sobota, 8 września 2018

Sześćdziesiąt jeden



Czas wylotu do Liverpoolu był przeze mnie oczekiwany jak święty Mikołaj przez dzieciaki w Boże Narodzenie. Kupiłam bilet na wieczór tak, żebym na miejscu była po siedemnastej, a o siedemnastej następnego dnia wracałam już do Dortmundu. Pobyt był bardzo krótki, głównie dlatego, że leciałam bez Marisy, ale wiedziałam, że wykorzystam ten czas do maksimum i nie zmarnuję go na spanie. Postanowiłam, że Mari zostawię Marco. Bardzo mało się widzieli, ona cały czas do niego chciała. Upewniłam się u Granda, że to dobry pomysł. Poparł moją decyzję, mówiąc, że to wniesie dużo dobrego dla sprawy. Napisałam Marco całe dwie kartki A4 z „instrukcją obsługi” tak małego dziecka. Napisałam między innymi o której chodzi spać, o której trzeba ją karmić i kiedy ma drzemki, o której godzinie mniej więcej sprawdzić pieluszkę. Dostał też cały spis rzeczy, które chętnie je i które może jej kupić. Specjalnie poszłam do sklepu po czerwony flamaster, żeby napisać drukowanymi literami, że ma alergię na orzechy. Przed wylotem jeszcze przeczytałam mu to wszystko, pokazując po kolei palcem na to, co czytam. Powiedział, że zrozumiał i mogę być spokojna. 
Wieczorem miał przyjechać do niego Mario, więc ufałam, że w razie czego Götze zaradzi w tej sytuacji. Musiałam dać mu jeszcze uwagę na temat wyciągania alkoholu przy dziecku i grania w Fifę zamiast zajmowania się małą, chociaż pewnie się tego domyślał. Nie chciałam jednak pozostawiać żadnych niedomówień. Kiwnął głową i wziął wszystkie rzeczy, które przygotowałam do zabrania. 
 Zjechałam z nimi do samochodu, żeby móc pożegnać się z córeczką przed naszym rozstaniem trwającym trochę ponad dobę. Najdłuższe rozstanie odkąd przyszła na świat. Uściskałam ją, ucałowałam w główkę i oba policzki. Uśmiechnęła się i otoczyła swoimi rączkami moją szyję. Marco w tym czasie przygotował fotelik w swoim samochodzie. Odebrał mi ją z uścisku i usadził w nim wygodnie. Kiedy zapiął wszystkie pasy i upewnił się, że mała jest bezpieczna, odsunął się od niej na chwilę, żebym mogła podać jej misia. Ostatni raz dałam jej buziaka i odsunęłam się, żeby zamknąć drzwi samochodu. 
Otuliłam się rękoma, czując pustkę i smutek, który już mnie zaczął dopadać.
-Masz kartkę, tak? –upewniłam się. Marco zdjął okulary z nosa i zawiesił je sobie na dekolcie koszulki. Przez chwilę patrzyłam w to miejsce, które trochę bardziej odsłaniało jego klatkę.
-Mam. Nie musisz się martwić –powiedział ostrożnie. Poruszył dłonią w moją stronę, ale po chwili cofnął ją i zacisnął w pięść.
-Matki już tak mają, że się martwią –przełknęłam ślinę, nie chcąc się rozpłakać. Musiałam być dzielna. W końcu chciałam jechać do Liverpoolu. I musiałam, żeby przywieźć potrzebne rzeczy. Blondyn kiwnął głową i w ciszy obszedł samochód.
-Bezpiecznej podróży –powiedział, spoglądając tymi swoimi pięknymi, zielonkawymi oczami na mnie nim wsiadł do środka. Uśmiechnęłam się lekko i zajrzałam jeszcze do Marisy, która grzecznie siedziała i rozglądała się dookoła. Silnik zawarczał, a ja pomachałam jej. Odmachała i machała swoimi malutkimi rączkami dopóki samochód nie zniknął za zakrętem osiedlowej drogi. Westchnęłam ciężko i wróciłam do mieszkania, żeby zabrać torebkę i pustą walizkę, którą pożyczyłam od Emre, gdy leciałam do Dortmundu. Teraz mu ją oddam i spakuję siebie i malutką w tą olbrzymią walizkę Marco, którą kazał mi oddać.. I wrócić..


