sobota, 11 lutego 2017

Cztery



 Dźwięk przekręcanego zamka drzwi zwiastował zbliżające się tornado. Był już późny wieczór, a ja siedziałam skulona w sypialni z kubkiem herbaty czytając jakiś sportowy magazyn-jedyne co udało mi się znaleźć w tym mieszkaniu. Moje serce przyspieszyło, kiedy usłyszałam kroki na schodach. Zmierzenie się z Marco, który ostatnio był na mnie nieźle wkurzony zapowiadało się bardzo ciężkie. Chyba, że uspokoił się ćwicząc. Mimo krótkiej znajomości wiedziałam już, że może być szalenie zmienny. Nie pukając nawet wszedł do pokoju jak burza. Z jego oczu leciały iskry. Nie wiedziałam czy mam się go bać. Gdybym miała telefon od razu zadzwoniłabym do André, jednak sama też byłam dość odważna, żeby stawić mu czoło. Rozejrzał się po pokoju a na końcu jego wzrok padł na mnie. I wtedy jednak zaczęłam się bać.

-Masz szczęście, że tu jesteś. Nie ręczyłbym za siebie, gdybyś wyszła po raz drugi. –warknął. Wstałam z łóżka i stanęłam naprzeciw niego opierając się o ścianę.
-Chyba pozwoliłeś mi tu mieszkać. Nie widzę problemu.
-Mówiłem ci czemu.
-To było żałosne, Marco.-fuknęłam zakładając ręce przed sobą. Blondyn zbliżył się do mnie o kilka kroków.
-Co było żałosne? Jedyne co było żałosne, to twoje wyjście mimo, że cię prosiłem.
-Tak się przecież o mnie troszczysz! To dla mojego bezpieczeństwa!-naśladowałam jego niski, poważny głos z dzisiejszego poranka.
-Nie powiedziałaś mi nic o sobie, mówiłaś, że  może cię złapać policja, a wtedy ja będę też miał problemy.
-O właśnie! Skupmy się na „ja będę miał problemy”! Gówno cię obchodzi moje bezpieczeństwo tylko dbasz o swój pieprzony wygląd w prasie, trzęsiesz się, żeby paparazzi mnie nie sfotografowali, żeby nie czytać o sobie bzdurnych artykułów, hę?-uśmiechnęłam się zwycięsko. Na jego twarzy wymalował się lekki szok, jednak chwilowy. Buzował w nim gniew. Jego piękne, morskie oczy zaszły szarością, wręcz czernią.
 -Nie mów do mnie takim tonem.-pogroził mi palcem podchodząc tak blisko, że zupełnie zakręciło mi się w głowie od jego perfum. Trzymałam się jednak cały czas. Nie mogłam się teraz poddać. Wiedziałam, że mnie nie uderzy. Po prostu wiedziałam. Nawet jeśli doprowadziłabym do granicy nie odważyłby się na to.
-Ani ty do mnie. Nie obchodzi mnie co o tobie będą pisać. To nie mój problem. Jeśli pozwoliłeś mi tu mieszkać nie znaczy, że mam tu siedzieć jak w klatce.
-Nie podoba ci się, to możesz w każdej chwili wynieść się na bruk. Proszę bardzo. –odsunął się kawałek ode mnie wskazując mi dłonią drzwi.
W oczach zebrały mi się łzy. Nie wiedziałam, że aż tak może to się wszystko potoczyć. 
Spojrzałam w jego oczy. Był w nich upór, złość i cholerna pewność siebie. Kiedy zaczęłam stawiać pierwsze kroki i go mijałam poczułam, jak mnie zatrzymuje ściskając dłonią moje ramię.

-Coś jeszcze?-zapytałam spoglądając na niego. Krew naprawdę mi wrzała i chciałam już jak najszybciej wyjść stąd i zapomnieć o tym człowieku.
-Musisz zapłacić za wynajem.
-Ile chcesz?-zapytałam czując spływającą łzę po policzku. Zacisnęłam mocno usta, żeby nie rozpłakać się jak małe dziecko.
-Tysiąc euro.
-Ile? Chyba żartujesz.
-Nie, nie żartuję. –odpowiedział pewnie zastawiając mi drogę.
-Dobrze wiesz, że tyle nie mam. Daj mi czas, oddam ci co do grosza..
-Wtedy zapłata urośnie. Jeśli nie zapłacisz powiadomię policję o twojej ucieczce, a nawet znajdę miejsce, z którego uciekłaś.
-W takim razie?
-Możesz mi oddać swój pierścionek. –odpowiedział chowając niedbale dłonie w kieszeni spodni.
-Nie. Zapomnij. Jest dla mnie zbyt cenny. Jesteś potworem! Nie masz żadnych uczuć! Co ci da znęcanie się nade mną?-rozpłakałam się. Łzy leciały ciurkiem. On wciąż na mnie patrzył przeszywając mnie na wskroś. Miałam dość tego spojrzenia, tych idealnych włosów, sylwetki.. Jego. Jako osoby.

-O czym śniłaś?-zapytał nagle wykrzywiając usta w lekkim półuśmiechu.
-O niczym.
-Krzyczałaś moje imię. Wiłaś się po łóżku. Jęczałaś… -powiedział zbliżając się do mnie niebezpiecznie blisko i chwycił moją brodę i podniósł ją lekko do góry tak, bym patrzyła prosto w jego oczy. –O czym śniłaś?-powtórzył. Zamknęłam oczy i przełknęłam głośno ślinę.
-O niczym.
-Kłamiesz. Pociągam cię?- zapytał wbijając we mnie szatańskie spojrzenie. Zebrałam wszystkie moje siły, żeby podnieść rękę i uderzyć go w policzek. On jednak w porę złapał moją rękę za nadgarstek i mocno go ścisnął tak, że czułam dobrze swoje własne tętno, które okazało się szybsze niż nawet myślałam.

-Nie, nie pociągasz. Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego.
-Nie odejdziesz, póki nie zapłacisz.
-Jeśli myślisz, że się z tobą prześpię, to się grubo mylisz. Nie jestem dziwką. To, że masz pełno kasy nie znaczy, że wszystko możesz mieć. Ja jej nie mam. Ale mam marzenia i cele i wiem, że nie mając nic mogę wiele osiągnąć. Wiesz dlaczego? Bo w odróżnieniu od ciebie kocham ludzi, mimo, że ta miłość dała mi wiele razy w kość. Wiem co to znaczy potrzebować pomocy i ją otrzymywać… Wiem, co to dobre uczynki, wiem, co to dobroć za nic..
-Nie rób ze mnie bezdusznego człowieka. Nie znasz mnie.
-Nie dałeś mi się poznać z dobrej strony. Współczuję twoim przyjaciołom. –stwierdziłam ocierając policzki całe mokre od łez. On przypatrywał mi się w milczeniu przez kilka chwil. Czerń jego oczu zelżała. Teraz były szare. I mieniły się niezwykle jasno. Prawie na błękit.
-Jest jeszcze jedna rzecz, którą możesz zrobić. –oświadczył nie spuszczając choć na chwilę ze mnie wzroku.
-Jaka?
-Możesz wyjść za mnie.



***




Ulice Dortmundu nocą były niesamowite. One nie zasypiały, one tętniły jeszcze większym życiem. Zabrałam pieniądze z domu i wybiegłam stamtąd z trzaskiem drzwi. Prawie godzinę przepłakałam na ławce w parku, na której tamtego dnia znalazł mnie André. Miałam nadzieję, że Marco da mi chwilę czasu i uszanuje moją prośbę o spokój. Dał mi swojego starego iPhone’a z kupioną kartą SIM, której numer miał już wpisany u siebie. A i ja miałam tylko jego numer wpisany w książce telefonicznej. Wszystko runęło w jednej chwili. Całą drogę prowadzącą do miasta przebiegłam na własnych nogach. Buzująca adrenalina nie pozwalała mi odczuć choć odrobiny zmęczenia.

W centrum nogi poniosły mnie do jednego z klubów. Musiałam wydać trochę, żeby tam wejść. Jeszcze więcej pieniędzy wydałam na drinki. Po trzecim stwierdziłam, że nie jestem w stanie więcej na nie płacić, jeśli chcę mieć jeszcze przysłowiowy grosz przy duszy. Czułam jak w głowie mi lekko zaczęło szumieć. Nie byłam zupełnie pijana. Umiałam jeszcze trzeźwo myśleć, choć gdybym wypiła choć drinka więcej byłoby zupełnie źle. Rzuciłam się w wir tańca z przypadkowymi mężczyznami. Naprawdę w takim momencie jak teraz było mi wszystko jedno. Musiałam poprawiać jedynie ich ręce, kiedy te lądowały zbyt nisko. Nigdy nie lubiłam klubów, ale dziś musiał być ten wyjątek. Kolorowe światła, sztuczny dym, przez którego nie dało się oddychać i muzyka dudniąca w uszach. Koszmar, ale właśnie to odrywało mnie od rzeczywistości i nie pozwalało skupiać się na problemach.

