiedział „Jesteś tak piękna, że zamówiłbym ci drinka”.
Roześmiałyśmy się obie. Ann wstała i wzięła moją dłoń w swoje.
-Nie wiedziałam, kim jest Mario. Byłam w tym zielona jak ty. Zupełnie inne światy. Ale wiedziałam po pewnym czasie, że jestem dla tego faceta zrobić wszystko.
-Wszystko? Nawet skoczyć na bungee?
-Tak. –powiedziała pewnie. –Wiem, że mnie kocha. I śmiej się, ale za każdym razem, kiedy mówi mi „kocham cię” moje serce przyspiesza a ja sama w głowie wariuję jak nastolatka.
-Też go bardzo kochasz. To widać, myślę, że Mario też o tym bardzo dobrze wie.
-Nie wyobrażam sobie życia bez niego. –powiedziała z iskierkami radości w oczach. –Jestem i będę z nim zawsze. Na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie…
-Zaraz się rozkleję.
-Nie! Nie waż się! Dopiero zaczęłam cię malować! –powiedziała wyrzucając słowa z ust niczym z karabinu. Chwyciła pędzel, który strasznie gilgotał mnie w nos, do stopnia, że miałam ochotę kichnąć. Ale wiedziałam, że wtedy Ann by mnie zabiła. Uśmiechnęłam się i pozwoliłam jej kontynuować makijaż. 

-Jaka byłaś?-zapytała ni stąd, ni zowąd. –Poza tym, co działo się wokół. Sama Rosalie.
-Nie wiem, Ann. Nigdy nie byłam Rosalie. Byłam Ruby. Nie wiem, kim jest Rosalie, kompletnie jej nie znam. –powiedziałam zamykając oczy. Wstrzymałam na dłuższy czas oddech. Ann nic nie powiedziała. Bałam się spojrzeć na jej twarz… Moje serce strasznie dudniło. Czułam…strach. Przed samą sobą. Co, jeśli Ruby miałaby okazać się Rosalie. Gdybym to była właśnie ja. To w końcu nie było „tamto życie”. Mam jedno życie. Nie dwa. „Życie z Leo” i „życie bez Leo”, albo nawet jeszcze wcześniej, kiedy jeszcze nie było Leo... To, co wtedy się zdarzyło.. To nigdy się nie skończyło. I nigdy nie skończy. To była fikcja. Jedna wielka fikcja Żyłam w fikcji, która była prosta. Niewymagająca. I wiele, ale to wiele ułatwiała. Bałam się spojrzeć na sprawy inaczej...

-Przytrzymaj oczy zamknięte, zrobię ci takie świecące powieki jakich świat nie widział!

Okropnie się bałam.


***


-Dziękuję. Ja naprawdę… Wow, Ann. To naprawdę ja?-zaśmiałam się spoglądając w okrągłe lusterko. Mój makijaż prezentował się jak ten u modelek na pokazie Chanel.  –Zdziałałaś cuda. Jakbym miała inną twarz.
-Nie przesadzaj. To tylko odrobina kolorów i już. –uśmiechnęła się. –Ale wiem, że ta odrobina kolorów nałożona jest obłędnie.
-Cieszę się, że wiesz. –zaśmiałam się wstając ze swojego miejsca i ruszyłam sprawdzić, czy Marco jeszcze nie dzwonił. Po mieszkaniu rozległ się stukot moich obcasów. Kiedyś ja i obcasy trochę się mijaliśmy. Głównie nosiłam trampki.. I to jedną parę kilka lat. Na większe okazje miałam parę czarnych balerinek. A teraz?



Na ekranie nie miałam jeszcze żadnej wiadomości, jednak postanowiłam napisać do blondyna, żeby wiedzieć na czym stoję. Przy okazji przyjrzałam się jeszcze raz w lustrze. Tego wieczora byłam naprawdę piękna i nie mogłam od siebie oderwać wzroku. Coś podobnego spotkało mnie, kiedy spoglądałam w lustro tuż przed ślubem. W tej przepięknej, białej sukience. Nie dochodziło do mnie,  że jeszcze kiedyś będę brała ślub. Że jeszcze raz spojrzę na siebie w białej sukni, może dorobię się nawet welonu. Może zamiast platynowych obrączek będę miała złote. Nie umiałam sobie jednak wyobrazić mojej twarzy. Jaka będzie. Radosna, smutna, przygnębiona. Czy będę miała zmarszczki. Czy moje oczy będą się błyszczeć, a ja będę wyczekiwać mojego wybranka z utęsknieniem. Może będziemy mieli już dzieci. Chciałabym mieć kiedyś dzieci. Może za dziesięć lat, jak skończę trzydziestkę. Chciałabym wtedy mieć stabilne życie, z mężem i dzieckiem w drodze. Miałoby blond włoski, zielono-niebieskie oczy. Delikatne usta wykrzywiające się zadziornie w uśmiechu. Jeśli to byłby chłopiec na pewno miałby ogromną pasję do piłki po t… O nie. 
Chyba trochę pomyliłam bajki.


-Rose?-podskoczyłam w miejscu słysząc koło siebie głos Ann. Spojrzałam na nią zdziwiona. Pokręciła niedowierzająco głową i wskazała na mój telefon.  –Dzwoni już trzeci raz.
-Och..-powiedziałam spoglądając na ekran. Marco. Uśmiechnęłam się delikatnie odbierając połączenie.

-Rose! W porządku? Nie odbierałaś..
-Przepraszam..Emm.. Zostawiłam telefon, Ann poprawiała mi makijaż i nie słyszałam.
-Bez makijażu i tak byś wyglądała pięknie.-stwierdził i zaśmiał się pod nosem, co od razu wywołało mój uśmiech. Jego śmiech był taki…kojący. –Chciałem ci powiedzieć, że nie mam jak zaparkować, stoję pod klatką. Jesteś już gotowa?
-Tak, już schodzę. –zakończyłam jednocześnie rozłączając się.

Schowałam telefon do małej, czarnej kopertówki i zapięłam ją na klips. Chciałam ruszyć, jednak Ann skutecznie zastawiła mi drogę.
-Rose, co się dzieje?
-Nic, Ann. Po prostu zamyśliłam się. –powiedziałam posyłając jej uspokajający uśmiech. –Jeszcze raz ci dziękuję. Jesteś wspaniała. Marco już czeka na dole, muszę iść.
-Okej. –westchnęła usuwając się lekko na bok, dając mi tym samym przejść przez korytarz do przedpokoju. Spojrzałam na wieszak, gdzie wisiał piękny, czerwony płaszcz Ann. Już chciałam pytać, czy mogłabym pożyczyć jednak ta szybko mnie wyprzedziła.

-Nie bierzesz płaszcza.
-Potem będziemy chcieli się przejść, będzie mi zimno. –powiedziałam tłumacząc Ann. Lato już naprawdę dobiegało końca.
-Marco da ci swoją. Nie bierz płaszcza.
-Jemu będzie zimno!
-Rose! Zaufaj mi i nie bierz tego przeklętego płaszcza! –roześmiała się modelka i zaczęła pchać mnie w stronę wyjściowych drzwi. –Facetów kręcą dziewczyny w ich rzeczach. Szczególnie koszule, bokserki i marynarki.
-W porządku. Ale jak coś, to ty sponsorujesz Marco leki.
-Nic mu nie będzie.
-Tak. –przytaknęłam starając się brzmieć jak najbardziej wiarygodnie. Modelka pobiegła jeszcze do salonu, zabierając stamtąd pomadkę, którą mi nałożyła. Ja w tym czasie czekałam, aż przyjedzie po mnie winda.
Kiedy wcisnęłam już przycisk z cyferką zero, Ann zatrzymała nogą drzwi windy.

-Rose… -zaczęła rozglądając się na boki, jakby próbując pozbierać swoje myśli. –Myślę, że jesteś wspaniałą osobą. Szczerą, radosną i wrażliwą. Szybko nawiązujesz znajomości. Masz słabość do jednego blondyna, na którego widok za każdym razem miękną ci nogi i masz oczy jak u szczeniaczka. Masz coś w sobie, co przyciąga facetów. Nie tylko André chciałby cię mieć. Ale jesteś zasadnicza i wierna swojemu mężowi, wierna swojej przysiędze. I w tym wszystkim jesteś wariatką, tańczysz w klubie jak nikt inny. –zaśmiała się na wspomnienie naszego wypadu. Zwilżyła językiem wargi i przerzuciła włosy na ramię. - To jest Rosalie, cudowna przyjaciółka.. jeśli w czymkolwiek to pomogło. Po dłuższej znajomości więcej ci powiem, dobrze? Zaufaj mi, Rose.
-Ja..Dziękuję. –kiwnęłam głową z wdzięcznością uśmiechając się. Ann posłała mi w powietrzu pocałunek i cofnęła się nie blokując już drzwi windy.
-Baw się dobrze!-zawołała, kiedy już tylko przez małą szczelinę widziałam jej postać.



Wychodząc z klatki owiał mnie naprawdę chłodny wiatr. Ann zwariowała, a ja zwariowałam słuchając Ann. Na tyle, na ile pozwoliły mi moje szpilki, pobiegłam do czarnego Astona Martina, którego jasne światła oświetlały niewielką uliczkę. Marco otworzył mi drzwi od środka. Zajęłam wygodnie miejsce i nachyliłam się do niego, by złożyć na jego policzku pocałunek na przywitanie.
On uśmiechając się wyciągnął w moim kierunku dużą, czerwoną różę. Uśmiechnęłam się, jednak w żołądku poczułam, że coś mnie ściska. Najprawdopodobniej przez wczorajszy bukiet od najwyraźniej zakochanego we mnie Anonima. A może dlatego, że róża to symbol miłości. A Marco mnie nie kochał.

