sobota, 16 grudnia 2017

Trzydzieści dwa



Jak tylko wróciliśmy do mieszkania, od razu pobiegłam na górę do głównej łazienki i zaczęłam napuszczać do wanny gorącej wody. Dodałam do tego olejku ylang-ylang, który miał delikatny aromat, a skóra po nim wydawała się znacznie bardziej miękka. Marco został jeszcze w samochodzie z Mario, bo ten chciał obgadać jakąś męską sprawę, wolałam się nie wtrącać. Zdjęłam z siebie wszystkie ubrania i od razu wrzuciłam je do pralki. Poszłam do sypialni, żeby zabrać od Marco jeden z jego dresów, który akurat na mnie pasował. Swojego jeszcze nie posiadałam, a taki przydaje się w domu na chłodne, jesienne wieczory. Jednak kiedy otworzyłam drzwi do garderoby zupełnie nie wiedziałam co mam powiedzieć. Większość ubrań Marco zniknęła, zostały same koszule, marynarki. Obok nich wisiały dzianinowe sukienki, spódnice. Półki wypełnione były rozmaitymi bluzkami i sweterkami. Na podłodze ustawione były przeróżne buty. Botki, kozaki o różnych długościach, nawet takie do uda, jakie mi zawsze się marzyły. Od razu do nich podeszłam i dotknęłam, sprawdzając, czy na pewno były prawdziwe.  Były. Obok też stało pięć par szpilek i sandałków. Znalazłam też cieplutkie płaszcze, kurtki, bluzy, dres, a nawet czapkę i rękawiczki. Podeszłam do sukienek. Z wielkim podziwem oglądałam każdą z osobna. Były takie cieplejsze na zimę, też letnie, na imprezę i te bardzo eleganckie. Wszystko.

-Podoba ci się?-usłyszałam głos Marco, niedaleko mnie. Odwróciłam się w jego stronę i kompletnie nie wiedziałam co powiedzieć.
-To.. Jak? Kiedy?
-Ann zrobiła mi małą przysługę. Tobie chyba też, bo nie przepadasz za zakupami, prawda?
-Marco, tyle rzeczy.. Jest mi strasznie głupio je przyjąć.
-Ja za nie płaciłem, a nie Ann. –stwierdził wkładając w kieszenie dłonie.
-Tym bardziej! –uniosłam trochę głos, jednak po chwili odchrząknęłam.  –Nie wiem jak mam ci dziękować. Nie uzbieram tylu pieniędzy żeby ci oddać.
-Tu nie chodzi o pieniądze. –westchnął niezadowolony i podszedł bliżej do mnie. –To są ubrania, których, gdyby nie ja, byś nie miała. Przyjechałaś tu w starych, letnich rzeczach. Chyba nie zamierzałaś w nich chodzić całą jesień i zimę?
-Nie, ale chciałam pracować i..
-Będziesz pracować i odkładać na swoje oszczędności. No podziękuj mi i idziemy się kąpać, bo mi jest nadal zimno.
-Oczywiście, że ci dziękuję. Jestem ci za to ogromnie wdzięczna. Zawsze chciałam mieć takie buty. –przyznałam i uśmiechnęłam się. Przytuliłam Marco i pocałowałam go w policzek.
-Masz naprawdę niezłą bieliznę. Chodź już do tej kąpieli. Zakręciłem już kran.
-Nie wiem, czy wspólna kąpiel jest tu wskazana… -przyznałam z konsternacją w głosie i spojrzałam na niego niepewnie.
-Krwawisz jeszcze mocno?
-Mocno nie, w sumie prawie już wcale..
-To nie widzę problemu. Chodź słońce. –uśmiechnął się i pociągnął mnie za rękę do łazienki.
Tam się rozebrał i tak jak ja wrzucił wszystkie ubrania do pralki. Ja zdjęłam swoją bieliznę i powoli weszłam do wanny z gorącą wodą.
-Ciepła? –zapytał, łapiąc mnie za rękę, żebym przypadkiem się nie poślizgnęła.
-Gorąca. Ale taka właśnie będzie dla nas idealna. –stwierdziłam i usiadłam wygodnie, opierając się. 

Chwilę później jednak zostałam przesunięta i moim oparciem już nie była wanna, a klatka piersiowa mojego męża. Odetchnął, czując wreszcie ciepło. Wziął gąbkę z półki i dokładnie ją namydlił. Zaczął masować nią mój kark, plecy, ramiona, piersi, brzuch. Niby zwykła kąpiel, a była tak wspaniała, intymna, miłosna.. A przecież tylko siedzieliśmy razem, a nad nami unosiła się silna chemia. Lustra i kryształki w lampie zaparowały.
-Marco, może nie okazałam tego w najlepszy sposób, ale naprawdę, jestem bardzo szczęśliwa i wdzięczna. Po prostu chyba to szok. Nie przypuszczałam, że idąc zwędzić twój dres znajdę tam swój własny.
Marco roześmiał się i objął mnie mocno ramionami na wysokości brzucha. Pocałował mnie w ramię, przesuwając też po nim nosem. 

-Wiem, że się cieszysz, oczka cię zdradzają. Dla mnie to czysta przyjemność.
Umyliśmy się oboje do końca, włącznie z włosami. Posiedzieliśmy jeszcze, dopóki woda była naprawdę gorąca. Potem ją wypuściliśmy i wytarliśmy się do sucha. Założyłam świeżą bieliznę i mój nowy, cieplutki, szary dres. Marco założył swój dres, który chciałam mu podwędzić.  

-A ty nie idziesz na trening?-zapytałam i otworzyłam drzwi łazienki, żeby trochę wyrównać temperaturę.
-Nie, jednak mam na popołudnie, pośpię chwilę z tobą, nastawię sobie budzik na czternastą i postaram ci się nie obudzić.
-W porządku. To chodź spać. –uśmiechnęłam się i ruszyłam w stronę sypialni. 

-Mamy jakieś tabletki na gardło?
-Boli cię?-zapytałam wślizgując się pod kołdrę. Zostałam w samym staniku i dresowych spodniach, żeby też się nie przegrzać.
-Trochę, ale zaraz przejdzie. Chyba nie mamy, ostatnio robiliśmy przegląd, nie?
-Tylko przeciwzapalne. Powinieneś wziąć, żeby nic cię nie dopadło. Masz ważniejsze rzeczy do roboty niż chorowanie.
-To nic poważnego. –postawił na swoim i położył się koło mnie. Ustawił budzik w swoim telefonie i odłożył go na szafkę nocną. Zrobił mi miejsce, żebym mogła się do niego przytulić. –Jak dobrze być już w domu. 


***


Obudziło mnie głośne kasłanie Marco. Spojrzałam od razu na godzinę w jego telefonie. Za pół godziny miał dzwonić budzik. Spojrzałam na niego i strasznie się przejęłam. Był strasznie rozpalony. Jego twarz była cała czerwona, kaszlał przez sen, oddychał przez usta, zapewne nos miał cały zatkany. Nie było mowy, żebym wypuściła go na trening. Nie chcąc go budzić, zeszłam z łóżka i obeszłam je dookoła. Nachyliłam się lekko do niego i położyłam dłoń na jego czole. Gorące. Miałam nadzieję, że to nic poważnego. Wiedziałam, jak bardzo zależało mu na powrocie do drużyny, pokonania kontuzji.
Postanowiłam nie budzić go, jednak kiedy sam to zrobi, chciałam podać mu chociaż te leki przeciwzapalne.

Wzięłam jego telefon z szafki i podłożyłam czujnik do jego palca, przez co urządzenie się odblokowało. Wzięłam jeszcze swoją bluzę i wyszłam po cichu, zamykając za sobą drzwi. Założyłam bluzę na siebie i przystąpiłam do tak zwanego szperania w telefonie męża. 
Weszłam w kontakty.. Nie zdawałam sobie sprawy, że lista ciągnie się w nieskończoność. Wpisałam w wyszukiwanie hasło „trener”, bo to prawdopodobnie do niego powinnam była zadzwonić i poinformować o nieobecności. Ku mojej uciesze znalazł się taki kontakt. Bez wahania wybrałam numer i odczekałam chwilę, zanim odebrał. 


-Marco! Cieszę się, że dzwonisz, sam planowałem to od jakiegoś czasu, ale słyszałem, że byłeś dość zajęty.. Nic się nie chwaliłeś! Moje gratulacje!

Byłam trochę zaskoczona optymizmem i serdecznością trenera. Marco zwykle utrzymywał, że nie lubili się zbyt bardzo, tymczasem..? 

-Dzień dobry, z tej strony Rosalie, żona Marco. Dodzwoniłam się do trenera..?
-Och, Rosalie! No w pewnym sensie tak! –zaśmiał się ciepło do słuchawki. –Mogę ci jakoś pomóc?
-Marco zachorował, nie wygląda dobrze. Upierał się, że chce iść na trening, jednak ma gorączkę, boli go gardło, ma zatkany nos. Wydaje mi się, że powinien zostać w domu..
-Życzę mu jak najwięcej zdrowia, jednak ja z tą informacją nie mogę nic zrobić. Już nie jestem trenerem Marco, więc musiałabyś poszukać numeru do Hansa albo Michaela, oni trzymają rękę na pulsie..
-Przepraszam w takim razie, Marco miał tak pana zapisanego w kontaktach.
-Nie ma sprawy. Cieszę się, że Marco znalazł sobie taką troskliwą żonę. Masz rację, że powinien zostać w domu, ale znając Marco czeka cię z nim starcie.. Ach, pewnie doskonale o tym wiesz.
-Tego się właśnie obawiałam… -westchnęłam do słuchawki. –A przepraszam, mogłabym zająć jeszcze chwilkę, czy nie ma pan czasu?
-Mam, ależ oczywiście! –powiedział radośnie. Mój humor uległ znacznej poprawie. Ten człowiek kojarzył mi się bardzo z tatą Marco. Byli do siebie podobni, bardzo ciepli i uśmiechnięci.
-Widzi pan… Nie do końca się orientuję jeszcze w Borussii… Kim są ci dwaj panowie, co pan wymieniał?
-Poszukaj nazwiska Zorc, to tak naprawdę człowiek od wszystkiego. Do Watzke możesz też zadzwonić, ale to prezes, więc tak trochę by było dziwnie dzwonić do prezesa usprawiedliwić męża. –zaśmiał się.
-Bardzo panu dziękuję za pomoc.
-Nie ma za co. Gratuluję wam zawarcia małżeństwa. Cieszę się, że Marco zdecydował się na taki krok, nawet jeśli to bardzo szybciutko nastąpiło… Choć przez prasę znam pewnie zniekształcony czubek góry lodowej. Póki jesteś na telefonie Marco, wyślij mi kilka fotek ze ślubu na Whatsappie, byłbym bardzo wdzięczny.
-Dziękuję. Media dużo piszą, wiedzą… kompletnie nic. Przekażę Marco, że z panem rozmawiałam, na pewno do pana oddzwoni, jak będzie w stanie mówić. Postaram się znaleźć w galerii kilka zdjęć i prześlę.
-Dziękuję. Wiesz? Jedna rozmowa i już cię lubię. Opiekuj się nim tam dobrze. Marco był zawsze dla mnie jak drugi syn.
-Postaram się zająć nim jak najlepiej mogę. –odpowiedziałam szczerze. –I bardzo mi miło. Jeszcze raz dziękuję za pana pomoc. Do usłyszenia.
-Do usłyszenia! I już na przyszłość bez tego „pan” poproszę. Jürgen. Postarzasz mnie. Jeszcze nie mam pięćdziesiątki!
-W porządku, następnym razem już się poprawię.
-Trzymam za słowo, cześć Rose. I koniecznie życz dużo zdrowia ode mnie Marco.
-Jak tylko się obudzi. Do widzenia.

A więc Jürgen. Ten Jürgen, o którym wspominał tata Marco? Było to bardzo możliwe, gównie z uwagi, że oboje mężczyzn było do siebie bardzo podobnych pod względem charakteru. Choć trener Marco wydawał się jeszcze bardziej ciepłą osobą. Tata Marco miał w sobie pewien element „teścia”, który stwarzał między nami pewną granicę.
W kontaktach szybko odnalazłam pana Zorca i wykonałam telefon. On był z kolei na początku bardzo był zdziwiony, że Marco miał żonę i nie chciał mi do końca uwierzyć, jednak przez to, że dzwoniłam z telefonu Marco, zyskiwałam trochę na wiarygodności. Bo naprawdę, były trener wiedział o wszystkim a pan od wszystkiego z drużyny nie? To było aż dziwne.
Korzystając z tego, że Marco jeszcze spał, postanowiłam też zadzwonić do Yvonne. Ta odebrała akurat wtedy, kiedy miałam się rozłączać po wysłuchaniu wielu sygnałów. Tym razem ja zaczęłam rozmowę, żeby nie mylono już mnie z blondynem… Chociaż do siostry Marco mogłam już zadzwonić ze swojego telefonu. Ale cóż. 

-Hej kochana, tu Rose, masz może chwilę?
­-Hej hej! Nie masz telefonu? Chciałam dzwonić dzisiaj wieczorem i wpaść do was na kawę. Wyglądałaś nieziemsko na tym balu! Oglądam właśnie z rodzicami wszystkie portale plotkarskie. Błyszczałaś!
-Och.. Dziękuję. Miło mi, że tak myślisz..
-Nie tylko ja! –przerwała mi protestując. –Gala wybrała cię królową wieczoru, spośród wszystkich kobitek na tym balu. To wielkie osiągnięcie Rose. Będziesz jutro na okładce!
-Chyba żartujesz.. Przecież ja się nie zgodziłam na nic takiego..
-Och, oni nie potrzebują zgody. Będziesz na tej okładce z Marco, ale nie martw się, macie wszystkie ujęcia przegenialne, więc zaprezentujesz się wspaniale.
Dziwnie się poczułam, dowiadując się o tej informacji. Nigdy nie chciałam być na okładce… Przecież.. Wszyscy się dowiedzą. Nawet już się dowiedzieli, skoro było wszędzie tego dziadostwa w internecie.
-A dzwoniłaś po coś konkretnego?
-Tak. –powiedziałam z lekkim zdenerwowaniem. Tylko nie okładka. Przecież nawet ten magazyn kupowała wiecznie moja macocha. Jadąc do Berlina popełniłam największy błąd w życiu. –Marco jest chory, mogłabyś pojechać do apteki i kupić leki? Ja mam tylko przeciwzapalne, a przydałoby się coś na gardło. I koniecznie chusteczki.
-O rety! Przecież on tak rzadko choruje! –zmartwiła się wyraźnie. Potem powiedziała coś niezrozumiałego dla mnie do swoich rodziców. –Mama zapakuje dla was obiad na wynos, ja zaraz wyjdę i pójdę coś kupić. Potrzebujecie jakieś zakupy?
-Nie chcę robić aż takiego problemu. Zamówię przez internet.
-Nie zamawiaj, bez sensu! Ja już się wszystkim zajmę, dzięki, że do mnie zadzwoniłaś.
-To ja ci dziękuję. Poszłabym sama, ale Marco śpi i może się w każdej chwili obudzić i chcieć pójść na trening.
-Niech tylko spróbuje! Pilnuj go dobrze. Ja będę do godzinki maks.
-Dziękuję, Yv, jesteś wielka.
-Że gruba?
-Nie!-roześmiałam się. –Że wspaniała.
-Aaa, to, to tak! Do zobaczonka!
-Papa. 