Kiedy byłam już kompletnie wykończona usiadłam niedaleko wejścia klubu i spojrzałam na pierścionek od Leo. Wolałabym niego za męża, niż kogoś, kogo w ogóle nie znałam, nie darzyłam takim uczuciem… Strasznie mi go brakowało. Skuliłam się na siedzeniu układając głowę na kolanach i po raz kolejny dzisiejszego wieczoru zaczęłam płakać.
Kilka minut później usłyszałam, jak ktoś koło mnie siada. I obejmuje ramieniem. Od razu podniosłam głowę jak poparzona.

Dokładnie koło mnie siedział sprawca całego zamieszania. Spojrzałam w przeciwną stronę. Nie musiałam oglądać jego pięknych oczu, seksownie wykrzywionych ust, czapki z daszkiem rzucającej lekki cień na jego twarz.

-Rose…
-Marco, nie… Prosiłam cię.
-Spójrz na mnie.
-Nie. –sprzeciwiłam się oddychając ciężko. Na moich kolanach poczułam, jak coś zostało mi położone. Spojrzałam w dół. Była to urodzinowa torebka z prezentem.

-Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Rose. –usłyszałam tuż przy moim uchu. Wywołało to nieznaczny uśmiech na mojej twarzy.
-Mam urodziny jutro.
-Już po północy. –odpowiedział spokojnie. O takim spokoju w jego głosie marzyłam. Rozchyliłam torebkę i wyjęłam z niej długie pudełko. Rozchyliłam je delikatnie. Znajdował się tam śliczny wisiorek z białego złota wysadzany brylantami. Niesamowity.

-Marco.. Ja.. To zbyt drogie.
-Dwudziestkę się ma raz w życiu. –uśmiechnął się i delikatnie się do mnie przysunął.
-Dziękuję.
-Nie wiedziałem co mam ci kupić. Jak jechałem tu to wpadłem po prostu przelotem do sklepu. Resztę prezentów sobie wybierzesz.
-Skąd wiedziałeś, że tu jestem?
-Sprawdzałem siedem klubów. –uśmiechnął się szczerze. –Nie wiedziałem.
-Coś słabo z tym naszym przeznaczeniem. Czekaj, wróć. Ty chyba nie chcesz mi więcej kupować?
-Chcę. Właśnie to powiedziałem. Aż tyle wypiłaś?
-Trzy drinki. Po czwartym by się zaczęło bajlando. Ale jestem trochę spłukana.
-Bajlando..-powtórzył ze śmiechem. –Chcesz stąd iść?
-Chcę z tobą zatańczyć, bo zaczynasz być miły. –powiedziałam wstając z miejsca. 
Marco uśmiechnął się i poszedł za mną na parkiet. Założyłam uchwyty od torebki na nadgarstek. Trafiliśmy na zakończenie jakiejś szybkiej piosenki, później z głośników popłynęła spokojniejsza melodia. Blondyn przyciągnął mnie do swojego torsu i zaczął się poruszać płynnie w jej rytm.

-Wiesz? Śniłeś mi się. –zarechotałam prosto do jego ucha. Chyba faktycznie zaczęło mi odbijać.
-Na pewno trzy drinki?
-Nie wiem. Może jeden pan mi postawił dwa. Ale wiem co mówię.
-Nie wątpię. –przytaknął i odwrócił mnie w piruecie.

Po zakończonym tańcu trzymana w talii zeszłam z parkietu i razem skierowaliśmy się w stronę wyjścia. Pod nim stał zaparkowany dobrze mi znany samochód. Marco otworzył mi drzwi i pomógł wsiąść. Gdyby nie jego ręka to bym jeszcze się wywróciła. Chyba naprawdę wypiłam więcej niż trzy drinki.

-Co teraz?-zapytał patrząc na mnie z wyczekiwaniem, kiedy zajął miejsce przed kierownicą.
-Chcę sobie przekłuć pępek. –oświadczyłam pewnie, a Marco posłał mi rozbawione spojrzenie. –No naprawdę!
-Bym ci zrobił jakiś test jak bardzo jesteś trzeźwa, ale nic takiego nie znam.
-Czemu jesteś miły?
-Jedźmy już przekłuć ten pępek. –stwierdził włączając się do ruchu. Całą drogę przemilczeliśmy. Sama jakimś cudem włączyłam radio, co było naprawdę skomplikowanym wyczynem na dotykowym panelu auta. Z głośników od razu popłynęła dobrze mi znana piosenka Helene Fischer. Opierając się o szybę zaczęłam ją cicho nucić, wywołując tym lekki uśmiech Marco. Był naprawdę miły. Czyli się zdarza. Może nie będzie aż tak źle.

Stanęliśmy pod salonem z wielkim, czarnym napisem „Tatoo” na szyldzie.

-Mój przyjaciel, Ben. Sam u niego robiłem tatuaże. Zajmuje się też piercingiem.
-W porządku. Mogę to tu zostawić?-zapytałam wskazując na torebkę z prezentem.
-Tak, nie ma problemu.-uśmiechnął się i opuścił samochód. Ja niedługo po nim. Weszliśmy po schodkach do salonu.

Przy stołku barowym siedział grubszy mężczyzna z brodą i w dużych okularach z grubymi, czarnymi oprawkami. Kiedy dostrzegł Marco od razu na jego ustach pojawił się uśmiech. Przywitali się razem serdecznym uściskiem.

-A to kto?-zapytał spoglądając w moją stronę.
-To jest Rose. –odpowiedział blondyn.
-Rose.. kto? Rose dziewczyna, Rose koleżanka?-zaśmiał się puszczając do mnie oczko.
-Rose. Po prostu Rose. –odezwałam się wyciągając do niego rękę na przywitanie.

Powiedziałam Benowi co bym chciała. Zaprosił mnie na specjalny fotel i poprosił, bym podciągnęła bluzkę. Marco został w poczekalni, choć chciał nawet mi towarzyszyć, jednak ja się nie zgodziłam. Miałam zbyt wielki mętlik w głowie i od jego zachowania i od alkoholu.

Po odkażeniu skóry markerem narysował dwie malutkie kropeczki u góry i na dole. Poprosił, żebym stanęła pod lustrem i sprawdził, czy na pewno wszystko było równo. Dostałam małe pudełeczko z przeróżnymi kolczykami, z pośród których mogłam sobie wybrać ten, który mi się najbardziej podobał. W oczy od razu mi się rzucił śliczny łapacz snów z ruchomymi piórkami. Podałam go Benowi i z powrotem położyłam się na łóżku. On sięgnął po dość sporą igłę i delikatnie ją przyłożył do kropki na dole. Umiejętnie naciągając skórę wykonał jeden ruch i już przełożył igłę. Wyciągając ją jednocześnie wkładał na jej miejsce kolczyk. Nawet nie poczułam bólu.

-I jak?-zapytał zdejmując silikonowe rękawiczki.
-Przepięknie. Dziękuję bardzo. –odpowiedziałam oglądając ozdobę. Byłam szalenie zadowolona.
-Do usług. Podobno jestem też dobrym tatuatorem, więc…
-A masz czas?
-W zasadzie zamykam zaraz salon ale po znajomości zrobię wyjątek. Chcesz coś konkretnego?
-Tak, ale myślę, że nie masz takiego we wzorach.
-Narysujemy. –rozpromienił się i wstał z miejsca. Wyjął z szafki biały opatrunek i zakleił mi nim ostrożnie pępek, aby nic się nie zahaczyło. Powiedział, że da mi także kilka na zmianę na kolejne dwa-trzy dni. Nasunęłam bluzkę z powrotem i poczekałam na Bena, aż przyniesie swojego tableta z aplikacją do rysowania. Razem z nim przyniósł też zestaw rysików, którymi mógł rysować różne grubości tatuażu.

Po piętnastu minutach mieliśmy gotowy wzór. Był idealny. Powstrzymywałam łzy wzruszenia, bo przerastał moje najśmielsze oczekiwania. Ben z uśmiechem pogłaskał mnie po ramieniu i poszedł na zaplecze wydrukować rysunek. W tym samym czasie pojawił się też Marco.

-Kolejny kolczyk robisz?
-Tatuaż. –odpowiedziałam uśmiechając się szeroko widząc jego reakcję. –Oczywiście ja pokryję jego koszt, o ile Ben nie zaśpiewa mi zbyt wysokiej ceny. Mógłbyś mi pożyczyć w razie czego?
-Rose, pieniądze tu nie grają roli. Boję się jedynie, że będziesz żałować tej decyzji. Jakby nie patrzeć-to na całe życie.
-Wiem. Czekałam aż wreszcie…będę wolna, żeby móc zrobić ten tatuaż.
-Jeśli jesteś pewna..
-Sto procent. To moje marzenie.-zapewniłam go. On tylko kiwnął głową i dostawił sobie koło mojego fotela taboret. Po chwili dołączył także do nas Ben. Musiałam zdjąć w ogóle mój t-shirt. Nie chciałam spoglądać na Marco, bo bym zupełnie już spaliła buraka. A i tak czułam się przez niego obserwowana.

