sobota, 21 lipca 2018

Pięćdziesiąt dwa



Marisa była malutka i prześliczna jak laleczka. Jako dziecko bawiłam się takimi bobasami. Ona jednak różniła się tym, że była pełna życia, emocji, uczuć, miłości... Poza tym tak cudownie spokojnie oddychała, była miliard razy piękniejsza od wszystkich lalek świata.. No i była prawdziwie moja. I ją kochałam jak nikogo innego.
Mimo to było strasznie ciężko. Nie raz poddawałam się i dzwoniłam po Emre. On sam widział, że ginęłam w oczach i musiałam o siebie zadbać. Kiedy on zabawiał moją córkę, ja mogłam w spokoju wziąć prysznic, zjeść powoli i spokojnie pożywny obiad i zdrzemnąć się. Tylko tyle, jednak to było dla mnie spełnieniem marzeń. Jak się budziłam Emre akurat usypiał małą, więc mogliśmy razem obejrzeć film albo po prostu pogadać.

Kiedy moja blizna się zrosła i zostały mi wyjęte szwy, od razu poszłam do specjalistycznego sklepu i kupiłam wszystkie potrzebne rzeczy do rehabilitacji dla Lou. Tak więc pojawiła się nowa rutyna w naszym domu, zaraz po śniadaniu i nakarmieniu malucha brałam wózek i szłyśmy spacerkiem do domu mojej przyjaciółki. Ella dała mi niesamowite wsparcie. Nawet po przeczytaniu mnóstwa podręczników o rodzicielstwie potrafiła mi dać naprawdę masę dobrych, drogocennych wskazówek. Podczas rehabilitacji z jej córką zostawiałam Marisę w pokoju obok. Wiedziałam, że ma solidną opiekę Elli i Henry’ego. Kobieta śmiała się, że poradziliby sobie nawet z trójką dzieci. Marisa była aniołkiem i oboje byli tym zachwyceni. Nate lubił dać w kość, często płakał i marudził. U mojej córki na szczęście to było rzadkością. Na początku była trochę niepewna, zostając sama z nimi, dlatego Ella siedziała u nas w pokoju, a mała patrzyła jak ćwiczymy z Louisą, później jednak wiedziała, że nic jej złego samej się nie stanie.
W weekendy też siebie odwiedzaliśmy. Raz oni przychodzili do mnie, innym razem ja do nich. To miało dobry wpływ zarówno na mnie jak i na Isę. Ja nie wariowałam, bo miałam przy sobie naprawdę fantastycznych ludzi, którzy bardzo mnie wspierali, a Mari zawsze się cieszyła, kiedy Lou pokazywała jej swoje lalki i ubranka dla nich. Z zainteresowaniem też obserwowała Nate’a, cieszyłam się, że nie zdecydowała się na naśladowanie go i płakanie. Byłam z niej dumna.
Poświęciłam się w zupełności mojemu dziecku. Odłożyłam kończenie studiów na kiedy indziej. Nie zamierzałam tracić żadnej chwili z jej rozwoju. Jej gaworzenie było cudowne. Bardzo dużo wszyscy do niej mówili, miałam przeczucie, że bardzo szybko zacznie mówić. Czekałam jak wariatka na pierwsze  słowo „mama”, chociaż wiedziałam, że do tego jeszcze daleko. Przesiadywałam w pokoju dziecka jak zahipnotyzowana, obserwowałam jak oddycha, otwiera buźkę, czy przekłada rączki. Całowanie brzuszka, rączek i stópek było także codzienną rutyną. Może i byłam młoda, może za młoda, może powinnam najpierw skończyć porządnie studia, zrobić kilka innych papierów z fizjoterapii, znaleźć stały dochód, męża, na końcu dziecko. Ale ja byłam szczęśliwa, że ją miałam. Nie wyobrażałabym sobie świata bez niej. Nie było innej możliwości. A młodość i brak doświadczenia? Wystarczyło, że ją kochałam. Wtedy wszystko działo się ot tak.. Ona też mnie kochała, nie musiała mi tego mówić. Pokazywała mi to każdym najdrobniejszym gestem, oddechem, uderzeniem serduszka. Rozumiałyśmy się bez słów, po prostu wiedziałam, kiedy chce spać, kiedy bawić, jeść, przytulać. Jej małe rączki na moich policzkach.. Takie chwile mogły trwać wiecznie. Marisa była cudem. Moim małym-wielkim cudem.
Nie wiedziałam, co powinnam zrobić z Marco. Mieliśmy przecież dziecko. Może nie był gotowy, może nie chciał, ale.. Marisa jest i tego nie zmieni. Może nie chciałam jej już wsadzać w samolot i wracać do Dortmundu.. W ogóle na razie nie chciałam tam wracać. Polubiłam Liverpool, miałyśmy tu swoje mieszkanie, ulubione parki, las, port. To były nasze miejsca, które zawsze się będą kojarzyć z tym wyjątkowym czasem. Może i było ciężko, czasem bardzo ciężko, ale pogodziłam się z byciem samotną mamą. Radziłyśmy sobie. Pewnie to też dlatego, że miałyśmy pełno pieniędzy od Marco. Dobrze, że tak się stało. Oczywiście, to było za dużo. Nie zaczęłam kupować ciuchów od Guccii, czy mebli dla Isy z marokańskiego drewna, o ile takie istniało. Żyłyśmy przeciętnie i to nam wystarczało. Nie musiałam się martwić chociaż tym. Ale Marco powinien wiedzieć. Mario,  Ann… Czułam się, jakbym ich wszystkich okłamała. Oni zasługiwali na prawdę, powinni wiedzieć. List ani rozmowa przez telefon tego nigdy nie załatwią. Musiałam to załatwić twarzą w twarz. 

Akurat siedziałam na balkonie na leżaku, a Mari spała na swoim materacyku pod parasolem, kiedy zadzwonił telefon. Odebrałam jak najszybciej, żeby się nie obudziła. Oczywiście wujek Emre tęsknił.

-Dzień dobry, stęskniłeś się? –zaśmiałam się i spojrzałam na moją prawie pięciomiesięczną córcię, która nadal smacznie spała, tuląc do siebie misia.
-Jak zawsze. Mam prośbę, a właściwie zadanie specjalne. Masz chwilę?
-No Mari śpi ale mów.
-To włóż ją do wózka i pójdźcie do mnie. Potrzebuję czerwonej teczki z dokumentami i badaniami od lekarza. Jest w szufladzie szafki pod telewizorem.
-Nie będziesz szybciej samochodem?
-Rusz tyłek. Nie mogę się ruszyć bo czekam na lekarza, który może być w każdej chwili. A naprawdę potrzebuje tych wyników.
-Kontuzja? –zaniepokoiłam się. Trochę już znałam ten temat i wiedziałam, że to nie wróży nic dobrego. Oby nie wypadł na zbyt długo.
-Niestety. To jak? Ode mnie na stadion nie jest daleko, możesz też podjechać autobusem ale bez sensu się kisić.
-Jakoś znajdę. Mam mapy w telefonie. Nie wiem za ile będę ale postaram się jak najszybciej.
-Dziękuję, jesteś wielka. Spokojnie i ostrożnie.
-Oczywiście. Do zobaczenia –pożegnałam się. Wstałam z leżaka, skończyło się leniuchowanie w słońcu. 

Przebrałam się szybko, nie spuszczając oka z malutkiej. Włożyłam wszystko do schowka w wózku co potrzebowałam. Nauczyłam się przewidywać dosłownie wszystko, nawet nieprzewidywalne. Na sam koniec wróciłam na balkon po moją małą księżniczkę i jak najdelikatniej, żeby jej nie obudzić, a tym bardziej nie rozbudzić podniosłam ją i włożyłam do wózka. Oczywiście obok musiał zaraz być jej miś, którego kupiłam zaraz po dowiedzeniu się o ciąży. Najpierw towarzyszył mi w moim łóżku przez cały okres ciąży, teraz moja córka się z nim nie rozstaje. Coś w nim jest.
Dotarcie do domu Emre nie było problemem. Miałam swój zapasowy komplet kluczy, więc nie musiałam nigdzie biegać i krążyć ze stadionu do domu i  z powrotem. Nie przepadałam grzebać w czyichś papierach ale jak trzeba było i za zgodą to już trudno. Na szczęście koniec końców znalazłam i czerwoną teczkę, w której były jakieś wyniki badań i prześwietlenia. Wpisałam w mapę adres stadionu i właśnie po raz pierwszy od przyjazdu do tego miasta miałam się na nim znaleźć. Dziwne uczucie, strasznie byłam przyzwyczajona do Iduny, a teraz Anfield. Z czerwonymi siedzeniami, nie czarno żółtymi.. Zmiany na każdym kroku.
 
Zadzwoniłam jeszcze do Emre, żeby się upewnić, czy nadal teczka jest potrzebna i jak mam właściwie tam się dostać.

-Głównym wejściem i na piętro, tam jest pokój trenera –wytłumaczył. –Wreszcie się poznacie, bo chwaliłem się w styczniu, kiedy Emdżej się urodziła...no że się urodziła.. No a teraz jest czas, żeby się poznać. W końcu nie jest już małym, dziwnym stworkiem.
-Ja ci dam „stworkiem” –oburzyłam się. Może trochę za głośno, bo właśnie Isa powoli zaczynała się budzić.
-To nienormalne, być takim małym i nie gadać.
-Na kontuzje mózgu to już chyba nie poradzi ten lekarz, nadal mam przychodzić?
­-Ej no..
-Dobra, to chociaż powiedz czy mnie tam wpuszczą.
-Powiedziałem ochronie, że przyjdziecie. Mają wypatrywać blond laski z wózkiem i z super dużymi cyckami od karmienia.
-Bo zaraz wyrzucę tą teczkę do rzeki! –zagroziłam, chociaż sama się śmiałam. Emre był czasem do granic okropny. W tle słyszałam męski śmiech. Jeszcze z kimś był, no cudownie. –Lepiej się rozłączę. Do zobaczenia.
-No, papa –zaśmiał się i rozłączył rozmowę. 

Schowałam telefon i lekko przysłoniłam pieluszką tetrową daszek wózka, żeby nie świeciło słońce małej prosto  w oczy.
Kiedy ochroniarz mnie zobaczył w drzwiach stadionu od razu spojrzał w mój dekolt. Can chyba nie żartował. Marisa zaczynała się wiercić i co jakiś czas kopać nogą w materac wózka. Szczęście, że na stadionie była wielka winda i nie musiałyśmy się nigdzie wdrapywać po schodach. Z łatwością zlokalizowałyśmy gabinet trenera. Zapukałam dwa razy, na co odpowiedziały mi dwa męskie głosy, żebym weszła. Najpierw otworzyłam szeroko drzwi, żeby móc wjechać wózkiem do środka.
-Dzień dobry –uśmiechnęłam się, widząc siedzących na kanapie Emre i drugiego, wysokiego mężczyznę z siwym zarostem. Miał na nosie duże okulary, jednak był dużo młodszy, niż by wskazywały na to atrybuty przeciętnego dziadka. Już na pierwszy rzut oka wydawał się być bardzo miły.
-Pomogę ci –zaoferował Emre i podniósł się z kanapy.
-Nie trzeba, siedź. To polecenie od fizjoterapeutki –pogroziłam mu palcem i sama obeszłam wózek od drugiej strony. Trener poza „dzień dobry” jeszcze nic nie powiedział, przyglądał mi się uważnie, nawet się nie ruszył z miejsca. Może jednak był dziwny? Nie przejmując się tym wprowadziłam wózek do środka i zamknęłam za sobą drzwi. Kiedy się obejrzałam on jednak już był niedaleko mnie i wyciągnął rękę, żeby się przedstawić. 