-W porządku?-zapytał naciskając pedał gazu i spojrzał na mnie próbując cokolwiek wywnioskować.
-Tak. Tak. Dziękuję, za.. za różę. –powiedziałam odkładając kwiat na deskę rozdzielczą, w tempie, jakby niemiłosiernie mnie parzył.
-Nie podoba ci się?
-Przepraszam, ale chyba nie przepadam za czerwonymi różami.
-No tak. Wolisz białe. Wiedziałem, że coś schrzanię. –westchnął z rezygnacją i wbił spojrzenie w ulicę.
-Hej, jest w porządku. To nie ważne. –powiedziałam rozczulona. Jego zawstydzenie i pragnienie, żeby ta randka była perfekcyjna zupełnie mnie zauroczyło. Moje serce zmiękło. Do reszty. Było jak cukrowa wata, którą on sobie po prostu mógł jeść.. Przywłaszczać sobie.. Położyłam swoją dłoń na jego, którą kładł na hamulcu ręcznym. Splotłam nasze palce delikatnie unosząc nasze dłonie, by w końcu przenieść je na moje udo. Delikatnie głaskałam kciukiem jego knykcie. Widziałam, że zadziałało to na niego rozluźniająco. Uśmiechnął się delikatnie spoglądając na mnie, i znów przeniósł spojrzenie na drogę. Wieczorami coraz szybciej zaczynało się ściemniać. 

Ulice Dortmundu były już mniej ruchliwe, Marco mógł jechać trochę szybciej niż za dnia. Latarnie oświetlające ulice nadawały naprawdę romantyczny klimat. Pewnie ktoś by pomyślał-zwykła lampa. Dla mnie jednak to światło w połączeniu z ciemnym wnętrzem samochodu z przyciemnianymi szybami, dłonią Marco na moim udzie, a zwłaszcza nim samym, na siedzeniu obok mnie, ubranym w błękitną koszulę i szarą marynarkę z perfekcyjnie ułożonymi włosami działało bardzo romantycznie. W powietrzu można było wyczuć tą chemię między naszą dwójką. Przeklęte napięcie, które wyzwalało pierwotne instynkty. Chciałam trzymać fason i zgrywać niedostępną przez najbliższy czas, a w tym momencie bym kazała zatrzymać mu samochód i sama bym się na niego rzuciła. I pewnie zrobilibyśmy to właśnie na jego siedzeniu, nie trudząc się przeniesieniem na wygodniejsze tyły. 

-Rose?
-Tak?-powiedziałam odchrząkując. Moje policzki paliły, miałam nadzieję, że Ann nałożyła wystarczająco dużo podkładu.
-Mówiłem coś. –zaśmiał się wyplątując swoją dłoń z mojej i ścisnął nią pewnie moje udo. Jeśli to robił ze względu na to, żeby mnie podniecić to naprawdę, trochę się spóźnił, bo zrobił już to, kiedy wsiadłam do tego samochodu i zamknęłam za sobą drzwi. Mój Boże. Kim ja jestem. 

-Zamyśliłeś mnie. Znaczy. Ja, się. Zamyśliłam.
Marco roześmiał się zaczynając rozglądać za miejscem do parkowania.
-Mówiłem, że pięknie wyglądasz. Strasznie seksownie. To miała być randka a… Boję się odpowiadać za to co zrobię.
-Będziesz musiał się postarać, żeby to była randka.
-Będę. –przytaknął gasząc silnik i spojrzał na mnie z uśmiechem. –Zapraszam panią do restauracji.
Przeszedł do mojej strony i otworzył mi drzwi, żebym mogła wysiąść. Podał mi też dłoń, którą z uśmiechem ujęłam wysiadając z samochodu.
-Rose?
-Hmm?
-Wyglądasz niesamowicie. Naprawdę. Ta bluzka. Będę musiał znosić spojrzenia innych facetów ale…
-Spokojnie. Już mi to mówiłeś.-zaśmiałam się obracając do niego. On stanął w miejscu i wyciągnął dłoń w moim kierunku. Powoli położył ją na moich żebrach, przykrywając mój tatuaż. Delikatnie ścisnął to miejsce dłonią na co od razu wstrzymałam oddech. Powoli zaczął przesuwać swoją dłoń coraz niżej, jednocześnie przybliżając się do mnie.
-Marco…-szepnęłam tuż koło jego ust. On uśmiechnął się nieznacznie i nagle podniósł mnie tuż pod pośladkami i przeniósł na maskę samochodu. 

-E, nie zapominaj się! –roześmiałam się oplątując go nogami w pasie.
-Nie umiem przy tobie trzeźwo myśleć. –wyznał na chwilę przed tym jak wpił mi się nachalnie w moje usta. Zupełnie poddałam się jego dotykowi, jego cudownie miękkim wargom. Oplotłam dłońmi jego szyję oddając kolejne pocałunki. Jego dłoń zahaczona wcześniej o szlufkę spodni delikatnie zaczęła wślizgiwać się pod materiał jeansów na moje pośladki.
-Marco… -szepnęłam między pocałunkami. Było mi dobrze, lepiej niż dobrze… Ale.. Przecież byliśmy w centrum miasta, na parkingu, gdzie chodziło dużo ludzi. Pewnie musieliśmy wyglądać jakbyśmy mieli tu dopiero odstawiać niezłe widowisko. –Przestań.
-Nie. –zaśmiał się głęboko nie przestając mnie całować. Zaczął schodzić pocałunkami na moją żuchwę, delikatnie przygryzł płatek ucha, szyję, by na koniec znów powrócić do ust.
-Proszę..Ludzie się patrzą. –powiedziałam, jednak nie przestawałam oddawać jego pieszczot. Nie byłam na tyle silna, on musiał to zrobić. –Jeszcze pomyślą, że zaraz będziemy robić coś na masce tego samochodu.
-Rose! –westchnął odrywając się ode mnie. Przeraziłam się widząc jego spojrzenie. –Nie mów tak! Cholera.
-Ja… Tylko.. –zaczęłam obserwując jego wyraz twarzy. Przecież nie powiedziałam niczego nieodpowiedniego…chyba.
-Nie mów takich rzeczy. Nie teraz, kiedy próbuję w ludzki sposób naprawić naszą relację.
-Poprzez całowanie mnie na samochodzie?
-Nie! Nie.. Spieprzyłem.. –westchnął opierając się dłonią na masce, tuż koło mojego uda.
-Nie spieprzyłeś, to było bardzo…fajne. Z ciekawości, co powiedziałam nie tak?
-Nie tak? Rose, to było bardzo tak. –zaśmiał się zagryzając zęby na dolnej wardze obdarzając mnie wygłodniałym spojrzeniem. –Wizja nas na masce samochodu.
-Jesteśmy na masce samochodu. –uśmiechnęłam się szeroko próbując delikatnie się zabawić jego kosztem.
-Nie bierz mnie pod włos.
-To ty nie bierz mnie na masce samochodu i chodźmy na randkę.
-Rose!
-No co!?-roześmiałam się zeskakując z jego Astona Martina i ruszyłam przed siebie.
-Wiesz, że kiedy to mówisz, to ja od razu to widzę? Nas, nagich, na tym pieprzonym samochodzie?!-podszedł do mnie zbliżając usta do mojego ucha. Jakby przez to się upewniał, że nikt poza mną tego nie usłyszy.
-Ja też coś tam widzę, ale byś musiał mi kiedyś to bardziej zobrazować. –powiedziałam utrzymując powagę. Stanęłam przed drzwiami restauracji z sushi i czekałam, aż on sam mi je otworzy.
-Nie ułatwiasz tej randki.
-Nie powiedziałam, że będę. –odpowiedziałam ze zwycięskim uśmiechem i weszłam do środka kiwając głową w podzięce blondynowi za otworzenie drzwi.


W tym wieczorze było coś niesamowitego. Marco był sobą. I ja też byłam sobą. Cały czas się uśmiechałam. Moje myśli już nigdzie nie uciekały. Słuchałam uważnie jego opowiadań o czasach dzieciństwa i jego zapale do gry w piłkę. Z tego co mi mówił to był niezłym zdolniachą. Mówił też trochę o jego przyjaźni z Mario, o jego wcześniejszej drużynie. Widać było w jego oczach ogromny entuzjazm i radość, kiedy mówił o piłce. A może uśmiechał się, bo był ze mną? Ech, marzenie ściętej głowy. 

Kelner przyniósł nam całą tace z sushi i dwa talerzyki. No i pałeczki. Tu się zaczynały schody. To nie tak, że nigdy nie jadłam sushi, bo znalazłoby się kilka razy, jednak zawsze, wsiowo, lub też jak kto woli-tradycyjnie, jadłam palcami. Bo jak ja mam trzymać pałeczki. To jakaś porażka.
Ale okoliczności były inne, byłam w restauracji. Z moim facetem, przed którym nie do końca chciałam sobie robić obciachu.