Ben po odkażeniu kawałka skóry przyłożył wzór w wybrane przeze mnie miejsce. Pod prawą piersią, wchodzący na bok żeber. Tatuaż przedstawiał ważkę, która na skrzydłach i odwłoku miała pełno poskręcanych, przepięknych wzorków. Miała dla mnie przeogromne znaczenie, dlatego była to dla mnie niezwykle wyjątkowa chwila. Na początku przestraszyłam się uczucia tatuowania. Marco od razu chwycił mnie opiekuńczo za rękę. Byłam mu naprawdę wdzięczna. Żebra to nie jest idealne miejsce na tatuaż pod względem bólu. Wytrzymałam jednak wszystko ze spokojem. Poprosiłam raz o chwilę przerwy i Ben przyniósł mi szklankę wody. Trwało to wszystko ponad półtorej godziny. Końcowy efekt sprawił, że popłynęły mi łzy po policzkach ze wzruszenia. Ważka była piękna. Idealne wycieniowanie, błękitno-zielono-biało-szara kolorystyka z idealnymi konturami. Spełnienie marzeń.

Marco poszedł na zaplecze poszukać chusteczek. Otarłam łzy podaną mi jedną z nich. Ważka została mi spryskana specjalnym preparatem odkażającym i została na nią nałożona przezroczysta folia. Trochę wyglądało to komicznie. Zaklejony pępek i folia trochę ponad nim.
Podziękowałam mu raz jeszcze ściskając go lekko, żeby nie sprawić sobie bólu przez nowy tatuaż. Obniżył nam cenę, a Marco wszystko uregulował kartą płatniczą.

-Wpadnijcie jeszcze! Chociaż pogadać, to może jeszcze niespodziewanie zyskam jakiś utarg.-zaśmiał się klepiąc piłkarza po plecach. –Ładna dziewczyna. Wiesz, masz moje zielone światło. –powiedział ciszej, jednak tak, żebym mogła wszystko usłyszeć. Zaśmiałam się pod nosem prawie na równi z Marco.
-Nie potrzebuję od ciebie zielonego światła, sorry bro, nie kręcisz mnie, wolę od niej.-roześmiali się oboje a ja zakryłam oczy z zażenowania.
-Dobra, dobra. Nie zatrzymuję. Bawcie się dobrze. Miłego wieczoru… A nawet nocy. –zakończył poruszając sugestywnie brwiami.
-Może nie będę panom przeszkadzać?-zapytałam uśmiechając się.
-Nie, nie. –od razu zwrócił na mnie uwagę Reus i podszedł do mnie. Od razu chwycił mnie w talii lekko do siebie przyciągając. Z każdym gestem mnie rozdrażniał bardziej. Nie umiałam przystawić teraźniejszego zachowania do tego, sprzed kilku godzin. Zupełnie. Była to jakaś czarna magia.
Pożegnaliśmy się po raz ostatni i opuściliśmy salon. Kierując się przypływem empatii i wdzięczności zatrzymałam Marco na schodach prowadzących do salonu. Spojrzał na mnie zdezorientowany, kiedy wciąż trzymałam jego przedramię. Nachyliłam się lekko w jego stronę i delikatnie musnęłam ustami jego policzek.

-Dziękuję. –szepnęłam i zostawiając go w lekkim szoku zeszłam na drogę. Chwilę później dołączył do mnie. Jego mina zupełnie nic nie zdradzała. Otworzył mi samochód, do którego potulnie wsiadłam.
-Chciałabyś jeszcze gdzieś jechać?
-Szczerze mówiąc, chciałabym już być w domu. Jestem wykończona po dzisiejszym dniu.
-W porządku. –kiwnął głową zamyślony i przekręcił kluczyki w stacyjce. Silnik słychać było bardzo cicho, przez co jazda stała się bardziej komfortowa. Znów towarzyszyła nam kompletna cisza, jednak żadnemu to nie przeszkadzało. Każdy był zatopiony w swoich myślach.

Dopiero teraz przy wjeździe na osiedle dostrzegłam podświetlony napis „Phoenix See”. Możliwe, że to właśnie była nazwa osiedla i jeziora w jednym. Zjechaliśmy do podziemnego garażu. Zabrałam moją torebkę z prezentem i otworzyłam sobie drzwi. Marco szybko podbiegł i pomógł mi wysiąść, kiedy się zachwiałam.

-W porządku? Dasz radę iść?-zapytał zamykając za mną drzwi i zablokował samochód.
-Tak.-kiwnęłam głową, lecz nie sprawiło to, że mnie puścił. Wręcz przeciwnie-cały czas mnie opiekuńczo trzymał.
Weszliśmy na klatkę schodową i włączyliśmy windę, która chwilę później się otworzyła. Nie zauważyłam, kiedy wcisnął przycisk dobrego piętra. Sama będąc w nim w tym przeklętym, ciasnym pomieszczeniu czułam, jakby wszystkie siły pchały mnie w jego ramiona. Chciały, żebym musnęła jego wargi, od których czasem naprawdę nie mogłam czasem odgonić oczu. Chciały, żebym zatraciła się bez tchu w jego ciele i w jego wirującym spojrzeniu.
Zrobiło mi się naprawdę słabo. I nie byłam pewna, czy to od alkoholu, czy przez stan, w który wprowadzała mnie winda. Spojrzałam na niego ukradkiem próbując rozszyfrować cokolwiek z jego twarzy. Nic. Posąg i zamknięte oczy.

Chyba tylko ja to czułam.

Kiedy drzwi się rozsunęły zostałam jako pierwsza przez nie przepuszczona. Poczekałam, aż Marco otworzy drzwi. Od razu poszłam do kuchni nalać sobie do szklanki wody.

-Chcesz też?-zapytałam, kiedy odłożyłam pustą szklankę do zmywarki.
-Naleję sobie. –uśmiechnął się i podszedł tuż koło mnie wyjmując swoją szklankę.
-Marco… Zrobiłeś mi mętlik w głowie. Nie rozumiem twojego zachowania. Wieczorem doprowadziłeś mnie do łez, tym wszystkim co powiedziałeś. Teraz jesteś miły, opiekuńczy, uśmiechasz się. Nie wiem, czy powinnam się ciebie bać, czy powinnam ci ufać.
-A boisz się?-zapytał odstawiając swoją szklankę tuż koło mojej, jego wargi błyszczały od wody.
-Nie. Nie boję się. Ufam, że jesteś inny niż się wydajesz. Jesteś skryty, tajemniczy, nic o tobie nie wiem, ale chociaż sam fakt, że mnie tu przyjąłeś znaczy, że masz jakiś gram empatii.
-W porządku. –uśmiechnął się nieznacznie i ruszył w stronę schodów na piętro.
-Marco!
-Tak?-odwrócił się leniwie spoglądając na mnie przez ramię.
-Czy.. Ślub jest nadal aktualny?
-Wszystkie trzy propozycje są wciąż aktualne. Możesz odejść lub zostać.
-Muszę powiedzieć już teraz?
-Jesteś pijana, lepiej przemyśl i powiedz rano, jak wytrzeźwiejesz.
-Zostajesz?
-Trzecie i ostatnie twoje pytanie. –westchnął zirytowany. –Jeśli ci nie przeszkadza moje towarzystwo to tak, zostaję. Nie chcę ryzykować, że uciekniesz rano. Po drugie jest już późno i nie mam sił już wracać do domu. Dobranoc, Rose.

Zostawił mnie z natłokiem miliona innych pytań. Może powinnam sobie zapisywać jakieś instrukcje. Pierwsza brzmi-nie więcej, niż trzy pytania na dobę.
Trzymając się poręczy wdrapałam się na piętro po schodach. Zabrałam rzeczy z sypialni i poszłam do łazienki. Kiedy zdjęłam bluzkę przypomniało mi się jakby o moim tatuażu i kolczyku. Westchnęłam i nałożyłam bluzkę z powrotem. Pozostawiając rzeczy wyszłam na korytarz i skierowałam się do sypialni blondyna. Zapukałam do drzwi jednak nie dostałam żadnej odpowiedzi.

-Marcooo!-krzyknęłam na pół mieszkania. Kilka sekund później jego głowa wyłoniła się zza drzwi łazienki.
-Tak?-zapytał z uśmiechem nie wychylając się bardziej niż głowa. Hipotetycznie był nagi. Gdybym udawała, że mdleje by wybiegł… Ponosi mnie.
-Nie powinnam myć ani moczyć tatuażu, prawda?
-Nie, lepiej nie. Możesz się przemyć gąbką ale nie ruszaj tatuażu.
-Ok, dzięki… Nie mam gąbki. –zaśmiałam się pod nosem, a kiedy już miałam zawracać zatrzymał mnie jego głos.
-Poczekaj, znajdę.

Jego głowa zniknęła i drzwi się zamknęły. Chwila ciszy, potem stukanie szufladami aż w końcu ostatni trzask zamykanej szuflady. Drzwi się otworzyły, a on już stanął w nich bardziej się odsłaniając. Założył bokserki.