-Jürgen Klopp, jestem trenerem i… -powiedział a ja zamarłam. Jego głos się złamał, gdy spojrzał na wózek. A ja dopiero wtedy poskładałam wszystkie rzeczy do kupy.
Przecież Marco miał trenera, nawet jego tata utrzymywał z nim kontakt. I ja zadzwoniłam do niego, kiedy Marco był chory. I Marco wysłał mu zdjęcia z naszego ślubu. Przeraziłam się, naprawdę przeraziłam, bo tak naprawdę go nie znałam i nie miałam pojęcia jak zareaguje na mnie tutaj, a zwłaszcza na Isę. Tutaj moje brązowe, farbowane włosy nie miały szans, żeby mnie zamaskować.  

-Rosalie.. –westchnął i spojrzał na mnie. Miałam wrażenie, że jego oczy się zeszkliły. –Dziecko drogie. Przepraszam, ale muszę –oświadczył, a po chwili podszedł i przytulił mnie mocno. Odetchnęłam. Nie miałam wątpliwości, że to dobry człowiek, który nie skrzywdziłby ani mnie ani mojej córki. Delikatnie odsunął mnie od siebie i chwycił moje obie dłonie. Nie wiedziałam co powiedzieć. Obrócił delikatnie prawą, żeby spojrzeć na moją obrączkę. Cały czas ją nosiłam, nie chciałam się z nią rozstawać. –Tak dobrze cię tu widzieć.
-Dziękuję.. Ja nie wiedziałam, że pan…
-Już przeszliśmy wcześniej na "ty" –wszedł mi w słowo. I dobrze. Nie znosiłam uczucia, kiedy emocje wręcz mnie rozsadzały od wewnątrz a nie umiałam dobrać żadnego słowa, żeby je opisać. Marisa też postanowiła mi pomóc i zaczęła gaworzyć po swojemu, przy okazji pokazując swoje niezadowolenie, że nie zabiera niczyjej uwagi. Może była jednak trochę rozpieszczona. Ale tylko trochę.
-Przepraszam –wzruszyłam ramionami i podeszłam do drugiej strony wózka. Opuściłam daszek i uśmiechnęłam się do córki. Ona dawała mi mnóstwo siły. –Już kochanie, mama już jest –powiedziałam i schyliłam się do niej, żeby ją podnieść. 
Klopp podszedł do mnie i spojrzał na moją śliczną dziewczynkę. 
Podniosłam ją na ręce, a ona jak zwykle zaczęła się rozglądać, szukając czegoś nadzwyczaj interesującego. Zauważyła Kloppa. Zaśmiała się głośno i wyciągnęła do niego obie rączki, odpychając się ode mnie nóżkami. Miała coraz więcej sił, więc i ja miałam przy niej niezłe treningi. 
–To jest Jürgen Klopp, trenował twojego tatę lata temu, a to jest moja mała księżniczka, Marisa –zaprezentowałam ich sobie. Mari znów pisnęła wesoło, parząc na trenera. Klopp kiwnął głową i odwrócił się szybko. Nie rozumiałam co się stało. Spojrzałam na Emre, jednak on siedział cały czas uśmiechnięty.
Klopp podszedł do swojego biurka i wyciągnął z niego paczkę chusteczek. Zdjął okulary i najszybciej jak się dało przetarł oczy, a później odwrócił się do nas, polerując okulary.
-Szkła miałem brudne, muszę dobrze się przyjrzeć temu maleństwu –oświadczył już pewnie i uśmiechnął się. Wrócił do mnie szybkim krokiem i wyciągnął rękę do Mari. Ona bez zawahania chwyciła ją i zaczęła unosić w górę i w dół. Wszyscy zaczęliśmy się śmiać, a całe napięcie opadło.
Do Emre zadzwonił telefon. Po chwili rozmowy rozłączył się i wstał.

-Lekarz już jest. Masz tą teczkę?
-Jaką teczkę? –zapytałam, marszcząc brwi. On mógł opowiadać o mnie dziwne historie ochroniarzowi, a ja nie mogłam mu na chwilę podnieść ciśnienia teczką z dokumentami?
-Przecież mówiłem ci, żebyś wzięła czerwoną teczkę z szafki..
-Czerwoną? Cholera. Nie mówiłam ci, że jestem daltonistką? Chyba wzięłam zieloną.
-Żartujesz –powiedział, nerwowo przeczesując włosy. Zaśmiałam się i ucałowałam Marisę w jej krótkie blond włoski, która mnie cały czas zaczepiała.
-Żartuję –przyznałam. -Jest w wózku.
-Nie schylę się –wzruszył przepraszająco rękoma. Miał problemy z plecami, już nie będę aż tak się wyżywać. W końcu nie rób drugiemu co tobie niemiłe. Poza tym, byłam pod czujną obserwacją córki, trzeba było się zachowywać.
-Może pan.. Możesz ją potrzymać? –zapytałam trenera. Jego oczy zabłysnęły i od razu wyciągnął po nią ręce.
-Będę zaszczycony. 

Marisa także się ucieszyła. Od razu zaczęła sięgać po jego okulary, chcąc je zdjąć mu z nosa. Pokręciłam głową śmiejąc się, jednak upomniałam małą. Może nie do końca zrozumiała, ale przez chwilę na mnie popatrzyła. Jednym ze spojrzeń Marco. To była jedna z rzeczy, którą w niej niesamowicie kochałam, a zarówno nie znosiłam. Jak mam być stanowcza w takich momentach?
Wzięłam teczkę z wózka i dałam ją Emre. Czarnowłosy pocałował mnie w policzek i podziękował mi za pomoc. Jemu chyba do końca życia nawet nie dałabym rady się odwdzięczyć, chociaż mówił, że to żadna przysługa, każdy przyjaciel by tak zrobił. Wiedziałam swoje.
Kiedy wyszedł odwróciłam się do Jürgena i Marisy. To dziecko tylko spuścić na chwilę z oczu. Już miała w rączkach jego okulary i włożyła je do buzi. To był już jej schemat. Bierze do rąk, do buzi, bawi się i wyrzuca. Uchroniłam okulary przed ostatnim etapem zabawy, łapiąc je w locie.

-Przepraszam –westchnęłam i odłożyłam okulary na regał obok. Całe ociekały śliną, Marisa!
-Nie ma za co, niech się bawi. Chodź, usiądziemy. Przepraszam, że nie zaproponowałem, napijesz się czegoś?
-Wody, jeśli można. Wezmę ją –uśmiechnęłam się i odebrałam mojego ukochanego pulpecika. Nie było możliwości, żeby ktokolwiek był przy niej smutny. 

Usiedliśmy na dużej kanapie. Wzięłam dla Marisy kocyk i kilka zabawek, w tym oczywiście misia, żeby miała zajęcie na najbliższą chwilę. Kocyk ułożyłam między nami, żeby jednak cały czas na nią uważać.
-Jak sobie radzisz? Wszystko u ciebie w porządku? Masz mieszkanie, mógłbym ci jakoś pomóc?
-Dziękuję, ale dajemy radę. Kupiłam mieszkanie, niewielkie ale jednak trzypokojowe. Mamy swoje pokoje, chociaż ostatnio przesypiam nocki u niej na materacu koło łóżeczka.
-Nie krępuj się, zawsze tu jesteśmy, żeby ci pomóc. To nic złego poprosić o pomoc. Nawet jeśli jest się tak fantastyczną mamą –uśmiechnął się i połaskotał w brzuch Marisę. Mała chyba skradła jego serce.
-Staram się jak mogę. Jest dla mnie wszystkim. Jest cudem.
-To dlatego odeszłaś, prawda?
-Nie.. Ja.. byłam pewna, że nie będę dłużej w ciąży niż miesiąc. Jakkolwiek to głupio zabrzmi, ale chciałam go chronić. On nie był gotowy na dziecko. Ani tym bardziej na tragedię, której się obawiałam..
-Ani ty –dodał. Westchnęłam ciężko i kiwnęłam głową. Miał rację. –Ciąża była zagrożona?
-Nie… To co innego. Żyłam w strachu, z dnia na dzień, starając się trzymać z tym, że ją stracę i że zostawiłam Marco. Starałam się dystansować, starać się nie zakochać w niej.. I tak się skończył drugi miesiąc, trzeci, piąty, ósmy, dziewiąty i ona się urodziła. Sama w to nie wierzyłam, ale kiedy dostałam ją do rąk.. To jest moja córka, Jürgen –westchnęłam wzruszona i poniosłam malutką z kocyka. Przytuliłam ją do siebie i wtuliłam się w jej główkę. Ucałowałam ją kilka razy i spojrzałam na tą śliczną twarzyczkę - Moja piękna córka i kocham ją całym sercem.
-Jestem z ciebie dumny, Rosalie. Jesteś strasznie dzielna. Już mam dowód, o czym mówił Marco.
-Nie powie pan mu? Wiem, że macie kontakt –zapytałam. Tej odpowiedzi bałam się najbardziej.
-Rose… Marco jest dla mnie jak syn. Nie chcę go okłamywać, z drugiej strony myślę, że to jest sprawa..  Nie, to nie jest sprawa. To jest dziecko, Rose, wasze. Ty powinnaś mu o tym powiedzieć.
-Nie chcę mu tym zniszczyć kariery.. Życia. On nie chciał dziecka. Zwłaszcza nie teraz.
-Nie wiesz już, że życie jest trudne? Ale ty sobie radzisz. I z tym też. Marco będzie musiał dorosnąć, ja myślę, że Marisa to ktoś, kto najlepiej mu w tym pomoże.
-Dziękuję. Muszę to sama sobie najpierw poukładać, żeby cokolwiek zrobić.
-Nie widzieliście się, prawda?
-To znaczy? –zmarszczyłam brwi i zaczęłam podrzucać małą na kolanach.
-Marco jest w Liverpoolu..



***



Zostawiliśmy Emre pod opieką lekarza i pojechaliśmy razem do domu państwa Klopp. Jürgen zaprosił nas, żebyśmy poznały jego żonę, Ullę. Zapowiedział, że będzie miał dla niej niespodziankę. Jechałam trzymając małą na tylnym siedzeniu. Obawiałam się, że będzie musiała zostać przewinięta i nakarmiona właśnie w ich domu. Nie chciałam tak od razu nadużywać gościnności. Ale Klopp uważał nas za rodzinę. Może to trochę przytłaczające, zwłaszcza kiedy wiesz, że twój mąż jest w tym samym mieście. Marisa też chyba przez to była niespokojna.

Dom był naprawdę ogromny i taki przytulny. Klopp zatrzymał się na podjeździe i otworzył nam drzwi. Sam poszedł do bagażnika, żeby wyciągnąć i złożyć wózek.
-Jak tam mała?
-Chyba trochę głodna –uśmiechnęłam się do niej i ucałowałam w policzek. Może gdyby umiała powiedzieć co myśli to by mi doradziła?
-Damy ci pokój gościnny do dyspozycji, żebyś miała spokój.
-Dziękuję bardzo. Nie chciałam nadużywać gościnności.
-Takie rzeczy są normalne, kiedy ma się małe dziecko –zaśmiał się i rozłożył stelaż wózka.