-Rosie?
-Tak?-zapytałam uśmiechając się jakby wszystko było w porządku.
-Pokazać ci?-zapytał śmiejąc się pod nosem i sam nie czekając na moją odpowiedź wstał z miejsca i przeszedł za moje krzesło. Poczułam jak się do mnie nachyla i obejmuje rękoma z obu stron. Chwycił moje dłonie i bardzo powoli zaczął w nich ustawiać pałeczki. Spojrzałam na niego z delikatnym uśmiechem czując lekkie zawstydzenie, jednak on był zupełnie pochłonięty moim trzymaniem dwóch drewnianych patyczków. Po moim ciele przeszły delikatne ciarki. Uwielbiałam jego dotyk, a przy tym jego zapach i jego oddech tak blisko mnie. To wszystko przyprawiało mnie o zawroty głowy.
Zaczął mi po kolei opisywać muskając przy tym delikatnie moje dłonie palcami, jak powinna być ułożona pałeczka, ustawione moje palce, gdzie powinnam przycisnąć, a gdzie utrzymywać nieruchomo. Zanim się ode mnie odsunął niby to przypadkiem pocałował mnie w szyję. Niemożliwy.
Nauczyłam się jeść pałeczkami. Na początku wychodziło to dość nieporadnie, z dwa razy zupełnie mi wypadały z rąk, jednak się nie poddawałam. Marco też oszczędził sobie kąśliwych komentarzy w tym temacie, co mnie ucieszyło. Stawiałam, że nie zmarnuje okazji, żeby się ze mnie pośmiać.
Może to nie był najodpowiedniejszy moment do psucia chwili, jednak chciałam wypróbować poziom jego bycia otwartym w stosunku do mnie. Komunikat o podjęciu kursu na fizjoterapeutę postanowiłam jeszcze trochę opóźnić. 

-Marco?-zapytałam patrząc w mój kieliszek czerwonego, wytrawnego wina.
-Tak?
-Jak w pracy?-zapytałam, a chwilę później wypiłam łyk z kryształowego kieliszka.
-To zabawne, nikt jeszcze nie określił Borusii pracą. Jesteś pierwsza.-zaśmiał się uroczo i nałożył sobie z niekończącego się podłużnego talerza jeszcze jedną sztukę sushi.
-To jak powinnam mówić?
-Jak tylko chcesz, Rosie. –uśmiechnął się szczerze. –Jeśli cię to ciekawi, większość po prostu używa zamiast praca to klub. Albo po prostu Borussia.
-To ja będę używać praca. –pozostałam przy swoim obserwując z ciekawością mojego męża.
-W porządku. To.. Dodaliśmy większe obciążenie na treningach siłowych, nie potrzebuję już fizjoterapeuty, ostatnio miałem jeden trening biegowy…
-Nie wiem czemu, ale nie zabrzmiało to za wesoło…-powiedziałam przekręcając głowę na lewo. Kiedy to mówił jego oczy zrobiły się takie smutne.
-Po tym ostatnim treningu znów zaczęło mnie boleć w tym samym miejscu co przedtem.
-Mówiłeś trenerowi? Lekarzowi czy komukolwiek kogo tam masz?
-Jeszcze nie, ale sam domyślam się co powie. –westchnął i spojrzał na ostatnią sztukę sushi. –Będziesz jeszcze jeść?
-Nie, ja dziękuję, jestem już pełna. A co powie?

Marco zjadł ostatnie sushi i dopił do końca swoją zieloną herbatę. Zrobiłam to samo z moim winem, uznając, że zbieramy się  już do wyjścia. Kelner zjawił się zaraz przy stole z rachunkiem do uregulowania. Po zapłacie założył swoją marynarkę i odsunął krzesło dla mnie.
Na zewnątrz trochę bardziej się ściemniło. Nawet tego nie zauważyłam, z Marco czas zupełnie inaczej płynął. Dużo szybciej, a mimo to wcale się tego nie odczuwało.
Nie tylko było ciemniej, ale też dużo chłodniej. Miałam ochotę zatłuc Ann, że nie pozwoliła mi nic na siebie włożyć.

-Przejdziemy się? Obiecuję, że nie zaciągnę cię do najbliższego lasu i..
-Dla swojego dobra nie kończ. –zaśmiałam się przypominając sytuację przed wejściem do restauracji. Marco uśmiechnął się i objął mnie ramieniem przyciągając mocniej do siebie.
-Jesteś cała zmarznięta! Czemu nic nie mówisz?-zapytał się i od razu zdjął swoją marynarkę i założył ją mi na ramiona. Uśmiechnęłam się i włożyłam ręce w rękawy.
-A tobie nie będzie zimno?
-Jestem zahartowany. –odparł dumnie i pocałował mnie w czubek głowy. –Nie dokończyłem ci co z tym trenerem.
-A no właśnie. –przytaknęłam obejmując go mocniej.
-Po prostu… Mam tak, że jak biorę krok do przodu to zaraz potem dwa kroki w tył. Jak tak dalej pójdzie będę mógł się pożegnać z karierą jeszcze przed trzydziestką. Doleczę się a potem zaraz znów coś mnie dopadnie...
-Ej! –zatrzymałam się puszczając moją rękę z jego pleców i wycelowałam w niego palec. –Wyjaśnijmy coś sobie, Reus. –powiedziałam twardo, na co Marco uśmiechnął się z rezygnacją. – Masz dożywotni zakaz mówienia takich rzeczy.
-Widzę przecież jak jest, i nie tylko ja.
-Ja tak nie widzę. Wiesz czemu? Bo za każdym razem wychodzisz ze wszystkiego z podniesioną głową i trafiasz do pierwszego składu, wszyscy cię podziwiają i jesteś niesamowitym zawodnikiem.
-Skąd niby wiesz?-zaśmiał się wzdychając i ruszył do przodu. Byłam jednak szybsza i w porę go zatrzymałam.
-Przeczytałam pół internetu o tobie. Obejrzałam filmiki na Youtubie i fanpage'ach. I przeczytałam masę ale to masę komentarzy twoich fanów. Marco jesteś naprawdę niesamowity. Wiem, że to może trudne znów nie grać… Ale ja wiem, że po tym wszystkim znów będzie Marco w szczytowej formie, którego każdy chciałby mieć w swojej drużynie.
-Rose..
-Wierzę w ciebie. Całym sercem i całą sobą. Proszę, weź choć trochę ode mnie tej wiary i walcz. Dla swojej rodziny, przyjaciół.. Dla mnie. –powiedziałam czując łzy pod powiekami i nie czekając na jego reakcję postanowiłam go po prostu mocno przytulić. –To co robisz na boisku to coś niesamowitego. –powiedziałam wtulając się mocniej w jego szyję. –Ty jesteś niesamowity.
-Nie, to ty jesteś niesamowita, Rosalie. –odpowiedział troszkę wzruszony. Odsunął mnie delikatnie od siebie żeby móc mnie pocałować. To był cudowny pocałunek. Delikatny, czuły…Uroczy. Tak, że mogłabym spędzić w nim resztę życia. Bez jedzenia, snu. Tylko ten jeden, niekończący się pocałunek.


***


-To jak?
-Co jak?-zaśmiałam się idąc powoli do bloku. Nie chciałam się już z nim rozstawać, jednak zaraz dochodziła północ, Ann pewnie się martwiła a Mario zachodził w głowę czy mu ulegnę czy nie. Ale przez ten wieczór dowiedziałam się znacznie więcej niż przypuszczałam. Mogłam rozmawiać z Marco w nieskończoność. Zupełnie tyle samo ile bym mogła się z nim całować. Nie było ani jednej chwili, która by była niezręczna. Rozmawialiśmy bardzo luźno, o wszystkim i niczym. Dużo się śmialiśmy, przytulaliśmy, trzymaliśmy za ręce. Jeszcze jakiś czas temu powiedziałabym, że to niemożliwe…

-Jak udała się randka? Podobało ci się?
-Tak, dziękuję. To był naprawdę wspaniały wieczór.
-To prawda. –przyznał mocniej ściskając moją dłoń.  –To prawie takie fajne jak inne rzeczy, które robiliśmy wieczorem.
-Oglądać telewizję?
-Niezupełnie. –zaśmiał się i cmoknął szybko mnie w usta. –Bardziej tak w sypialni. Ale też pamiętaj, że prawie. Bo sypialnia to jest…
-Nie rozpływaj się. Dzisiaj zawędrujesz najdalej do klatki schodowej.
-Mam poczekać jak będzie po północy?
-Czemu?
-Bo wtedy będzie już rzecz biorąc jutro. –uśmiechnął się szeroko wyszczerzając dwa rządki lśniących zębów.
-Jutro to nawet do klatki cię nie wpuszczę, tylko pięć metrów przed.
-Ehh.. Wiesz? Nigdy nie przytulaliśmy się przed telewizorem.
-Wszystko przed nami. Może jeszcze kiedyś zaprosisz mnie na randkę.
-Choćby jutro. –powiedział od razu, a po chwili przyjrzał mi się bardziej jakby myśląc nad tym, co powiedział. –To znaczy... Jeśli masz ochotę.
-Jutro brzmi dobrze, o ile to nie to jutro zaraz po północy.
-W porządku. W takim razie późniejsze jutro?
-Wspaniale. Jeszcze raz dziękuję. I za różę też. –uśmiechnęłam się i pocałowałam go w policzek. Byłam już pod klatką, także był czas zdejmowania pachnącej nim marynarki. Najchętniej położyłabym sobie ją na poduszkę, od razu by mi się lepiej spało.
-To ja dziękuję. –powiedział tak cudownie patrząc mi prosto w oczy. Położył dłoń na mojej brodzie i pogładził kciukiem mój policzek. No i mój kolejny uśmiech. Uśmiech przy nim zaczynał wchodzić w nawyk.
-Twoja marynarka.-powiedziałam zsuwając ją sobie nieporadnie z ramion. Marco nachylił się i pomógł mi ją zdjąć, jednak nie puścił jej rękawów, które wykorzystał, żeby mnie mocniej do siebie przyciągnąć i pocałować. 