-Łap.-uśmiechnął się i rzucił we mnie zapakowaną gąbką a po chwili zniknął za drzwiami.
-Dzięki!-krzyknęłam już jakby do siebie, ale zadowolona weszłam do łazienki. 
Rozebrałam się, usiadłam na brzegu wanny i namoczyłam nową gąbkę. Przemyłam nogi, plecy i ręce, brzucha nie miałam jak, więc zajęło mi to w miarę mało czasu. Założyłam tradycyjnie koszulę Leona i wyszłam na korytarz. Myjąc się słyszałam, jak Marco wchodzi do swojej sypialni. Musiałam porozmawiać z nim o jednej rzeczy.
 Nim zapukałam wzięłam głęboki oddech.
Po cichym „proszę” niepewnie otworzyłam drzwi. Siedział do pasa okryty kołdrą i pisał chyba z kimś przez telefon sądząc po szybkim wystukiwaniu wiadomości na ekranie.

-Marco… Wiem, że przekraczam twój limit pytań ale muszę coś wiedzieć. –westchnęłam opierając się o futrynę. Serce biło mi jak oszalałe a moje ręce drżały. On chyba dojrzał w jakim jestem stanie, bo charakterystycznie zmarszczył brwi i poprawił się na łóżku odkładając swojego iPhone’a.

-Chodź, usiądź. –powiedział klepiąc wolne miejsce koło siebie na łóżku. Nie musiał długo prosić. Kiedy usiadłam odruchowo naciągnęłam niżej na uda kusą koszulkę. Spojrzałam nerwowo na Marco. Kilka dłuższych oddechów dla uspokojenia i mogłam zacząć mówić.


-Ja tylko chciałabym wiedzieć… Jeślibym…
-Hej, spokojnie. –powiedział i położył dłoń na moim ramieniu.
-Chciałabym wiedzieć, czy jak wybrałabym trzecią opcję… Co z twoją narzeczoną? Wiem, że nie lubisz pytań o prywatność, ale nie wyjdę za ciebie jeśli ty jesteś z nią w związku. Choć to małżeństwo może być najbardziej beznadziejne na świecie to… Jeśli będę twoją żoną… Przez ten rok nie zaakceptuje innej kobiety w związku…-z moich oczu przez okropne wspomnienia zebrały się łzy. Nie musiałam długo czekać na jego reakcję. Podniósł się i otulił mnie ramionami. Pod jego naciskiem położyłam głowę na jego piersi tak, że czułam bijące energicznie serce.


-Czemu płaczesz?
-Nie tylko ty masz przede mną tajemnicę, Reus. –szepnęłam ocierając łzy.
-Możesz mi powiedzieć.
-A ty mi nie powiesz. Nie jestem naiwna.
-Zbyt bardzo ciężki to był dla nas dzień. Porozmawiamy rano.
-Ale jeśli… Nie będzie innej? –zapytałam spoglądając w jego oczy.
-Nie. Mam swoje zasady. Wiem co ci proponuję i na co się piszę. Chodź, połóż się na chwilę. –puścił mnie i położył na swojej poduszce. Od razu zaciągnęłam się jego powietrzem. Przez ten cały dzień miałam zbyt wiele emocji. Byłam wręcz rozchwiana. Raz Marco mogłam przytulić, innym razem wydrapać oczy, uciec a na koniec dochodziła chęć rzucenia się na niego i pocałowania jego boskich ust. Oczy same się mi kleiły.

Kiedy wrócił trzymał w dłoniach małą tubkę maści. Usiadł koło mnie i spojrzał się na mnie upewniając, czy na pewno nie śpię.

-Możesz zdjąć koszulkę albo podwinąć?
-Nie mogę zdjąć, bo nic pod nią nie mam. Możesz się cieszyć jedynie podwinięciem, jeśli powiesz mi po co to.-uśmiechnęłam się widząc jego wzrok. Jego oczy zabłyszczały, zboczeniec!, choć wciąż widziałam w nich wiele opiekuńczości i opanowania.

-Ben zapomniał wspomnieć o maści. Zabrałem mu jedną tubkę z zaplecza, swojej starej nie mam..a jak nazwa świadczy, była stara, więc i tak bym ci nią nie posmarował. –wytłumaczył spokojnie. 
Lekko podciągnęłam koszulę obnażając przed nim moje uda, majtki i cały brzuch. Dodatkowo, chcąc nie chcąc, znajdowaliśmy się w łóżku. Całe szczęście, że on był ubrany, choć dla trzeciej osoby sytuacja ta by wyglądała zupełnie jednoznacznie.

Odłożył maść na mój opatrunek na pępku, a opuszkami palców z największą delikatnością zaczął zsuwać folię. Nie wiem nawet skąd wziął, ale miał ze sobą waciki, którymi ostrożnie muskając moją skórę wysuszył tatuaż, ponieważ w jednym miejscu zebrało się troszkę krwi. Nabrał na palec trochę preparatu i palcami zaczął go rozsmarowywać. Nie rozumiem jakim cudem ta chwila niewinnego dotyku sprawiła, że chciałam więcej. Jego bliskość zbyt wiele razy sprawiała, że moje serce zaczęło dudnić. Czasem podświadomość jest bardziej irytująca niż wszyscy żyjący na świecie ludzie.
Kiedy skończył chciało mi się aż krzyknąć „nie przestawaj, chcę jeszcze!”. Może to tylko alkohol. Tak. To właśnie była sprawka alkoholu.