-A co my tu mamy za gości? –usłyszałam za plecami kobiecy głos. Odwróciłam się i ujrzałam przepiękną blondynkę o ciemnych oczach i długich, blond włosach upiętych na czubku głowy. Była naprawdę śliczna. Wyglądała bardzo młodo. Uśmiechnęła się szeroko i podeszła do Marisy. –Cześć piękności! –uśmiechnęła się szeroko i złapała ją za rączkę, którą mała do niej wyciągała.
-Poznajesz? –zapytał Klopp wioząc wózek koło mnie. Ulla spojrzała to na mnie, to na małą. Mężczyzna westchnął z rezygnacją. –Zmień włosy na blond. I?
-Rose? –zapytała, robiąc wielkie oczy. Kiwnęłam nieśmiało głową w potwierdzeniu. –Kochana! –zawołała i delikatnie mnie objęła, uważając na Mari. –O Boże. Czy wszystko dobrze? Jak się czujesz?
-Tak, tak. Dziękuję.
-Proszę, wchodźcie. Jak się spotkaliście, Jürgen?! Zrobiłam lemoniadę, rozłożyłam parasol w ogrodzie. Obiad już dochodzi.
-Rose musi najpierw nakarmić Marisę w gościnnym.
-Oczywiście! W ogóle się nie przedstawiłam, ty mnie przecież nie znasz, a ja czuję się jakbym cię znała od lat. Musimy to nadrobić. Jestem Ulla.
-Bardzo mi miło panią poznać –uśmiechnęłam się i we czwórkę ruszyliśmy do pięknego domu.

Od razu zostałam zaprowadzona na piętro, gdzie Klopp wniósł mój wózek ze wszystkimi rzeczami. Mogłam w spokoju przewinąć i nakarmić Isę. Miałam wrażenie, że niedługo uśnie i będziemy mieli chwilę na rozmowę, bez rozpraszania uwagi.
Kiedy tylko zeszłyśmy na dół, zostałam zaproszona do stołu, gdzie czekał już pięknie wyglądający domowy posiłek. Podobny do tego autorstwa mamy Mario. Klopp zniósł wózek i ułożyliśmy go na półleżąco, że Marisa mogła nam towarzyszyć. Pytali głównie o małą, jak sobie radzimy, czy się dobrze rozwija. Opowiedziałam im historię, że moją metodą na uspokajanie są niezmiennie od początku wywiady z Marco. Opowiedziałam też im o Lou, Elli i Henrym. Byli pod wrażeniem, że daję sobie radę z godzeniem opieki i zajmowania się ćwiczeniem dziecka przyjaciół. Śmiali się, kiedy mówiłam, że testuję też masaże dla niemowlaków na Marisie. Ulla stwierdziła, że mała ma kompleksowe usługi lepsze niż w spa. Starałam się.
Jürgen pierwszy wstał od stołu i zabrał małą z wózka, żeby móc się z nią pobawić. Ulla z rozczuleniem patrzyła na tę dwójkę, przypominając sobie, jak to było, kiedy sama miała takie maleństwo. Ich widok był naprawdę uroczy. Dokończyłyśmy obiad, poruszając neutralne tematy. Głównie kuchni i gotowania. Kiedy przyznałam, że czasem tak zaabsorbowana dzieckeim zapominam o gotowaniu dla siebie i zamawiam byle co przez internet, wiedziałam już, że czeka mnie catering Ulli bez gadania.
Mimo sprzeciwów pomogłam jej odnieść talerze do zmywarki. W przestronnej kuchni na szafce zauważyłam ogromny bukiet kolorowych tulipanów. Był naprawdę przepiękny i prezentował się idealnie na tle białego wnętrza.

-Od Marco –powiedziała blondynka, widząc mój wzrok. Uśmiechnęłam się i podeszłam bliżej. Cudownie pachniały. Był nawet liścik, ale nie chciałam być wścibska, więc z trudem opanowałam się, żeby go nie otworzyć. Ulla zrobiła to za mnie. –Dla najpiękniejszej żony trenera, jaką kiedykolwiek widziano na świecie –zaśmiała się, czytając starannie napisane wyrazy. Doskonale znałam to pismo.
-Marco tak napisał?
-To do niego niepodobne? W stosunku do mnie jest aż do przesady szarmancki. Począwszy od całowania w rękę, po obrzucanie komplementami przy każdej możliwej okazji –zaśmiała się i poprawiła fryzurę. –Wkurza tym Jürgena, a tak naprawdę chyba próbuje tym pokazać, że oboje jesteśmy dla niego bardzo ważni. Marco to niesamowity chłopak.
-Wiem –westchnęłam. Dotknęłam płatka jednego z tulipanów i bez słowa ruszyłam do ogrodu, gdzie trener pokazywał Mari zasadzone tam kwiatki i właśnie zrywał dla niej stokrotkę.
Podbiegłam do nich i położyłam dłoń na ramieniu mężczyzny.
-O której ma powrotny samolot?
-Za godzinę startuje. Pewnie jedzie już na lotnisko.
-Oferta podwózki jest nadal aktualna?
-Oczywiście
-Powiedział pan, że nigdy na to nie będę w stu procentach gotowa. Może nawet jeśli jest teraz zero procent.. Ale jak to jakiś znak, sygnał, że tu jest?
-Biegaj do samochodu, ja oddam małą mojej żonie. Weź kluczyki z przedpokoju.
-Niech pan jej powie, że pieluszki są w wózku i..wszystko jest w wózku.
-Spokojnie. Zaraz do ciebie dołączę.



Krótko po tym jechaliśmy już w stronę lotniska. Na nieszczęście nie było innej drogi niż ta, którą jechaliśmy. A panował okrutny korek. W samochodzie panowała cisza. Jürgen starał się mnie uspokoić ale widział, że na nic to się zda. W ciszy próbowałam ułożyć całą przemowę. „Nie uciekłam, bo byłam w ciąży”-w sumie uciekłam, tylko to miało trochę inny sens. „Hej Marco, mamy córkę”-dostałby zawału. „Urodziłam dziecko, ale ty się nie przejmuj, skup się na piłce, pa”-jeszcze gorsze. Nie było żadnych słów, żeby powiedzieć to w odpowiedni sposób. Przecież miałam zmienić jego życie o sto osiemdziesiąt stopni i to na zawsze. Może nie był gotowy, żeby mieć córkę. Ale jego córka była gotowa, żeby mieć tatę. A przynajmniej zobaczyć go raz w życiu. Nie mogłam na nim wymusić, żeby został, zaopiekował się nami. Wiedziałam, że jakoś dam sobie radę. Ale nigdy nie zamierzałam okłamywać mojej córki odnośnie jej ojca. Od pierwszych miesięcy opowiadałam jej o nim, pokazywałam zdjęcia w ramce, wywiady, razem oglądałyśmy mecze. To nie łatwe pojąć dziecku, dlaczego tata jest na zdjęciu a nie w domu, ale byłam pewna, że Marisa będzie mądrym dzieckiem i to zrozumie, choć w pewnym stopniu na początku. Nikt nie będzie jej prawdziwym tatą. Nawet gdybym miała w przyszłości partnera nie pozwoliłabym, żeby Mari nazywała go tatą bez świadomości o swoim prawdziwym ojcu. Marco musiał wiedzieć. Chociażby po to, żeby wiedział.
Pod lotniskiem na parkingu wszystkie miejsca były pozajmowane. Jürgen wysadził mnie, żebym biegiem ruszyła na lotnisko. 

Przebiegłam całe lotnisko wzdłuż dwa razy. Nie było nigdzie Marco. Spojrzałam na zegarek. Za dziesięć minut samolot miał odlecieć. Pieprzone korki. Dobiegłam do kasy, gdzie właśnie zmieniało się miejsce lotu z Dortmundu na Chicago. Musiała mnie tam wpuścić.
Przepchnęłam się przez wszystkich turystów, olewając ich przekleństwa pod moim adresem i złośliwe uwagi.

-Przepraszam, ale potrzebuję pomocy. Piętro wyżej zaraz wsiądzie do samolotu mój mąż. Ja muszę go zobaczyć zanim odleci, to moja jedyna szansa –powiedziałam, łapiąc co chwila oddech. Od tego biegania dostałam okropnej zadyszki.
-Przykro mi, na ten lot już nie ma miejsc –odpowiedziała mi znudzonym głosem ruda kobieta w średnim wieku.
-Ja nie chcę lecieć. Ja potrzebuję tylko zobaczyć męża. Marco Reus. Proszę, to mój dowód, może pani sprawdzić.
-Niestety odprawa się skończyła, nie mogę pani wpuścić –uparła się. Mój widok przed oczami, kiedy biegnę w stronę Marco na płycie startowej, a on unosi mnie w górze i kręci dookoła jak podczas walca na balu charytatywnym zmienił się w ten, że płyta lotniska zapada się pode mną, zasypuje mnie a samolot do Dortmundu odlatuje.
-Pani nie rozumie. To jest mój mąż. Błagam panią, ja nawet mogę zapłacić, niech pani da mi ochronę, żeby była pewność, że nie polecę. Tylko minuta rozmowy –nalegałam. Marco był kilka dni w Liverpoolu a ja nawet na ten ostatni czas nie mogłam go spotkać.
-To pani nie rozumie. Nie wpuszczę pani.
-Niech pani zawoła go tu przez megafon. Niech pani powie, że jego żona, Rosalie chce z nim porozmawiać. To sprawa życia i śmierci.
-Proszę mi nie mówić, co mam robić! Zaraz zawołam ochronę. Blokuje pani odprawę!
-Proszę pani, on jest chory –zaczęłam, próbując łapać się ostatniej deski ratunku. –Ma astmę, straszne duszności, ja mam inhalator. Jeśli on nie dostanie inhalacji w najbliższym czasie będziecie mieli trupa na pokładzie. I to będzie pani wina, bo ja nalegałam!
-W samolocie jest apteczka i leki. Jak to mąż to chyba zna pani jego numer telefonu. Upewni się pani po wylądowaniu, że wszystko w porządku. Może pani lecieć następnym samolotem za tydzień.
-Muszę teraz. Błagam panią. Niech się pani zlituje!
-Weźcie ją –westchnęła. Kiedy myślałam, że już mnie wpuszczą, a moje serce załomotało ze szczęścia i strachu za razem, okazało się, że to było skierowane do ochrony. Jeden z napakowanych ochroniarzy mocno chwycił moje ramię i pociągnął w stronę wyjścia z lotniska.
-Proszę, to moja jedyna szansa. W pani jest ostatnia nadzieja!
-Proszę się uspokoić i nie stawiać oporu –powiedział twardo ochroniarz i ścisnął moje ramię jeszcze mocniej. Będę miała siniaka. Marco pewnie by mu przywalił za takie coś. Kiedy już byłam z nimi przy wyjściu, wpadliśmy na Kloppa.