-Nie ubieraj się tak nigdzie indziej. Tylko na spotkania ze mną. Tylko dla mnie są zarezerwowane takie cudowne widoki. –zagryzł wargę raz jeszcze lustrując moją prześwitującą bluzkę, później jego spojrzenie przeszło na szyję, oczy a na koniec usta, które znów ucałował.
-A ty bądź zawsze taki jaki jesteś. Bo takiego ciebie k.. uwielbiam. Jesteś wtedy taki naturalny, częściej się uśmiechasz. Zaufaj mi Marco i pozwól mi być przy tobie.
-Postaram się.-uśmiechnął się zakładając na siebie z powrotem swoją marynarkę. Na pożegnanie postanowił pstryknąć palcami w mój nos, co wywołało u nas obojga śmiech.
Mój kochany mąż sprawdził jeszcze wewnętrzną kieszeń swojej marynarki. Wyjął z niej beżową, podłużną kopertę. Podał mi ją do ręki nie wyjaśniając nawet sprawy co do jej zawartości.
-Zobacz później, masz czas żeby przemyśleć temat ale wiedz, że mi zależy.
-W porządku, dziękuję. Dobrej nocy, Marco.
-Tobie również.-odpowiedział i zaczął się powoli wycofywać w kierunku wyjazdu z osiedla, koło którego stał zaparkowany jego samochód.
Kiedy już miałam otwierać drzwi od klatki, on jeszcze się odwrócił i zawołał mnie po imieniu.

-Brakuje mi ciebie w domu. 