Odłożyłam już telefon na stół. Stwierdziłam, że powinnam była trochę ochłonąć. Powiedziałam Marco prawdę, jednak po to, żeby się uwolnić, a okazało się, że jeszcze bardziej to się wszystko ruszy… Jeśli ktokolwiek z mojego otoczenia zadzwoni do prasy i powie o mojej rozprawie sądowej.. Nikt z moich przyjaciół nie powinien był się o tym dowiedzieć, a tym bardziej z jakiejś durnej prasy.
Poszłam do barku i nalałam sobie do szklanki koniaku, który sprawiał wrażenie, jakby wypalał mi przełyk. Dolałam sobie jeszcze. I kiedy brałam kolejny łyk usłyszałam kroki na schodach Marco. Jeszcze jego mi tu brakowało.

-Rose? –zapytał widząc mnie w dość niecodziennym stanie. Ja i koniak nie przepadaliśmy za sobą.
-Nie bądź zły, ale nie idziesz na trening, Jesteś chory i leżysz w łóżku. Zorc już wie i życzy ci zdrowia. Jürgen też, Yvonne zaraz tu będzie z lekami i obiadem od twojej mamy.
-Stop, stop, stop. –złapał mnie za rękę, odstawiając szklankę na stolik. Ukucnął opierając się o moje kolana. –Czemu pijesz?
-Naprawdę nigdzie nie pójdziesz.. A..
-Zrozumiałem, że nie pójdę. Martwię się bardziej tobą. Co jest, Rose?
-Yvonne powiedziała, że jest o nas pełno w internecie. Ale co gorsza, mam być jutro na okładce. Ja nie chcę, Marco. –powiedziałam jak mała dziewczynka, a na potwierdzenie tego również się rozpłakałam. –To zniszczy wszystko. Ciebie, mnie, twoją reputację. Ja miałam rozprawę w sądzie. Jeśli macocha albo ojciec to sprzedadzą do mediów.. Nie chcę. Wiem, że się zgodziłam towarzyszyć ci na balu, ale to było z myślą o tobie. Nie chciałam tego, nie przemyślałam tego, to był błąd.
-Spokojnie już, wszystko da się odkręcić.
-Internet żyje swoim życiem.
-Tak, to prawda. Posłuchaj.. Och, nie płacz. –powiedział zirytowany, pociągając nosem. Jego głos stał się strasznie ochrypły. –Zadzwonię do menagera i żadnej okładki nie będzie. I zrobi już tak, że nikt nie będzie mógł pisać nic o twojej przyszłości czy o tobie bez naszej, albo jego zgody. On też się na tym zna, powiedziałem mu, że ma cię chronić, dlatego też jest tak mało mediów dookoła nas na mieście. Robi dobrą robotę, a okładka? O tym mu nic nie mówiłem, ale spokojnie.
-A jak oni się dowiedzą z internetu?
-To co? –zapytał przekręcając głowę na bok, jakbym spadła z kosmosu. –Jesteś bezpieczna, zrozum to. Tutaj nic ci nie grozi, a ja nie pozwolę, żebyś spotkała tamtych ludzi. Po tym, co mi powiedziałaś, nie zasługują, żeby nawet na ciebie spojrzeć. Niech wiedzą, że jesteś moją żoną. Niech są zazdrośni. Tylko mogą być zazdrośni. Nas nikt nie rozdzieli, nikt nam nic nie zrobi.
-Przepraszam… Może.. Może zbyt emocjonalnie na to zareagowałam..
-Spokojnie. –szepnął i przytulił mnie mocno do siebie. –Naprawdę, nic ci tu nie grozi. A ja zaraz zadzwonię i zobaczę co da się zrobić. Nie uciekaj nigdy do alkoholu, nigdy nie pomoże rozwiązać ci problemów. W przeciwieństwie do mnie. –uśmiechnął się szczerze i ucałował mnie w czoło.
-Dziękuję. Zrobię ci gorącą herbatę z miodem.
-Będę wdzięczny. Pójdę na górę.
-Połóż się w łóżku, musisz trochę poleżeć.
-A ty przyjdziesz w przebraniu pani pielęgniarki?-uśmiechnął się szeroko i zabrał swój telefon.
-Tego nigdy nie wiesz.


W kuchni zaparzyłam dla Marco czarną herbatę, do której dodałam odrobiny miodu, który by trochę złagodził ból gardła. Marco miał rację, że zadziałałam zbyt pochopnie, zwłaszcza sięgając do kieliszka. Przecież musiało być wszystko dobrze. Z nim wszystko było dobrze.
Poszłam na górę, akurat weszłam do pokoju, kiedy blondyn kończył rozmowę. Odłożył zamyślony telefon na stolik nocny, jednak kiedy usłyszał jak wchodzę do środka, odwrócił się w moją stronę.
-I jak? –zapytałam, próbując cokolwiek odczytać z jego miny. Uśmiechnął się i podszedł do mnie po herbatę.
-Wszystko opanowane, możesz być spokojna. –powiedział i pocałował mnie w czoło, odbierając kubek.
-Uważaj, gorące. –powiedziałam, nim upił łyk. –Będziemy musieli coś płacić?
-Możliwe że nie. Ale jeśli będzie trzeba to nie będę miał z tym problemu..
-Jeśli nie..
-Nie masz się o co martwić. Położysz się ze mną?-spojrzał na mnie tym wzrokiem, przez który nie umiałam mu nigdy odmówić. Okrążyłam łóżko i usiadłam na swoim miejscu. Marco położył się koło mnie i przykrył kołdrą pod samą szyję.
-Zimno ci? –zapytałam. Jego pierwsza choroba, a ja już tego miałam dość. Nie dlatego, że facet przechodzi chorobę jakby to był koniec świata, ale wiedziałam, że takie rzeczy tylko opóźniają jego powrót. A to było dla niego najważniejsze.
-Trochę. Jak wypiję herbatę będzie lepiej. –powiedział, znów zabierając kubek z szafki. Zabrałam go od niego i sama zaczęłam dmuchać na herbatę, by mógł wypić choć trochę łyków. Zamoczyłam opuszek małego palca, jak zawsze robiła mi mama, gdy byłam chora, żeby sprawdzić, czy się nie poparzy. Chyba była już zdatna do picia.
Marco uśmiechnął się i podziękował mi, odbierając kubek. Upił łyk, krzywiąc się mocno.

-Coś nie tak? Dalej gorąca?
-Boli, kiedy przełykam.
-Może trzeba będzie pójść do lekarza.. Jeśli leki, które przyniesie Yvonne nie pomogą, na pewno pójdziemy. Albo się wezwie go tutaj. 

W odpowiedzi tylko kiwnął głową i poprawił na oparciu łóżka. Wzięłam swoja poduszkę i podłożyłam ją pod plecy, żeby było mu odrobinę wygodniej.
-Wiesz, ten Jürgen, z którym rozmawiałam prosił, żebym wysłała mu kilka zdjęć ze ślubu. Chciałam poczekać aż się obudzisz, bo nie wiem do końca czy powinnam..
-Klopp? Najlepszy trener i człowiek, z jakim współpracowałem. Jeśli ci się chce to wyślij, podpisz, że to ty. –powiedział ze ściszonym głosem, jednak uśmiechnął się na wspomnienie swojego starego trenera. Tak jak odniosłam wrażenie po naszej rozmowie, byłam już przekonana odnośnie jego i moich przeczuć co do ludzi.  –Co mówił?
-Gratulował nam, kazał cię pozdrowić, życzył ci zdrowia i powiedział, żebyś do niego zadzwonił jak wyzdrowiejesz.
-W porządku. –kiwnął głową, biorąc kolejny łyk herbaty.
-Marco, masz może numer telefonu do tego Emre, z którym tańczyłam? Jestem mu winna kilka słów.
-Rose..
-Proszę. Wiem, co o tym myślisz. I nawet przypuszczam, że lubiłeś go do momentu, kiedy z nim tańczyłam, prawda? Ale z tobą też tańczyłam. Jesteś zawsze na pierwszym miejscu i nie masz powodów, żeby być zazdrosny. Nie masz sobie równych.
Marco uśmiechnął się i wziął telefon. Wyszukał coś na nim, a później podał urządzenie mnie. Na wyświetlaczu widniał wpisany kontakt „Emre Can”, a pod nim numer telefonu.
-Dziękuję. Może spróbuj zasnąć? Obudzę cię, kiedy Yvonne przyniesie leki.
-Dobrze. Dziękuję, że się mną tak zajmujesz… Nie przypuszczałem… Jesteś naprawdę wyjątkowa.
-Oj nie bredź. To gorączka. Śpij już. Ja zaniosę na dół herbatę. –powiedziałam i wstałam z łóżka, żeby zabrać z komody duży koc. Przykryłam nim jeszcze Marco i nachyliłam się w jego stronę. Spojrzał na mnie swoimi zmęczonymi, szklistymi od choroby oczami i uśmiechnął się delikatnie.
-Jesteś.
-Śpij, kochany. –powiedziałam szeptem i przejechałam wolno dłonią po jego włosach, czole, policzku i brodzie. On uroczo wtulił się w poduszkę i zamknął oczy. 

Chwilę jeszcze patrzyłam na niego, wiedziałam, że nie lubił tego słowa, ale był naprawdę piękny. Zrobiłam jego telefonem zdjęcie, kiedy spał i wysłałam je do siebie. Piękni ludzie byli bowiem rzadkim okazem. On był wyjątkowo piękny, bo nie tylko wygląd zewnętrzny się liczył ale wnętrze. Poszłam na dół do salonu i usiadłam tam na kanapie. Na początku wysłałam kilka zdjęć do Jürgena, później przepisałam numer Emre do swojego telefonu. 

„Cześć, z tej strony Rose. (ta z balu) Obiecałam, że jeszcze uda nam się złapać i pogadać, ale potem wszystko się podziało tak szybko i nie widziałam cię nigdzie potem. W razie czego to mój numer. (bez dwuznacznego podtekstu) Jak będzie ci się kiedyś chciało pogadać to możesz dzwonić, jeśli nie, pewnie i tak się kiedyś spotkamy na jakiejś piłkarskiej imprezie, to z pewnością nadrobimy. Mam nadzieję, że burza cię nie zastała tak jak nas i dotarłeś cało do domu. Do usłyszenia/zobaczenia!;)”

Kiedy wysłałam akurat sms, usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Podbiegłam szybko do wizjera i zdziwiłam się lekko, widząc tuż koło Yvonne mamę Marco. Czyli teściowa podejście drugie.
Spojrzałam jeszcze szybko w lustro, żeby sprawdzić, czy wyglądałam w miarę przyzwoicie. Już nie było eleganckiej fryzury i sukienki, a domowy dres. Westchnęłam głośno i przekręciłam zamek.

-Dzień dobry. Yvonne, dobrze cię widzieć. –powiedziałam na tyle uprzejmie na ile się dało, posyłając uśmiech do obu kobiet.
-Pyśka! Jak ty pięknie wyglądałaś! Kupiłam wszystkie gazety! Wszystkie!-Yvonne zaczęła trajkotać niczym nakręcona, wymijając mnie w progu. Położyła całą siatkę gazet na stole, z drugą pobiegła do kuchni, żeby ją położyć, po czym znów znalazła się przy mnie. Stałam zdumiona patrząc ile w niej było energii. –Z resztą zawsze uważałam, że jesteś piękna, ale tam.. Mój brat przy tobie też wyprzystojniał. Poważnie. Dawno go nie widziałam tak rozpromienionego i tak zapatrzonego w kobietę. Nie odrywał od ciebie spojrzenia! Nawet jak udzielał wywiadu, co chwila spoglądał na bok, był strasznie rozkojarzony! Puszczę ci to, zrobiłam screeny z linkami..
-Yvonne! Starczy. –westchnęła pani Reus karcąc córkę. –Rose, weźmiesz chociaż mój płaszcz?-zapytała z wyrzutem i ustawiła się do mnie tyłem. Yvonne przewróciła oczami i poszła do kuchni wypakować siatki.
Pomogłam mojej uroczej teściowej zdjąć płaszcz i zawiesiłam go na wieszaku koło drzwi.
-A gdzie nasz symulant?-zapytała ze śmiechem Yvonne, wyciągając z dużej, materiałowej siatki naczynie.
-Yvonne. Twój brat jest chory, a ty już od samego początku się drzesz i nie pozwalasz mu odpocząć.
-Mamo, nie traktuj Marco jak dziecko. To dorosły facet.
-Marco nigdy nie chorował! Zawsze był zahartowany, przez sport miał wysoką odporność, więc to bardzo zły znak. –stwierdziła chłodno i poszła do kuchni, żeby odgrzać przygotowany przez siebie obiad.
-Marco szybko wyzdrowieje, niech się pani nie martwi. –powiedziałam z lekką obawą. Wzięłam ją po naszym spotkaniu za miłą, choć zachowawczą. Teraz jednak miałam wrażenie, że zaczyna pokazywać swoją drugą twarz, bez pana Thomasa i ukochanego synka.
-Pewnie się zaziębił w tym waszym Berlinie. Nie dopilnowałaś go, żeby się dobrze ubrał i proszę! Już widać wspaniałe efekty waszego związku.-odburknęła i zaczęła szukać po szafkach garnków.
-Trzecia szuflada koło lodówki. –powiedziałam, chcąc nie dopuścić do jej wybuchu. Naprawdę widać było wyraźnie jej zdenerwowanie.
-Przecież były pod zlewem!
-Uznałam, że pod zlewem jest dobre miejsce na śmietnik, ta szafka jest za głęboka na garnki. Od razu można wrzucić do niego obierki ze zlewu.
-Moim zdaniem, garnki o wiele bardziej tam pasowały. A garnek parowy? Jak niby go zmieściłaś?
-Niech pani otworzy tą trzecią szufladę, pani Reus. –powiedziałam ze spokojem. Musiałam się powstrzymać, żeby nie powiedzieć kilku słów za wiele.