-Co tu się dzieje?
-Proszę się przesunąć –polecił jeden.
-Proszę ją zostawić, to moja córka. Chciała iść zobaczyć się z mężem –powiedział twardo i odebrał mnie z łapsk tych okropnych, ubranych na czarno ochroniarzy. Oboje zmrozili mnie wzrokiem. Zaczęłam rozmasowywać bolący bark.
-To niemożliwe, jak już pana córka usłyszała. Lepiej będzie, jeżeli do końca dzisiejszego dnia tu się nie pojawi.
-Ale.. –zaczął Jürgen, ale przerwał, czując mój mocny uścisk dłoni na swoim nadgarstku. Zobaczył po chwili to samo co ja. Wzbijający się w powietrze samolot niemieckich linii lotniczych, który zaprzepaścił moją nadzieję. Nie byłam świadoma, że płakałam. Wyszliśmy na zewnątrz. Ochroniarze stanęli przy drzwiach, gdyby w razie wpadło mi do głowy tam wracać. Nie chciałam.
Pociągnęłam nosem i otarłam niezdarnie powiekę. Klopp przytulił mnie mocno i zaczął głaskać uspokajająco po głowie.

-Nie płacz. Jak chcesz, zadzwonię do niego zaraz po wylądowaniu, że ma natychmiast tu wracać.
-Nie, to nie jest najlepszy moment. On się musi teraz skupić na mistrzostwach. To był jego cel i kiedy jest już tak blisko ja nie mogę nagle pojawić się z informacją, że ma córkę. To by go zupełnie wybiło. Żona i dziecko nie były nigdy jego priorytetem, dlatego poczekam. Tyle czekałam…
-Uszanuję twoją decyzję. Ale pod jednym warunkiem –stwierdził stanowczo. Spojrzałam na niego z dozą niepewności. –Od dzisiaj ja i Ulla jesteśmy dziadkami Isy, będziemy się wami zajmować, brać na wspólne wypady, zapraszać na obiady, zabierać małą na cały dzień, żebyś ty mogła pójść do jakiegoś spa. I będziemy was zasypywać tonami zabawek. Wszystko w ohydnie różowym kolorze. Wiemy o każdej kolce, pieluszce i ząbku. Z pieluszkami może nie. Nie jesteś tu sama. Jesteś silna, nie musisz nam tego udowadniać. Ale chcemy być z tobą i cię wspierać jak tylko możemy. Marco jest dla nas jak syn, znamy go od szczeniaka. Myślę, że to nawet nasz obowiązek względem niego…i jego żony. Zgoda? O nie, znowu płaczesz?
-Nie zasłużyłam na tyle szczęścia ile mnie spotkało. Na Marco, na Isę, na was..
-Rosalie. To po prostu rodzina. Mówiąc „tak” do niej weszłaś, a że Marco ma rodziców dosłownie i rodziców w sporcie, to wtedy znalazłaś się w obu tych rodzinach. To po prostu życie, taka kolej rzeczy. To jak, zgoda?
-Nie znam pana, ani pańskiej żony –westchnęłam i wzięłam z kieszeni spodni jedną chusteczkę higieniczną, żeby wytrzeć oczy i wydmuchać nos. –Ale jestem pewna, że moja córka będzie miała najcudowniejszych dziadków pod słońcem.
-Jesteś niesamowita. Tak powiedział Marco, kiedy pierwszy raz mi o tobie mówił po naprawdę krótkim czasie znajomości. Ja teraz to widzę jeszcze bardziej. Jesteś niesamowita i masz niesamowitą córeczkę. A my się jeszcze poznamy, wiem, że jesteś niepewna ale możesz nam zaufać –uśmiechnął się wzruszony i objął mnie. Tak po ojcowsku. Ostatni raz tak byłam przytulana na dwa lata przed śmiercią mamy, kiedy poszłam do pierwszej klasy podstawówki. Teraz miałam piętnaście lat więcej. Miałam cały ogromny bagaż doświadczeń za sobą, było mi ciężko, byłam przepełniona goryczą dlatego, że o włos mogłam zobaczyć się z moim kochanym Marco, strachem, co przyniesie przyszłość, tęskniłam, chciało mi się płakać, kiedy Marisa zasypiała, zostawiając mnie samą ze zdjęciami przedstawiającymi mnie i Marco. A jednocześnie kochałam to małe słoneczko, które rozjaśniało każdą ciemną myśl i szare wspomnienie. Miałam prawie dwadzieścia dwa lata, a tyle bagażu i emocji jak niejedna staruszka. Ale kiedy zostałam przytulona, znów poczułam się jak sześcioletnia dziewczynka. Niewinna, szczęśliwa, nieznająca problemów, smutku, żalu, cierpienia ani tęsknoty. Brakowało mi tego i nie myślałam, że to może powrócić. Wróciło i byłam dzięki temu naprawdę szczęśliwa.

Po powrocie do domu Kloppów zastałam Ullę bawiącą się z małą w salonie na kanapie. Specjalnie ją rozłożyła, żeby mała mogła leżeć i turlać się do woli. Kiedy tylko drzwi się zamknęły, spojrzała na nas w oczekiwaniu na jakąś informację. Nie powiedziałam nic. Zdjęłam swoje trampki i podeszłam do kanapy. Wzięłam moje szczęście na ręce i przytuliłam ją mocno. Ucałowałam kilka razy jej główkę i czółko.

-Wszystko będzie dobrze, maleństwo. Mama bardzo cię kocha. Bardzo, bardzo, bardzo –uśmiechnęłam się, czując, jak kładzie swoje małe łapki na moich policzkach. Robiła to ostatnio dość często. Spojrzałam na kanapę, gdzie Jürgen objął ramieniem swoją żonę i oboje się nam przypatrywali z uśmiechem na ustach. Miałam dobre przeczucie co do nich i wiedziałam, że z nimi i ja i Marisa jesteśmy bezpieczne. Skoro Marco im ufał, wyrażał się w samych superlatywach, a co najważniejsze, traktował jak rodziców, to mu wierzyłam. Marisa będzie miała dobrze. Będzie najbardziej rozpieszczonym, ale i najszczęśliwszym dzieckiem świata.

Zostałam u nich aż do wieczora. Mari spała zaledwie dwadzieścia minut, szybko się rozbudziła i nie miała najmniejszej ochoty na leżakowanie. Chyba polubiła zarówno Ullę jak i Jürgena, z ogromną wzajemnością. Bawili się wesoło i brali nie wiadomo skąd mnóstwo energii. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu widząc ich razem. Porozmawialiśmy też chwilę. Dowiedziałam się, że Marco był wczoraj na treningu chłopaków z Liverpoolu. Trenował z nimi chwilę, dostał tydzień wolnego z Dortmundu, bo był ostatnio bardzo przeciążony. Klopp stwierdził, że u niego nie będzie się obijał. Podobno w następnym sezonie dostanie opaskę kapitana drużyny. Odzyskał dawną formę i przez to dostał powołanie do kadry narodowej. Byłam z niego szalenie dumna. Na pewno będziemy oglądać z Marisą mecze i kibicować tacie. Umówiłam się też na następny dzień z Ullą i Jürgenem na wspólną wycieczkę nad jezioro za miasto. Planowaliśmy zabrać koce, jedzenie i spędzić miłe popołudnie. Marsie też dobrze zrobi dzień na świeżym powietrzu. No i mnie.
Nie wypuścili mnie bez kolacji. Widziałam, że jednak sen zaczął wygrywać z zapałem, energią i ciekawością tej nieposkromionej istoty. Jürgen odwiózł nas do domu. Zaprosiłam go do środka, jednak podziękował i obiecał, że przy następnej okazji. Chciał jeszcze porozmawiać z żoną. Zapewnił mnie, że dotrzyma obietnicy i nic nie powie Marco. Może dopiero po mistrzostwach, kiedy będzie spokojniej będzie na to czas. Mari zostanie ze swoimi nowymi dziadkami, a ja pojadę do Dortmundu. 

Była tylko jeszcze jedna sprawa do wyjaśnienia. Kiedy tylko Isa zamknęła oczy i upewniłam się, że śpi, zadzwoniłam do Emre. Musiałam wyjaśnić jedną sprawę.
Wzięłam prysznic, zawiązałam mokre włosy w ręcznik i ubrałam się w sukienkę do spania i szlafrok. Oczywiście jak zawsze nosiłam puchate kapcie przywiezione z Dortmundu.
Nie miałam chwili, żeby wygodnie rozsiąść się na kanapie, a już usłyszałam pukanie do drzwi. Przeszłam do nich i wolno je otworzyłam. Otworzyłam je na oścież i wpuściłam piłkarza.

-Jak plecy? –zapytałam. Zajęłam miejsce na kanapie i założyłam ręce na kolanach. Na ekranie elektrycznej niani miałam dokładny podgląd na Marisę. Spała jak susełek.
-Odpadam na dwa miesiące. Rehabilitacja.
-Współczuję, ale z drugiej strony masz zaraz koniec ligi, ogarniesz to przez wakacje i na początek już będziesz gotowy do gry.
-Oby tak było. Jak z Kloppem?
-W porządku –ucięłam. Nie chciałam się nad tym rozwodzić. Zdjęłam ręcznik z głowy i rzuciłam na dywan. –Słuchaj, zadzwoniłam bo chciałam ci o coś zapytać.
-Pewnie, pytaj –uśmiechnął się i zaczął mi się dziwnie przyglądać. Może wyczuł, może zaczął myśleć, co wiem.
-Wiedziałeś, że Marco jest w mieście, prawda?
Brunet cały się spiął i przeczesał włosy. Widział. Chyba bym go zagryzła, gdyby mi teraz skłamał. Szkoda, że nie miałam wścieklizny. Może zaraz się dorobię.
-Tak. Był tu cztery dni. Zamieniliśmy z dwa zdania wczoraj na treningu.
-Od kiedy wiedziałeś?
-Od przyjazdu.
-Dlaczego mi nie powiedziałeś? –tego pytania bałam się najbardziej. Głos mi zadrżał. Nie byłam pewna, czy chcę usłyszeć na to pytanie. Czułam się jakby mnie zdradził. Może ochronił? Mam mu dziękować? Nakrzyczeć?
-Nie powinnaś się z nim teraz widzieć..
-Naprawdę? To mnie oświeć! Co powinnam? Może powinnam iść zjeść? Albo poprawić kolor na włosach? –chyba wścieklizna zaczynała postępować. Był niepoważny!
-Spokojnie. Marisa śpi.
-Jestem ci wdzięczna, szalenie wdzięczna. Ale nie masz prawa decydować o moim życiu. To mój mąż!
-Gdyby był twoim prawdziwym mężem, to by był teraz tu przy tobie i pomagał wychowywać twoje dziecko. A tak to tylko ja tu jestem. Ja.
-Emre..
-Jeśli mu nie ufałaś wtedy to nie zaufasz już nigdy. To nie jest człowiek, kto zapewni wam bezpieczeństwo, zaopiekuje się wami i da wszystko, co wam potrzeba –wyjaśnił ze spokojem. Tym razem spokój w jego głosie nie pomagał.
-To może oświeć mnie, kto to taki, co?
-Ja –stwierdził pewnie i złapał mnie za rękę. Przestałam oddychać na chwilę. Nie rozumiałam, co się właśnie działo. Trwało to może kilka sekund. Wyrwałam dłoń z jego i wstałam z kanapy. –Rosalie, wysłuchaj mnie. Chcę dla ciebie jak najlepiej. Dla ciebie i twojej córki. Wiem, że mogę ją pokochać jak ojciec, możemy założyć razem normalny, szczęśliwy dom i…
-Proszę, lepiej by było, gdybyś wyszedł.
-Rosalie. Ja naprawdę..
-Emre, proszę –powtórzyłam. Czułam zbierające się łzy pod powiekami. Otworzyłam drzwi i ściskając mocno klamkę czekałam, aż wyjdzie. Chciał na pożegnanie ucałować mnie w czoło. Odsunęłam się krok w tył.
-Przykro mi –usłyszałam nim wyszedł. –Nie żałuję.