-Mogę spać bez folii?
-Myślę, że spokojnie. Nie masz nic bardziej obcisłego?
-Ehh.. Nie. W praniu właściwie.
-Poczekaj, może ja coś znajdę.
-Myślisz, że jesteś chudszy ode mnie?-zaśmiałam się, kiedy wchodził do garderoby.
-Nie, ale wydaje mi się, że miałem jakiś za mały rozmiar na mnie, a będzie ciaśniejsza niż koszula, którą masz.-powiedział głośniej zza ściany zapewne szukając czegoś w szafie. –Mam!-zawołał z triumfem i wyszedł po chwili dzierżąc żółty t-shirt. Kiedy mi go podał zobaczyłam dopiero na plecach jego nazwisko tuż nad numerem jedenaście.
-To twój numer?-zapytałam, a może bardziej stwierdziłam obserwując koszulkę. Marco pokiwał potwierdzająco głową. –Wychodzisz zawsze jako ostatni?
-Nie, czemu?-to pytanie go nad wyraz rozbawiło.
-No bo jest jedenastu zawodników…
-Brawo!-wtrącił mi się ze śmiechem, na co tylko przewróciłam oczami.
-Śmieszne. Nie jest tak, że no wiesz..?
-Oglądałaś kiedyś mecz?
-Ymmm… Nie.
-Jutro obejrzymy. Zabieram cię na mecz. –uśmiechnął się i poszedł od drugiej strony do swojego łóżka.
-Będziesz musiał mi wszystko tłumaczyć.
-W porządku. –przytaknął chowając się pod kołdrą. –Śpisz ze mną czy u siebie?
-Zapomnij. Jeszcze za godzinę twój charakter się zmieni, zabijesz mnie podczas snu i co? Bezpieczniej czuję się u siebie.
-W porządku. –odpowiedział poważnie po raz kolejny, a uśmiech z jego twarzy zniknął.
-Dobranoc.
-Dobranoc, Rose. Czekam jutro na twoją decyzję.







~~~

<*irytująca muzyczka reklamowa Polastu*> 
Jak mówiłam na początku-będą cięcia i są...Gdybym była swoim czytelnikiem (poniekąd jestem jak piszę to i czytam:D) ale nie znałabym dalszej historii bym się naprawdę wkurzyła.
Wypłynęła... "ciemniejsza strona Marco"😂😄 Zżera mnie przeogromna ciekawość Waszej opinii...🙈🙈 Piszcie, bo to buduje ogromnie! I dziękuję za wszystkie poprzednie komentarze! Aż chce się dalej pisać!💕 
No to za tydzień piątka.. Dowiecie się czegoś więcej... może🙊 Nie no, nie jestem aż tak straszna, dowiecie się! Ps. Pytacie się o Mario..Tak tak, już będą jego przejawy za tydzień!!!
Buziaki!!

sobota, 4 lutego 2017

Trzy



Kiedy drzwi się otworzyły stanęłam w miejscu jak wryta. Dokładnie jak i właściciel mieszkania. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Zupełnie. Był ostatnią osobą, jakiej się teraz spodziewałam.

-I to ja mam zapędy prześladowcze?-zaśmiał się pięknooki blondyn. Był przebrany w normalny strój. Jeansowe, ciemne rurki i materiałową bluzę czarno-żółtą z napisem „Borussia Dortmund”. Kibic. Może szedł na mecz…ale jakim cudem, skoro kilka godzin temu wziął ślub? Chciałam zobaczyć, czy ma obrączkę, jednak prawą ręką trzymał drzwi od środka.

-Cześć, Marco…
-Znacie się z Rosalie? To ten, o którym mówiłaś, że zgasił ci papierosa? –dopytywał się wyraźnie zaskoczony André
-Nie, nie Rosalie. Ruby. –zmarszczył tym razem brwi Marco.
-Oba poprawne. –wyjaśniłam –I tak… To ten. –powiedziałam lekko zmieszana zaistniałą sytuacją.
-Dobra, wchodźcie, nie będziemy stać w drzwiach. –zaśmiał się właściciel mieszkania i wszedł do środka.
Zabrał ode mnie plecak i położył w przedpokoju. Zaprosił nas na duże kanapy w przestronnym salonie. Przepiękny widok na miasto można było dostrzec za wielkim oknem, które sięgało od sufitu aż do podłogi. Z tyłu był duży aneks kuchenny z miejscami przy wyspie na wysokich krzesłach. Całe wnętrze było urządzone bardzo surowo, ale nowocześnie. W bardzo męskim stylu. Głównie przeważała kolorystycznie biel i szarości z odważniejszymi, kolorowymi dodatkami. Największe wrażenie na mnie zrobiły zdjęcia oprawione w mocne, szerokie ramki w kolorach czerwonym, żółtym i czarnym. Aż chciałam podejść i zobaczyć co przedstawiają fotografie.
Usiadłam jednak na wielkiej kanapie, koło mnie André.

-Chcecie coś do picia?
-Wody, jeśli mogę.
-Zrób jej coś do jedzenia. Nie jadła prawie nic cały dzień ani nie piła. –wtrącił się André. Marco spiął wargi w niezadowoleniu i zgromił mnie wkurzonym spojrzeniem.
-Ja… Nie musisz nic…
-Jeszcze powiedz, że nie jesteś głodna. –powiedział niezadowolony i poszedł do kuchni. Nie powiedziałam nic. 
Rzuciłam André niezadowolone spojrzenie. Miałam mieszkać u Marco a przez niego czuję się jakbym go wykorzystywała. Zwłaszcza, że już dzisiaj raz kupił mi jedzenie. Z André w ogóle się do siebie nie odzywaliśmy. Byłam cholernie zawstydzona i zażenowana. Nigdy nie prosiłam kogoś o pomoc. Nikogo obcego. Nie znałam ich, nie wiedziałam, kim byli, coś jednak mówiło mi, że mogę im zaufać. Nie wiem, jakim cudem kwadrans później dostałam przed nosem ciepły obiad. Kaszę, gulasz i surówkę z czerwonej kapusty.

-Dziękuję. –powiedziałam czując napływające łzy do oczu. Może i go nie znałam, ale już wiedziałam, że był cholernie dobrym człowiekiem. Kto by wziął do swojego mieszkania i to tak bogato urządzonego zupełnie obcą osobę?
-Na zdrowie. –uśmiechnął się szczerze i usiadł z boku na fotelu. Ukroiłam kawałek mięsa i włożyłam do ust. Aż zamknęłam oczy. Byłam szczęśliwa, że mogłam zjeść dobry, normalny posiłek, bardziej odżywczy od hot-doga. 

–Pyszne, sam robiłeś?
-Nie, mama zostawiła jakiś czas temu to w zamrażarce. Stwierdziła, że Scarlett mnie źle odżywia. –na jego ustach pojawił się szczery uśmiech. –Oczywiście zamierzała mnie tym utuczyć. –zatrzymał się spoglądając prosto w moje oczy - Nie patrz na mnie. Jesteś tak chuda, że ci nie zaszkodzi. –zaśmiał się a ja przełknęłam kolejny kęs z uśmiechem.
-Mówiłem, że świat jest mały. –zaczął André. –Czekaj, czekaj. To ty się z nią spotkałeś wtedy na górce, Woody?
-Tak się złożyło. Świat jest mały. –odpowiedział mu z uśmiechem patrząc na mnie jak jem. Trochę mnie to krępowało, jednak nie przejmowałam się tym aż tak, bo byłam wściekle głodna. Po kilku minutach zostało jedynie pół talerza. Byłam głodna.

-Naprawdę mogę tu zostać? Jutro rano już mnie nie będzie. Postaram się znaleźć coś innego.
-Możesz tu zostać tyle, ile będziesz potrzebowała. Nie mieszkam tu, mieszkanie stoi puste.
-Mówisz to przez grzeczność, czy szczerze? Posłuchaj, za trzy dni znajdę pracę. Jak choć trochę zarobię to za tydzień już mnie tu nie będzie. Może być, że na tydzień?
-Rosalie, możesz i pół roku. A czemu trzy dni?
-Za trzy dni mam urodziny. Mogę się legalnie zatrudnić…


-Przepraszam na chwilę, muszę odebrać. –przerwał André wyjmując swój telefon z garniturowych spodni. Wyszedł gdzieś za kuchnię i mogłam sobie rękę uciąć, że wchodził po schodach. Cholera, dwupoziomowe mieszkanie? Oboje muszą nieźle zarabiać.


-Będziemy musieli pogadać. –powiedział Marco. Zaniemówiłam przez chwilę jednak zostałam uspokojona przez jego opanowane, błękitno-zielone oczy. Kiwnęłam głową i kończyłam posiłek. Siedzieliśmy w milczeniu. Kiedy już zjadłam ostatni kawałek mięsa odłożyłam razem sztućce i chciałam odnieść, jednak Marco wyrwał się i zabrał pierwszy.

-Słuchajcie, muszę się zbierać. Obiecałem Aubie, że zostanę z Curtysem, bo z Alishą wychodzą. Naprawdę obiecałem, Ruby, przepraszam. Marco jest całkiem spoko, jesteś w dobrych rękach. Odwiedzę cię jutro.
-Dziękuję André za wszystko. –uśmiechnęłam się podnosząc z kanapy i przytuliłam blondyna. Pocałowałam go w policzek na do widzenia i przesunęłam się, żeby zrobić miejsce dla Marco, który objął go po kumpelsku klepiąc po plecach.


Kiedy już opuścił mieszkanie czułam się jak na przesłuchaniu albo na egzaminie. Usiadł na kanapie na przeciwko mnie.

-Uciekłaś od rodziców?-zapytał bezpośrednio
-Nie chciałabym o tym mówić.
-Mogę mieć przez ciebie problemy. Nie wiem skąd jesteś, kim jesteś.
-Jednak pozwoliłeś mi się tu zatrzymać…
-Ufam André, on ma nosa do ludzi.
-Zaufaj mi. Tak jak zaufałeś mi wtedy mówiąc o problemach.
-To dwie różne sprawy.
-Nie wziąłeś ślubu. –powiedziałam bezpośrednio w takim samym stylu jak on. Zaobserwowałam, że jednak nie miał żadnej obrączki na palcu.
-Nie, nie wziąłem. Odłożyłem w czasie. Nie mówimy o mnie.