Blondynka z wielką niechęcią i odrazą zajrzała do trzeciej szuflady, którą zademonstrowała teatralnie i z hukiem ją otworzyła . Spojrzała. Jej oczy nie wyrażały nic, jednakże przyglądała się wnikliwie nienagannie poustawianym garnkom i patelniom. Mruknęła coś pod nosem i zabrała jeden z garnków.
Bez słowa podeszłam do Yvonne, która w ciszy przysłuchiwała się naszej wymianie zdań. Wzięłam od niej ogórka szklarniowego, którego właśnie skończyła obierać i zabrałam tarkę z szafki koło stojącej mamy Marco. Przyszła mi chęć, żeby poza ogórkiem utrzeć jeszcze komuś nosa. 

-Marco się sam ubiera, jest rozsądny i nie potrzebuje mojej kontroli. Nie jestem jego matką ale żoną.
-Jeśli sobie nie radzisz to zawsze przecież mogę tu zostać na kilka dni, póki Marco nie wyzdrowieje.
-Nie musi pani. Marco ma opiekę.
-Niby jaką?-prychnęła nastawiając kuchenkę.
-Rosie. –odpowiedziała za mnie Yvonne. Chociaż ją miałam po swojej stronie. Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością. Opowiedziała mi tym samym, dając mi odrobinę wsparcia.
-Tak? Ani leków, ani dobrze zrobionych zakupów? To mi opieka.
-Zadzwoniłam z prośbą do Yvonne, bo nie chciałam go zostawić samego. Prosił mnie z resztą o to.
-Marco potrzebuje kobiety a nie dziewczynki do zabawy.
-Wypraszam sobie. Znam Marco doskonale, mamy ze sobą cudowną relację i wiem, czego potrzebuje.
-Każdy mężczyzna potrzebuje zaspokojenia. A że Marco jest przystojny, bogaty.. Nawet ci się nie dziwię. Ale nie wyobrażaj sobie zbyt wiele..
-Chyba pani żartuje. –podniosłam głos i rzuciłam tarkę na blat.
-Nie takim tonem, dziecko.
-Jeśli coś się pani nie podoba może pani śmiało wracać do domu.
-Nie ty będziesz mi mówić, co mam robić, dziewczynko. –odpowiedziała.
-Mamo.. –zaczęła Yvonne, próbując odsunąć trochę swoją matkę ode mnie i stanąć między nami.
-Nie wtrącaj się, Yvonne.
-Chyba pani nie umie zrozumieć, że pani dzieci są już dorosłe. Yvonne, Melanie i Marco również. I chyba tu panią najbardziej boli, że oni wszyscy doskonale sobie radzą bez pani wskazówek.
-Gdyby Marco był rozsądniejszy i mnie posłuchał do końca, nie byłabyś w tym miejscu, pewnie szlajałabyś się po ulicach, jak ty to mówisz, rozumiejąc potrzeby innych! –krzyknęła, żywo gestykulując. –To dzięki mnie Marco wtedy zrozumiał, że to głupstwo żenić się z młodą, nieodpowiedzialną, obcą dziewczyną.
-Dzięki pani miałam przecudowny ślub na pomoście rajskiej wyspy oraz skromny obiad w towarzystwie życzliwej rodziny, pełnej miłości i szczęścia.
-Mam nadzieję, że mój syn przejrzy na oczy i zobaczy prędzej czy później swój błąd. Oczywistym jest to, że go zauważy. Oby tylko jeszcze miał coś na koncie.
-O nie, tego już za wiele. Nie pozwolę się aż tak obrażać w moim domu. Starałam się zrozumieć, że bardzo pani kocha Marco, ale musi też wiedzieć, że ja też jestem obecna w jego życiu. I będę jeszcze długo. I musi pani się pogodzić, że osobą, do której się jako pierwszej zwróci się o pomoc będę ja, nie pani, nie pani córki. I garnki, sztućce i inne pierdoły nie będą umieszczone tak, jak pani chce. Bo ja tu mieszkam, to moje mieszkanie. Moje i Marco. I w tym właśnie mieszkaniu nie ma prani prawa obrażać żadnego z jego właścicieli, więc albo pani zacznie trzymać język za zębami i znosić moje garnki w mojej trzeciej szufladzie koło mojej lodówki, albo może pani stąd wyjść. Nie trzymam tu pani na siłę ani za karę, nawet nie prosiłam, żeby pani przyjeżdżała. Ani Marco. –powiedziałam, z prędkością tak szybką, że aż sama się sobie dziwiłam. Nawet Marco nie potrafił mnie wyprowadzić tak z równowagi, jak potrafiła to jego matka. 

-Jak śmiesz ty.. –zaczęła, podnosząc rękę, by uderzyć mnie w nią w policzek. W tej samej chwili stały się dwie rzeczy. Yvonne dobiegła do ręki swojej matki, odpychając mnie jednocześnie dalej, z pola zagrożenia, także na schodach pojawił się Marco, który z zaropiałymi oczami patrzył się na nas, w zupełności nic nie rozumiejąc. 

-Może mi ktoś powiedzieć, co tu się dzieje? –zapytał zachrypniętym głosem. Zapewne bolało go gardło i ledwo mówił. Wyminęłam Yvonne i poszłam bez słowa do siatki z magazynami, w której też znajdowały się leki. Wyjęłam jeden listek ziołowych tabletek na gardło i podeszłam szybkim, nerwowym krokiem do blondyna, żeby mu go wręczyć. Szybko odeszłam od niego, zawracając z powrotem do kuchni, nie dając mu nawet szans by złapać mnie za rękę i zatrzymać. Oparł się o ścianę i wziął jedną tabletkę do ust. 

W tym czasie pani Reus przybrała minę przerażonej, troskliwej mamusi. Podbiegła do niego i zaczęła kłaść dłonie na jego czoło i policzki.

-Kochany, jak ty się czujesz? Niepotrzebnie wstawałeś. Powinieneś był chociaż założyć szlafrok. Musisz się..
-Mamo. –westchnął zirytowany i odsunął się od niej, nabierając dystansu. Moje serce łomotało w piersi. Nie wiedziałam co zrobi, co powie jego matka i której z nas uwierzy. Wrzuciłam ogórki do miseczki, zmniejszyłam grzanie kuchenki i otworzyłam niskoprocentowy jogurt, którego dodałam do ogórków.
-Marco lubi z cukr…-zaczęła pani Reus, miłym, aczkolwiek spiętym głosem. Nie mogłam uwierzyć jak bardzo się zmieniła w jednej chwili.
-Marco lubi ze szczyptą soli i pieprzu. –odpowiedziałam pod nosem, stwierdzając oczywistość. Sama siebie zaskoczyłam, nie wiedziałam, że zapamiętałam aż takie niuanse.
-Mamo, nie zmieniaj tematu. Słyszałem wasze krzyki z góry. O co chodzi?-zapytał raz jeszcze, nie zwracając uwagi na naszą krótką wymianę zdań odnośnie mizerii. 

Zapanowała zupełna cisza. Pani Reus odeszła na chwilę, zaczęła nerwowo krążyć między kanapą a fotelem. Mogła tam zostać, była wystarczająco daleko ode mnie. I to ja miałam pod ręką kilka niezłych noży. To tylko fakt, nie, że miałabym coś z nimi robić. Czułam, że Marco przeniósł spojrzenie na mnie. Nie powiedziałam nic, przemieszałam w garnku mięso, sos i ziemniaki. 

-Yvonne?-zapytał w końcu. Brunetka potrząsnęła głową, jakby wybudzając się z resztek szoku. Spojrzała na mnie, na swoją mamę aż w końcu na mojego męża.
-Nie wiem.. Nie wiem co tu się właśnie stało. To chyba jakiś kosmos. –szepnęła i podeszła do lodówki, skąd wyjęła kończący się sok pomarańczowy. Popatrzyłam na butelkę, nie wiedząc, czy powinnam ją była przeprosić i poprosić, żeby wypiła inny sok niż ulubiony Marco. Nie chciałam jednak dawać kolejnego powodu do kłótni pani Reus. Marco przecież mógł wrócić za chwilę do łóżka a historia nadal by się ciągnęła.  –Och, rozumiem. –zaśmiała się krótko Yvonne, spoglądając na mnie i na butelkę. Odstawiła z powrotem ją do środka i przeprosiła nas na chwilę twierdząc, że musi się przejść. Chwilę później już jej nie było i zostaliśmy we trójkę. A ja zostałam bez jednego, jedynego sprzymierzeńca. Bo nie wiedziałam, czy mogłam liczyć na Marco.

-No bo.. –usłyszałam płaczliwy głos matki Marco. Naprawdę się rozpłakała? Chciało mi się śmiać. Ona naprawdę zaczęła płakać. Jak cudownie przecież odgrywa się ofiarę. Z drugiej strony to ja miałam prawo wyjść na tą gorszą, skoro nawet nic nie powiedziałam i byłam zajęta swoim obiadem. –Synku, ja naprawdę nie chcę cię zadręczać moimi problemami.. –kontynuowała zaciągając nosem i spojrzała w oczy Marco, który ze współczuciem jej się przyglądał. –Powiedz mi, czy ty uważasz, że ja jestem nieużyteczna? Rosalie chciała właśnie wyrzucić z domu! Powiedziała, że do niczego się nie nadaję, a ty wcale mnie nie potrzebujesz tylko ją. Chce mi zrobić wszystko na przekór, mówiła, że jestem niedobrą matką. Ona chce mi cię zabrać, odciąć ode mnie. A potem co, od taty? Sióstr? . –jęknęła i rzuciła się na szyję blondynowi.
Stałam w kuchni w zupełnym szoku. Skubana była dobra. Cóż, ja byłam aktorką podczas naszego pierwszego spotkania, teraz była jej kolej. I chyba była bardziej wiarygodna. Marco przytulił ją i pogłaskał troskliwie po plecach.  

-A ty mnie kochasz? Rose powiedziała, że zniszczy naszą więź i..
Marco odepchnął ją delikatnie od siebie i zaczął iść w moim kierunku zdecydowanym krokiem. Nie podszedł jednak blisko mnie, stanął naprzeciwko, za oddzielającym nas blatem.
-Rose.. O co chodzi? Przecież wiesz, że rodzina jest dla mnie najważniejsza. Nie możesz mówić takich rzeczy mojej mamie. Sama straciłaś swoją i wiem, że..
-Uwierzysz we wszystko, co ona powie, prawda? –zapytałam, czując rozpadające się właśnie moje serce. Ona wygrała. Ale ja nie mogłam się poddać. Nie w walce o Marco. Nie mogłam pozwolić mu odejść, nie z takiego powodu.
-To nie tak -powiedział zakłopotany. –Ja nie wiem już w co mam wierzyć.
-Nawet jeśli powiedziałabym ci, że to nie ja mówiłam złe rzeczy o twojej mamie tylko ona o mnie to byś mi nie uwierzył.
-Dlaczego miałaby mówić o tobie złe rzeczy…-zapytał wpatrując się w nieokreślony punkt za mną.
-Mam oddać ci obrączkę?-zapytałam, mimo, że nie chciałam do tego dopuścić. –Bo związek polega na zaufaniu.
-Dlaczego chcesz to zrobić? Rose, ja muszę chyba naprawdę się położyć i przemyśleć… To wszystko. To jest dziwne i..
-Nie widzisz, że ona tobą manipuluje?-zapytała pani Reus, podchodząc do blondyna i objęła jego ramię. Kto kim manipulował?!
-Mamo, daj mi chwilę, dobrze?
-Nie wierzysz mi?
-Daj mi chwilę. –powtórzył i odszedł do części salonu.

To nie mógł być koniec. Pani Manuela uśmiechnęła się pod nosem i posłała do mnie mordercze spojrzenie. Mimo, że miałam pod ręką nóż, nadal była to mama Marco, którą bardzo kochał. Ale też nie mogłam odpuścić. Razem z dźwiękiem spadającego na podłogę widelca, ruszyłam biegiem w kierunku Marco. On odwrócił się w moją stronę nie wiedząc, co się dzieje. Chwilę później wpadłam rozpędzona w jego ramiona i ścisnęłam jego klatkę piersiową dłońmi tak mocno, jak tylko byłam w stanie. 