Zamknęłam za nim drzwi i rozpłakałam się jak dziecko. Za dużo emocji na jeden dzień. Czułam się bezsilna. Nie wiedziałam co powinnam zrobić, co myśleć. Nie wiedziałam nawet co myślałam. Chciałam umieć powiedzieć to co Emre, że też nie żałuję. Nie wiedziałam.. Otarłam łzy i poszłam do pokoju Marisy.
Moja córeczka spała tak spokojnie. Dotknęłam jej nóżki. Wciąż nie wierzyłam, że była taka malutka. Taka delikatna. Beztroska. Chciałam czasem poczuć tą jej beztroskę. Położyłam się na materacu niedaleko. Może Mari nie potrzebowała mnie już w tym pokoju, mogłam spać u siebie. Ale ja potrzebowałam jej. Nie tylko jej. Potrzebowałam kogoś jeszcze, jednak w każdej sekundzie próbowałam to wyprzeć. Chyba bym zwariowała.
Nim zasnęłam biłam się z myślami, co powinnam była zrobić. Dla Marisy zrobiłabym wszystko, żeby była szczęśliwa. Lubiła Emre. Ale decyzja wciąż nie należała do niej tylko do mnie. A ja zupełnie nie wiedziałam co robić.







~~~
Trzy ważne informacje! 1. 2 rozdziały w przyszłym tygodniu! -> ROZDZIAŁ 53. W ŚRODĘ 25.07, ROZDZIAŁ 54 W SOBOTĘ.
Pomyślałam, że ucieszycie się na szybszy czas oczekiwania, mam nadzieję, że przeczytacie przed sobotą, bo trochę się podzieje! Oba pojwią się rano o 9:00. Wena dopisuje, właśnie kończę jeden rozdział i ma już 17 stron, także szykujcie się😎
Druga też dobra informacja-oficjalnie zostałam studentką lingwistyki stosowanej! Jeszcze raz dziękuję za wsztstkie słowa wsparcia i otuchy, macie swój udział w tym sukcesie. 💓
No i trzecia cudowna informacja! Wybiło 60.000 wyświetleń.. To jest czyste szaleństwo. Nie myślałam na początku, że to opowiadanie będzie miało nawet 50.000.. Rekord pierwszego jest nie do pobicia, ale za te piękne 60.000 jestem ogromnie, ogromnie wdzięczna. Każdemu kto czyta, jest, wspiera, komentuje.. Jesteście niesamowici..💕💕💕 Bez Was to wszystko nie ma sensu, dzięki Wam, czytelnikom, mogę się realizować w mojej pasji, i dawać też przez to radość innym..Czysta magia.
No i tradycyjnie zapraszam do komentowania, bo to naprawdę uskrzydla, a może każdy, nawet anonimowo, bez logowania. Cudownie jest was widzieć i czytać Wasze przemyślenia i opinie!
Jestem ciekawa waszych teorii odnośnie Kloppów i Emre.. (zakłady bukmacherskie powinny przyjmować zakłady o to, czy kiedyś go polubicie czy nie💔😂) Może w opowiadaniu będzie tak, jak jutro-mecz Borussia-Liverpool?  Reus-Can? Hmm? Mam straszny sentyment do Kloppa, więc tym bardziej czekam na to spotkanie. I wreszcie wracają mecze💛💛👌
Także tym razem nie do za tydzień, a do środy!!;)

sobota, 14 lipca 2018

Pięćdziesiąt jeden



Nie chciałam od razu dzwonić do Emre. Narodziny małej Marisy były dla mnie jeszcze bardziej emocjonalne niż przypuszczałam. Musiałam zderzyć się z przeszłością i ostatecznie ją przekreślić, tak jak prosił mnie Marco. Teraz już byłam pewna, że mnie nie doścignie. Moja córka, piękna, szczęśliwa, urocza i zdrowa, spała koło mnie i była bezpieczna. Musiałam się też pogodzić z tym, że Marisa uniemożliwi mi powrót do Marco, do poprzedniego życia. Tęskniłam, ale też wierzyłam, że miłość do niej ukoi smutek i tęsknotę. Ella, Nate i Marisa spali, ja jeszcze nie mogłam. Tyle przeżyć w jeden dzień. Przy suficie unosiły się balony z helem. Jedne miały napis „It’s a boy”, a te różowe w jednorożce „It’s a girl”. Ella w tajemnicy przede mną ustaliła z Henrym, że zrobią mi niespodziankę. Dostałam ogromny bukiet różowych tulipanów i torebkę z prezentem, w której znalazłam kilka par śpioszek i urocze smoczki. Nie wiedziałam jak mam im dziękować. Marisa była odrobinę większa, a wzięłam w wyprawce same malutkie rozmiary. Jedenastego wieczorem odbył się mecz Liverpoolu, to był kolejny powód, żeby nie dzwonić do piłkarza i go nie rozkojarzać. Zremisowali dwa do dwóch. Z rozmowy Henry’ego i Elii wywnioskowałam, że Henry będzie zadowolony, kiedy odwiedzi mnie Can. Będę musiała go poprosić, żeby skombinował jakieś ubranka dziecięce dla Nate’a, o ile Liverpool też miał podobną ofertę do Fanshopu BVB.
W końcu zasnęłam, upewniając się wcześniej, że z Isunią wszystko w porządku. Było, spała jak mały aniołek. Mogłam spróbować pójść w jej ślady.


***


-Hej Emre, wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Ruszaj swój tłusty tyłek i wracaj do Anglii. Niedługo z Emdżej będziemy musiały wrócić do domu, a ty masz nosidełko w bagażniku. Poza tym dużo dużo zdrowia, uśmiechu, radości i super formy na meczach. Do zobaczenia! 

Wyłączyłam nagrywanie w telefonie i wysłałam je do piłkarza. Życzenia nie były zbyt ambitne, lepsze złożę osobiście, jednak chodziło mi bardziej o małą.Będzie miał niespodziankę, widząc niemowlę na moich rękach. Uśmiechnęłam się i ucałowałam małą w policzek. Ella obok zabawiała swojego synka. Zaprzyjaźniłyśmy się i już nie mogłyśmy się doczekać, kiedy będziemy mogły się umawiać na wspólne spacery z wózkami.
Dzisiaj był dzień, kiedy miała ją odwiedzić jej córka. Dużo mi o niej opowiadała. Mówiła, że jest mądra, zawsze uśmiechnięta i wrażliwa. Do tej pory była dla niej wszystkim, teraz pojawił się mały Nate, ale Ella nie bała się, że sobie nie poradzi, albo któreś z rodzeństwa będzie bardziej kochać. Była pewna, że sobie poradzi, bo był przy niej mąż, a także jej córka bardzo ją wspierała. Trochę jej tego zazdrościłam.

Marisa właśnie leżała nakarmiona, wesoła i w pełni zadowolona, że co chwila coś do niej gadam, albo jej śpiewam. Próbowała na swój sposób śpiewać ze mną. Nie ważne jak to wychodziło,nie ważne, że odgłosy jakie wydawała nawet nie były bliskie do śpiewu. Kochałam je. 
Była bardzo pogodna. Nate’owi, kiedy coś się nie podobało, wpadał w histerię. Mari tylko zaczynała marudzić, stękać, wiercić się, ale nie płakała. Byłam jej za to serdecznie wdzięczna. Nie byłam w najlepszej formie i nie byłam też gotowa na takie grymaszenie.
Wstrzymałam oddech i zaniemówiłam, kiedy przez drzwi przeszedł Henry, pchając przed sobą wózek z ciemnowłosą dziewczynką. Miała oczy po mamie, uśmiechnęła się i podniosła rączkę z podłokietnika wózka inwalidzkiego, próbując pomachać swojej mamie.

-Cześć, słoneczko! –usłyszałam wesoły głos Elli. Byłam w lekkim szoku. To, co opowiadała w ogóle nie sprawdzało się z moim wyobrażeniem jej córki. -Chcesz zobaczyć swojego braciszka?

Henry pomógł dziewczynce wstać z wózka. Stanęła samodzielnie na nogach, jednak kroki były bardzo niepewne. Musiała cierpieć na mózgowe porażenie. Przecież to tak ciężka choroba, również dla rodziców, a Ella mówiła jakby nie widziała w tym żadnego kłopotu. Ona była dla niej idealna. Poczułam łzy w oczach, odwróciłam głowę, żeby je otrzeć. Chyba i Ella i Henry to zauważyli. Było mi strasznie głupio za moje zachowanie, jednak mimo pracy z takimi dziećmi..To była praca. Miałam do tego dystans, miałam cel, żeby pomóc, patrzyłam na te dzieci jak na pacjentów, którym trzeba pomóc. Teraz chyba przeżyłam mały wstrząs. 

-Ale mały –stwierdziła cicho dziewczynka. Usiadła na łóżku mamy, pochyliła się nad dzieckiem i pocałowała go w czoło. –Ale będziemy się razem bawić.
-Jeszcze jest trochę za mały, serduszko, ale jak podrośnie to z pewnością –wytłumaczył ze spokojem Henry. Uśmiechnęłam się, przepełniona podziwem i wzruszeniem.
Ona pokiwała głową ze zrozumieniem. Ella dała jej na ręce niemowlaka. Nie bała się, że go upuści, albo coś złego się stanie. Była pewna i to było dla niej oczywiste, że może zaufać swojej córce. Ale miała rację. Louise była słoneczkiem, jej uśmiech, radość zarażały wszystkim dookoła. Z ogromną ostrożnością oddała go po chwili El w ramiona.
Podeszła do mnie i Mari, zapytała jak mam na imię, później zapytała o Marisę. 

-Mogę ją pogłaskać? –zapytała. Jeśli Ella jej ufała, też nie miałam podstaw, żeby tego nie robić. Dziewczynka położyła rączkę na główce małej i pogłaskała ją kilka razy po krótkich blond włoskach. –Jest śliczna.
-Ty też jesteś śliczna! –uśmiechnęłam się i przesunęłam na łóżku, żeby mogła się pewniej o nie oprzeć. Złapała Mari delikatnie za rączkę, na co moja córka znów wesoło pisnęła. Lou zaśmiała się i pogłaskała małą po brzuszku.
-Ale jest fajna –westchnęła i patrzyła uważnie na Marisę. Mari też na nią spoglądała, później na mnie, była cudowna.
-Na pewno się spotkamy jeszcze na spacery razem.
-Super! –rozpromieniła się i wstała z mojego łóżka. Ella i Henry patrzyli na nas z zachwytem. Miałam nadzieję, że nie będą mieli mi za złe pierwszego wrażenia. –A gdzie tata Marisy?
-Kochanie, nie zasypuj tak pytaniami Rose –od razu zareagowała Ella.
-Przepraszam –powiedziała smutna. Widziałam doskonale zawód w jej oczach.
-Nic się nie stało. Tata Marisy jest daleko i nie może być tutaj z nami.
-Ale dacie sobie radę –skwitowała. Uśmiechnęłam się i pogłaskałam dziewczynkę po głowie. Pomyślałam, że Marisa też kiedyś będzie taką dużą dziewczynką, ja będę jej plotła warkoczyki, będę ją szykowała do szkoły.. A teraz taka malutka, bezbronna leżała moich ramionach.