Kiwnęłam z uśmiechem głową dając mu znać, że rozumiem, bo nie wiedziałam kompletnie, co powinnam mu odpowiedzieć. Potrzebowałam się upewnić, że nie wrócimy do tego, co było przed przeprowadzką do Ann i Mario. Nie chciałam tracić tego Marco z dzisiejszego dnia. W takim właśnie się zakochałam, tam na Karaibach, podczas naszego ślubu i krótkiego urlopu. 






~~~

 Mam nadzieję, że ten rozdział zwiastuje koniec przerwy! Przepraszam, że nie uprzedziłam o chwilowym zmienieniu bloga na "prywatny" ( btw. te wysyłanie zaproszeń ode mnie, co się wyświetla w komunikacie to nieprawda, kiedy blog jest prywatny jest widoczny tylko dla mnie, to nie tak, że "wyrzucam" sobie czytelników!). Zrobiłam tak, żeby chociaż w tej przerwie mieć poczucie zrobienia czegoś pożytecznego... Wpadło trochę więcej kolorów, szalenie się nad tym męczyłam i nie wiedziałam czy jest dobrze czy nie...Będę wdzięczna za opinie!:)

Co do dalszej publikacji  (już nie za wesoło)
Podjęłam decyzję, że rozdziały będą pojawiać się co 2 tygodnie. Głównie dlatego, żeby była pewna regularność i żebym zdała maturę:)) 
Przede mną ostatni rok nauki, dlatego muszę dać z siebie 200%, żeby pójść na wymarzone studia. Już teraz zaczęłam pisać rozprawki na niemiecki.. Ale uznałam, że to opowiadanie dokończę po polsku..(<-możecie się cieszyć😂). Jeżeli będą takie sytuacje, że będę tak zarobiona i coś się przesunie to poinformuję od razu.
Ps. Wahałam się, czy nie zrobić niespodzianki..ale dodałam teraz jeszcze jedno zdjęcie w zakładce "bohaterowie"(tam też jest mała zdjęciowa metamorfoza).. Zaskoczone pozytywnie/negatywnie? Popsułam teorie spiskowe😄?
Ściskam mocno, mam nadzieję, że czekałyście, rozdział przypadł do gustu, będę wdzięczna za wszystkie komentarze <3
Buziaki!

czwartek, 27 lipca 2017

Informacja

Myślałam nad tym od jakiegoś czasu, biłam się z samą sobą jak nigdy dotąd. Serce jedno, rozum drugie.
Żeby się nie rozpisywać.
Nie, nie kończę z bloggerem i tym opowiadaniem. Mam pomysł na tą historię, od początku do końca, mam pomysły, przede wszystkim mam Was-za co jestem najbardziej wdzięczna. W zeszłym tygodniu jeszcze podejmując tą decyzję płakałam nad komentarzami, dziękuję, że jesteście... footballlove, Nat, Lila Olimpia... Wiedzcie, że moje serce właśnie wzięło Wasze komentarze za dobry argument przeciw rozumowi..
Ale dopadło mnie straszne przemęczenie. Nie jestem w stanie więcej, nie ważne jak bardzo bym chciała. Jestem w trakcie przeprowadzki, jestem potrzebna rodzinie, mam bardzo intensywny czas, w domu jestem gościem... Nie wiedziałam, czy w ogóle powinnam tu coś pisać, czy będę w stanie to zrobić, ale jak nikt inny zasługujecie na szczerość z mojej strony. Znowu przerwa, tak wiem, i to cholernie boli.  Nie wiem, kiedy wrócę. Potrzebuję odpoczynku, resetu, znalezienia tego czegoś, co zniknęło, radości z pisania, wyrzucić to, co zmuszało mnie, żebym pisała szybko, bo sobota się zbliża... Muszę zwolnić, móc zostawić za sobą wszystko, wziąć oddech.
Przepraszam, mam nadzieję, że mnie zrozumiecie i będziecie, kiedy wrócę.. mam nadzieję, że to nie jest zbyt wiele..
Bardzo Wam dziękuję, że jesteście.
Ściskam mocno. x.

sobota, 22 lipca 2017

Dwadzieścia trzy




Naszemu wbiegnięciu do domu towarzyszył głośny śmiech. I nasz i wszystkich gości, którzy jeszcze zostali i siedzieli w suchym, ciepłym salonie. Mario złapał się za głowę, Ann ukryła twarz w dłoniach nie mogąc przestać się śmiać. My z Marco spojrzeliśmy na siebie z uśmiechami i wzruszyliśmy ramionami. Do Marco podbiegł Nico i wyciągnął do niego rączki.

-Wujek! Jesteś cały mokry! –powiedział sepleniąc i założył rączki w buncie obserwując go srogim wzrokiem.
-Ciocia też.-usprawiedliwił się patrząc na mnie puszczając oczko. O nie, bez takich!
-No właśnie! A parasol? Powiem mamie!

Chciało mi się śmiać. To było tak urocze i słodkie dziecko, że nie umiałam nawet tego opisać. Miałam ochotę go uściskać i ucałować. Jak taka typowa ciocia. Potrzebowałabym jeszcze okularów na czubku nosa i miski słodyczy.

-Nie mieliśmy ze sobą niestety parasola, skarbie. –odezwałam się widząc, że Marco nie wie co ma powiedzieć. –A była przecież taka piękna pogoda, że nawet nie przypuściliśmy z twoim wujkiem, że tak się zepsuje, wiesz?-ukucnęłam koło niego z uśmiechem. On słuchał mnie uważnie wszystko sobie jakby trawiąc w głowie. Spojrzał na Marco czekając na jego potwierdzenie moich słów. I tak się stało.
-Ciociu? –zaczął zwracając się do mnie. „Ciociu”. W duchu ucieszyłam się, że uznaje mnie za ciocię. –A nie jesteś już zła na wujka? –zapytał wpatrując się uważnie we mnie. Ten wzrok miał po Marco. Nieustępliwy. Spojrzałam na mojego męża szukając jakiegoś wyjaśnienia. On patrzył się tylko na naszą dwójkę z miną wyrażającą kompletnie - nic.
-Jeszcze trochę jestem ale już nie tak bardzo.
-Bo wujek był smutny, że jesteś na niego zła. –poskarżył się drążąc w temat. Było mi trochę niezręcznie o tym mówić zwłaszcza, że za nami było pewne grono słuchaczy.
-Czasami dorośli się kłócą, nawet gorzej niż dzieci. I byłam zła na wujka bo trochę nabroił.
-Aaa…Wujek, nieładnie. –stwierdził i poszedł do kuchni, gdzie Lisa kroiła właśnie resztkę tortu.
-Widzisz? Nieładnie.-powtórzyłam po Nico i poszłam do Ann i Mario na kanapę, żeby wcisnąć się koło nich i okryć kocem.

Ann stwierdziła, że koce nie mają sensu i zawołała Lisę. Dostałam od niej sukienkę, która była rozmiarowo trochę za mała dla mnie. W biuście za ciasna, długościowo zbyt krótka. Ann stwierdziła ze śmiechem, że dla Marco i reszty męskiego towarzystwa sukienka pasowała jak ulał.
Marco też pożyczył ciuchy od Romana, jednak te były na niego trochę za duże. Roman w końcu był sporo wyższy od blondyna. Nie bez powodu był bramkarzem. W nowych ubraniach wyglądał trochę pociesznie. Gdyby założył kaptur na głowę, wyglądałby jak typowy dres, co idzie na ustawkę z ziomkami. Marco-dres. O ludzie. To by było zbyt idealne.
Nico jadł zadowolony kawałek tortu. Przez ten tort nie mogłam się skupić na rozmowie. Byłam i tak już najedzona, ale…

-Lisa, przepraszam, ale naprawdę… Jest jeszcze kawałek tego tortu?
Lisa uśmiechnęła się szeroko i wstała z kanapy udając się w kierunku kuchni po ciasto. Po chwili wróciła z kawałkiem na talerzyku.

-Rose, przepraszam ale ty nie jesteś w ciąży?-zapytała uśmiechając się na co wszyscy zaczęli się śmiać. Głównie przez Marco, który zaczął się krztusić popijanym sokiem pomarańczowym.
-Spożywczej. –powiedziałam ze śmiechem spoglądając na Marco. Akurat poklepywał go po plecach Mario, który miał niezły ubaw.
-Małe Reuski jeszcze nie?-drążył Roman spoglądając na blondyna z ubawem. Mieli zabawę życia nabijając się z reakcji biedaczyny.
-Och, dajcie mu spokój. –westchnęła Ann. –Zaraz się zbieramy z naszą ciężarną do domu.
-My z Ali też, nie będziemy u was jednak nocować. –powiedział smutno Auba
-O nie! –przeraził się Roman i roześmiał. –Herbaty jeszcze komuś? Rose?
-Dziękuję, wypiję jak wrócę do domu.-powiedziałam z pełnymi ustami uśmiechając się. No cóż. Zaraz, nie mieliśmy z Marco tortu weselnego. Żądam tortu.

Razem z Aubą i jego rodzinką pożegnaliśmy się z Weidenfellerami. Dołączył też do nas Marco z Nico, którego musiał odstawić go do Yvonne. Pomachałam maluchowi, który zawołał do mnie, kiedy był zapinany w foteliku w aucie Marco. Z Marco od czasu naszego pocałunku w deszczu nie zamieniliśmy ani jednego słowa. Miałam nadzieję, że nie spocznie na laurach i będzie coś robił. Ja będę siedzieć i czekać.


***


Następnego dnia rano zamiast uroczej, leniwej pobudki zostałam rzucona sportową torbą. I zamiast „dzień dobry, piękna” usłyszałam „rusz tyłek, jemy i idziemy na siłkę”. Zamiast śniadanka pod nosek musiałam sama się zwlec i je robić. Mario się za mnie nie wstawił, poszedł na trening. To był kolejny argument Ann. „Mario na treningu, a ty co?”. Stwierdziłam, że urocze, pulchne grubaski też mają mężów i są szczęśliwe. Ale i ten argument nie sprawdził się w roli wymówki-idealnej.

W Berlinie szykował się bal dla Reprezentacji Niemiec w związku z Mistrzostwami Świata. Bal był charytatywny. Ponoć wiele znanych osób wystawiało swoje rzeczy na licytację, a cały dochód miał być przeznaczony na sieć dziecięcych szpitali. Z tego co tłumaczyła mi Ann, Marco nie był powołany do kadry jednak sam był darczyńcą na licytacji, a też swoje lata się nagrał w Reprezentacji, więc także został zaproszenie i nie było innego wyjścia, niż te, że musiał się tam pojawić. Oczywiście utarty zwyczaj jest taki, że piłkarze przychodzą ze swoimi partnerkami. W końcu bal to bal. Nie dostałam co prawda zaproszenia, jednak Ann była święcie przekonana, że będę towarzyszyła blondynowi tego wieczoru.
Ażeby nie zrobić mu wstydu, i oczywiście jeśli naprawdę by chciał mnie zabrać, to musiałam wyglądać lepiej niż dobrze. Miałam też poznać resztę piłkarzy. Czyli siłownia.

Musiałam się zadowolić owsianką w samotności, Ann poszła wyprowadzić Mase na spacer. Gdzieś z tyłu głowy chodziło mi wczorajsze spotkanie z Marco. I pomimo kolejnej kłótni… Ten pocałunek zawrócił mi w głowie. Jak z jakiegoś taniego romansidła. Ale był piękny. I romantyczny. Na dobrą sprawę, to zaczęłam sobie wyobrażać jak tańczymy z Marco na pięknej dużej sali wśród innych par. Marzyła mi się piękna sukienka, jak u księżniczki. Ale najpierw trzeba się pogodzić. A żeby się pogodzić to trzeba przeprosić. A po ostatniej rozmowie z Mario wiedziałam, że nawet jeśli Marco mnie urobi, to jeszcze brunet będzie musiał być co do tego przekonany i to on ostatecznie mnie stąd wypuści…bądź też nie.