***

Byłam ogromnie wzruszona, kiedy weszłam na płytę lotniska Liverpoolu. Stali tam dokładnie wszyscy, którzy żegnali mnie przy wylocie do Dortmundu. Kloppowie, cała rodzinka Montgomery, Emre.. Uśmiechnęłam się szeroko i podbiegłam uściskać każdego z osobna. Nate tak urósł! Nie był taki duży, kiedy widziałam go przez wido komunikator w telefonie. Może oni by powiedzieli to samo o Marisie? 
Wszyscy zostaliśmy zaproszeni na późny obiad do domu Jürgena i Ulli. Obiad o którym już tak długo marzyłam. Zjadłam więcej niż mój żołądek był w stanie pomieścić. Żona trenera była fantastyczną kucharką. Na całe szczęście wieczór był tak piękny, że rozłożyliśmy się wszyscy wygodnie na leżakach w ogrodzie i wszyscy opowiadali, co u nich się działo ostatnimi dniami. Do Kloppów wrócił ich piesek, Emma, która długi czas przebywała u jednego z synów trenera. Szkoda, że nie było tu Marisy, pewnie by oszalała z radości. Uwielbiała pieski, a Tony'ego Mario i Ann traktowała jak dziecko, nawet założyła mu raz swoją czapeczkę, a jemu to nie przeszkadzało. Naprawdę się dobrali.
Nate usnął już mocnym snem na kanapie, a my jeszcze rozmawialiśmy. Louisa opowiadała mi o tym, że dostała się do szkoły, gdzie będzie mogła się uczyć w dostosowanym specjalnie dla niej tempie i programie. Wcale nie chciało jej się spać mimo później pory, cieszyła się z moich odwiedzin. Poza tym bawiła się z Emmą, która od czasu do czasu lizała ją po twarzy, wywołując u niej głośny śmiech. Ona też rozwinęła się przez ten cały czas, odkąd pierwszy raz ją zobaczyłam, jej choroba nie rozwinęła się, wręcz jej stan się poprawił. Mówiła więcej a i jej koordynacja uległa poprawie. Rozmowy nie ustawały, co rusz nowy temat i cudowna, rodzinna atmosfera. Dopiero po północy postanowiliśmy się zbierać. Emre odwiózł mnie do mieszkania. Przestawił mój samochód do swojego parkingu podziemnego. Mówił, że nawet nikt nie chciał ukraść takiego złomu. Mój samochodzik. Nigdy bym go nie sprzedała.
Pożegnałam się z Canem i weszłam do mojego mieszkania. Tak się za nim stęskniłam. Wciąż pamiętam, kiedy przyjechałam tu pierwszy raz z taką maleńką Isunią i włożyłam ją do jej małego łóżeczka. Ona sama była taką kryszyneczką, kiedy brałam ją na ręce zawsze bałam się, że coś mogę jej zrobić. Nieprzespane noce, ból, zmęczenie.. Ale to wszystko było tego warte dla niej. Zrobiłabym wszystko, żeby była zdrowa i szczęśliwa.
Zasnęłam na półtorej godziny o czwartej nad ranem. Przez całą noc pakowałam najważniejsze rzeczy, robiłam przegląd w ubrankach Mari, bo na moje oko z części z nich już wyrosła i na nic się zdadzą w Dortmundzie. Tak samo zrobiłam ze swoimi rzeczami. Odłożyłam do szafy ubrania ciążowe, też te obcisłe sprzed ciąży, kiedy moja sylwetka była szczupła i nienaganna. Spakowałam też ulubione płaszcze, mój laptop, żeby móc się normalnie komunikować i widzieć moją przyszywaną rodzinkę na trochę większym ekranie, no i zabawki Marisy, bo chociaż nie tęskniła, to pewnie zaraz by mi suszyła głowę o nowe. A tak może dostać stare i cieszyć się jak z nowych. Oszczędność. Walizka była okrutnie ciężka i nie miałam pojęcia jak ją podniosę. Całe szczęście, że Jürgen z Ullą i Emre mnie odwiozą, to nie będę tego targać sama. Może poproszę Mario o odebranie mnie z lotniska?


Z samego rana poszłam odwiedzić Ellę i jej rodzinkę. Po przerwie oczywiście zrobiłyśmy z Lou nasze ćwiczenia. Potem śniadanko i wspólny spacer. Henry, jako zagorzały kibic Liverpoolu, wciąż nie wierzył, że wczorajszy wieczór spędził w domu samego trenera, rozmawiajac z nim, jego żoną i jednym z piłkarzy. Ella tylko się śmiała, twierdząc żartobliwie, że głupi ma szczęście. Nie dostawałam żadnych wiadomości od Marco, ale to był dobry znak. Miałam przynajmniej taką nadzieję. Nie chciałam też dzwonić, bo bym wyszła na nadgorliwą. 
Popołudnie spędziłam z Kloppami. Rozmawialiśmy o wszystkim, mogłam im opowiedzieć przy pysznej zielonej herbacie o tym, czego nie mieliśmy czasu przedyskutować przez telefon. Jak zwykle otrzymałam od nich masę siły i byłam powoli gotowa stawić czoło rzeczywistości. Przyjechał do nas Emre i pojechaliśmy we czwórkę po moją ciężką walizkę. Obliczyłam czas przylotu i napisałam Mario wiadomość, żeby po mnie przyjechał.
Dwadzieścia cztery godziny wykorzystane w pełni, tak jak zaplanowałam. Może w nocy będę mogła je jeszcze odespać.