-Damy sobie radę –powtórzyłam patrząc na moją Isę. Wzruszyła mnie tymi słowami. Wypowiedziała je z takim przekonaniem, że i mnie się ono udzieliło. Lou odeszła do Elli i chciała pobawić się z bratem. A mnie chyba przyszło zmienić małej pieluchę. 

-Pomóc ci? –zaoferował Henry.
-Dziękuję –powiedziałam. –Włożysz małą do łóżeczka?
Mężczyzna wykonał moje polecenie, a później pomógł mi się podnieść. Rana na brzuchu powoli się goiła, ale jeszcze musiałam być ostrożna. Ostatnio też pomógł mi wstać na nogi i normalnie chodzić, więc byłam mu wdzięczna. Musiałam powoli odzyskiwać formę po operacji i ruszać się, żeby nie doszło do żadnych powikłań. Nie jest to normalne aż tak, żeby w jednej chwili straciło sie trzy kilo. Poza tym procesy, które zachodziły w ciąży także musiały się uspokoić. Henry doskonale o tym wiedział i sam zaproponował, że weźmie mnie pod ramię i przejdziemy kilka kroków koło łóżka. Wszyscy tworzyli wspaniała rodzinkę.
Przewiozłam łóżeczko do łazienki, tam był przewijak. 

-Henry, możesz pójść ze mną? –zapytałam. Był na tyle pomocny, że nie musiałam czekać na dłużej na jego decyzję. Zamknęłam za nami drzwi, żeby Ella i Lou nie usłyszały naszej rozmowy. Mężczyzna rozłożył dla mnie przewijak i położył na nim jednorazowe prześcieradło.
-Posłuchaj… -zaczęłam, odpinając śpioszki Mari. –Macie jakąś opiekę nad Louisą? Jakąś pielęgniarkę, rehabilitację?
-Mieliśmy jakiś czas, ale nas nauczyła, jak powinniśmy udogodnić jej życie i sobie sami dajemy radę. Na rehabilitację czekamy, będzie miała miesięczny pobyt w ośrodku z dojazdami, tylko tyle możemy jej dać. Nie ukrywam, że pieniądze, musieliśmy też odłożyć oszczędności, Nate nas trochę zaskoczył, ale Lou sobie radzi. Jest naprawdę bardzo rozwinięta..
-Widzę. Jest wyjątkowo rozwinięta i widać wasz ogromny wkład w ten rozwój, ale powinna mieć póki jest mała jak najwięcej ćwiczeń, może zamiast wózka wystarczą kule.
-Nie jestem pewien..
-Zatkaj nos –westchnęłam i odczepiłam plastry brudnego pampersa. Sprawnie go zdjęłam i wyrzuciłam do śmietnika. O dziwo byłam w tym całkiem niezła. Obmyłam ją mokrymi chusteczkami, założyłam nowy pampers i oczywiście musiałam ucałować jej maleńkie, słodkie stópeczki. Uśmiechnęłam się szeroko.
-Nie jestem pewien, czy są na to szanse.. To nie aż tak wielkie porażenie, ale lekarz nie gwarantował, że stanie na nogi..
-Jestem fizjoterapeutką, mogę się nią zająć.
-Dzięki za propozycję, ale teraz mały się urodził, ja pewnie wezmę drugi etat..
-Nie, nie –zaprzeczyłam i odłożyłam moją córeczkę do łóżeczka. To był błąd, miałam zabronione dźwiganie przez świeżą ranę. Trochę mnie zapiekła, a na opatrunku pojawiło się odrobinę krwi. Siostra będzie musiała go zmienić.
-Wezmę cię na ręce –oznajmił. Usiadłam najpierw na toalecie, żeby dokończyć rozmowę.
-Nie chcę pieniędzy, chcę wam pomóc.
-Chyba nie powinniśmy. Musisz dbać o siebie, masz Marisę, gdzie ci teraz pomysł, żeby ćwiczyć i pracować.
-Nie chcę się narzucać ale wierzę, że jestem w stanie pomóc Lou. Jeżeli będziecie mogli jako zapłatę zająć się Marisą na czas ćwiczeń to będzie wszystko w porządku. Będę miała dziecko blisko siebie, w dobrych rękach, a Lou będzie miała rehabilitację. Zrobię wszystko, żeby odzyskała siły i mogła dłużej sama chodzić.
-Rosalie…-westchnął i zacisnął powieki, żeby się nie rozpłakać.
-Naprawdę, mówię poważnie. Chcę wam pomóc, Mari da sobie radę beze mnie na półtorej godziny. Może będzie akurat spała.. A Lou chyba mi wybaczy, jak na pięć minut ją zostawię i wyskoczę do córki.
-Dziękuję ci, cudowna dziewczyno. Spadłaś nam z nieba –szepnął i nie powstrzymywał już łez. Schylił się i mnie przytulił. Na tyle mocno, żebym czuła jego wdzięczność i na tyle, żeby mnie nie skrzywdzić. –Jak będziesz czegokolwiek potrzebować, będziesz chciała skopać tyłek, żeby twojemu mężowi się przestawiło to mów.
-Dziękuję, ale się obejdzie. Zawieziesz Isę do pokoju?
-Jasna sprawa. Siedź tu, pomogę ci później. Wołać pielęgniarkę? Zaraz i tak pójdziemy z Lou, nie będziemy wam przeszkadzać. 

Kiedy wszedł do sali, Ella od razu zauważyła, ze płakał. Nie powiedział nic, ucałował żonę, synka i córkę. Później pomógł mi się położyć na łóżku i mnie pocałował w czoło jak swoją córkę. Widziałam ogromną wdzięczność w jego oczach. Potarłam jego ramię i uśmiechnęłam się. Lou była moim wyzwaniem i idealnym krokiem do powrotu do pracy. Minęło sporo czasu odkąd zajmowałam się pacjentami.
Po pożegnaniu się z Henrym i Louise, kiedy Ella wypłakała wszystkie łzy, żeby mi podziękować i kiedy Marisa w końcu zasnęła mogłam wziąć telefon i sprawdzić, czy Emre coś odpisał.
Miałam dwa nieodebrane połączenia i kilka wiadomości.

„O MÓJ BOŻE”
„GRATULACJE!!!!!!”
„URODZIŁA SIĘ DZISIAJ???”
„MÓWIŁEM, ŻE MNIE POSŁUCHA!”
„JADĘ JAK NAJSZYBCIEJ DO WAS, ZARAZ WSIADAMY DO SAMOLOTU”
„SORRY ZA CAPSLOCK ALE  O M G”

Roześmiałam się na te wszystkie wiadomości. Pokazałam telefon Elli, żeby sama zobaczyła, co mnie tak rozbawiło. Był kochany.


***


-Dzień doobry –usłyszałam rano wesoły głos Emre. Stęskniłam się za nim. W rękach miał ogromny bukiet róż. Podobnie różowych co tulipany. Miał też dwie ogromne torby prezentowe.
-Cześć –szepnęłam. Marisa właśnie zasnęła. Piłkarz kiwnął głową do Elli, ale najpierw podszedł do mnie i wręczył mi kwiaty. Ucałowałam go w oba policzki. –Dziękuję. Wstawisz tam też do wazonu? –wskazałam na pusty wazon, koło którego stał drugi z tulipanami.
-Jak się czujesz? –zapytał, ustawiając je na parapecie.
-Dobrze, dziękuję.Powoli dochodzę do siebie.
-Mogę ją zobaczyć?
-Jasne, tylko nie budź. Dopiero co zasnęła. 

Emre podszedł powoli do łóżeczka. Spojrzał na moją córeczkę zachwycony, a zarazem trochę przerażony.

-Ale ona mała. Ale jest… Jest..
-Jest idealna –powiedziałam. Emre zgodził się ze mną, kiwając głową.
-Wow –westchnął i spojrzał na mnie dumny. –Dałaś radę, mała.
-Miałam cesarkę, coś się stało, że nie mogłam oddychać, ale ważne, że jest już tutaj, cała i zdrowa.
-Mam coś dla was –ożywił się i podszedł do torebek. Najpierw wziął tą większą i podszedł do Elli. –Gratuluję synka –powiedział niczym rasowy gentleman. Chciało mi się z niego śmiać, bycie gentlemanem w ogóle do niego nie pasowało. Ella akurat nakarmiła Nate’a i kołysała go w rękach.
-Dziękuję –uśmiechnęła się
-Rosalie szepnęła kilka słów, więc udało mi się skombinować dla was mały upominek. Trzymasz małego, więc ci zaprezentuję –stwierdził pewnie i rozsiadł się na jej łóżku. Przewróciłam oczami, Ella zachichotała jak nastolatka. To był Emre Can. –Najpierw cudowna koszulka z numerem 23 i moim nazwiskiem. Oraz moim podpisem. Własnoręcznym.
Ella już się głośno śmiała. Aż Marisa zaczęła się rozbudzać. Brunetka położyła dłoń na ustach, próbując zdusić śmiech i ocalić spokojny sen mojego dziecka. Nachyliłam się do łóżeczka i sprawdziłam, czy jeszcze spała. Nierówno oddychała, jakby się rozbudzała, powoli otwierała oczka, jednak zaraz znów zamknęła i powróciła w sen. 

-Jest tu też podpis Moreno, Chamberlaina, Salaha i Firmino. W sumie na kolejnej są te same podpisy, ale proszę proszę, następna koszulka jest damska! –stwierdził, niczym najlepszy prezenter najgorszych bubli w telewizji. –Ale, ale, dla Juniora też jest coś w tej paczce. Oto śpioszki, jedne w wersji z podpisami, drugie bez. Aaa, nawet trzecie bez. I jeszcze jest koszulka dla dziewczynki. Jeszcze nawrzucaliśmy wam jakieś gadżety. Czapki, długopisy, przypinki, smoczki, pluszowy miś i takie tam.
-Dziękuję bardzo. Mój mąż już w ogóle będzie wniebowzięty. Dziękuję
Ella uśmiechnęła się szeroko i przytuliła mocno Emre i ucałowała go w policzek.

-Mam też jeszcze dla ciebie –powiedział, skupiając uwagę na mnie. Podniósł się energicznie z łóżka i poszedł do drugiej torebki. Wyciągnął z niej kocyk dla dziecka z logiem Liverpoolu, a później… Body i śpioszki dla Marisy z Borussii. Na pleckach śpioszek było napisane nazwisko Marco i jego numer koszulki. Body było w pszczółki Emmy. Patrzyłam na to wszystko wzruszona. Wykupił cały sklep dla fanów Borussii. Dostałam śliniaczki, smoczki, malutkie koszulki z nadrukowaną Emmą niosącą chorągiewkę z napisem „Heja BVB”. Była nawet butelka.
Oczy zaszły mi łzami.

-Później cię zasypię rzeczami z Liverpoolu, ale mała jest Borussin z czystej krwi, więc też musi mieć coś żółto-czarnego.
-Emre, dziękuję ci. Jesteś cudowny. To wszystko...uchh.. Dziękuję –zaśmiałam się przez łzy i mocno przytuliłam do siebie piłkarza.
-Panna Reus się chyba budzi –oznajmił. Oboje nachyliliśmy się nad łóżeczkiem. Marisa otworzyła powoli swoje piękne oczka i zaczęła się zaspana rozglądać dookoła. Podciągnęła rączkę do góry, założyłam jej cieniutkie rękawiczki, żeby nie zadrapała się swoimi malutkimi paznokietkami. Emre wziął ją ostrożnie na ręce i podał mnie.
Nie dało się nie zauroczyć w tej słodkiej, małej dziewczynce. W galerii telefonu miałam już sto zdjęć małej. Miałyśmy też kilka razem, bo zrobił nam je Henry.  Nie mogłam się doczekać, aż dostaniemy wypis i wrócimy do domku. Miałam nadzieję, że Isa będzie się dobrze tam czuła. Będzie tam stawiała pierwsze kroki, mówiła pierwsze słowa.. Mój mały skarb.