-Jesteś bezpieczny. Nie chcę poruszać tematu mojej historii. Mój chłopak dzisiaj zginął w wypadku. Mam zbyt wiele wyrzutów sumienia, że go tam zostawiłam mimo tego, że mnie o to prosił. Zbyt bardzo to mnie boli. Proszę cię. Zaufaj mi na tyle. Pozwól mi zasnąć, pozwól mi się uspokoić, pozwól mi oddychać.
-Rosalie…
-Ruby.
-Masz na imię Rosalie, więc tak się do ciebie zwracam.
-Nie lubię tego imienia.
-Jest piękne. Rosalie. Podoba mi się. Na górze pierwsze drzwi to łazienka. Kolejne, tuż obok to gościnny- twoja sypialnia. –oznajmił uśmiechając się do mnie.
-Dziękuję, Marco. Za wszystko. Wiem, że może robisz to wbrew sobie, jednak nie pożałujesz. Nie zawiedziesz się na mnie.
-Dobranoc, Rose.



***




Kiedy weszłam do łazienki od razu zdjęłam wybrudzone jeansy i przełożyłam je na ogromnej wannie. Łazienka jak i reszta mieszkania była bardzo spektakularna. Czarne kafelki i wręcz ogromny żyrandol z kryształami zwisający z sufitu. Jeśli on sam to wybierał, to chapeau bas.
Gdy zdejmowałam akurat t-shirt przez głowę usłyszałam pukanie do drzwi. Zanim zdążyłam jakkolwiek zareagować otworzyły się.

-Ups! –uśmiechnął się Marco zastając mnie w samej bieliźnie. Co prawda lubiłam swoje ciało i nie miałam się czego wstydzić, jednak ta sytuacja była dość inna. Może to dziwne, że wiele dziewczyn miało dużo kompleksów, ale mi się poszczęściło. Nie tyłam genetycznie, nie narzekałam na malutki biust ani na zbyt wielki. Moje nogi były dość długie i zgrabne. Nie lubiłam ćwiczyć, nie ćwiczyłam i nie uważałam, że coś w tym temacie by się u mnie zmieniło. Miałam idealną wymówkę-geny i już nic więcej mnie nie obchodziło.
Jednak to, że Marco zastał mnie tak a nie inaczej wzbudziło we mnie poczucie wstydu i zażenowania. Pisnęłam niczym mała dziewczynka i próbowałam zakryć się t-shirtem. Blondyn zakrył oczy dłonią a drugą położył na pralce dwa ręczniki, a obok mój plecak, który musiałam zostawić. To by dopiero było, gdybym paradowała przez pół jego mieszkania w samym ręczniku.

-Dla ciebie.
-Dziękuję.-powiedziałam speszona. Odetchnęłam dopiero jak zniknął za drzwiami. 

Spojrzałam na siebie na lustro. Włosy w nieładzie jak na złość, bo rano przecież było w porządku, a na policzkach dwa wielkie czerwone rumieńce. Onieśmielał mnie. Był tak cholernie tajemniczy. Uparcie nazywał mnie Rosalie, no i Rose, choć tak jeszcze nikt nigdy mnie nie nazwał. I kurcze, podobało mi się to. Choć on sam był nadal dla mnie zagadką. Był idealnym w każdym aspekcie. Jak model. I miał tyle pieniędzy! To wręcz przytłaczające. Przecież nie może istnieć aż tak perfekcyjny facet. Chyba, że nie był perfekcyjny a ja dopiero się miałam o tym przekonać?
Rozwiązałam kitkę i zdjęłam bieliznę. Weszłam pod prysznic z letnią wodą. Chciałam dać początkowo zimną, żeby ochłonąć, jednak trochę dzisiaj przemarzłam i wolałam nie ryzykować. Woda obmywała moje ciało ze wszystkich możliwych kierunków. Wbudowane masażery ze wszystkich stron były najlepszym wynalazkiem pod słońcem. Kto je wymyślił-chwała mu.
Nalałam na dłoń odrobinę żelu pod prysznic Marco, żeby się umyć. No i trochę jego szamponu, bo tego zupełnie nie miałam.

Kiedy wyszłam wytarłam się danymi mi ręcznikami i zawiązałam włosy w turban, z plecaka wyjęłam moją piżamę, która była po prostu starą koszulą Leo. Dał mi ją jeszcze przed moimi siedemnastymi urodzinami… W sumie sama mu ją zabrałam, a on nie miał nic przeciwko.
Zabrałam swoje rzeczy i plecak i przeszłam korytarzem do pokoju obok. Czy mogło mi się tu nie podobać? W niczym nie wybiegała od wystroju reszty apartamentu. Ze szczęścia aż rzuciłam się na ogromne łóżko. Przestraszyłam się, kiedy poczułam pod sobą coś dziwnego.

-Marco?-zdziwiłam się, jednak roześmiałam się, kiedy zrozumiałam, że ta dziwna miękkość to po prostu łóżko wodne. Śmiałam się jak nigdy. Mogli mnie wziąć za wariatkę, ale trudno. Co by było, gdybym naprawdę wskoczyła na blondyna? Jak jakaś desperatka?

-Rose? W porządku?-usłyszałam jego głos. O wilku mowa.
-Tak, w porządku. –odpowiedziałam zanosząc się śmiechem.
-Mogę?-wychylił się niepewnie zza drzwi. Kiwnęłam głową i próbowałam opanować śmiech. –Coś się stało?
-Nie, nic. Po prostu sama siebie rozśmieszyłam. Przepraszam, jeśli cię obudziłam. –O CHOLERA. CHOLERA. CHOLERA. Moje policzki paliły, kiedy zobaczyłam, że ubrany jest tylko w bawełniane spodnie luźno trzymające się na jego biodrach. W ciemności pokoju mogłam i tak doskonale dostrzec jego wyrzeźbione ciało. Zarysowany wyraźnie brzuch, tors, umięśnione barki i ramiona. Nagle zupełnie przestało mi się chcieć śmiać. Rozbroił mnie zupełnie. W tej chwili mógł ze mną zrobić co chciał. Jakieś nieznane mi wcześniej uczucie w podbrzuszu dawało mi znać. Wszystkie mięśnie się we mnie spięły. Zaczęłam ciężko oddychać i miałam nadzieję, że nie zauważył, w jaki stan mnie wprawił.

-Nie obudziłaś. –oświadczył spokojnie wpatrując się w mnie przeszywająco. Nie wiedziałam już czy chciałam moją kusą piżamę pociągnąć w dół, do góry czy już w ogóle najlepiej z siebie zedrzeć. –Chciałem się upewnić, że wszystko w porządku.
-Tak, dziękuję Marco. Przepraszam, jeśli byłam dla ciebie niemiła.
-Nie szkodzi. Każdy ma gorszy dzień. –uśmiechnął się seksownie i zbliżył się do mojego łóżka. Usiadł z tyłu, koło moich stóp. Na jego brzuchu utworzyła się maluteńka, płaska fałdka. Cholera. Może jednak powinnam zacząć ćwiczyć.

-Nie chcę być wścibska… Twoja narzeczona nie będzie zła, że zostajesz tu na noc?
-Nie, wie o całej sytuacji. Ufamy sobie.
-To dobrze. Dobrze zniosła wiadomość o zawieszeniu ślubu? –zapytałam. Jego wzrok się zmienił, na chłodniejszy. Miałam wrażenie, że moje serce zaczęło mocniej bić. Nie wiedziałam co to spojrzenie oznacza.
-Nie przepytuj mnie. Chciałem ci powiedzieć, że możesz to mieszkanie wynajmować. Tylko dzisiaj już zostanę, bo wypiłem, nie prowadzę nigdy nietrzeźwy.
-W porządku. To…-zająknęłam się chowając pod przemiłą i miękką kołdrą.
-To dobranoc. –powiedział zdecydowanie i opuścił pokój. Wypuściłam głośno powietrze z płuc i schowałam twarz w poduszce. Długo, oj długo nie mogłam zasnąć. Przed oczami miałam cały czas ten widok. I nie chciałam się go pozbywać, choć może powinnam. Jeszcze nikt tak nie zawrócił mi w głowie jak on. Ale był zajęty. Zbyt wiele silnych emocji jak na jeden dzień.




***



Mój oddech stawał się coraz krótszy. Miałam przymknięte oczy, myślami odpływałam hen daleko. Poddawałam się każdemu jego dotykowi, muśnięciu skóry. Nagość nam zupełnie nie przeszkadzała. Czułam się jak w niebie. Kiedy czułam, że powoli oboje dochodzimy do spełnienia jęknęłam głośno i przeciągle drapiąc go po silnych, umięśnionych ramionach.
Otworzyłam szeroko oczy ciężko dysząc. Miałam wypieki na twarzy. Moje ciało jak po wielkim spięciu zaczęło się rozluźniać. Zaczęłam się rozglądać dookoła. Cały czas ta sama sypialnia, Marco nie było koło mnie. Czy to możliwe, że przez sen… Marco aż tak musiał mi odebrać rozum? Zawsze miałam bujną wyobraźnię i lubiłam pisać różne historie, ale ta.. Jeszcze żadna nie była aż tak realistyczna. Musiałam naprawdę ochłonąć.
Zegar wskazywał szóstą trzydzieści rano. Musiałam wstać do łazienki i chlusnąć sobie wodą w twarz, żeby wyzbyć się durnych myśli i wypieków na twarzy. Wstałam na drżących nogach z łóżka i wręcz na palcach naciągając sobie piżamę na uda przemknęłam do łazienki.
Skorzystałam z toalety, a w kranie puściłam zimną wodę. Kiedy była już naprawdę lodowata przemyłam nią twarz i odetchnęłam. Zamykając za sobą drzwi zauważyłam, że jedne drzwi w korytarzu są uchylone. Z ciekawości podeszłam kilka kroków.
Ciekawość, to pierwszy stopień do piekła.

-Ymm.. Cześć. Nie wiedziałam, że tu jesteś… -powiedziałam speszona widząc Marco ubranego już w codzienny strój. Stał akurat przed lustrem przesuwanej szafy i przeczesywał włosy grzebieniem. Perfekcja perfekcją, ale ile już nie spał? Ile słyszał?
-Dobrze się spało? –zapytał spoglądając na mnie z błyskiem w oku. Wiedział, dobrze wiedział, lub po prostu to moja wyobraźnia płatała niezłe figle. Byłam w stanie uwierzyć już w to drugie.