Nie miałam do końca ochoty na to śniadanie. Głównie ze względu na to, że nie lubię zimnych owsianek. W ogóle nie przepadałam za owsiankami, ale jeśli trzeba je zalać czymś ciepłym a potem stygnie to entuzjazm trochę spada.
Za to entuzjazm u Ann wiecznie nieograniczony. Wpadła razem ze zmęczonym psem… 
Biedna Mase, co ona ci zrobiła. 
Przyniosła do przedpokoju swoją torbę i oznajmiła, że na mnie czeka. Pfff, przyjaciółka.





/Marco/


-Ale zrozum, dawałem już kwiaty.-westchnąłem próbując wbić do głowy mojej siostrze, że kwiaty będą najgłupszym ruchem do przeprosin blondynki.
-No to nie wiem. Idę do Nico i Yvonne, a ty się zajmij małą.
-No jasne, dzięki. I wiesz? To, że jesteś starsza wcale nie znaczy, że możesz wykorzystywać młodsze.-odparowałem Melanie i podszedłem do wózka w której grzecznie spała najmłodsza członkini naszej rodziny.
-A no tak, młodsze to słabsze, tak to szło?-rzuciła jeszcze przez ramię wychodząc do ogrodu. Paskuda jedna. Ale i tak siostry i rodzice byli dla mnie najważniejsi.
Z kuchni wydobywały się piękne zapachy. Obiady u mamy zawsze miały swoją magię. Niby takie zwykłe spotkania rodzinne, ale jednak to był mój motor napędowy. Nawet się mówi, że w rodzinie tkwi siła. W mojej to sprawdzało się idealnie. 

-Marco, weź proszę z blatu ziemniaki.-powiedziała mama wchodząc do pokoju trzymając w rękach naczynie z pieczenią. Pachniało cudownie.
-Ale muszę się zajmować Mią.
-Skarbie, nie wyczułeś, że twoja siostra, załamana twoją beznadziejnością kazała ci się delikatnie odczepić?-zaśmiała się pod nosem robiąc miejsce na stole. –No idź już.
-Idę idę. –mruknąłem pod nosem. 


Kiedy wróciłem do salonu zastałem już moje obie siostry i Nico. Melanie uśmiechała się chytrze pewnie mając na uwadze naszą poprzednią wymianę zdań.
-Wiesz, grunt to powiedzieć komuś żeby spadał na drzewo, a ten się będzie cieszył na nadchodzącą podróż, czy jakoś tak.
-Dzieci.-zaśmiał się ojciec siadając przy stole. –Odkładamy już te wszystkie sprawy na bok, zjemy wreszcie normalnie.

Ojciec zawsze wszystko ucinał, potrafił być czasem zbyt bardzo bezpośredni. Może to była i dobra cecha, nikt nigdy nie mógł mu zarzucić nieszczerości, ale też z drugiej strony czasem mógł sobie darować kilka niesympatycznych uwag.
Mama zawsze mówiła, że odziedziczyłem po nim bycia upartym. I chyba miała rację. Rose z resztą mogła się o tym szeroko wypowiedzieć mając na uwadze ostatnie wydarzenia. Musiałem coś z tym zrobić, w końcu nie będziemy rok mieszkać na dwa mieszkania i się do siebie nie odzywać. Ta mała, drobna kruszyna była naprawdę temperamentna i bardzo uparta. Czy ja wiem, może nawet tak jak mój ojciec. 

Mama za to była oazą spokoju. Nigdy nie lubiła konfliktów, wolała rozmawiać ze stoickim spokojem, niż podnieść głos. Nie dawała się ponosić emocjom, wszystko co złe umiała bardzo szybko rozwiać. Mario kiedyś mi wyznał, że w kłótniach jestem też spokojny. Nie wierzyłbym do końca temu. Zwłaszcza patrząc na rozwalony nos Schu. Niesamowicie denerwowało mnie to, jak się przytulał z Rose. I nie umiałem normalnie funkcjonować w jego pobliżu wiedząc, że całował moją Rose. Nie miał do tego prawa. Ona była moją żoną. Nie jego. Myślałem, że wystarczająco to zrozumiał, jednak urodziny syna Romana… Przywaliłbym mu jeszcze raz ale powstrzymała mnie jej obecność. No może tez reszty, ale główny wpływ miała na to Rose. Uwielbiałem ją całować. Irytowało mnie to jak się na mnie denerwowała, a zarazem cholernie mnie to kręciło, mogła i naprawdę na mnie krzyczeć. Jej oczy wtedy się mieniły, a usta okropnie kusiły, żeby je pocałować i przygryźć. Chyba jeszcze do żadnej swojej kobiety nie czułem takiego pociągu. Uwielbiałem każdy centymetr jej ciała. Nie była koścista jak każda modelka, nie wyglądała jak każda przeciętna dziewczyna. Była… inna. Jej skóra była tak miękka i gładka. Wcięcie w talii jak u księżniczki, pełne piersi, pośladki, długa szyja i Dotykanie jej było moim nałogiem. 

-Wuuuujku!-Nico zawołał mnie swoim nieznoszącym sprzeciwu głosem.
-Hmm? –odezwałem się karcąc za to, że przy rodzinnym obiedzie myślę o tym, jak mnie pociąga Rose.
-Babcia pyta czy dobre. A ty nie odpowiadasz. –powiedział z pretensją
-Przepraszam, zamyśliłem się. Pyszne, mamo. –odpowiedziałem wymuszając uśmiech.
-Zakochaany. –mruknęła pod nosem Mela i włożyła do ust dużą porcję mięsa i kaszy.
-Nie udław się od tych bredni.
-Marco, zostaw siostrę.-oburzyła się mama
-To niech siostra nie pie.. gada bzdur. –powiedziałem odchrząkując i wróciłem do swojego jedzenia. Nico nie powinien uczestniczyć w tej rozmowie, to nie dla niego. To zbyt chore. 

Siedzieliśmy w kompletnej ciszy. Było to zarazem wkurzające i niezręczne. Wiedziałem, że jestem pod ostrzałem spojrzeń sióstr i ojca. Na szczęście Nico nie wyczuwał tej dziwnej atmosfery i dzielnie wsuwał swoją porcję mlaszcząc przy tym głośno. Nawet Yvonne nie zwracała mu tym razem uwagi.

-Dzięki, ale nie jestem głodny. –wstałem od stołu i poszedłem do kuchni nie czekając na komentarze rodziców, czy co gorsza sióstr. Postawiłem talerz na blacie i zacząłem sprawdzać czy rodzice mają coś dobrego do picia w lodówce. Oczywiście sok. Alkoholu miałam dość na następne tygodnie. W drzwiach stał jakiś sok pomarańczowy w butelce. Wziąłem szklankę z półki, chociaż mogłem się do cholery napić. U siebie miałem jeszcze bałagan w kuchni. Znalazłem jakiś stary worek, żeby pozbierać burdel z salonu. Jadłem głównie na mieście. Zanim poznałem Rose to Scarlett zawsze zajmowała się kuchnią. Teraz Rose w prawdzie też nie była najlepszą kucharką, sama sobie z tego zdawała sprawę, ale starałem się jej pomagać i przyrządzaliśmy posiłki razem. Na razie makarony, przyjdzie czas na ravioli i inne wymyślne dania..

-Dobra, brat. –Melanie weszła do kuchni razem z Yvonne.
-Boże. Za co. –westchnąłem biorąc łyk ze szklanki. Sok przyjemnie chłodził. Mama zawsze miała zwyczaj wstawiania soków do lodówki latem i to był genialny pomysł.
-Możemy powiedzieć to samo. Wystarczyłyby dwie piękne, mądre, inteligentne siostry. To rodzice jeszcze musieli się pokusić o jakiegoś niedorobionego brata.
-Coś jeszcze?-zapytałem nie mając zupełnie słuchać gderania, zwłaszcza Melanie.
-Dopiero zaczynamy. –oświadczyła zamykając drzwi od środka Yvonne i oparła się o nie. –Dobra, załóżmy, że mój syn nie słyszy. Co ty odpierdalasz, co?
-Dobrze mówi!
-Dziewczyny, nic się nie dzieje.
-Serio? Bo ja znam inną wersję. Rozmawiałam z Rose dzisiaj. I wiesz? Według niej nie jest ok. A, i jeszcze gadałam z Ann. Nie uwierzysz. Potwierdza.
-A, to może pogadaj sobie z resztą, ciekawe co mają do powiedzenia!
Wiedziałem, że moje siostry są strasznie drążące we wszystkim. Nawet najdrobniejszym problemie, czasem go lubią podrasować do skali światowego dramatu.
-Wiesz, że nie o to mi chodzi. Co się dzieje, brat?
-Nic. Po prostu pokłóciliśmy się, chyba w każdym małżeństwie są kłótnie, powinnyście coś o tym wiedzieć.
-Ale nie były na tyle poważne, że wyprowadzałyśmy się z domu. –odezwała się Melanie, która do chwili przysłuchiwała się wymianie zdań mojej i Yv.  –A, nie używaj argumentu, że nie znam Rose. Każda kobieta ma jakiś próg wytrzymałości. Z tego co wiem z uwag Yvonne, Rose to twarda babka i nie da sobie w kaszę dmuchać. A nawet jeśli próbowałbyś nam wmówić, że jest przewrażliwiona to powinieneś wiedzieć, żeby uważać na to co robisz. To było mądre?-zapytała Yvonne, na co ta kiwnęła głową potwierdzająco uśmiechając się.
-Dobra. Powiem jak jest, i proszę, „zakochanie” to zakazane słowo. Wiecie dobrze, jakie mam podejście do tego gówna. –popatrzyłem kolejno na jedną, to na drugą. Stały cierpliwie patrząc na mnie wyczekująco. Założyłem, że zaprzestały ze swoim durnym naskakiwaniem.  –Jesteśmy z Rose od jakiegoś czasu już razem i… To jest sto razy bardziej intensywne niż cały związek ze Scarlett. Pewnie dla tego, że ja nie gram, Rose też nie pracuje. Dzielimy ze sobą codzienność, jak normalni ludzie… To jest cholernie obce uczucie. Bo jednocześnie nie wiem, czy powinienem na przykład zaprosić ją na kolację, ale przecież ja jej nie kocham, ani nic. A kolacje… Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jak bardzo jestem w tym wszystkim zacofany. –westchnąłem ciężko przeczesując po bokach włosy.
-Całe życie poświęcasz piłce. Po to jest Rose, żebyś poznał tą drugą stronę. Jak to nazywasz, normalnego życia…
-Nigdy moje myśli nie były takie intensywne, nie mogę się na niczym skupić. Czasem mam ochotę coś rozwalić, irytuje mnie to, że musi odstawiać fochy i..
-Nie zwalaj na nią. Zawaliłeś, ty, nie ona. A pocałunek, daruj, ale znając Rose, to ja wierzę w to, że André wepchnął jej język do gardła a nie ona. To nie ten typ dziewczyny…
-Wszystkie są takie s…