-Rose, proszę.. –szepnął nie wykonując żadnego ruchu. Starałam się go zrozumieć. Stał między wyborem. Między matką a żoną. Między miłością a… mną.
-Nie. Obiecałeś. To tyczy się czegoś zupełnie innego. Nie łam tej obietnicy, ona była dla mnie ważna.
-O czym ty mówisz?-zapytał szeptem i niepewnie położył jedną dłoń na moich plecach. Wtuliłam się w jego szyję i starałam się nie rozpłakać.
-O obietnicy ze stajni, pamiętasz? Niezależnie od pory dnia i nocy, czy będziemy razem czy nie. Że zawsze, kiedy będzie źle, kiedy będzie się wszystko waliło, kiedy mój świat będzie się chwiał, ja będę lecieć z nóg, a wszystko będzie traciło sens mam przyjść. I cię przytulić. Obiecałeś, że mnie przytulisz. Proszę, po prostu to zrób. A potem dam ci przestrzeń, ale też nie dam, bo będę ci podawać herbaty, przyniosę ci na tacy obiad. Jeśli chcesz, nawet to może zrobić twoja mama. Ale ja będę. Bo ci obiecałam. Na dobre i złe, w zdrowiu i chorobie. Być przy tobie, zawsze, rozumiesz? Zawsze. Niezależnie, co o mnie pomyślisz. Będę mierzyć temperaturę, dbać o porę przyjmowania leków, wydzwaniać do lekarzy, trenerów i odwoływać twoje treningi. Bo jesteś dla mnie najważniejszy. Pamiętasz? Jesteś moim światem. I ja nie chcę, żeby ani mój świat, ani moje serce, rozpadły się na kawałki. Nie zgadzam się na to. Nie zgadzam.
-Rosie, moje kochanie..-szepnął i mocno mnie do siebie przytulił. Poczułam ulgę. Niesamowitą ulgę. Z tych wszystkich emocji z moich oczu zaczęły płynąć łzy. –Ufam ci, skarbie. Naprawdę ufam. Masz miejsce w moim sercu, ale moja mama też. Jesteście obie niesamowicie ważne w moim życiu..
-Ale? Jest jakieś „ale”, prawda? Ja wiem, Marco, to twoja mama. Jeśli chcesz powiedz jej, że ma rację, że jestem zła, niedobra, zrób to. Moja mama była dla mnie wzorem, była dla mnie wszystkim. Z ojcem nigdy nie miałam dobrego kontaktu. Rodzina to coś, co zawsze się powinno pielęgnować, nie psuj tego przeze mnie. To mnie tu nie powinno być..
-Już wiem wszystko. –powiedział puszczając mnie i odsunął się na krok, by spojrzeć w moje oczy. Otarł kciukiem moje łzy i posłał mi delikatny uśmiech.
-Co chcesz zrobić?-zapytałam cicho widząc, że Marco odwraca się szukając swojej mamy. Kobieta siedziała w fotelu i nerwowo tupała nogą.
-Mamo…-zaczął. –Wiesz, że zawsze będę cię kochał. Nic tego nie zmieni. To, że Rose jest w moim życiu nic nie zmienia. Ona sprawia, że jestem szczęśliwszy. Chyba powinnaś być z tego zadowolona? Mam żonę, która jest dla mnie ogromnym wsparciem i pocieszeniem we wszystkich złych momentach. Nigdy nie spotkałem takiej pięknej, dojrzałej, mądrej i ułożonej kobiety. –powiedział, a ja słysząc słowo „kobiety” przybiłam mu mentalną piątkę. Nie wiedział, że to określenie mnie było idealne, by padło z jego ust do pani Manueli. –Chciałbym, żebyś ją zaakceptowała. Rose jest częścią rodziny, należy do niej, nosi moje nazwisko.
-Kwestia nazwiska w ogóle mi się nie podoba. Kim ona jest, żeby nosić moje nazwisko?-zapytała z oburzeniem mama Marco. Już nie była taka smutna i rozżalona?
-Ona jest moją żoną. I to nazwisko też należy do mnie.-odpowiedział pewnie. Byłam dumna. Tak bardzo dumna. Chciało mi się skakać, śpiewać, tańczyć i śmiać. Marco mnie obronił! Marco mnie obronił! Marco mnie kocha! Znaczy..lubi. Szanuje. Lubi. Kocha… Potrzebowałabym do tego jakiejś stokrotki..
-Jaką żoną, synku, jak za chwilę już nią nie będzie. Przecież to nic poważnego, zwykła znajomość.
-Niezwykła. –poprawił ją od razu. –I to jest coś poważnego, mamo. I ja i Rose traktujemy nasz związek bardzo poważnie. Nie jest też powiedziane, że nasze małżeństwo się skończy po roku. Nie wiadomo, co przyniesie los. A jak zostaniemy na zawsze małżeństwem?
-Jak to? Czemu na zawsze?
-To tylko założenie. Tak samo jak to, że Yvonne spotka dziś w parku koleżankę ze szkoły. Jest pięćdziesiąt procent szans. Ja i Rose mamy takie same szanse.
A więc tylko pięćdziesiąt procent? Lubi mnie na pięćdziesiąt procent. A może jest zakochany w pięćdziesięciu procentach? Stawiałam przynajmniej siedemdziesiąt pięć. Z całym szacunkiem, Marco.
Poszłam do kuchni, żeby wyłączyć obiad Marco i nałożyć go na talerz. 

-Chciałbym, żebyście obie znalazły nić porozumienia. Nie ważne co było. Od teraz z czystą kartą. –powiedział Marco do swojej rodzicielki, zerkając na mnie. A więc takie wyjście. Całkiem mądrze.
-Zrobię to tylko ze względu na ciebie. Potrzebuję dużo czasu, żeby wybaczyć Rose to, co powiedziała. 

No to był chyba jakiś żart. Nie zwracając już na nich kompletnie uwagi zaczęłam nakładać na talerz polędwiczki, polałam je sosem i ubiłam ziemniaki, dodając do nich odrobiny jogurtu i koperku, tak, jak lubił Marco. Nie interesowała mnie już zupełnie ich rozmowa i nawet nie zamierzałam już wcale się w niej udzielać.

Ale wróciła Yvonne. Weszła i zamknęła za sobą drzwi z hukiem. Zostawiłam obiad  i podniosłam głowę, z zaciekawieniem obserwując siostrę mojego męża. Nigdy nie widziałam jej tak zdenerwowanej. To był pierwszy raz. Marco również patrzył na nią, czekając, aż coś powie. 

-Chrzanię to. Chrzanię to wszystko. –powiedziała wydychając głośno powietrze. –Mama nie mama, babcia mojego dziecka, nie ważne. Nie ważne kim byś była i niezależnie jak bardzo cię kocham, mamo.. Nie można nazywać żadnej kobiety dziwką, sugerować, że właśnie nią jest. Ona nie chce pieniędzy, więc możesz być spokojna, że Marco naprawdę zostaną pieniądze, nie będzie za rok z pustymi kieszeniami. A zwłaszcza nie powinno się policzkować własnej synowej, w jej własnym domu. Traktujesz Marco jak dziecko. On jest dorosły. Ma dwadzieścia sześć lat. A nie sześć. Przykro mi, jeśli nie zauważyłaś tych dwudziestu. I jeśli on mówi, że on uwielbia tą nie dziewczynkę, a kobietę to tak jest. I nie dlatego, że ze sobą sypiają, bo nawet jeśli by zarywali dnie i noce w sypialni ja nigdy nie będę patrzyła na Rose jak dziwkę. Bo za tym kryją się uczucia. Których chyba ty nie masz, obrażając tą cudowną kobietę, moją przyjaciółkę, która z całych sił robi wszystko, żeby ten związek przetrwał, która opiekuje się moim bratem i wie, że jeśli nie daje sobie z czymś rady nie musi się tego bać tylko może otwarcie poprosić innych o pomoc. I Marco nie jest chory przez nią, co najwyżej przez własną głupotę albo się od kogoś zaraził. Nie wiń jej za wszystkie błędy świata, dlatego, że widzisz, że ona stała się dla niego wszystkim. Bo ja przez to właśnie przestałam się o niego martwić. I jestem szczęśliwa. On jest szczęśliwy. Tata jest szczęśliwy! Tylko ty masz jakiś problem, którego nie rozumiem. To wszystko co miałam do powiedzenia. Dziękuję. Wezwij sobie taksówkę, ja wracam do domu. Trzymaj się, Marco. I przykro mi, że musiałeś tego wszystkiego słuchać. Zdrowiej, blondasku. –podeszła do Marco i pocałowała go w policzek.
Marco na chwilę zatrzymał ją i powiedział niesłyszalne „dziękuję”. Yvonne uśmiechnęła się do niego, później do mnie i opuściła mieszkanie. 

I nastąpiła cisza. Nie wiedziałam, czy powinnam była coś powiedzieć. Marco usiadł na oparciu kanapy, będąc w zupełnym szoku. Pani Manuela patrzyła to na Marco, to na swoje paznokcie. Zamknęłam na chwilę oczy, próbując stłumić ból rozbolałej głowy.
-Marco, to wszystko..-zaczęła pani Manuela, jednak on nie pozwolił jej dokończyć.
-Myślę, że dalsza rozmowa nie ma tu sensu.
-Marco..
-Nie, mamo. –ponownie jej przerwał, podnosząc się z kanapy. –Dziękuję, że przyniosłaś obiad, choć wcale nie musiałaś tego robić.. Powinnaś już pójść.
-Ale ja nie chciałam..
-Uderzyć Rose? Nazwać ją dziwką? Czy sugerować, że jest ze mną tylko dla seksu i pieniędzy?
-Nie uderzyłam jej! Sama może potwierdzić.
-A reszta? Czy to ty nie uczyłaś mnie tolerancji, pomocy innym, miłości, przyjaźni, zaufania?
Kobieta nic nie odpowiedziała. Za to ja widziałam jak ta rozmowa stała się trudna dla Marco. Zapewne wciąż mieli bardzo bliskie relacje, jednak tą pępowinę trzeba było odciąć. I to właśnie się działo na moich oczach i z mojego powodu.
-Nie każę ci kochać Rose ale szanować. Ze względu na to, że jest dla mnie bardzo ważna, jest moją żoną i należy do tej rodziny. Myślę, że dopóki jej szczerze za to nie przeprosisz możesz do mnie nie dzwonić ani nie przychodzić. 

Pani Manuela zabrała swój płaszcz z wieszaka, założyła swoje buty na obcasie i opuściła mieszkanie bez słowa. Marco był na skraju wytrzymania. Wiedziałam, że otrzymał cios. Może podobnie do Yvonne miał wyidealizowany obraz mamy, a kiedy wyszło na jaw coś takiego.. Chyba naprawdę był w szoku. I właśnie dlatego nie chciałam mu nic powiedzieć. Nie chciałam, żeby cierpiąc z powodu choroby cierpiał jeszcze przez własną mamę. Wolałam wziąć winę na siebie z nadzieją, że mi wybaczy, niż żeby miał konflikt z własną mamą. Ile ja bym dała, żeby zobaczyć swoją mamę raz jeszcze…
Wstawiłam wodę na nową herbatę i poszłam w kierunku Marco. Stanęłam przed nim, czekając, czy zareaguje w jakikolwiek sposób. Nie zareagował. Położyłam dłoń na jego ramieniu, potem przesunęłam ją na jego łopatkę, potem objęłam go drugą ręką. Ucałowałam jego policzek, a potem wtuliłam głowę w jego ramię. 