-Tak. Bardzo. Od dawna na nogach?
-Jakiś czas. Muszę wracać do domu. Jedzenie jest w lodówce. Na lodówce jest mój numer telefonu. Dzwoń, jeśli będziesz coś potrzebować. –powiedział odkładając grzebień do szuflady w szafce nocnej. Pewnie musiał być po niego w łazience, która była tuż koło mojego pokoju… Po co tak się nakręcać? Może nie słyszał. Drzwi były zamknięte.

-Dziękuję ci za wszystko.-powiedziałam. On jedynie uśmiechnął się z dystansem i wymijając mnie uprzednio w drzwiach zbiegł schodami na dół. Stałam nadal oparta o próg, kiedy usłyszałam jak znów wbiega do góry.
-Jeszcze jedno. –powiedział podchodząc do mnie. Na dekolcie jego t-shirta zwisały ciemne Ray-Bany z malutkim logiem klubu piłkarskiego z boku. –Na razie nie wychodź z domu. Co prawda w salonie są klucze ale możesz na razie nimi otwierać od środka. Może przyjdzie dzisiaj André po…pracy.
-Dlaczego nie mogę?
-Ze względów bezpieczeństwa. Jak coś to dzwoń. Na razie. –rzucił i ponownie zbiegł po schodach.
Stałam jeszcze kilka minut w miejscu, żeby dojść do siebie. Skurczybyk był przystojny. Facet z bajki. Jego narzeczona naprawdę była szczęściarą. To słodkie, że biegł do niej już z samego rana. Może faktycznie ją kochał. Tak jak Leo kochał mnie. Miałam jedynie nadzieję, że ona też go kocha, bo wyglądał naprawdę na dobrego człowieka. Po prostu to czułam.
Nie miałam telefonu. Zbiegłam po schodach w dół, żeby spojrzeć przez okno, czy Marco już wyszedł z klatki. Niestety widziałam tylko odjeżdżający samochód.
No cóż.

Poszłam na górę wziąć rzeczy na przebranie. Z poprzedniego dnia włożyłam do pralki i próbowałam ustawić program. Więcej przycisków się nie dało. Naprawdę.
Niezadowolona wyjęłam moje rzeczy z bębna i przełożyłam do umywalki, gdzie musiałam prać ręcznie. Dobrze, że umiem obsługiwać zmywarkę, bo zmywania ręcznego bym nie przeżyła.
Kiedy znalazłam już suszarkę, wystawiłam ją na balkon i powiesiłam moje pranie.
Dopiero w kuchni moja irytacja zelżała. Otworzyłam dwudrzwiową lodówkę a tam.. Raj. Dosłownie raj. Mogłam tam znaleźć wszystko. Owoce, warzywa… Nie wiedziałam kiedy to kupił. Może zamówił do domu wczoraj wieczorem?

Nie byłam asem w gotowaniu, umiałam coś zrobić jedynie jak miałam przepis, jednak kanapka i gorąca herbata wychodziły mi zawsze wybitnie. Zwykle wtedy, kiedy miałam dużo składników. I dzisiaj był ten dzień.
Do śniadania włączyłam w salonie telewizor i usiadłam wygodnie na dużej kanapie z talerzykiem w ręku. W sumie nic ciekawego. Prezenter kończył wiadomości i zapraszał na wiadomości sportowe, które za nic mnie nie obchodziły. Przełączyłam na jakiś niemiecki serial. Dziewczyna, która podkochiwała się w chłopaku, swoim współlokatorze dostała zaproszenie na jego wesele. Całkiem niezła fabuła. Marco, nie dawaj mi zaproszenia na ślub jak się już zdecydujesz.
Nie, ja nie podkochiwałam się w nim. No dobra. Trochę. Ale bardziej to wyglądało jak nastolatka w swoim idolu czy szkolnym obiekcie westchnień.

Po skończonym serialu zaczęłam się naprawdę koszmarnie nudzić. Doprowadziło to do tego, że pozmywałam ręcznie naczynia. Ręcznie. Posłałam też łóżko i wyjęłam rzeczy z plecaka i włożyłam je do komody. Nie zajęło to nawet całej jednej szuflady. Cztery bluzki, spodnie, spodnie dresowe, jeansy, krótkie spodenki i bielizna. Nawet miałam tylko jedne jedyne buty. Jutro musiałam już iść szukać pracy. Mogłabym najlepiej dzisiaj a jutro już zacząć pracować.
Nie rozumiałam, o co mogło chodzić Marco. Jeśli policja naprawdę mnie szuka, w co szczerze wątpię to będę i tak ostrożna.
Poszłam do łazienki, żeby uczesać moje włosy. Związałam je tradycyjnie w wysokiego kucyka. Zrobiłam delikatny makijaż, założyłam moje Conversy i zeszłam na dół po schodach. Z drzwi lodówki zabrałam kartkę z zapisanym numerem telefonu do Marco i schowałam ją do tylnej kieszeni krótkich spodenek. Ze stołu zabrałam klucze i wyszłam zamykając za sobą drzwi.
Osiedle w dzień robiło jeszcze większe wrażenie. Wszystko było ogromne i nowoczesne. Rodziny z małymi dziećmi przesiadywały nieopodal na kolorowym placu zabaw, inne spacerowały z wózkami wzdłuż pobliskiego jeziora.

Poszłam do bramy prowadzącej na ulicę i otworzyłam ją z łatwością naciskając guzik. Do miasta było dość daleko. Samochody, co jakiś czas tędy przejeżdżały kierując się w tamtą stronę, jednak ja miałam już serdecznie dość łapania stopów na ten tydzień. Ruszyłam więc prostą drogą, przy której stały przeróżne drzewa, krzewy a także gdzieniegdzie klomby kolorowych kwiatów. Przez zieleń też mogłam dopatrzeć się jeziora, które prawie stykało się z osiedlem, na którym mieszkałam.
Droga zajęła mi pół godziny. Centrum miasta było ogromne, tętniło tu od turystów, wiele z nich było poubieranych w żółte koszulki a także bluzy z logiem tutejszego klubu. Marco też z resztą miał podobną. Nie wiedziałam do końca gdzie na początku powinnam się rozejrzeć.

Jako kobietę nogi zaprowadziły mnie prosto do galerii handlowej. Niestety nie na zakupy. Może mogłam i kupić jakąś rzecz dla siebie, ale wolałam oszczędzać tę garstkę pieniędzy, która mi została. Przeszłam całe jedno piętro wchodząc prawie do każdego sklepu pytając czy nie potrzebują kogoś do pomocy. Oczywiście w każdym mnie zbywano, mówiąc, że już mają zbyt dużą ilość personelu lub, że nikogo nowego nie chcą i to w dodatku bez doświadczenia. Kiedy wychodziłam ze sklepu i szłam prosto w kierunku kolejnego zostałam mocno popchnięta na ziemię. W porę wyciągnęłam ręce przed siebie, żeby zamortyzować upadek.

Wokół zrobiło się zamieszanie. Włączył się alarm. Wstałam podpierając się dłońmi o chłodne kafelki i w ostatnim momencie zobaczyłam wybiegającego złodzieja z centrum. Gonił go ochroniarz, a w drzwiach sklepu z biżuterią stała zrozpaczona sprzedawczyni. Może zwolni się stanowisko specjalnie dla mnie?

W jednej chwili zmroziły mnie dwie rzeczy. Nie wiedziałam, która gorsza. Która bardziej mnie przerażała. Pierwszym, co usłyszałam to syreny wozów policyjnych. Chciałam już uciekać, kiedy zobaczyłam na wystawie w sklepie prasowym pierwszą stronę Bilda. Marco. Ten sam Marco, u którego mieszkam. Marco Reus i jego zdjęcie w trykocie klubu oraz kilka ujęć ze śliczną blondynką, choć jak mniemam niższą ode mnie. Włosy miała prawie białe, tlenione. Sądząc po odrostach była brunetką, lecz jej kształty… Były cholernie perfekcyjne. Jej uśmiech.. Drażnił mnie.
Buzowała we mnie okropna złość. Brzydziłam się kłamstwem. Co prawda nie okłamał mnie, że pracuje w innej branży, ale też nie odpowiedział, kiedy go pytałam. Czyli André… Kolega z pracy. Nie wiedziałam dokładnie czy mam ogromne szczęście czy ogromnego pecha. Chciałam jedynie wydrapać oczy Marco-Pieprzonej-Gwieździe-Piłki-Nożnej-Reusowi, i nakrzyczeć na André, którego uważałam za naprawdę poczciwego, serdecznego człowieka… Chyba nigdy tak się nie zawiodłam na ludziach jak właśnie w tym momencie. Nigdy tak niespodziewanie.

-Dzień dobry, porucznik Fischer. Podobno była pani świadkiem napaści. Musi pani złożyć zeznania. –twardy głos wyrwał mnie z zamyślenia. Wysoki mężczyzna, dobrze zbudowany w policyjnym mundurze stał tuż koło mnie. Moje serce dudniło ze strachu. Próbowałam głośno oddychać żeby się uspokoić.
-Oczywiście. Tutaj?-odpowiedziałam ze spokojem.
-Nie, musi pani pojechać na komendę. Teraz z nami albo dojedzie pani do dwudziestej we własnym zakresie.
-W porządku, możemy teraz. –kiwnęłam głową. Policjant kiwnął głową do swoich kolegów, którzy przesłuchiwali wystraszoną ekspedientkę.

Przeszłam z mężczyzną przez galerię i zostałam poprowadzona do radiowozu.
Bez żadnych sygnałów przemierzaliśmy dortmundzkie ulice. Dopiero dziesięć minut później stanęliśmy pod komisariatem.

Zostałam poprowadzona do pokoju przesłuchań. Tam zauważyłam zaschniętą krew na lewym kolanie. Musiałam się zranić podczas upadku, jednak wcale tego nie poczułam. Przez całe przesłuchanie skubałam nerwowo skórkę przy kciuku drugiej ręki. Modliłam się w myślach, żeby nie było żadnych problemów. Chyba jednak byłam czarnym kotem podczas piątku trzynastego. Wszystko zawaliło się na sam koniec.