-Nie kończ!-przerwała mi wkurzona Mela. –Nie akceptowałam, nie akceptuję i nigdy nie będę akceptować twojego durnego pomysłu z małżeństwem. I ja nie zamierzam tego tolerować jak rodzice i udawać, że wszystko jest w porządku. Bo nie jest. To jest kobieta, wrażliwa, mająca swoje marzenia, pasje. A nie jakiś szczur doświadczalny, do jasnej cholery. Powinieneś to szanować. Jeśli się na takie coś zgodziła to tylko dlatego, że jest zagubiona. Nie wie co chce robić, podobno nie ma nikogo, do kogo mogłaby się udać. Nawet jeśli mówi, że tego chce, to uwierz, Marco. A ty, gdybyś miał do niej odrobinę szacunku to dałbyś jej dawno rozwód, kasę w rękę, pomógł ze znalezieniem mieszkania i miał super przyjaciółkę. Ale cóż, nie poruchałbyś . Smutne. Ale taka prawda, co?
-Nie mów tak. –wydusiłem przez ściśnięte zęby. Zaciskałem dłonie na blacie kuchennym powstrzymując się od gniewu. W głowie cały czas sobie powtarzałem, że to moja siostra, którą kocham i powinienem ją cenić i szanować. Balansowałem na granicy gniewu i irytacji. –Temat seksu nie ma nic tu do tego i nie powinien cię interesować. To tylko i wyłącznie moja sprawa.
-A Rose nie?-prychnęła dalej trzymając przy swoim.
-Nie łap mnie za słówka. Wiesz, że tego nie cierpię.
-Straszne. –burknęła
-Melanie, myślę, że ta rozmowa nie ma sensu.
-Tak jak twoje małżeństwo. Widzisz? Nawet nie umiesz pokazać sensu jego bytu. Wiesz dlaczego? Bo nie ma.
-Ty nie rozumiesz. Nic nie rozumiesz!-powiedziałem ciszej, oddychając głęboko.
-Tak. Dokładnie to ująłeś. Nie rozumiem i nawet nie próbuję, to chore. Kończę to, bo naprawdę… -powiedziała smutno odwracając się do drzwi. Nie chciałem tak tego zostawiać.
-Mela. Ja po prostu potrzebuję Rosalie. Jej. Jej osoby. Ciepła, uśmiechu i jej beznadziejnej kuchni. To daje mi spokój i poczucie… Domu i stabilizacji. To w tym wszystkim wariactwie jest najpiękniejsze. To jest właśnie to, co sprawiło, że nie wziąłem ze Scarlett ślubu.
-Dziękuję. –powiedziała szeptem kiwając głową i biorąc głośny oddech opuściła kuchnię.
Nalałem kolejną szklankę tego soku. Koniecznie musiałem zapytać mamy gdzie go kupiła. Najlepiej koi zszargane nerwy. 

-Randki. –rzuciła Yvonne. Prawie zapomniałem, że cały czas tu była.
-Co „randki”?
-Chodźcie na randki. To fajne. Rose poczuje się lepiej. A ty, kiedy byłeś ostatnio na prawdziwej randce?
-No jak byliśmy ze…
-Scarlett? Proszę cię. Randka to nie jest zalanie się w trupa, zaliczenie sypialni i przeżywanie kaca życia rano. Wykorzystaj to, że Rose mieszka teraz u Mario.
-Co, mam obejrzeć z nią film u nich i wywalić Mario z Ann za drzwi?
-Czasem zastanawiam się o gdziebytności twojego mózgu… -westchnęła patrząc w dal przez okno. Po chwili przeniosła znudzone spojrzenie na mnie. –Zabierasz dziewczynę wieczorem do restauracji i odstawiasz ją do domu przed północą i nawet nie myślisz, żeby zostać na śniadanie. Innego dnia zabierasz ją na spacer. Parki, starówka, muzea czekają. Jak Ann i Mario nie będzie, bo sami gdzieś pójdą przyjdź do niej z lodami i obejrzyjcie razem film. No i podwójna randka, przy okazji miły wieczór z przyjaciółmi. Teatr, opera… W ostateczności wylądujecie w klubie, żeby potańczyć, a nie się uchlać, Marco.
-Powtórzysz? Zanotuję…-powiedziałem próbując wyglądać poważnie. Mina mojej siostry wyrażała więcej niż tysiąc słów. Parsknąłem śmiechem, na co ona przewróciła z westchnieniem oczami.
-Mela ma trochę racji, ale ja rozumiem też ciebie. Tu też by pasowało do tego jedno słowo, ale go nie uznajesz to nie ma o czym mówić… Więc po prostu nie spieprz tego.
-Myślisz, że Rose naprawdę jest ze mną, bo się boi?
-Myślę, że Rose cię lubi. Bardzo lubi. I zrób coś, żebym mogła ją zobaczyć szczęśliwą, jak na tych twoich Photoshopach z Karaibów.
-To nie Photoshopy!
-A, czyli jednak możecie być razem szczęśliwy. Wróć tam.
-Wiesz, że mam trenin…
-Głupi i głupszy w jednym! –udała płacz zakrywając twarz dłońmi. –Do tego co było, braciszku. O tutaj. –postukała mnie palcem w czoło, a następnie stając na palcach zaczęła pukać ugiętym palcem w moją głowę sprawdzając, jakby to ujęła, gdziebytność mojego mózgu. Roześmialiśmy się oboje. Pochyliłem się lekko i objąłem mocno moją siostrę. 

-Dziękuję, Yv. –powiedziałem i pocałowałem ją w policzek. –Ratujesz mi tyłek.
-Wiem, młody. –uśmiechnęła się –A, i jeszcze jedno. Jeśli uważasz coś za tandetę to w randkach to najlepsze wyjście. Im większa tandeta tym bardziej dziewczyna to lubi. Nie każda, ale mam przeczucie, że jesteś jej taką słabością. Poza tym, jesteś przy niej takim uroczym misiem.
-Proszę cię, jestem facetem.
-Niedźwiadkiem?
-Niedźwiedziem.
-Dobra, niech ci będzie. –roześmiała się i ruszyła w stronę drzwi. –Chodź no, grizzly.
-Pożegnam się z rodzicami, Melą i dzieciakami i uciekam. –powiedziałem wychodząc za siostrą. Mama słysząc to podniosła głowę upewniając się tego co słyszała.
-Może ci zapakuję na wynos? Niewiele zjadłeś.
-Nie, dziękuję mamuś. Najadłem się i było pyszne, jak zwykle z resztą. Muszę już uciekać.
Stanąłem obok rodzicielki i objąłem ją ramieniem i ucałowałem w policzek.
-A deser?-zapytał smutny Nico spoglądając na mnie robiąc wielkie oczy niczym kot ze Shreka.
-Widziałem w lodówce twoją ulubioną galaretkę, więc jeśli mama się zgodzi, to zjesz jeszcze moją, hmm?
-Ale ja wolę ciebie od galaretki!-zaprotestował odkładając widelec na talerz i założył rączki.
-Obiecuję, że jeszcze sobie odbijemy i zabiorę cię jakiegoś dnia i pójdziemy razem na plac zabaw pograć w piłkę.
-Super! Jutro?
-Zobaczymy!-uśmiechnąłem się na widok rozpromienionego siostrzeńca. –Ale musisz być grzeczny i słuchać się mamy, żeby nasz plan wypalił.
-No dobra. –zgodził się –To pa wujek!
-Papa! –odpowiedziałem z uśmiechem i kiwnąłem głową w stronę taty na pożegnanie. –Muszę się skupić na tandecie. –skierowałem do Yvonne śmiejąc się pod nosem do brunetki. Miała ewidentnie dość mnie na ten dzień. Stawiałem, że nawet nie będzie chciała odebrać telefonu, będę musiał polegać sam na sobie. Cóż. Też się tak zdarza. W salonie zahaczyłem jeszcze Melanie z malutką Mią na rękach. Malutka jeszcze lekko zaspana rozglądała się po mieszkaniu. Podszedłem do niej i ucałowałem jej maleńką, śliczną rączkę. –Ciebie też nauczymy grać w piłkę, nie martw się.
-Nico ci nie wystarczy?-zaśmiała się Melanie głaszcząc małą po policzku.
-Nie, musi być mała drużyna.
-Sam sobie wyprodukuj, a nie na cudzych dzieciach będziesz się wyżywał ze swoimi ambicjami, nie mała?-zaczepiła Mię, na co dziewczynka roześmiała się na cały dom.
-Tym bardziej już uciekam.
-Tą drużynę robić?
-Jedno diabli ty i Yvonne, naprawdę. –pokręciłem głową niedowierzając. Możliwe, że ja byłem podobnie wkurzający… Musiałem o to zapytać Rose.



Wracając do mieszkania zastanawiałem się co mógłbym takiego zrobić, żeby w ogóle Rose chciała gdziekolwiek ze mną iść. Przypuszczałem, że może nie pójść tak łatwo, a pocałunek wcale nie oznaczał zgody. A Rose potrafiłaby być przez niego jeszcze bardziej nieustępliwa. Ale był i tak tego warty.
W mieszkaniu był naprawdę okropny syf. Nie chciało mi się sprzątać tego wszystkiego, ale miałem utrudniony dostęp do kuchni. Tak naprawdę lodówka była pusta a naczyń i tak nie było. Po prostu dla zasady powinien być ułatwiony. A naczynia… Miałem nadzieję, że moja małżonka lubiła tego typu zakupy, bo to nie była w zupełności moja działka.
Rzuciłem kluczyki na szafkę i usiadłem przed telewizorem. Nie miałem ochoty na konkretny film, dlatego rozkładając podnóżek wziąłem pilota i zacząłem przełączać kanały. Zauważyłem, że po dzisiejszym meczu z Nico zaczęła mnie boleć noga. Będę musiał to zasygnalizować fizjoterapeutom, może jeszcze nie czas, żeby wrócić. Miałem dość tej bezczynności. Byłem niby piłkarzem, a większość czasu zamiast na boisku spędzałem w szpitalach, ośrodkach rehabilitacyjnych albo w domu. Potrzebowałem mojej Rosie.
I czemu w tej telewizji nic nie leciało?
Stanąłem na jakimś kanale, który widziałem pierwszy raz.

-Trzymajcie mnie...-powiedziałem pod nosem widząc jakąś telenowelę. Kto wymyślił w ogóle ten twór i dlaczego to miało jeszcze prawo bytu? Kolejna tragedia goni ślub, zdradę i dziecko z innym. I to Melanie mi mówi, że mam chore życie? Przy tym moje życie to wręcz nudy i monotonia.

I przyszedł mi do głowy pomysł. Znalazłem sens wszystkich brazylijskich seriali.





/Rose/

To był jeden z bardziej leniwych wieczorów. Mario wrócił z biegania i brał prysznic. Ann siedziała ze mną na kanapie i odpisywała na maile. Ja szukałam informacji o fizjoterapii. Chciałam zacząć się w najbliższym czasie rozglądać po kursach w Dortmundzie i podjąć jakąś pracę. Mimo, że nie narzekałam z takim facetem u boku na nudy to chciałam się rozwijać. A wiedziałam, że prawo na pewno nie było dla mnie. 

-Gdzie są moje kapcie?-krzyknął Mario na pół mieszkania. Ann przewróciła oczami i zaśmiała się pod nosem.
-W sypialni zostawiłeś pod łóżkiem!-odkrzyknęłam mu wracając do swoich obowiązków.

Naprawdę miło mi było mieszkać z nimi. Zawsze była tu cudowna, serdeczna atmosfera pełna dobroci i ciepła. Udało mi się przez ten czas wyrzucić z głowy Marco, Scarlett i wszystkie inne problemy. Choć na jakiś czas. Marco nie dzwonił, nie pisał, nie wysyłał kwiatów. Nie wiedziałam czy to cisza przed burzą, czy nie szykowało się nic specjalnego.

I jak grom z jasnego nieba dotarł do nas przez otwarte okno balkonu dźwięk gitar i trąbek. Ann wyjrzała znad laptopa i zmarszczyła brwi. Mario jak zwykle szurając kapciami podszedł do drzwi balkonu i otworzył je by móc wyjść zobaczyć co się dzieje. Do melodii gitar i trąbek dołączył męski głos śpiewający coś po hiszpańsku.