-Jesteśmy razem, zawsze. –powiedziałam, chcąc, żeby zrozumiał, że nie jest sam. I nigdy nie będzie.
-Kochanie..-szepnął i mocno mnie do siebie przyciągnął. –Jest mi tak przykro. Nie bierz proszę niczego do siebie, co powiedziała.
-Nie biorę. Martwię się tylko o ciebie. Chcę, żebyś wiedział, że tu jestem. Jeśli chcesz się wygadać, jeśli ja mogę coś tylko zrobić…
-Wystarczy, że tu jesteś. Jesteś moim wszystkim.







~~~


 Dzień doo bry!:)
Nie wiem czy wiecie i pamiętacie ale do końca grudnia będą rozdziały co tydzień!💗 Strasznie się z tego cieszę. Za tydzień wrzucam rozdział bonusowy, który będzie retrospekcją z życia naszych bohaterów, zarówno i Marco i Rose, perspektywa będzie się zmieniała ale myślę, że się połapiecie. Może nie będzie miała aż takiego wpływu na przyszłe rozdziały ale może też trochę wyjaśnić. Później 30.12 prawie na Sylwestra kolejna część, od stycznia wracamy niestety do ostatniego systemu 2-tygodnie.
Trochę się podziało dzisiaj, chociaż nawet nie musieli nasi bohaterowie wyjść z domu haha:) Mam nadzieję, że nie przynudzam i dalej czekacie na następne rozdziały. Mamy wreszcie Jürgena, w przyszłości będzie go więcej ale nic nie zdradzam!
Dziękuję dziękuję dziękuję za wszystkie komentarze💕 To taki corozdziałowy gwiazdkowy prezent jak dla mnie (i zawsze każdy bardzo udany!). I dziękuję za wszystkie gratulacje i wiarę we mnie, kolacja była pyszna, a odczytanie prac również poszło jak po maśle!
Następny za tydzień! 
Ściskam mocno! xx.
 

sobota, 2 grudnia 2017

Trzydzieści jeden



Z Berlina wyjechaliśmy już następnego dnia wieczorem. Upierałam się, żeby wyjechać wcześnie, jednak Marco wiedział swoje, on chciał mi pokazać Berlin. Bałam się nocnej jazdy, nigdy to nie było dobrze widać drogi, przypuszczałam, że do tego blondyn będzie jeszcze zmęczony. Ale z nim czasem nie można było wygrać. Nie znaczyło nie, i tyle.
Nie można było jednak zaprzeczyć, Marco był wspaniałym przewodnikiem. Pokazał mi najpiękniejsze miejsca, popłynęliśmy też na wyspę muzeów, gdzie odwiedziliśmy, zdaniem Marco, dwa najciekawsze. Na mieście zjedliśmy obiad w jednej z licznych restauracji na starówce. Przez to, że usiedliśmy na zewnątrz, zatrzymywali się co jakiś czas kibice i prosili Marco o zdjęcie. Nie wszyscy jednak do niego podchodzili. Siedział tyłem do ulicy, więc tylko ja widziałam, że ludzie się zatrzymują, mówią coś między sobą i robią zdjęcie. Kiedy mu o tym powiedziałam tylko machnął niedbale ręką, był przyzwyczajony do takich rzeczy i nie zwracał na to uwagi. Nawet wolał te zdjęcia z za pleców, bo nie musiał przerywać jedzenia. Coś w tym było. Byłam strasznie zaskoczona, kiedy także mnie poproszono o wspólne zdjęcie. Marco jedynie zaśmiał się pod nosem, widząc moje zakłopotanie. 

Po powrocie do hotelu spakowaliśmy swoje walizki i wymeldowaliśmy się na recepcji. Wrzuciliśmy walizki do bagażnika jego białego, terenowego samochodu i ruszyliśmy w drogę. Wyjeżdżając z miasta kupiliśmy jeszcze dwie, duże, aromatyczne kawy. Dla mnie z dodatkiem karmelu, miałam wzmocnioną potrzebę na słodkie rzeczy. Włączyłam radio i usiadłam wygodnie na miękkim siedzeniu, obserwując mijające drzewa i znikające pasy na ulicy.

Po ponad dwóch godzinach drogi, około godziny dwudziestej drugiej, kiedy już się ściemniło, zjechaliśmy z autostrady. Marco telefon się wyładował, a mój przestał łapać zasięg. Mój mąż jednak był pewien, że jedzie dobrze i wcale nie potrzebował żadnych map. Jechaliśmy praktycznie przez las. I o ile droga była cywilizowana, to po obu stronach znajdywały się ściany lasu. 

-Kochanie, wiem, że siedziałam całą drogę w telefonie ale.. Tej drogi sobie nie przypominam.
-Zjechałem za wcześnie, ale to skrót. 

Nic nie odpowiedziałam. Jeśli to była jego męska duma to nie miałam co dyskutować. Gdybyśmy się zgubili to i tak pewnie by tego nie przyznał. Hoho, przecież był fantastycznym, świeżo upieczonym kierowcą z wieloletnią praktyką!
Zaczęło padać, powoli niewielkie krople spadały na przednią szybę. Wycieraczki co chwila je ścierały, jednak na próżno. Deszcz przybrał na intensywności, krople były coraz większe. 

-Wyłączyłeś kilmę?-zapytałam czując lekki chłód na dłoniach.
-Nie, ale coś chłodno, prawda?-mruknął pod nosem i spojrzał na swój panel sterujący. Przełączał coś jeszcze, starą najlepszą metodą wyłącz i włącz. –Leci coś u ciebie?
Przyłożyłam dłoń do kratki wentylacyjnej.
-Nic. Lekki chłód..
-Cholera, klimatyzacja padła.
-Twój tata pewnie to szybko ogarnie jak dotrzemy na miejsce.
-Sam to powinienem ogarnąć. Jak znajdzie się jakieś ubocze to zobaczę. 

Oczywiście. Mówiłam już coś o męskiej dumie?
Przejechaliśmy kolejny kilometr, a Marco znalazł jakiś kolejny problem w samochodzie. Oh, naprawdę? Udało nam się zjechać koło jakiejś wysepki. Las zaczął się trochę przerzedzać, jednak i to nie sprawiło, że odzyskałam sygnał w telefonie. Deszcz lekko się uspokoił, więc Marco zdecydował się zajrzeć pod maskę samochodu i zlokalizować usterkę. Kilka minut moknął próbując się czegoś doszukać, jednak poddał się zamykając klapę z hukiem i wsiadł z powrotem do środka.

-Trudno, jedziemy póki działa. –westchnął i przekręcił kluczyki w stacyjce.. I nic. Przekręcił raz jeszcze, po czym przeklął, uderzając ze złością dłońmi w kierownicę.
-Spokojnie, może za szybko to robisz.
-Robię to jak zwykle, Rose.
-Spróbuj jeszcze raz.

Posłuchał mnie i przekręcił raz jeszcze kluczyk, tym razem trochę wolniej. Silnik trochę nienaturalnie zawarczał, a potem ucichł.

-No to nie pojedziemy.-westchnął, ściskając dłonie w pięści.
-Rano jak przestanie padać wezwiemy pomoc, siedzenia można rozłożyć, prześpimy się tu, nie będzie aż tak źle.
-Zamarzniemy tu Rose. –stwierdził przeczesując włosy. Zawsze tak robił, kiedy się zastanawiał albo denerwował.
-Mamy w walizkach polary.
-Weźmiemy te polary i pobiegniemy wzdłuż drogi, las się przejaśnia, może ktoś tu będzie miał jakiś dom. 
-Pada deszcz.
-Mamy bluzy z kapturami. Jeśli potem dostaniemy ciepłe herbaty to ja bym zaryzykował.
-To poczekaj, zmienię buty na adidasy i wygrzebię z walizek nasze bluzy.
-W porządku. Pójdę po nie.
-Nie, siedź, nie będziesz na deszcz wychodził. Poradzę sobie. 

Przegramoliłam się z przedniego siedzenia na tylne i otworzyłam nakładkę na bagażnik. W walizkach zaczęłam niezdarnie przerzucać wszystkie ubrania z wierzchu, by dostać się na sam spód, gdzie były buty i nasze bluzy.
Wzięłam trzy, nie wiedziałam w sumie po co, ale z drugiej strony, nie wiedziałam jak długo będziemy iść. Na tylnych kanapach samochodu zdjęłam buty i podałam Marco jego bluzę. Założyliśmy na siebie cieplejsze ubrania i wyszliśmy na zewnątrz. Wcisnęłam wszystkie włosy w kaptur i zasunęłam go najbardziej na czoło. Marco zabrał jeszcze z bagażnika znak awarii i ustawił go w odpowiedniej odległości od bagażnika.

-Wezmę jeszcze inną torebkę, spakuję chociaż wodę, cokolwiek.. –westchnęłam i zaczęłam patrzeć na rzeczy w walizkach. Klapa bagażnika chroniła nas przed deszczem, co było znacznym udogodnieniem.

-Weź moją ładowarkę. Podłączę od razu telefon do prądu. –powiedział, podtrzymując wierzch walizki, żeby się nie zamykało.
-Mam. A potrzymasz jeszcze to, czy należysz do facetów, którzy się boją takich rzeczy?-zaśmiałam się wyjmując z pudełeczka kilka tamponów na wszelki wypadek. Marco widząc je skrzywił się z wyraźną przesadą i wystawił niepewnie rękę. –Spokojnie, zaraz te straszne rzeczy od ciebie zabiorę.
-Wcale się nie boję. Tylko.. To wywołuje niepokój.
-Tak tak. –roześmiałam się wkładając portfel do większej torebki i wyzwoliłam go z trzymania tych okrutnych rzeczy.
-Chyba wszystko mamy.
-No to biegniemy.
-Ja idę a ty biegniesz dopóki nie zobaczysz pierwszego domu. Dojdę po tobie. –powiedziałam. Nie chciałam psuć jego planów, ale nie byłam w stanie.
-Wiesz przecież, że nigdy nie pozwoliłbym ci po mnie dochodzić.
-Marco!
-No co. Zawsze się o ciebie troszczę. Pójdziemy teraz razem, później cię poniosę.
-W porządku. –uśmiechnęłam się, przewracając oczami. Zawsze musiał mieć jakieś aluzje.
Droga dłużyła mi się niemiłosiernie. Szłam najszybciej jak mogłam, Marco rozglądał się dookoła szukając jakiegoś domu. Deszcz lekko ustał, jednak z oddali słyszeliśmy grzmoty. I czas pomiędzy ich uderzeniami był coraz krótszy, co znaczyło, że deszcz dopiero może się zacząć. Blondyn też szukał zasięgu w moim telefonie jednak już zupełnie na marne. Las zamienił się na pole. Moje nogi powoli już odpadały, a deszcz przybierał na sile. 

-Jeśli zaraz nie znajdziemy jakiegoś schronienia, to..
-Jest!-przerwał mi Marco wskazując palcem na niewielką chatę, obok której stała najprawdopodobniej stajnia. Od razu na moich ustach pojawił się uśmiech. Jakbym dostała nowych sił ruszyłam, wyprzedzając przy tym Marco.
Furtka była otwarta. Nie było przy niej dzwonka, więc pozwoliliśmy sobie wejść, zwłaszcza, że w środku paliło się światło.
Zapukałam w stare drzwi, z których prawie już odpadała stara, mosiężna kołatka przypominająca podkowę. Po drogiej stronie usłyszeliśmy ciche rozmowy i szuranie. Chwilę później zaczął szczekać pies. 

-Kto tam?-odezwał się głos za drzwi. Wskazywał na kobietę w starszym wieku. Zaczęłam pocierać ramiona, bluza, którą miałam na sobie kompletnie przemokła, sprawiając, że było mi jeszcze zimniej.
-Dobry wieczór. –zaczął głośniej Marco, żeby kobieta stojąca po drugiej stronie wszystko dobrze usłyszała. –Zepsuł nam się samochód kilka kilometrów stąd, nie mamy jak zadzwonić, potrzebowalibyśmy noclegu. Oczywiście zapłacimy.-dodał, jakby to miało pomóc w podjęciu decyzji staruszce. Może pomogło, bo chwilę później drzwi się lekko uchyliły a w nich pokazała się niska postać starszej kobiety o siwych włosach, spiętych w elegancki koczek. Miała na sobie długi szlafrok i stare, męskie, brązowe kapcie. 

-Dobry wieczór..-zaczęła, jednak przerwał jej na około pięćdziesięcioletnia kobieta.
-Mamo, pójdź do taty, ja zaraz wrócę. –powiedziała odprawiając staruszkę. Ta na nas spojrzała uśmiechając się i ruszyła wolno do środka domu, szurając głośno kapciami.
-Dobry wieczór..-przywitałam się z nową rozmówczynią.
-Dobry wieczór. Z chęcią byśmy państwu pomogli, jednak ta chałupa ma tylko jedną sypialnię, w której teraz jest mój chory ojciec, w salonie jest kanapa, na której śpię z moją starą matką.. Choćbyśmy chciały..
-A jakiś dom w pobliżu?-zapytał Marco, wzdychając z rezygnacją. Cudownie.
-W promieniu dziesięciu kilometrów nie. –powiedziała wzruszając ramionami. Podskoczyłam przerażona, kiedy koło nas rozległ się straszny huk grzmotów. –Oj, niedobrze. –westchnęła i zaczęła się rozglądać z zakłopotaniem. –Wiem, że to może nie jest najlepsza opcja, ale za to sucha… W stajni jest duża hałda siana. Gdybyście sobie na nią położyli prześcieradło, owinęli się kocami? Wiem, że to nie są luksusy ale tylko tak możemy pomóc.
Spojrzeliśmy na siebie z lekkim rozbawieniem, bo żadne z nas nie przypuszczało, że przyjdzie nam nocować na sianie wśród koni. 

-W takim razie chętnie skorzystamy z oferty. –powiedziałam, spoglądając na Marco.
-Poczekajcie, dam wam zaraz koce, naleję do termosu herbaty, pewnie zmarzliście.
-Bardzo dziękujemy.-odpowiedziałam życzliwej kobiecie. Zamknęła za sobą drzwi pozostawiając nas na zewnątrz. 

Spojrzeliśmy po sobie i w jednym momencie roześmialiśmy się głośno.
-Wiesz, zawsze mogliśmy spać w samochodzie.
-Będzie fajnie. W stajni jeszcze nie spaliśmy. Kolejne wyzwania przed nami!-uśmiechnął się szeroko Marco i objął mnie mocno, pocierając ręką o plecy, żeby było mi trochę cieplej. 

Kilka chwil później kobieta wyszła z kocami w rękach, które przekazała Marco, mnie dostał się stary, metalowy termos z nakręcanym kubeczkiem. Nie czułam gorąca, ale nie mogłam się doczekać już, kiedy go odkręcę i ogrzeje mnie para. Kobieta otworzyła duży parasol, który ochronił i ją i mnie przed deszczem. Marco niestety nie załapał się na miejsce, miał za to swój kaptur, jednak przemoczony kaptur. Będziemy musieli zdjąć mokre rzeczy, obyśmy jednak nie wpadli z deszczu pod rynnę i nie zmarzli kompletnie. 

Przeszliśmy przez zamoknięte podwórze. Miałam już tę świadomość, że będę miała buty do solidnego mycia. Oby się wyczyściły, bo były przepiękne i nie były noszone zbyt wiele razy.