-Tu proszę podpisać i będzie wszystko. Potrzebuję jeszcze pani dowód osobisty.-powiedział funkcjonariusz podając mi wydrukowany dokument. Odebrałam go i położyłam przed sobą. Próbowałam uspokoić się jak tylko mogłam. Myślałam, że zaraz zemdleję ze stresu.
-Niestety nie mam ze sobą dowodu.-powiedziałam próbując wydobyć z siebie jak najbardziej pewny głos.
-Musi pani zadzwonić do kogoś, kto będzie mógł poświadczyć za panią.
-Ktoś z rodziny?
-Nie, nie koniecznie.-odparł marszcząc brwi. Skinęłam głową. 
Nie chciałam jednak musiałam zadzwonić do Marco. Był jedyną osobą, do której mogłabym zadzwonić, bo tylko do niego miałam numer telefonu.

Został mi podany czarny telefon stacjonarny, policjant wyszedł zostawiając mnie samą w pokoju. Drżącą ręką wyjęłam z kieszeni numer do Marco i ledwo go wystukałam. Mój stres sięgał właśnie zenitu, kiedy słyszałam sygnały połączenia. Po dokładnie trzech sygnałach usłyszałam znany mi głos.

-Słucham?
-Cześć Marco… To ja.. Ruby. Znaczy Rose.. Rosalie. –zacięłam się. Czułam jak w gardle robiła mi się wielka gula. Nie wiedziałam jak zacząć..
-Wiem. –odpowiedział, myślałam, że mógł się nawet uśmiechnąć. –Wszystko w porządku?
-No właśnie nie…
-To znaczy?
-Ja właśnie… Nie złość się, ale.. Jestem na policji i..
-Słucham?-w jego głosie wyraźnie słyszałam gniew i irytację. To po mnie. –Gdzie ty jesteś? Mówiłem ci, żebyś do cholery nie wychodziła! Czy to tak trudno! Miałem ci to napisać, żebyś zapamiętała coś tak prostego?
-Posłuchaj, byłam w sklepie i był napad. Jestem tu jako świadek. Nie mam dokumentu, więc musi ktoś za mnie poświadczyć…
-Czekaj tam.-warknął wkurzony do telefonu i się rozłączył. Miałam przechlapane. Sama powinnam być na niego wkurzona za tego piłkarza!

Powiedziałam policjantowi, że niedługo ktoś przyjdzie. Zostałam wpuszczona do poczekalni, gdzie mogłam usiąść.
Po obgryzieniu trzeciego paznokcia po około dwudziestu minutach na komisariat wszedł André. Od razu do niego wstałam i podeszłam szybko.

-Cześć. Dzwoniłam do Marco…
-Tak, wiem. Marco do mnie zadzwonił. –uśmiechnął się łagodnie. On akurat nie był zły. Dobre i to. –Poczekaj, zaraz się dowiem gdzie mam podpisać i odwiozę cię do domu.
-Dziękuję.

André podszedł do okienka i zaczął rozmawiać z policjantem. Ten podał mu stosowne dokumenty, które podpisał i oddał mu je. Blondyn odwrócił się do mnie z uśmiechem i pokazał ręką, że mogę już iść. Dołączyłam do niego i wyszliśmy razem przed budynek, gdzie czekał na nas zaparowany samochód. André pomógł mi wsiąść na miejsce pasażera.

-Marco jest bardzo zły?-zapytałam ciekawa. Możliwe, że już nie będę miała gdzie mieszkać.
-Nie aż tak. Trochę. Przejdzie mu.-powiedział uspokajająco. Jednak jak dla mnie nie było to zbyt wystarczające.
-To w takim razie czemu on nie przyjechał tylko wysłał ciebie?-zadałam kolejne pytanie, kiedy stanęliśmy na światłach. Widziałam lekkie zmieszanie na jego twarzy.
-Nie mógł się wyrwać z pracy. –odpowiedział. Pracy! To dopiero.
-To wy razem nie pracujecie?
-Nie no.. Wiesz jak to jest w pracy, nie zawsze razem…
-Oj przestań już kłamać. –westchnęłam patrząc w przednią szybę. –Po prostu powiedz, że jest na treningu czy na meczu i tyle!

Na jego twarzy wymalowało się dość duże zdziwienie. Ja sama zaciskałam pięści, żeby bardziej nie wpaść w furię. Może jeszcze by mi powiedział, że jest w ściśle tajnym biurze, do którego nie możemy pojechać.

-To ty.. Wiesz? Skąd?
-Z pierwszych okładek Bilda? Gwiazda Borussii Dortmund Marco Reus odwołał ślub! Mówi ci to coś? Jak mogliście… Nienawidzę, brzydzę się kłamstwem!
-Ruby… Nie wiem, co mam ci powiedzieć. Przepraszam może nie załatwić sprawy. Po prostu, kiedy wsiadłaś wtedy do mojego samochodu… I mnie nie rozpoznałaś… Wadą sławy jest to, że ludzie na ciebie patrzą jak na gwiazdę, bogatą, sławną i dzięki nim też mogą się wybić. Odkąd zacząłem grać profesjonalnie w piłkę ciężko mi było znaleźć przyjaciół spoza boiska. Tak samo Marco i Mario. Mario nie znasz, ale jest też fajny. Trzymamy się we trójkę. Ciężko było nam znaleźć dziewczynę, która pokocha ciebie, jakim jesteś a nie kasę i sławę. –wyznał skruszony. Zrobiło mi się go naprawdę żal. –Dlatego rozstałem się ze swoją dziewczyną. Scarlett, narzeczona Marco jest naprawdę fajna. Poznali się przez przypadek, ale jako przyjaciel mam pewność, że ona jest dla niego samego, nie całej otoczki.
-A ten Mario?
-Też ma dziewczynę. Są już szmat czasu razem i znają się jak łyse konie. Naprawdę przykro mi, że tak wszystko wyszło…
-Powiedzielibyście mi sami? Tak po prostu?
-Tak, ale później. Wtedy, kiedy byśmy się lepiej poznali. Ruby… Postaraj się zrozumieć..
-W porządku. Aczkolwiek trochę mnie to zraniło. –powiedziałam zmuszając się do lekkiego uśmiechu. André pogładził mnie po ramieniu opiekuńczo.
-W takim razie Marco nie mógł przyjechać, bo jest na rehabilitacji.
-Coś mu się stało? Znaczy o ile mogę wiedzieć. Nie pójdę z tym do gazety.
-Wiem.-zaśmiał się blondyn. –Pauzuje już od maja. Ma problemy z mięśniem przywodziciela. Na najbliższy czas wyklucza go to z gry i treningów.
-Och.. Przykro mi..
-Kocha piłkę, kocha to, co robi..ale cóż. Bywają też gorsze momenty.
-A propos tych gorszych momentów. Myślisz, że Marco mnie wyrzuci z mieszkania? Był naprawdę wkurzony jak do niego zadzwoniłam.
-Możesz być pewna, że jak będzie chciał to zrobić, to ja z nim pogadam i zostaniesz, okej?
-Dziękuję. –uśmiechnęłam się i zaczęłam obserwować widoki za oknem. Wjechaliśmy właśnie w drogę, którą szłam do miasta.

André wszedł na chwilę do mieszkania, żeby dotrzymać mi towarzystwa. Pokroiłam nam arbuza i postawiłam na stoliku przed telewizorem. Rozmawialiśmy o różnych bzdurach przez całe dwie godziny. Potem musiał zbierać się na popołudniowy trening. Nie wiedział, czy Marco od razu do mnie przyjdzie, czy dopiero wieczorem. Tak więc znów zostałam sama. Mogłam na spokojnie przyjrzeć się zdjęciom powieszonym na ścianie w ramkach, na które zwróciłam uwagę tuż po wejściu tutaj. Jedno było z André i jeszcze jednym, bardziej papuśnym. Możliwe, że to był właśnie ten Mario. Cała trójka była roześmiana. No i mieli ubrane koszulki Borussii. Na kolejnym był Marco, możliwe, że ze swoimi rodzicami. Starsi państwo. Wyglądali oboje bardzo mile. Na kolejnym były dwie dziewczyny, bardzo do siebie podobne, trzymające na rękach dzieciaki. Chłopca i mniejszą dziewczynkę. Możliwe, że to jego rodzina i najbliżsi. Byli dla niego ważni, skoro zajmowali tak widoczne, honorowe miejsce w mieszkaniu.

Zaczęłam zastanawiać się nad samą jego osobą. Był w pewnym stopniu bardzo skryty, nie zdradzał nic o sobie, ale miał też w sobie pewien pokład dobroci i współczucia, co świadczyło choćby przyjęcie mnie do tego mieszkania. Rodzina także była dla niego ważna, pasje.. Narzeczona? To była jeszcze zbyt trudna sprawa do rozwiązania dla mnie. Czasem naprawdę mnie przerażał i onieśmielał, a potem znów czarował uśmiechem i był naprawdę miły. Bipolarny-to było dobre stwierdzenie.
Wkrótce miałam dopiero jednak poznać go naprawdę i żałować, że go spotkałam…






~~~
 Jest Marco!! Naprawdę rozwaliły mnie na łopatki, że spodziewacie się tu Watzke i Zorca! 😂😂HIT! Nawet zastanawiałam się czy nie zmienić fabuły przez chwilę, serio. Dla fanów pana Watzke-możecie sobie wyobrażać, że za każdym razem, kiedy pokaże się imię "Marco" możecie zmieniać sobie imię na Hansa😄
Dziękuję dziękuję dziękuję za wszystkie komentarze, i że jesteście ze mną! 3 tysiące wyświetleń po 2 rozdziałach..To jest dla mnie nie do pomyślenia, coś niesamowitego..Wasze opinie w komentarzach..uskrzydla! Już czekam, żeby przeczytać, co myślicie o Marco jakie macie pierwsze wrażenia o jego postaci, która będzie naprawdę dość ciekawa...Nie zdradzam!
Za tydzień kolejny!
Buziaki! xx