-Ja nie mogę, trubadurzy!-zaśmiał się wracając do salonu. –Idźcie to zobaczyć.
-Co?-roześmiała się modelka i odłożyła na bok swojego laptopa. Wyszła na balkon zaciekawiona i wychyliła się przez barierkę. –Rose!-zawołała mnie uśmiechając się rozczulona.
Pokręciłam głową i poprawiając koszulę mojej piżamy dołączyłam do niej na balkonie. Mario poszedł za mną.

Jego trubadurzy mieli śmieszne czarne, stożkowe czapki z ogromnym rondem, wyszywane błyszczącymi cekinami i kamieniami. Garnitury również były pod kolor czapek, ozdobione złotymi, splecionymi linkami. Była ich piątka, dwie gitary, skrzypce, trąbka i puzon. Trójka z nich zawodziła jakąś romantyczną balladę.  
No i jeszcze był szósty, już bardziej w normalnym garniturze z czarnymi jeanswoymi spodniami. Z bukietem jakiś niewielkich kwiatków. Blondyn z idealnie ułożoną fryzurą i spojrzeniem z rodu kota ze Shreka. 

-O. Mój. Boże!-pisnęła Ann i zaklaskała w dłonie.
-Nie wierzę. –zakryłam usta nie wiedząc czy mam się cieszyć, czy może bardziej płakać?  Jakim cudem Marco wpadł na ten pomysł? Oszalał czy to może to jednak wybitny przejaw romantyzmu?
-Idź do niego!-powiedziała radośnie.
-No i co ja mam do niego iść i tańczyć czy co?
-Wątpię, żeby rudy tańczył. –zaśmiał się Mario opierając o barierkę i nie mógł już powstrzymywać śmiechu.
-Marco dobrze tańczy..-powiedziałam pod nosem jednak nie umknęło to uwadze Mario i Ann. Spojrzeli na mnie pytająco a na moich policzkach pojawiły się rumieńce. –Pierwszy taniec po naszym ślubie. Tańczyliśmy razem na plaży. To było… Piękne. Nie mogę o tym sobie dłużej przypominać, bo się zaraz rozkleję. –powiedziałam odchodząc od barierki i weszłam od mieszkania. Nie chciałam już patrzeć na Marco. I co on do cholery chciał. Spojrzałam na mój telefon. Zielona dioda sygnalizowała jakąś nową wiadomość. Westchnęłam i odblokowałam ekran. Krótka wiadomość od Marco.

„Rosie, zejdź na dół.
M.”

O nie. Zaczęłam panikować. Zaczynając od tego, że nie byłam pewna czego oczekuje ode mnie, kończąc na tym, że byłam w piżamie.

-Mała, idź do niego.-powiedział Mario wyrastając nie wiadomo skąd. Ann jeszcze stała na balkonie i obserwowała jak zaczarowana .
-Myślisz, że powinnam?
-Myślę, że to ten Marco z twojej plaży. –uśmiechnął się pokrzepiająco i przytulił mnie dodając otuchy.
-Dzięki. Mogę twoją czarną bluzę?-zapytałam patrząc na wieszak w przedpokoju, gdzie wisiała tylko jedyna bluza Mario, a ja nie miałam nic ciepłego pod ręką.
-Jak się w niej nie utopisz to proszę bardzo. A, i ucisz tych trubadurów. Może Ann się podoba, ale na dłuższą metę mnie i sąsiadom…o tej porze..
-Postaram się. –roześmiałam się nakładając bluzę Mario, która sięgała mi niewiele za pośladki. Rękawy też musiałam podciągnąć.
-Powodzenia Rose!-zawołała Ann wracając z balkonu –Będę cię obserwować.
-Dzięki.-roześmiałam się i pomachałam dwójce, jakbyśmy się mieli nie widzieć przez następne pół roku.
W windzie podwinęłam rękawy bluzy i poprawiłam kaptur. Zasunęłam zamek pod samą górę. Roześmiałam się widząc moje kapcie i gołe nogi. Mógłby ktoś pomyśleć, że pod bluzą nic nie mam, bo poza cieniutką koszulą ubrane miałam krótkie piżamowe spodenki. I żadnego makijażu. No ale dobrze. Sam tak chciał. Na parterze minęłam się z doręczycielem kwiatów. Bukiet wielkich, czerwonych róż. Wstrzymałam oddech, kiedy wśród nich dojrzałam taką samą kopertę, jaką dostałam koło wycieraczki w domu. Tylko i wyłącznie moje imię...

Wyszłam przed klatkę i przeszłam pod balkony. Zacisnęłam mocniej oczy, kiedy zauważyłam pełno zaciekawionych ludzi dyskretnie lub też niedyskretnie wyglądających przez okna. Panowie-meksykańscy muzycy niezmordowanie grali z przyklejonym uśmiechem. Kiedy wyszłam z cienia pod światło ulicznej latarni Marco od razu mnie zauważył i podszedł z delikatnym uśmiechem.

-Hej.-powiedziałam niepewnie, lekko speszona. Matko, czułam się jak nastolatka. Znów moje policzki nabrały koloru.
-Cześć Rosie. Cieszę się, że przyszłaś. –powiedział intensywnie wpatrując się na mnie i bez skrupułów obserwował moje nogi.
-Em.. Mario prosił w imieniu swoim i sąsiadów o uciszenie trubadurów.
Marco uśmiechnął się i odwrócił do muzyków i kiwnął głową w podzięce. Jeden widząc to pokiwał przecząco głową. Podeszli bliżej nas kontynuując, a jeden z wąsem zwrócił się do mnie łamanym angielskim.

 -No, no. Ferst, kiss!
Jego akcent był pocieszny, uśmiechnęłam się nie wiedząc do końca co powinnam zrobić. Spojrzałam na Marco, który tylko wzruszył ramionami nie próbując nawet się sprzeczać.
-Ale to i tak nic nie znaczy. –powiedziałam i zbliżając się do niego musnęłam go delikatnie w policzek i spojrzałam na pana z wąsem, który śpiewał dalej ze swoimi współtowarzyszami. Pokiwał przecząco głową i wskazał palcem na usta.
Marco zaśmiał się pod nosem kładąc dłoń na mojej talii.

-Obiecuję, że nie spieprzę i powiem wszystko to, co miałem do powiedzenia mimo tego pocałunku. A ty będziesz miała decydujące zdanie niezależnie od tego.

Wrócił mój stary Marco. To był ten ton głosu, spojrzenie i dotyk. I to co powiedział sprawiło, że pozbyłam się wątpliwości i stając delikatnie na palce położyłam dłoń na jego szorstkim policzku. Czułam jego ciepły oddech. Czekał aż to ja zainicjuje pocałunek, nie zmuszał mnie do niczego. To było kochane. Delikatnie go pocałowałam, na co on od razu zareagował odwzajemniając pieszczotę. Był bardzo czuły i delikatny. Jak skrzydła motyla. Był słodki. Uśmiechnęłam się zagryzając wargę i spojrzałam na niego spod zmrużonych powiek. Obdarzył mnie przepięknym uśmiechem. Muzykanci przestali grać kierując się powoli do swojego busa. Przy okazji każdy z nich ukłonił mi się i uścisnął Marco dłoń. Ostatni założył mi swój kapelusz na głowę salutując. Podziękowałam mu kiwnięciem głowy i przeniosłam wzrok na Marco. 

-Chodź pod klatkę, bo naprawdę czuję się mocno obserwowana. –powiedziałam nie chcąc się rozglądać, a tym bardziej podnosić głowę, żeby zobaczyć Ann i Mario.
-Może usiądziemy zamiast stać pod klatką. Chodź, jest tu fajne miejsce między drzewami. –powiedział i złapał moją rękę. On w pięknym garniturze, a ja w czarnej, za długiej męskiej bluzie ze zbyt długimi rękawami no i w kapciach. Aż się roześmiałam.
Blondyn spojrzał na mnie z ciekawością.

-No bo wiesz. Spójrz na siebie.
-Noo?-powiedział marszcząc brwi i rzucił okiem na swój garnitur
-I teraz na mnie.-powiedziałam, na co on zrobił to, co mu powiedziałam
-I?
-Nie widzisz jak wyglądam?
-Cholernie seksownie. –odpowiedział nadal na mnie patrząc.
-Proszę cię. Mam bluzę Mario i kapcie.
-A ja mam coraz ciaśniej w bokserkach.

No dobra. Fajnie. Aha.

-No nie rób takiej miny. Jak chcesz zobaczyć, to proszę, sprawdź.
-Marco, proszę. –westchnęłam zatrzymując się i spojrzałam na niego patrząc błagalnie. On też się zatrzymał i popatrzył na mnie z uśmiechem. Zbliżył się i pocałował moje ramię.
-I jesteś do tego przeurocza w tym kapeluszu. Chodź.

Pozostawiłam to już bez komentarza i posłusznie poszłam z nim na ławkę usytuowaną między drzewami. Usiadłam z brzegu i czekałam na cokolwiek, co powie Marco. On usiadł koło mnie a po chwili westchnął.

-Zapomniałem. Dla ciebie.-powiedział podając mi naprawdę spory bukiet stokrotek. Urzekły mnie.
-Piękne, dziękuję. –odpowiedziałam ujmując bukiecik przewiązany różową wstążeczką.
-Ogólnie, najpierw chciałem cię zaprosić do restauracji. Tego był cel.
-Meksykańskiej?-zapytałam z uśmiechem wpatrując się w niego.
-Znaczy..-zaczął przejęty przeczesując nerwowo włosy. –Sushi.
-A, to nie było aż tak tematycznie. –zaśmiałam się, a jednak widząc jego zmieszanie i niepewność szybko starałam się podratować sytuację. –Ale za to bardzo pomysłowo i spektakularnie, dziękuję. –powiedziałam nachylając się i pocałowałam go w policzek.
-Piłaś?
-Nie, a śmierdzę?

Marco parsknął śmiechem i przysunął się bliżej mnie obejmując ramieniem.
-Po prostu stałaś się bardzo..całuśna.
-Bo jesteś wreszcie sobą. Tym prawdziwym. –powiedziałam. Dokładnie tym, w którym się zakochałam, pomyślałam po czym uśmiechnęłam się.
-Przepraszam, Rose. Za to wszystko. Wiem, że zawaliłem. Na całej linii i szkoda by wymieniać. I to ze Scarlett, to było przypadkowe spotkanie. Nie umówiliśmy się i nie utrzymujemy kontaktu. Obiecałem ci, słońce. Zaufaj mi. Wiem, że to wiele. I to nie jest twoja wina. Przepraszam, że ci to w ogóle mówiłem.
-Mój Marco. –powiedziałam szczęśliwa i wtuliłam się w niego jednocześnie zsuwając przy tym czapkę meksykanina. Jego klatka piersiowa poruszyła się delikatnie. Śmiał się cicho. Objął mnie mocno ramionami mocniej do siebie przyciągając.
-Brakowało mi ciebie, maleństwo. –szepnął mi do ucha i złożył koło niego pełno pocałunków. Mogłam tak spędzić resztę życia. No dobra, resztę dnia. Tu w jego ramionach było mi cholernie dobrze. Uwielbiałam wdychać zapach jego perfum i wody kolońskiej. Jeszcze mocniej owinęłam ręce wokół jego pasa. Mogłam przysiąc, że się uśmiechał. Tak szczerze. Tak naprawdę. 






~~~

Przepraszam za małą obsówkę, ale sprawdzałam na szybko rozdział rano, a nie wczoraj wieczorem, bo kompletnie padłam ze zmęczenia i nie miałam na to sił.. Przeprowadzka, ciężki proces 😊 
Dziękuję za wszystkie komentarze, uwielbiam je czytać💗
Wspaniałej soboty!
Buziaki!