Nie zostaliśmy wprowadzeni do środka, naszej wybawicielce się bardzo spieszyło do chorego ojca. Zostaliśmy uprzedzeni, że zwierzaki mogą się bać burzy i trochę hałasować, jednak były zabezpieczone w swoich boksach, przez co nic nam nie groziło. No tak, do samochodu już było za daleko. 

-No to..-zaczęłam, przekraczając próg stajni… I myśląc, że znajdzie się tu kilka koni na krzyż myliłam się. Owszem, były konie, dwa. Były też dwie krowy i pełno owiec.
-Co tu tak śmie..-powiedział wchodząc za mną Marco. Odwróciłam się do niego i spojrzałam z przerażeniem w jego oczy. Zaraz kiedy omiótł spojrzeniem całe nasze schronienie spojrzał na mnie i roześmiał się głośno.

-Nie wierzę.. –westchnęłam i przekręciłam przełącznik w nadziei, że zapali się światło i po zamknięciu drzwi nie będzie kompletnej ciemnicy. Cóż, nadzieja matką głupich. Po chwili ruszyłam na przód, oświetlając ekranem telefonu asfaltową dróżkę pomiędzy boksami dla zwierząt. Na samym końcu znaleźliśmy kanciapę, o której wspominała kobieta. Znajdował się tam stolik, na którym stało puste wiadro. Na ścianie przyczepione zostały wszelkiego rodzaju grabie, szufle i łopaty. W rogu naprzeciwko usypany został stosik siana, na którym mieliśmy położyć prześcieradło i sobie spokojnie spać. No pewnie. Marco, który wszedł zaraz za mną rozejrzał się z rozbawieniem i ułożył wszystkie koce na biurku. Po chwili zaczął śpiewać.
-Mizerna cicha, stajenka licha…
-Oj cicho. –roześmiałam się, spoglądając na niego. Właśnie pierwszy raz usłyszałam, kiedy śpiewał. Ładnie śpiewał. Odłożyłam termos, który trzymałam w ręku na biurko i wzięłam wielkie prześcieradło, które powinno jakoś ochronić nas przed kłującym sianem.  –Mam nadzieję, że tu nie będzie żadnych kleszczy, czy innych gryzących…Ugh.. Aż boję się pomyśleć.
-Oby nie. Najwyżej w domu cię dokładnie przelecę…wzrokiem.
-Dajcie mi siłę. Czemu ty to robisz?!
-Ale co? –wzruszył ramionami i poprawił prześcieradło. Położył u góry jedną poduszkę, a na to wszystko ułożył trzy grubsze koce.
-Dobrze wiesz co.
-Wysłałaś mnie na przymusowy urlop, czuję się stratny, i to dobre kilka dni.
-Wytłumaczyć ci pojęcie żona raz jeszcze?
-A tobie pojęcie pociągająca, seksowna fantastyczna w łóżku żona?
-Nie bierz mnie pod włos. –powiedziałam używając jego własnych słów z randki, kiedy posadził mnie na swoim czarnym Astonie Martinie. Tęskniłam za tamtym samochodem. Miałam do niego spory sentyment.
-Nie ważne jak, ważne z kim i czy w ogóle.
-Koniec! Idę pić herbatę. Jak chcesz też, to się uspokój. –oznajmiłam ze śmiechem, karcąc go niczym dziecko. Bo naprawdę, czasem tak się zachowywał.
Odkręciłam termos i nalałam z niego trochę parującej herbaty do metalowego kubeczka. Przysunęłam go do policzka, żeby móc poczuć choć odrobinę ciepła. Upiłam maleńki łyk, który wręcz poparzył mój język i przełyk. Nigdy nie sprawdzałam, czy herbata jest zdatna do picia. To była moja nauczka.
-Lepiej zdjąć bluzę, jest cała morka, będzie ci kompletnie zimno. –powiedział ignorując moją niezdarność. Przesunął moje ręce i rozpiął zamek błyskawiczny. Powoli zsunął ją z moich barków i pomógł mi wyciągnąć z niej ręce. Zawiesił ją na rączce grabi i zaczął zdejmować także swoją. –Że też sama nigdy nie chcesz się rozbierać. Zawsze ja muszę.
-Czy chcesz jeszcze na coś ponarzekać, kochanie? –zaśmiałam się –Oczekujesz striptizów?
-Ty to powiedziałaś.
-A ty jak mniemam, pomyślałeś.
-Dobrze mniemasz. –roześmiał się i podszedł do mnie otulić ramionami. Delikatnie zaczęłam dmuchać na herbatę, chcąc choć odrobinkę ją wystudzić.
-Nadal gorąca. –westchnęłam kładąc głowę na jego braku.
-Zawsze będziesz gorąca.
-Co ci się stało?! Kim jesteś i co zrobiłeś z moim mężem?
Marco miał czasami dni, kiedy wyjątkowo wnerwiał. Trafił niestety jeszcze na moje dni, kiedy to mnie wszystko wnerwiało. Zamknięci w tak małym pomieszczeniu… To było niebezpieczne.
Kiedy już wypiłam herbatę, nalał sobie też Marco. Stwierdziłam, że zdejmę przemoczone i ubłocone buty. Też zdjęłam bluzę, którą zawiązałam sobie przy samochodzie na biodrach. Była jego, więc stwierdziłam, że powinien był ją założyć. Zwłaszcza, że ja miałam jeszcze na bluzce sweterek, a on jedynie podkoszulek i cienką koszulę w kratę. Kiedy na chwilę odstawił kubek, rzuciłam nią do niego po ciemku, jednak bez problemów ją złapał. Założył ją i zapiął pod samą brodę.

-Zostalibyśmy w samochodzie.. Suchym, pachnącym. Ale nie. Ty wolałeś iść na deszcz, żeby znaleźć stodołę pełną śmierdzących zwierząt. Super!
-Też się na to zgodziłaś. To był los. Skąd mogłem wiedzieć, że trafimy tu? Poza tym, mamy koce i herbatę. W samochodzie byśmy marzli. –oznajmił spokojnie i zsunął równie zabłocone buty z nóg. Odstawił termos koło naszego tymczasowego łóżka i usiadł koło mnie.
-O, bo na pewno tu jest mi ciepło. –westchnęłam pod nosem i zaczęłam powoli się kłaść. Było całkiem wygodnie.

Marco westchnął pod nosem i zdjął swoją bluzę. Podłożył swoją dłoń pod moje plecy i pomógł mi wstać. Potem sprawnie nałożył swoją wielką bluzę na mnie i podwinął mi za długie rękawy.
-Teraz ci będzie ciepło. –powiedział i musnął mnie delikatnie ustami w czoło. 
Na zewnątrz rozległ się przerażający huk. Ciarki przeszły mi przez całe ciało i od razu wtuliłam się niczym małpka w Marco.

-To tylko burza, maleństwo. –zaśmiał się pod nosem i zaczął powoli rozmasowywać moje plecy, obejmując mnie mocno. W tych całych ciemnościach widziałam jedynie zarys jego sylwetki, ale sam zapach, dotyk, jego obecność tu dodawała mi  odrobiny odwagi. Pewnie gdybym tu była sama, umarłabym na zawał. Leo zawsze mnie chronił, przez co sama czułam się odważna. Byłam pewna siebie, nie znałam strachu. A przy Marco? Byłam niedoskonała, bałam się. O siebie, o niego, o nas. Źródłem samego szczęścia i odwagi był on. To przy nim byłam szczęśliwa. Gdybym była sama pewnie bym tęskniła.. Nie umiałabym znaleźć tej radości.. Jednak czas, w którym powinnam była ją znaleźć nadchodził, powoli, nie ustępował, nie zatrzymywał się ani na chwilę. Z dwunastu miesięcy praktycznie zaraz zostanie dziesięć. Potem dziewięć, pięć, dwa, potem sam tydzień, jeden dzień, godzina.. I wszystko tak nagle miało się skończyć. Taki koniec świata. Nikt nie zna daty i godziny końca świata. Mój świat miał się zakończyć piętnastego sierpnia przyszłego roku. W południe. 

-Przytul mnie. Tak, żeby świat się nigdy nie skończył.
-Kochanie… Nie bój się. –szepnął i położył się, robiąc tym samym miejsce dla mnie. –Przecież wszystko jest w porządku. To tylko burza, żadnego końca świata jeszcze nie ma.
-Jeszcze. –westchnęłam smutno i ponownie się do niego przytuliłam. Był już zmarznięty. Narył nas wszystkimi możliwymi kocami. Oplątaliśmy się nimi szczelnie, chcąc jak najlepiej okryć się przed zimnem. Kolejny grzmot, zaraz za nim błysk, który rozjaśnił nawet całą szopę. Zza naszej kanciapy dochodziły odgłosy przestraszonych koni. Żeby one tylko się nigdzie nie wydostały. Przytuliłam mocniej Marco i spróbowałam złapać sen.

-Cholera.
-Co jest?
-Pada mi na nos. –fuknął naburmuszony i popchnął mnie lekko na bok, żeby schować się przed wodą.
-Lepiej?
-Tak. Chcesz jeszcze herbaty?
-Nie, pójdę już spać.
-Dobranoc. – powiedział i pocałował mnie w policzek na dobranoc. Oby to weszło mu w nawyk, bo to było przecudowne uczucie. Mocniej przytuliłam się do jego klatki piersiowej i zamknęłam oczy. I nawet na cała burza, głośne grzmoty, hałasujące zwierzęta, odrzucający smród, spanie na sianie i zimne powietrze, które dostawało się praktycznie zewsząd, nie zepsuło tego momentu. Kiedy razem zasypiamy, wtuleni w siebie jako mąż i żona.
Kiedy czułam, że łapał mnie już mocny sen, rozległo się przerażająco głośne muczenie krowy. Rety. Miałam nadzieję, że to nie przerwie mojego dobrze zapowiadającego się snu. Marco też zaczął się kręcić i naciągać koc. Pewnie było mu zimno. Ale z całym szacunkiem, to, że miałam na sobie jego bluzę, nie znaczyło, że mogę spać pozbawiona koców.
I jeszcze zaczął śpiewać. No tak, w końcu Boże Narodzenie coraz bliżej.
-Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi… -zaczął cicho uderzając stopami w rytm piosenki o moją łydkę. –Wstańcie pasterze…
-Krowa się rodzi. –mruknęłam pod nosem, pogodzona z bezsenną, zmarnowaną nocą.
-Ty śmieszku. –parsknął blondyn, poprawiając się na poduszce.
-Nie, mówię na poważnie. Widziałam tą krowę jak wchodziliśmy do środka. Ewidentnie w ciąży.
-I co teraz? –zapytał, podnosząc się lekko.
-Będzie mała krówka?
-Ale musimy chyba kogoś powiadomić?
-Ojca dziecka? Masz czerwoną bluzkę, nie próbowałabym. Chcę spać. –mruknęłam pod nosem i odwróciłam się od niego plecami i naciągnęłam na siebie koc, który mi zabrał.
-Rose…
-Cicho. Śpię. –powiedziałam zarzucając ramię na ucho, żeby uciszyć muczenie krowy. Które było coraz głośniejsze. –Oj cicho już!
-To też było do mnie? –roześmiał się blondyn i wstał z naszego łóżka.
-Nie. Gdzie idziesz?
-Do tej kobiety. Chyba powinna się na tym znać? –zapytał wiążąc sznurowadła swoich jeszcze wczoraj nowych Nike’ów. Dzisiaj wyglądały już… Nie wyglądały.
-Ale burza…
-Nic mi się nie stanie. –stwierdził, a ja byłam pewna, że się uśmiechnął.
-A ja?
-Ty jesteś dzielną dziewczynką i na pewno sobie poradzisz. –odpowiedział z pewnością i nachylił się, żeby mnie pocałować. Naprawdę myślał, że jestem dzielna? Zdjęłam z siebie jego bluzę i mu ją podałam, nie chciałam żeby marznął. 

Chwilę później już go nie było. Kiedy wyszedł akurat wróciło światło. Westchnęłam i zczołgałam się z posłania. Założyłam buty, brudząc przy tym swoje ręce. Wytarłam je w jakąś szmatę, mając nadzieję, że ta nie była brudniejsza od czegoś innego. Narzuciłam na siebie duży, gruby koc i ruszyłam w stronę krowy, która wydawała z siebie coraz głośniejsze i żałośniejsze dźwięki. 

-No hej mała. –powiedziałam, kiedy podeszłam do boksu. Akurat nad nim wisiała ostatkami sił spora lampa. W boksie leżała osamotniona, duża, czarna krowa w białe plamki. Spojrzała na mnie swoimi pięknymi, wielkimi, czarnymi oczami. Była przepiękna. Z lekkim wahaniem otworzyłam boks i zbliżyłam się na krok, sprawdzając, jak zwierzę na mnie zareaguje. –Marco poszedł do twojej pani, może ona ci jakoś pomoże. –mówiłam do niej, jakby mnie rozumiała. Zauważyłam, że kiedy do niej mówię, staje się bardziej spokojna i opanowana. –Pewnie cię boli? Ja nie mam dzieci, ale myślę, że to największy skarb. Mieć dziecko, jako owoc miłości. Ten tu obok w boksie to twój mąż? –zapytałam kucając koło jej mordki. Ona jakby mnie rozumiejąc ryknęła głośno i położyła swoją głowę na moich kolanach, sprawiając, że kompletnie straciłam równowagę i wylądowałam pupą na twardym asfalcie. –Poczekam tu z tobą na Marco. Mam cię pogłaskać?

Z odrobiną niepewności położyłam dłoń na jej głowie i powoli zsuwałam ją na jej pyszczek, i znów do góry. Ona przełożyła się już zupełnie do pozycji leżącej, jakby mocniej też wtuliła w mój brzuch swoją głowę. Pociesznie machnęła uszami, a chwilę później sapnęła. Czułam wwiercające spojrzenie pana byka, który przemieszczał się niespokojnie w swojej zagródce.
-Myślisz, że to będzie chłopak czy dziewczynka? Gdybym miała wybierać, to chciałabym mieć córkę. Ubierałabym ją w te wszystkie opaski, kokardki, miałaby tryliony różowych, falbaniastych sukienek w różne zwierzaki. Nawet bym jej kupiła jakieś z małymi krówkami, specjalnie dla ciebie. Ale ja na razie nie jestem gotowa na dzieci. Może jak będę miała z trzydzieści lat? Może trzydzieści dwa. Jak się okazuje, nie jestem też na tyle dojrzała, żeby być w związku. To małżeństwo jest dziwne, naprawdę. Musisz mi uwierzyć. Jestem zauroczona Marco, co utrudni tylko nasze rozstanie. Ale nie wiem, czy kiedyś spotkam kogoś, z kim mogłabym już mieć tą córeczkę. Nie wiem czy jeszcze kogoś tak polubię jak Marco. Bo mimo, że czasami jest rozbrajająco głupi i straszne zboczony, to go uwielbiam. Słyszę głosy, więc chyba już idą. Albo to ze mną źle, bo gadam do krowy o swoim życiu i słyszę głosy… Ale kto nie jest wariatem? Ty też jesteś wariatką. Młode o tej porze roku? Chyba, że nieplanowane, to jeszcze jakoś zrozumiem. 

Ona znów zaczęła muczeć. Zaczęłam głaskać ja też drugą ręką za uchem, głowę delikatnie schyliłam, żeby móc położyć na jej mądrej, cieplutkiej główce. Taka krowa mogła posłużyć za niezły kaloryfer. Szkoda, że szybciej na to nie wpadliśmy. 
Chwilę potem usłyszałam odgłos trzepanych butów o podłogę i skrzypienie zamykających się drzwi.