***


Zostałyśmy wypisane trzy dni później. Emre przychodził codziennie, nawet, kiedy wieczorem miał trening to przychodził rano. Starał się być najlepszym wujkiem i to mu wychodziło. Przynosił zawsze jakieś dobre zakupy, później jadłyśmy z Ellą, aż do obrzydzenia. Opuszczenie szpitala było zarówno najbardziej wyczekiwanym i szczęśliwym momentem, ale też znaczyło to pożegnanie się z El i małym Natem. Taki moment nigdy nie wróci, ale będziemy zawsze wspominały początki naszej przyjaźni w szpitalnej sali. Naprawdę stałyśmy się przyjaciółkami i wiedziałyśmy, że możemy na sobie polegać. Umówiłam się z nią, że jak poczuję się lepiej, rana się wygoi i odzyskam siły, no i znajdziemy jakiś wspólny rytm dnia z Marisą to ustalimy dni i godziny na rehabilitację. Dla Elli nie było problemu, żeby zająć się przez ten czas moją córką, więc pomysł wydawał się być idealny.

To było piękne, móc położyć Marisę w niedawno składanym łóżeczku. Rozglądała się, zaczęła wyciągać rączki w kierunku wiszącej nad łóżkiem pozytywki z wiszącymi na niej motylkami, ptaszkami i pszczółkami. Emre przyniósł mi materac, żebym najpierw mogła spać koło niej i w razie czego szybko wstać. Wszystkie rzeczy odstawił do mojej sypialni i pożegnaliśmy się. Chciałam zostać z nią sama, nie chciałam pomocy Cana. Był moim przyjacielem, nie ojcem Marisy. Ja byłam jej mamą, samotną mamą i byłam gotowa stawić temu czoła. Nie potrzebowałam partnera, był nim Marco i pozostanie na zawsze. Mąż to mąż. 

-A córcia to córcia, nie skarbie? –zaśmiałam się zaglądając do łóżeczka. Mała przyglądała się miśkowi, którego kupiłam na samym początku. Całą ciążę siedział u mnie na łóżku, teraz już należał do niej. Chyba go polubiła. Miałam w planach wypakowanie się, zamówienie jedzenia do domu i czytanie małej książeczek. I tak póki nie zaśnie. Najcudowniejsze popołudnia w moim życiu.
Wypakowywanie odpadło, bo maluchowi zaczęło się nudzić i domagała się mojej uwagi. Położyłam ją na poduszce na rozłożonej kanapie w salonie, zadzwoniłam po jedzenie dla mnie, bo padałam z głodu i musiałam się nią zająć. Czysta przyjemność.
Ale trochę wyczerpująca. Kiedy Mari zasnęła i ja padłam obok na materac, nie trudząc się o prysznic, przebranie się w piżamę czy przyniesienie sobie kołdry. Cztery godziny snu. Wtedy Marisa się obudziła głodna i żądna przygód, a przynajmniej zabawy z misiem. Takie nocki również miały swój urok. Doprowadzały też do tego, że ja powinnam się nazywać zombie-matka.



***


Małe dziecko, niemowlak. Nie kłóci się, nie mówi, a problemów z takim co nie miara. Drzemki w dzień były dla mnie błogosławieństwem, ale nie znaczyło to, że będę wreszcie mogła zrobić to, co chcę. Nie. Padałam jak nieżywa tuż obok śpiącej córki. To właśnie różniło mnie od pełnej rodziny. Gdybym miała męża przy sobie, mogłabym się wyspać, bardziej zapanować nad domem, mogłabym pójść na normalne zakupy, a nie zamawiać przez internet z dostawą do domu.. Trochę mi tego brakowało, ale wmawiałam sobie, że to tylko przez pierwsze miesiące. Pogoda też nie była najlepsza, o dziwo w Anglii zagościła prawdziwa zima. Śnieg leżał, nie chciał topnieć, co chwila śnieżyca. Dozorcy pod moim blokiem mieli pełne ręce roboty. 
W lutym, kiedy mróz zelżał ubierałam ciepło Marisę i przykrywałam kocykami, żeby miała choć trochę świeżego powietrza.

Mówienie, że Marisa jest spokojnym i pogodnym dzieckiem zaraz po urodzeniu było trochę za szybkim wnioskiem. Owszem, była bardzo pogodna, mało płakała. Za to były dni, kiedy była okropnie płaczliwa i nie było to winą pieluszki, głodu czy kolki. Znalazłam na to sposób przez przypadek. Usiadłam z nią na kanapie, a dokładniej tak niefortunnie, że przysiadłam też na pilocie od telewizora. Włączył się kanał ze sportem, który był jedynym jaki oglądałam. Akurat Marco udzielał pomeczowego wywiadu, leciała powtórka, bo już go oglądałam. Marisa jednak przestała płakać, kiedy usłyszała jego głos. Na początku nie zdziwiło mnie to, dziecko po prostu przestało płakać. Ale następnym razem, gdy płakała, sama włączyłam w telefonie wywiad z blondynem i Mari znów się uspokoiła i wsłuchiwała się uważnie w głos taty. To już było niesamowite.
Utworzyłam playlistę w telefonie wywiadów z moim mężem, jakie tylko znalazłam. Włącznie z tym z Berlina. To było lepsze od wszelkich możliwych piosenek, jakie jej śpiewałam. Jednocześnie moje serce pękało. Ona po prostu go potrzebowała. Chciało mi się czasem płakać, widząc zasychające łezki na jej policzkach ale oczy utkwione w telewizorze. Czasem próbowałam sobie wyobrazić jak by to było.. Nawet zaczęłam przeglądać połączenia do Dortmundu.. 

Wieść o chorobie Mario uderzyła we mnie jak grom z jasnego nieba. Nie wiedziałam co robić, bo serce mówiło, że muszę przy nim być. Ale z drugiej strony Marisa była zbyt mała, żeby ją zostawić samą w Liverpoolu. Mario, Mario, Mario…








/Mario/

Marco akurat wyszedł ode mnie z domu. Nie chciałem mu nic mówić o liście, wolałem go najpierw sam przeczytać. Nie byłem pewien, czy powinien o nim  w ogóle wiedzieć. Tak jak ustaliliśmy, zajął się piłką i odzyskiwał powoli spokój i codzienność. List nie miał prawa ponownie jej zniszczyć. Zbyt bardzo na to pracował. Odzyskał miejsce w składzie, oświadczył zespołowi, że rozstał się z żoną i poprosił, żeby nikt nie udzielał żadnych informacji prasie. Nosił cały czas obrączkę, ale miałem wrażenie, że ona temu nie przeszkadza. Prawie codziennie wpadaliśmy do siebie. Jego relacje z rodziną też się poprawiły. Odmówił mi nawet Fify na rzecz popołudnia z Mią i Nico. To było coś. Ostatnio też opowiadał, że fanki złapały go na kawie z Yvonne. Ann też zauważyła, że od rozstania z Rosalie to najlepsza wersja Marco.
Poszedłem do sypialni, żeby wyjąć list ze stolika nocnego. Rozpoznałem od razu pismo Rose na kopercie. Znaczek był przypieczętowany w Madrycie. Być może tam właśnie się zatrzymała. Całkiem niezły wybór. Trochę niepewnie wyciągnąłem z koperty dwie kartki papieru. Korzystając, że Ann była na zakupach miałem chwilę dla siebie, żeby na spokojnie to przeczytać. Spokojnie na ile się da.

„Kochany Mario..
Przepraszam. Chyba od tego powinnam zacząć. Nie mogłam się odezwać wcześniej. Miałam wiele naprawdę ważnych rzeczy, żeby się uporać, nie byłam gotowa, żeby napisać. Teraz mój problem się rozwiązał, ale chyba tak to już jest w dorosłym życiu, że jak kończy się jeden problem to powstaje na jego miejsce setki innych. Poradzę sobie, tego właśnie chciałam i byłam na to przygotowana.
Ale piszę w zupełnie innej sprawie. Czytałam oświadczenie BVB kilkanaście razy i nie mogłam uwierzyć, że zmagasz się z chorobą i nie wiadomo kiedy wrócisz.. Byłam gotowa spakować walizki i do ciebie przyjechać, ale z pewnych przyczyn jeszcze nie mogę. Mam nadzieję, że kiedy już będę mogła, zrozumiesz.
Chciałam ci tylko powiedzieć, że nie ma dnia, żebym nie myślała o Tobie, o Ann i Marco, o cudownych chwilach, które razem przeżyliśmy. I wierzę, że sobie poradzisz, że jesteś na tyle silny i masz dookoła siebie tyle cudownych ludzi, którzy dadzą ci wsparcie… We mnie też masz wsparcie. Przykro mi, jeśli nie możesz tego poczuć, ale masz je. Uda się, niedługo znowu będziesz grał i zabierał piłki i celował je do bramki..
Tęsknię, staram się być twarda, odważna.. Staram się być taką Rosalie, w jaką wierzył Marco. Robię to między innymi dla niego. Gdyby nie on… Nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem teraz. To dobre miejsce. Pełne wiary, miłości i szczęścia. Brakuje mi tu was wszystkich, często sobie wyobrażam, że Ann siedzi w kuchni i pomaga mi w robieniu obiadu, ty próbujesz zabrać z garnka kawałek, a Marco siedzi w kuchni uważnie mnie obserwując, jak miał w zwyczaju i rozbiera mnie wzrokiem.. Czy to dziwne? Oby nie.
Podziękuj Marco za pieniądze, które mi wysłał, ale też proszę kopnij go w tyłek, bo ta suma jest kosmiczna i pierwsze co zrobię po przekroczeniu granicy Niemiec to zwrócenie jej. Nigdy nie chciałam tak dużo pieniędzy, ale naprawdę mi się przydały. (Nic nie idzie w błoto). Kupiłam mieszkanie i je umeblowałam, część zainwestowałam w siebie-zapisałam się na studia zaoczne, kupiłam też laptopa, trochę ubrań.. To nie jest jeszcze rozbestwienie, prawda? Napisałam do niego tyle listów, ale nie starczyło mi odwagi, żeby je wysłać.. Może napiszę w końcu jakiś niezobowiązujący.. Chociaż dobrze wiem, że zasługuje na dużo więcej niż list.
Chciałabym być przy tobie, przytulić cię i zapewnić, że się ułoży. Musisz wiedzieć, że się ułoży. Ja to wiem, jestem przekonana. Ty też uwierz i tak właśnie się stanie.
I jeszcze jedno. Nigdy wam tego nie mówiłam, może się bałam, może nie rozumiałam znaczenia tego słowa. Teraz już rozumiem i się nie boję. Bardzo was kocham.
Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że nie przyleciałam.. Obiecuję, zrobię to. Nadrobimy ten cały czas, przesiedzimy i przegadamy całą noc jak dawniej… Brakuje mi tego i pomimo tego, że patrzę w przyszłość, ta część mojej przeszłości zawsze będzie w moim sercu i w pamięci.
Oglądam każdy mecz, każdy wywiad.. Czekam niecierpliwie, aż będziecie z Marco tam razem biegali. Nigdy się nie poddawaj.
Uściskaj Ann, Marco.. Wszystkich.
Do zobaczenia, całuję,
Rosie. ”


Spojrzałem na list. Towarzyszyło temu głośne westchnięcie, bo nie wiedziałem, co mógłbym powiedzieć. List był rozmazany w dwóch miejscach. Mogłem przypuszczać, że to od łez.
Jak ja miałem na to w ogóle odpisać? I co miałem napisać? Byłem szczęśliwy, że cały czas o nas myślała, że oglądała mecze, wywiady, że nas wspierała.. Ale nie rozumiałem. Nikt nie rozumiał, co mogło się takiego stać, żeby wyjechała aż do Madrytu. To duże miasto i znaleźć tam jedną Rosalie to graniczyłoby z cudem.
Schowałem list do szafki nocnej, potem miałem zamiar pokazać go Ann. Tyle wystarczy. Powinna napisać do Marco, a to był list zaadresowany do mnie. Z drugiej strony, nie chciałem, żeby pisała listu do Marco. Dobrze wiedziałem co było między nami, nadal jest.. Ale Marco też jest moim bratem i na ten moment nie potrzebuje Rose.





/Marco/

Nie chciało mi się dzisiaj kompletnie parkować na parkingu podziemnym. Zaparkowałem dlatego niedaleko bloku. Zabrałem telefon i kluczyki, wrzuciłem je do kieszeni spodni. Cieszyłem się, że nasza znajomość z Mario wreszcie wróciła na odpowiednie tory. Teraz już wiem, że na dobrą przyjaźń trzeba pracować, a ja na zbyt długi czas poszedłem na zwolnienie. Tu nie ma zwolnień ani wymówek, teraz to wiedziałem.
Zanim dotarłem do klatki zauważyłem błąkającego się mężczyznę, plątał się, rozglądał jakby czegoś szukał. Wolałem go ominąć, nie miałem ochoty z nikim gadać. Ale on mnie zauważył szybciej.

-Proszę pana! –zawołał za mną. Może to tylko fan? Desperacja, żeby czekać pod moim osiedlem nie wskazywała, że był normalny. Nie lubię takich. Odwróciłem się niechętnie, zakładając ręce.
-Tak?
-Możemy porozmawiać?
-Przykro mi, ale spieszy mi się –wytłumaczyłem. Pogawędki mi jeszcze brakowało.
-Herbert Müller, jestem ojcem Rose –powiedział. Zatrzymałem się i spojrzałem na niego. Próbowałem znaleźć podobieństwo do Rose. To nie tak, że jej nie pamiętałem, bo tak nie było. Nawet gdyby mnie ktoś obudził w środku nocy umiałbym opisać Rose z każdym, najdrobniejszym detalem, każdy milimetr jej cudownej skóry. Ale Herbert Müller nie przypominał mi w żadnym detalu Rose. Miał siwawe włosy, jednak nadal dominował jasny brąz, miał wąsy i z na oko trzydniowy zarost. Oczy miał zielone, ale oczy Rosie były w kolorze błękitu oceanu, może i miała kilka zielonych plamek, ale to tylko delikatne odcienie. Nie całe oczy. Jego nos nie był zgrabny, ani ustna pełne… A tym bardziej seksowne. Ubrany był w jeansowe spodnie i kraciastą koszulę, która wystawała spod puchowej kurtki. Taką, jakie mój ojciec miał w zwyczaju zakładać do warsztatu. 

-Ma pan dowód tożsamości? Jakikolwiek dowód, co to może potwierdzić? Każdy może powiedzieć, że jest ojcem Rosalie.
-Rozumiem –powiedział i wyjął z kieszeni spodni dwa stare, pogniecione zdjęcia. Do tego wyciągnął z portfela dowód osobisty. Pierwsze przedstawiało Rosalie z tym mężczyzną, trzymającą niemowlaka na rękach. Dziecko miało pewnie zaledwie parę godzin.. Zaraz.. To nie była moja żona, to była mama Rose. Rosalie odziedziczyła po niej duże, niebieskie oczy, delikatny nos, rysy.. Usta nie, ale może miała je po dziadkach? Na pewno nie po Herbercie, po nim nie miała nic. I całe szczęście. Nie powinna mieć nic po tym człowieku.
-Czego pan ode mnie oczekuje?
-Rosalie jest w domu? Chciałbym z nią porozmawiać.
-Nie pozwolę na żadną rozmowę. Rose uciekła z pańskiego domu, a pan przyjeżdża po półtora roku i prosi o spotkanie?
-No.. Ale chciałem..-westchnął i włożył ręce do kieszeni.
-Nie wie pan, co ona przeżywała. Nie wie pan, jak zniszczył ją pan i ten ból trzyma się do teraz. Ma pan zagwarantowane, że nigdy nie dopuszczę do waszego spotkania.
-Przykro mi. Wiem, co moja żona powiedziała Rose odnośnie posiadania dzieci. Mam nadzieję, że Rose nie bierze tego do siebie, ona też miała prawo to powiedzieć, rozumie pan. Każda kobieta by tak powiedziała. Życzę wam wszystkiego co najlepsze.
-Nie jest panu przykro, że totalnie olał pan własną córkę? Że zawsze w święta od pana uciekała, nie chciała należeć do rodziny?
-Nie –odpowiedział. Chciałem mu przywalić. Nie wiedziałem, o co chodziło mu z jego żoną, ani tym co powiedziała. Pewnie to była ta część, o czym nie chciała mi mówić. Nie chciałem pytać. Nie powinienem, wolałem to usłyszeć od niej samej. 
-Jak..nie?
-Nie kocham Rose, nie umiem jej kochać. Odkąd umarła jej matka, nigdy nie umiałem na nią spojrzeć. Dobrze, że ma pana. Chciałem się pożegnać, bo wyjeżdżamy na stałe do Francji.
-Wyjeżdżajcie i nie pokazujcie się jej na oczy.
-Mogę liczyć, że przekażesz jej..? Naprawdę życzę jej szczęścia.
-Jeśli nadarzy się okazja –powiedziałem. Ściskałem mocno pięści, żeby jakoś powstrzymać wściekłość. Co za palant. Mężczyzna kiwnął głową i chciał mi podać rękę na pożegnanie. Chciał mi podać rękę!
-Powodzenia –mruknął na odchodne. Nie mój problem, że nie dostanie tego, czego oczekiwał.


W bloku zamiast windy wybrałem klatkę schodową. Musiałem się przejść, choćby taki kawałek. Po zamknięciu drzwi mieszkania rzuciłem klucze na stolik i usiadłem na kanapie, nawet nie wysilając się, żeby zdjąć zimową kurtkę. Nawet głupia kurtka mi przypominała o wspólnych zakupach, które sprawiły nam tyle radości…
Nalałem do szklanki odrobinę koniaku. Nie zamierzałem dużo pić, tylko trochę żeby zrozumieć co się właściwie stało. Milion myśli przychodziły mi do głowy, jednak żadna ze sobą się nie wiązała. Jakbym miał układankę, ale była wybrakowana, nie było kilku puzzli. Nigdy prawdopodobnie nie zobaczę całego obrazu.
Znienawidziłem ojca Rosie. Jaką miał czelność przychodzić tu i prosić o spotkanie. I jak mógł mówić, że jej nie kocha. 

A ja byłem podobny do niego. Nie powiedziałem jej, że ją kocham. Kochałem. Kochałem?
Szklanka spadła na podłogę. Na szczęście się nie potłukła, jeszcze tego mi brakowało.
Z kieszeni kurtki leżącej na kanapie zabrałem zdjęcia z dzieciństwa Rose. Poszedłem do naszej.. do mojej sypialni i otworzyłem szufladę szafki nocnej. Było tam pudełko do cygar z ręcznie malowanymi kubańskimi wzorami. Rose się bardzo spodobało i uparła się, żeby je kupić. Czekało na swoje przeznaczenie i wreszcie jest. Ustawiłem je na stoliku i otworzyłem wieczko. Włożyłem tam oba zdjęcia, ostatni raz spoglądając na uroczą, malutką Rosalie. Była przepięknym dzieckiem.. Jej dzieci pewnie też będą takie ładne.. Szkoda, że nie nasze. Już za późno na wszystko. Obiecałem Mario, zaczynam od początku, zamykając całą przeszłość. Choćby w pudełku po cygarach. Do zdjęć dołączyła obrączka ślubna. Tak trzeba. 
Zamknąłem ciężko pudełko i odłożyłem je z westchnieniem. Dziwnie się czułem, nie mając już ciężaru platynowej obrączki na palcu.. Może to było właśnie normalne uczucie? Takie jakie powinno być. Zasunąłem szufladę i zbiegłem na dół, zanim bym się rozmyślił. 

W takich sytuacjach konieczny był telefon do Mario. Brunet odebrał po dłuższej chwili.
-No?
-Możesz gadać?
-Ann wróciła i rozmawiamy o czymś.. A to ważne?
-Mario.. Wiem–zacząłem. Mario po drugiej stronie zamilkł. –O Rosalie –dokończyłem.
-Od kiedy?
-Od niedawna. Chyba wreszcie rozumiem czemu odeszła.
-Jesteś zły?
-Tylko na siebie. Może powinienem był coś zrobić.. A może to co się stało po prostu miało się stać.
-Przepraszam, nie powinienem był tego przed tobą zatajać. Przeczytałem dopiero po twoim wyjściu, tak to leżał otwarty, nie miałem chyba odwagi.
-Ale –zacząłem i nie do końca wiedziałem, co mam powiedzieć dalej. Chyba nie mieliśmy na myśli tego samego.
-Posłuchaj, to, że napisała, że nas kocha… Myślę, że ty wiesz.. I ona wie.. Mnie zawsze kochała jak brata, ale to wyznanie miłości.. Może lepiej to zostawić, nie interpretować. Cieszmy się, że jest szczęśliwa, a my jesteśmy tu i teraz, mamy do zrobienia swoje.
-Czekaj, o czym ty mówisz?
-No o liście od Rosalie.. A ty?










~~~

Dzieeeń dobry, jest tu jeszcze ktoś?😃 Do końca nam jeszcze trochę zostało, a obiecuję, że i w najbliższym czasie się trochę podzieje i będzie trochę emocji.
Jak tam u was? Piszcie koniecznie:) Emre wkupił się w wasze łaski?
Za tydzień będę już miała oficjaną informację, czy aby na pewno jestem już studentką, więc dam wam oczywiście znać. Potrzebuję trochę weny.. Niemcy za szybko odpadli z Mundialu, jedyne zdjęcie Marco jakie jest to to ze Scarlett, ale chyba jej wam jakoś w tej historii nie brakuje.. (jak tak to dajcie znać, dogadamy się).
Mam nadzieję, że u Was trochę lepsza pogoda niż u mnie, bo cały czas pada🙈  (Jak tak to przyślijcie wenę i słońce) (priorytetem!)
Także za tydzień kolejny!
Buziaki!