-Helgunia! Moja ty księżniczko. –zakrzyknęła kobieta, która dała nam tu schronienie. Tuż za nią szedł Marco, który widząc mnie przytulającą krowę, szeroko się uśmiechnął. –Już widzę oczarowałaś śliczną panią. Zaraz zobaczymy, czy to już. Marcus, możesz położyć tutaj to wiadro. I przynieś proszę ten koc. –poleciła. Zaśmiałam się pod nosem na przekręcenie imienia mojego męża.
-Zna się pani na tym?
-Mój ojciec jest weterynarzem, całe dzieciństwo się tym zajmowałam, moja droga. –stwierdziła i obeszła krowę, żeby sprawdzić postęp akcji porodowej. W tym samym czasie przyszedł Marco ze smutkiem podając kobiecie jeden z naszych koców. Chociaż szczerze wątpiłam, czy w ogóle uda nam się jeszcze zasnąć. –Och, to już blisko! Chodź tu, Marcus! To całkiem podobne do porodu człowieka. Jak nie zdążycie do szpitala to będziesz musiał sobie sam poradzić! –oświadczyła, na co zaśmiałam się, widząc konsternację na twarzy blondyna.
-Nie planujemy z Rose dzieci. –wytłumaczył krótko podchodząc z kocem do kobiety.
-Oj, młode jesteście, na pewno się tam chędożycie! A jak się chędoży, to się prędzej czy później ciąży! Tak było, jest i będzie! No chodź tu, chodź tu. Tylko nie mdlej!
-Widzisz, Helga, co tu się porobiło? –zapytałam spoglądając na krowę i przesunęłam policzkiem po jej czole. Nie wiedziałam, co mnie bawiło bardziej. Starsza kobieta czy mina Marco. Była bardzo sympatyczna, nie chciałam się z nią kłócić, jednak gdyby ktokolwiek z nas, czy ja, czy Marco, chociaż pisnęło słówko o zabezpieczaniu się podczas…chędożenia, zapewne miałaby też swoje zdanie na ten temat. 


Krowi poród się niemiłosiernie przedłużał. Kobieta zagadywała Marco swoimi przeróżnymi opowieściami. On potakiwał od czasu do czasu, zerkał też na mnie z troską. Ja od czasu do czasu przymykałam oko, chociaż świecąca jarzeniówka nad głową wcale mi nie sprzyjała zaśnięciu. Nie przestawałam głaskać Helgi, która często muczała, jakby płacząc. Nie było mi zimno, jednak najcieplej też nie. Całe szczęście, że miałam na siebie narzucony koc. Miałam nadzieję, że i Marco jest w miarę ciepło. Nie chciałam, żeby zmarzł, a zwłaszcza był chory. W końcu z treningu na trening było coraz lepiej. Wierzyłam, że to już kwestia czasu, że zamiast z rehabilitantami zacznie ćwiczyć z drużyną. Mimo to chciałam jeszcze złapać okazję, żeby móc porozmawiać z jednym z nich i móc co nieco poobserwować. 

Na chwilę przysnęłam. W którymś momencie urwała mi się historia pani Estery o chorobie jej męża. Kiedy otworzyłam oczy, temat już zszedł na to, jakie owce potrafią być głupie, jednak kiedy przychodziło co do czego, potrafiły trzymać się stada i słuchać się psa. Podobno jeszcze żadna nie uciekła do pobliskiego lasu.
Podniosłam głowę z krowy i lekko zaspana znów zaczęłam ją głaskać. Wyobrażałam sobie, że jednak to ona była bardziej zmęczona niż ja, a po jej spokoju stwierdziłam, że głaskanie na coś się przydaje. Dowiedziałam się, że to już ostatnie potomstwo Helgi. Krowa była już na tyle stara, że w ogóle cudem okazało się, że będzie miała młode. Małżeństwo nie hodowało zwierząt dla zabijania. Helga była głównie po to, żeby dawać mleko i rodzić młode, które szły na sprzedaż. Owce golili i sprzedawali wełnę, która podobno bardzo się opłacała. Konie były głównie atrakcją dla wnuków pani Estery, które i tak rzadko ją odwiedzały. Zaczęłam się zastanawiać, czy Helga tęskniła za małymi. W końcu to jej dzieci. 

Pani Estera poszła do szafki w naszej małej, sypialnej kanciapie. Stamtąd przyniosła linki, by móc pomóc przy przyjściu na świat cielaka. Marco przesunął się bliżej mnie, sprawiając wrażenie już zmęczonego i trochę zdegustowanego. Krowa była coraz bardziej niespokojna, starałam się za wszelką cenę ją uspokoić głaszcząc, jednak na nic to się zdawało. 

Po długim czasie na świat przyszła przepiękna, malutka krówka. Jednocześnie z Helgą zaczęło dziać się coś złego. Zupełnie osłabła, spojrzała jedynie na pięknego, czyściutkiego, o błyszczącym futerku cielaka. Był taki piękny. Miał takie same czarno-białe łatki i wielkie oczy. Kilka razy językiem polizała jego grzbiet, potem opadła z bezsilności.
-Hej, Helga, co się dzieje, mała?-podeszła do mnie pani Estera, wyraźnie zaniepokojona stanem zdrowia jej ukochanej krowy. Spojrzała na oczy krowy, później wstała szybko i bez słowa wybiegła ze stodoły.
Marco ukucnął koło małej krowy, wyraźnie zaniepokojony. Ja nie przestawałam głaskać Helgi.
-Marco, ona nie umiera, prawda?-zapytałam, jakby on miał mi na to odpowiedzieć. Przecież nie znał się na tym.
-Nie wiem, kochanie.
-Nie możesz umrzeć, kochana. –powiedziałam i ucałowałam ją między uszkami. –Walcz, zobacz, masz prześliczną małą krówkę.
-Rose, ona cię nie rozumie..-powiedział delikatnie, spoglądając ze smutkiem na małą krowę.
-Oczywiście, mało kto mnie rozumie.
-O czym ty mówisz..

Nie odpowiedziałam nic, jednak wyszło to dość naturalnie, ponieważ z powrotem wróciła pani Estera, trzymając w rękach dużą apteczkę. Wyjęła z niej stetoskop i przeciskając się między Marco a cielakiem podeszła do krowy. Chciałam się jakoś przesunąć, jednak stwierdziła, żebym została i robiła cały czas to, co dotychczas. Czekałam, aż coś powie. Jednak wieści nie były dobre.

-Serca zwalnia. Już nic nie zrobimy.
To mnie bardzo dotknęło. Nie wiedziałam dlaczego, jednak poczułam w sobie straszny smutek. Bo dziecko straciło matkę. A matka dziecko. Bo oba te przypadki miały odzwierciedlenie w mojej przeszłości.
I nawet, jeśli to było zwykłe zwierzę, byłam jakoś strasznie poruszona. 

-Śpij, moja mała. Biegaj sobie w niebie po zielonej łączce. –szepnęła smutno Estera, zdejmując stetoskop z uszu.
Moje oczy zaszły łzami. Przytuliłam się do krowy, która właśnie oddała swój ostatni oddech.
-Obiecuję, że przyjadę tu odwiedzić twoją małą krówkę. Może dostanie imię jak ty?
-Skarbie. –usłyszałam obok głos Marco. –Nie płacz. 

Nie chciałam puścić głowy zwierzęcia na podłogę, nie chciałam dotyku Marco. Chciałam uciec. Przez ten las. Biec, bez końca, nie zwracając uwagę na deszcz, błoto. Czasami było tak lepiej, zostać samemu, odciąć się od świata, od wszystkich ludzi, nawet tych najważniejszych. 

-Rosie.. –powtórzył i delikatnie przesunął mnie, prosto w swoje ramiona.
Wstaliśmy i odeszliśmy kilka kroków. Przytuliłam się do niego i szybko pocałowałam. Potem odsunęłam go od siebie i przeprosiłam ich oboje, wracając do kanciapy z sianem i kocem. Wypiłam kolejny kubek herbaty, znów się parząc. 

Okryłam się kocami i usiadłam na środku posłania. Marco nie przychodził jakiś czas, słyszałam jedynie, że rozmawiał o czymś z Esterą. Zamknęłam oczy i znów zaczęłam się pozbywać wszystkich wspomnień z głowy. To było najgorsze. Ale niezależnie, czy powiedziałabym o wszystkim Marco, Ann czy Mario, nic by to nie zdziałało. Nawet jeśli oni by zrozumieli, wybaczyli, to nadal byłam ja. A ja sobie wybaczyć nie potrafiłam.

-Kochanie? Wszystko w porządku?
Blondyn niepewnie przekroczył próg malutkiego pomieszczenia.
-Tak, tak. –powiedziałam ocierając lekko już zasychające łzy z policzków.
-Musimy porozmawiać. –oznajmił, zamykając za sobą drzwi. Przesunęłam się niepewnie na sianie i spojrzałam na niego niepewnie. On był bardzo zdecydowany i zdeterminowany. Nie było już ani śladu po jego przygnębieniu. Przeczesał swoje włosy i zdjął swoje buty, stawiając je tuż koło moich. Usiadł naprzeciwko mnie i spojrzał intensywnie w moje oczy. 
-Coś się stało?
-Jestem cierpliwy, Rose. I obiecałem ci, że nie będę naciskał. Ale widzę, że ostatnio nie jesteś sobą. Są sytuacje, w których po prostu jesteś strasznie smutna. I wiem, że to nie chodzi o to, co się dzieje. Coś siedzi w tobie. A ja naprawdę nie chcę, żebyś była smutna. Chcę ci pomóc w jakikolwiek sposób, jak tylko mogę.
A więc dalej czytał we mnie jak w książce. Podziwiałam jego opanowanie. Światło znów zgasło. To jednak nie przeszkadzało, Marco siedział cały czas patrząc na mnie intensywnie. Nie wiedziałam co mam robić. Może chociaż odrobina prawdy by go zadowoliła?
-Co według ciebie jest najgorsze, co może zrobić człowiek?-zapytałam, przekręcając na bok głowę, oczekując odpowiedzi.
-A co mam ci powiedzieć?
-Prawdę.
-A ty mi też powiesz prawdę? –zapytał nie ustępując. Uśmiechnęłam się delikatnie, jednocześnie przygryzając nerwowo wargę.
-Powiem ci pewną część, która jest prawdą. Nie chcę mówić wszystkiego.
-W porządku. Dobre i to.
-To?
-Zabić. Ale też okłamać. Nienawidzę kłamstwa. Nie lubię zakłamanych ludzi. Też tych, którzy z zimną krwią odbierają życie innym. To ma coś wspólnego?
-Nie. –odpowiedziałam szybko, nawet nie analizując głębiej jego pytania.
Siedzieliśmy w milczeniu. A więc morderstwo i kłamstwo. Tego pierwszego byłam pewna, jednak drugie?
-Nie umiałbyś czegoś takiego wybaczyć?
-Nie wiem, Rose. Nie sądzisz, że to ciężkie pytania jak na trudną, nieprzespaną noc?
-Ty też sobie wybrałeś moment na moje wyznania. –zaśmiałam się pod nosem. –Dlatego widzisz, jak trudne to jest.
-Przykro mi, jednak nie mogę dłużej czekać. Zależy mi na tobie.
-Mówiłam ci, że moja mama chorowała. Wtedy ojciec, widząc ją w coraz gorszym stanie powiedział, że jej nie kocha, że spotyka się z kimś od jakiegoś czasu.
-Mówiłaś, że szybko się pobrali po jej śmierci.
-Marco, nienawidziłam jej. Chciałam, żeby umarła. Za każdym razem jej to powtarzałam, kiedy próbowała bawić się w mamę.
-Przecież byłaś mała. Przeżyłaś tragedię. –powiedział ze zrozumieniem.
-Raz nawet wsypałam jej tabletki przeczyszczające do herbaty. Do teraz przeraża mnie to, co w sobie trzymałam. Przy mamie czułam się kochana, byłam dobrym dzieckiem. Zawsze jej pomagałam, sprzątałam, gotowałam. Ojciec mówił mi, że przez to, jak traktuję swoją nową mamę, mnie nie kocha. A ja mu powiedziałam, że to nie jest i nigdy nie będzie moja matka, a on nie jest już moim ojcem.
Patrzyłam się na moje palce, którymi bawiłam się nerwowo. Po chwili do moich palców dołączyły jego. Z najczulszą delikatnością splótł je z moimi, dodając mi odwagi.
-Potem było już tylko gorzej. Ona chciała ze mnie zrobić typowego Kopciuszka, nastawiała ojca przeciwko mnie, on jej wierzył we wszystko. Mówiła, że nawet próbowałam ją zabić nożem w kuchni, to nie była prawda. Nie byłam kochana. Wtedy, kiedy potrzebowałam, kiedy z dziecka stawałam się nastolatką. Kiedy podobał mi się chłopak w szkole, do którego nawet nigdy nie powiedziałam „cześć”. Bo wiedziałam, że nie pokocha mnie, a ja jego. Bo nie wiem, Marco, nie wiem, co to znaczy miłość.
-Czego się wstydzisz?
-Mojego zachowania, tego, co zrobiłam. Przez moją nienawiść do macochy cierpieli inni. Cierpiałam ja, bo zrobiłam coś złego. Bo ona mi powiedziała, że wolałaby, żebym umarła, razem z moją mamą. Bo byłam barierą dla jej szczęścia. I do końca życia będę.
Po moich policzkach spłynęły łzy. Dużo ciężej było mówić o tym, niż myśleć. Nie mogłam otrzeć policzków, bo moje palce cały czas były wplątane w jego. Siedzieliśmy w ciemności. Marco nadal nie spuścił ze mnie wzroku, ja delikatnie spuściłam głowę, mając przed oczami jego klatkę piersiową.
-Nigdy nie przypuszczałam, że powiem ci tak wiele. Nie chciałam, żebyś o tym wiedział. Wstydzę się tamtej Rose, nie wiem, czy nadal nią jestem. Czy jestem kimś innym, a jeśli tak, to kim. Czy jest jakaś granica między tamtą mną, a obecną. Jeśli nie, to czy zawsze będę tak nienawidzić tej kobiety? Nie chciałam, żebyś mnie znał tamtą, wiesz czemu? Żebyś mógł stwierdzić, kim jestem. Czy jestem dobra.. Czy nie. I boję się, że nie spojrzysz na mnie już nigdy tak jak do teraz. A to nie jest wszystko i… Ja nie mogę, Marco.. Nie chcę, żebyś czuł się okłamany, ale..  Wiem, że to trudne, ale ty nie wiesz co czuję, przypominając sobie o tym. I co czuję, kiedy jestem przy tobie, kiedy się całujemy, kiedy obejmujemy się, ciało przy ciele.. Wariuję, Marco. Czuję się jak psychicznie chora. Powiedz coś, błagam. Bo.. Bo ja nie wiem.. I..
-To uczucie.. –powiedział ostrożnie, jakby zastanawiając się dokładnie nad swoimi słowami. Delikatnie poluźnił uścisk naszych dłoni. W całej tej ciemności, to właśnie dotyk pozwalał mi choć trochę zrozumieć, co myśli. Gdybym choć odrobinę podniosła wyżej spojrzenie, pewnie zobaczyłabym mimo nocy jego mieniące się oczy, słodkie usta.. –To dobre uczucie, Rose?
-Tak, oczywiście, że tak. Ale to mi coraz bardziej robi mętlik w głowie.
-Chcesz przestać? Czysta przyjaźń, żadnego trzymania za ręce, całowania..
-Nie. Potrzebuję tego. To jak narkotyk. Ale ty, jeśli tego właśnie chcesz.. –powiedziałam ciężko, podnosząc wreszcie głowę do góry.
-Rose. Jestem tu dla ciebie. –powiedział cicho, nie zmieniając pozycji, nie przybliżył się nawet odrobinę. –Posłuchaj… -zaczął, znów wolno. –Po tym co mi powiedziałaś..
Moje serce zaczęło walić ze strachu. Bałam się, naprawdę bałam się, co mógłby powiedzieć. Sama ścisnęłam z całej siły jego palce, nie chcąc, żeby uciekł, choć to było niedorzeczne. On uniósł moje dłonie i obie je ucałował. Moje serce chyba naprawdę stanęło.
-Mam przez to pewność, że mając wątpliwości i idąc na tą głupią górę przed ślubem, znalazłem odpowiedź. I niebranie ślubu było dobrą decyzją, ale jeszcze lepszą decyzją, było proszenie o to ciebie. Pozwolenie ci przenocowania, podsłuchiwanie jak głośno krzyczysz w nocy moje imię przez sen. Obserwować cię wtedy i podziwiać, jaka jesteś piękna. A potem wszystko. Każdy jeden dzień. Każda chwila, minuta, sekunda. Każdy pocałunek. Ty. Poznawanie życia z tobą, koło ciebie, poznawanie ciebie. Obiecuję ci, że nie pozwolę ci, żebyś poczuła jakąś zmianę przez to, co mi powiedziałaś. Ale.. Jeśli będzie źle. Jeśli cokolwiek znów będzie wracało.. Przyjdź do mnie. Nic nie mów, po prostu przyjdź i się przytul. Nieważne kiedy, teraz, za pół roku, rok, pięć dwadzieścia. Czy noc, dzień. Przyjdź. Obiecaj mi to. I powiedz, że będzie dobrze. I mnie pocałuj.
-Obiecuję. –powiedziałam zupełnie wzruszona. –Będzie dobrze. –powtórzyłam za jego poleceniem. A potem nachyliłam się i musnęłam delikatnie jego usta.
-Nie. –westchnął. –Nie kryj niczego, Rose. Wyrzuć z siebie wszystko. Macochę, ojca, śmierć Leo, to, kiedy przeze mnie płakałaś, kiedy się mnie bałaś, kiedy chciałaś odejść, kiedy dawałem plamy na każdym kroku, kiedy byłaś na mnie wściekła, że zostawiłem cię na balu, kiedy nie zostaliśmy w wygodnym, czystym samochodzie, kiedy umarła ta biedna krowa. I pocałuj, pokaż mi to, tylko i wyłącznie usta. Jestem cały twój, przecież wiesz.
Westchnęłam cicho i zmieniłam pozycję, siadając na kolanach. Wyplątałam rękę z jego dłoni i położyłam na jego szorstkim policzku. Moja druga dłoń znalazła się po przeciwnej stronie. Marco patrzył na mnie, nawet nie mrugając oczami. Wstałam na kolana, zbliżając się tym do jego ust. Wolno zbliżyłam się do jego ust i chwilę zaczekałam, czując jego oddech na wargach. Odetchnęłam i dotknęłam ustami jego ust. Potem powoli poruszyłam wargami, czekając na jego odpowiedź. Jego usta były chłodne, miałam nadzieję, że nie będzie chory. Raz jeszcze poruszyłam ustami, tym razem odrobinę mocniej. Jedną dłoń zsunęłam po jego policzku aż do szyi. Znów go pocałowałam, delikatnie muskając językiem jego dolną wargę. Na to wreszcie zareagował. Położył jedną dłoń na moim boku, drugą na mojej szyi, chcąc przez to jeszcze intensywniejszego pocałunku. I spełniłam jego życzenie, całując coraz mocniej, za każdym ruchem warg coraz pewniej, namiętniej, czując coraz większe pożądanie, coraz większe uczucie.. Czymkolwiek ono było. Chciałam, żeby ten pocałunek trwał wieczność. Żeby on zrozumiał, że w tym wszystkim, w tym szalonym świecie jest sens, który jest całkiem niedaleko nas. Opadliśmy na małą poduszeczkę. Położyłam nogi między biodrami Marco, nie odrywając się od jego ust. Nie analizowałam co się stało. Nie analizowałam, jak to wpłynie na przyszłą relację. Miałam do wykorzystania ten jeden, jedyny pocałunek, który przerwał się tylko w jednym momencie, kiedy nam obojgu zabrakło już powietrza. Potem natychmiast wróciłam do niego, z kolejnymi siłami, kolejnymi falami namiętności.

-Rosie..-szepnął oddając kolejne pocałunki w pośpiechu.
Było tak pięknie, czerpałam jak najwięcej z tego pocałunku, bo choć wydawał ciągnąć się w nieskończoność, była to chwila ulotna, która potem będzie należała już do wspomnień.
Od intensywności czułości poczułam aż zawroty głowy. Moim ciałem i umysłem zaczęły kierować zupełne pierwotne rządze, musiałam przerwać to jak najszybciej, bo moje ręce już chciały dostać się pod jego bluzę.
Oderwałam usta od jego, czując, jak bardzo były napuchnięte. Wsparłam się na łokciach i popatrzyłam w oczy mojego męża. On jeszcze ciężko oddychał i co jakiś czas przymykał ze zmęczenia powieki.   
-Jesteś…- zaczął, po chwili przerwał, potrzebując chwili namysłu. –Niesamowita.
Uśmiechnęłam się i przytuliłam do niego, ciągnąc za sobą koc, żeby nas przykryć.
-Będzie dobrze. –powiedziałam, już bardziej wierząc w swoje słowa. Nadal przy mnie był. Nadal patrzył na mnie z czułością, nadal obejmował. Musiało być dobrze.
-Dokładnie tak. –odpowiedział z uśmiechem i pocałował mnie w czoło. –Wiesz, że mało brakowało, a..
-Wiem. Dlatego przestałam. –roześmiałam się i przesunęłam się na naszym sianie w bardziej wygodną pozycję.
-Szkoda.
-Nadrobimy.
-Co do tego, to nie mam wątpliwości. Dziękuję za tą rozmowę. Zawsze jestem dla ciebie, maleństwo. –odpowiedział i wplótł palce w moje włosy, głaszcząc je delikatnie. Kilka chwil później słyszałam już jego miarowy oddech. Zasnął ze spokojem, po jego twarzy nie było widać, żadnych trosk, zmartwień.
 Z mojego serca spadł wielki kamień. Wtuliłam się w niego i zamknęłam oczy. Zasnęłam dużo szybciej niż mi się wydawało. 



***


Rano obudziłam się sama. Marco nie było koło mnie. Założyłam, że wyszedł sprowadzić pomoc. Nałożyłam moje mokre i zabrudzone buty, sprawdziłam, czy nasze bluzy już wyschły. Było odrobinę lepiej, jednak wciąż były wilgotne. Wydawało mi się jednak, że już przestało padać. Usiadłam z powrotem na naszym posłaniu, w szopie i tak było strasznie zimno. Akurat kiedy okrywałam się kocem, do środka wszedł Marco, dzierżący w dłoniach tacę z pięknie pachnącym śniadaniem. Jajecznica z wiejskich jajek z grzybami i cebulką. Do tego napełniony termos ciepłą herbatką. Byłam w niebie. 

-Dzień dobry. –uśmiechnął się promiennie i postawił tacę na niewielkim biureczku. –Wyspałaś się chociaż odrobinę?
-Trochę, ale po przyjeździe do domu biorę super gorącą kąpiel i kładę się pod cieplutką pierzynę.
-Ja kąpiel też chętnie, ale mam dzisiaj trening, więc z przykrością stwierdzam, że nie dołączę do ciebie tym razem.
-Trudno. Wiele stracisz.
-Jestem tego świadomy.. Ale chodź, zjemy teraz, Mario powinien przyjechać za czterdzieści minut.-oznajmił, na co od razu się ożywiłam.
-Udało ci się złapać sygnał?
-Tak. Dzwoniłem też do mojej firmy ubezpieczeniowej, odholują mi samochód od razu do naprawy i nie musimy na nich czekać.
-Cudownie.-odpowiedziałam i cmoknęłam go czule w usta. Wybrałam sobie jeden z talerzy, z na oko mniejszą porcją posiłku, żeby on się najadł, zwłaszcza, że chciał jeszcze iść dzisiaj na trening. –Jak się trzyma Estera?
-Jest jej przykro, ale się z tym liczyła. Helga już była bardzo stara i to było wręcz dziwne, że w ogóle zaszła w ciążę. Jak widać od wszystkiego są wyjątki.
-A mały sobie poradzi?
-Mała. –uśmiechnął się, nabierając kolejną porcję jajecznicy na talerz. –Dostała imię po mamie, przewiesiliśmy jej też na szyję jej dzwonek.
-Och..-westchnęłam. –Poradzi sobie sama?
-Będzie miała tu dobrą opiekę. To dobrzy ludzie, Helgę chcą pochować jak człowieka, w całości, a nie.. Oszczędzę szczegóły.
-Dziękuję. –zaśmiałam się pod nosem i nalałam do kubka herbaty.
Zjedliśmy wszystko ze smakiem, wypiliśmy całą herbatę, tym razem nie parząc się. Złożyłam prześcieradło, koce i ułożyłam je na stoliku, na samej górze kładąc poduszkę. Wzięliśmy wszystkie swoje rzeczy i przeszliśmy przez całą stodołę. Zatrzymałam się przy boksie z malutkim cielaczkiem, który nieudolnie próbował wstawać na nogi. Z tyłu leżała jeszcze Helga, jednak została okryta dużą płachtą. Może to i dobrze. Schyliłam się do malutkiej Helguni i pogłaskałam ją po główce.
-Bądź dzielna, mała. –uśmiechnęłam się. Nigdy nie postrzegałam krowy za tak piękne zwierzę. Miała trochę niewymiarowe uszy, a swoją wielkością przypominała małą pandę. Nie umiałam zebrać myśli, bo owce tuż za mną zaczęły się wzajemnie przekrzykiwać. Marco prychnął i wziął mnie za rękę, chcąc wyprowadzić na zewnątrz. Panorama była zupełnie inna, niż wydawała się w nocy. Działka pani Estery była olbrzymia, otoczona lasem z jednej strony, polem z drugiej. Mimo skromności, oddawała idealne odczucie mieszkania na wsi. Kolory liści powoli przybierały złocistą barwę. Tu można było na nowo odkryć piękno natury, które tysiąc kroć różniło się od tego z miasta. Wszystko miało swój urok, jednak na takich spokojnych odludziach, z dala od cywilizacji, poziom piękna sięgał najwyżej granicy. Marco złapał mnie za rękę i poszliśmy przespacerować się kawałek. Natrafiliśmy nawet na kury, które przechadzały się w dumą i gracją po swoim podwórku.
Milczenie czasem było piękne. Oboje napawaliśmy się ciszą, pięknem natury i swoim towarzystwem. To było zupełnie wystarczające. Niebo było przejrzyste, jakby w nocy wcale nie przechodziła przez nie wielka burza. Słońce delikatnie świeciło, jednak ciepło zelżało już od lata i mogliśmy już na dobre zapomnieć o powrocie do lżejszych ubrań. Wręcz musiałam się przestawić na te jesienne.
Ciszę przerwał dźwięk gaszonego silnika. Marco odwrócił się i uśmiechnął, rozpoznając samochód naszego przyjaciela. Pani Estera także wyszła z domu, chcąc się z nami pożegnać. Podziękowała Marco za pomoc, nazywając go ponownie Marcusem, mnie przytuliła niczym babcia i życzyła wszystkiego dobrego.  


Podeszliśmy do samochodu, w którym czekał Mario. Kiedy nas zauważył od razu się uśmiechnął i wyszedł, żeby nas przywitać.

-Jak tam survival?
-Wybitnie. –odpowiedziałam śmiejąc się i oparłam głowę na ramieniu Marco. On objął mnie mocno ramieniem i ucałował w czoło, nie robiąc sobie nic z towarzystwa bruneta.
-Nie że coś.. Ale okrutnie śmierdzicie, jakbyście nie wiem.. Spali w oborze czy coś.
-Serio?-udawał zdziwionego Marco, po czym parsknął śmiechem, muskając mnie przy tym delikatnie w policzek nosem.
-No.. Wali owcą. Ale wsiadajcie. Marco, masz wyjątkową, niepowtarzalną okazję, po raz pierwszy usiąść na miejscu pasażera. Wiem, że zawsze chciałeś.. –zaśmiał się i z powrotem usiadł za kierownicą.
-Usiądę z Rose z tyłu. –odpowiedział natychmiast, co wywołało u Mario lekkie zdziwienie, jednak uśmiechnął się i kiwnął ze zrozumieniem. Marco otworzył mi drzwi i pozwolił wsiąść jako pierwszej. Usiadłam na wygodnym siedzeniu koło szyby i zapięłam pasy. Marco dosiadł się na środkowe siedzenie, żeby być bliżej mnie. Tu Mario znów się zdziwił. I ja też. Bo kto lubił siadać na niewygodnym, mniejszym o połowę od normalnego siedzenia środku?
Mario odpalił silnik i włączył cicho muzykę. Czułam, że odrobinę zaczęło mnie zmagać na sen. Nie wiedziałam ile godzin przespałam, wydawało mi się, że przy krowim porodzie naprawdę spędziłam wieki. 
-Mario, wziąłeś koc jak cię prosiłem?
-Bagażnik. Ale jak wyciągniesz rękę i pogrzebiesz to powinieneś trafić. –odpowiedział, spoglądając na nas w lusterku. Blondyn zrobił to, co polecił mu przyjaciel i po chwili wyciągnął już duży puchaty koc. Był na tyle duży, że Marco okrył nim nas oboje. Trochę poluźnił mój pas, żebym mogła wygodnie ułożyć się w jego ramionach, którymi mnie otoczył. Sam położył głowę na moim ramieniu, chcąc choć na chwilę usnąć.
Zanim ja pogrążyłam się w krainie Morfeusza spotkałam się ze spojrzeniem bruneta w lusterku, który wyraźnie rozczulony obserwował naszą dwójkę. Widać było po nim, że był szczęśliwy. Tak jak ja.






~~~

Dzień dobry!:)
Dotrwałyście do końca rozdziału? Kolejny długości Mody na Sukces.. Jak już pisałam, tylko w przyszłym tygodniu nie będzie rozdziału-w kolejne soboty grudnia już tak, więc może tym wam wynagrodzę brak tego 09.12.
Myślicie, że coś po tym rozdziale się zmieni? Planuję na kolejne rodziały trochę emocji i myślę, że jest na co czekać! Ja już jestem po wszystkich maturach próbnych, poszło całkiem nieźle, chociaż matma pozostawiła wiele do życzenia..Dzisiaj przede mną kolejne wyzwanie, bo zostałam laureatką ogólnopolskiego konkursu i odczytuję moją pracę na uroczystej kolacji.. 🙈 Mega wielkie wyróżnienie i mega wielki stres!😃
Zapraszam do komentowania, cieszę się ze wszystkich komentarzy jak z gwiazdkowych prezentów, także będzie mi bardzo miło poznać wasze zdanie na temat mojej roboty😋 Można oczywiście anonimowo!
Wspaniałej soboty i przyszłego tygodnia!
Buziaki xx.