Przed odlotem po całym cudownym dniu uśmiechów, ciepła i dobrej energii dostałam najlepszą informację. Miała to być niespodzianka, ale wolałam już wiedzieć to teraz i oczywiście udało mi się to na nich wymusić. W poniedziałek za tydzień Jürgen przylatywał z Ullą i z Emmą do swojego domu w Dortmundzie i będzie tam aż do rozpoczęcia przygotowań do nowego sezonu. Mój uśmiech był tak wielki, że aż bolały mnie kąciki ust. Przytuliłam ich mocno i prawie skakałam z radości. Emre też obiecał wpaść, ale na razie musiał jechać do Turynu, żeby omówić szczegóły nowego kontraktu. Strasznie się cieszyłam jego sukcesem. Jürgen też był z niego dumny i rozumiał doskonale podjętą przez niego decyzję. A teraz miałam wrócić do Dortmundu i zobaczyć moją piękną córeczkę, za którą już mocno tęskniłam. Naprawdę czułam się szczęśliwa, dawno tak nie było.


***


Lot opóźnił się piętnaście minut. Od razu poinformowałam o tym Mario już jak weszłam na pokład samolotu, żeby mógł obliczyć sobie dokładnie czas mojego przybycia. Odliczałam już czas zniecierpliwiona. 
Koło mnie siedziała para, która całą drogę się całowała. Miałam wrażenie, że zaraz się na mnie położą i nadal się będą całować. Oby tylko całować.
Przeżyłam lot, turbulencje, całującą się parę i w końcu wylądowaliśmy w Dortmundzie. Moje nogi aż mrowiały od takiego długiego siedzenia. Poszłam po walizkę i chciałam pisać do Mario, że już wylądowałam, ale on był pierwszy z napisaniem wiadomości, że już na mnie czeka. Uśmiechnęłam się zadowolona. Złapałam wielką walizkę Marco i jakimś cudem ją zdjęłam z taśmy. Miałam wrażenie, że jak leciałam pierwszy raz do Liverpoolu ważyła znacznie mniej. Ledwo co wciągnęłam ją na lotnisko. Mario stał trochę dalej, ale od razu mnie zauważył. Miał na sobie czarne spodnie, czarny t-shirt i czane Ray Bany. Gdyby nie ta urocza, pączusiowa uroda, powiedziałabym, że wyskoczył z planu najnowszej części „Facetów w Czerni”. W dłoni trzymał kluczyki swojego maleństwa, ukochanego samochodu, oczywiście z czarnym pilotem. Może powinnam znaleźć kontakt do Willa Smith’a i oznajmić mu, że ma nowego partnera? Już się do mnie uśmiechał, ale mnie rozdzwonił się telefon, a do niego podbiegły fanki, prosząc o zdjęcie i autograf. Zatrzymałam się, pokazując mu, że i tak mam telefon, więc mógł spokojnie robić swoje.

Dzwonił Marco. Zdziwiło mnie, że tak od razu po moim wylądowaniu, ale może chciał, żebym wzięła już Mari.

-Halo? –zaczęłam spokojnie, jednak on prawie wszedł mi w słowo.
-Wylądowałaś już? –zapytał rzeczowo. Był naprawdę zdenerwowany, a jego oddech nierówny. Trochę ciężko łapał powietrze.
-Tak, właśnie Mario po mnie..
-Marisa jest w szpitalu –znów mi przerwał, a ja stanęłam jak wryta. Przez chwilę myślałam, że stracę przytomność. Moje maleństwo. Nie znowu. Co mi przyszło do głowy, żeby wyjeżdżać i zostawiać ją pod opieką Marco? Mogłam przewidzieć, że to tak się skończy.
-Jak to się stało? Co jej jest?
-Nic nie wiem, właśnie podjeżdżam pod oddział ratunkowy.
-Jak nie wiesz? Ona jest w szpitalu a ty nie? Z kim była?
-Ze Scarlett. Powinnaś przyjechać.

Puściłam walizkę, wyszarpnęłam z ręki Mario kluczyki i ruszyłam biegiem na parking przed lotniskiem. Nie oglądałam się za siebie, zlokalizowałam samochód Mario i wsiadłam do niego biegiem.

-Będę jak najszybciej –rzuciłam zdenerwowana do słuchawki i rozłączyłam się, nie czekając na jego odpowiedź. Rzuciłam telefon na siedzenie z boku. Prawie z piskiem opon ruszyłam spod lotniska i przekraczając prędkość, ruszyłam w stronę dortmundzkiego szpitala. Całą drogę nie myślałam zupełnie nic. Miałam pustkę w głowie, adrenalina buzowała w żyłach, najważniejsze było dla mnie dojechać za wszelką cenę do tego przeklętego szpitala i utulić moją małą dziewczynkę.
Na ulicy trąbiły na mnie dziesiątki samochodów, ale zupełnie to olałam. Czerwone światło? Nie znam. Zaparkowałam na parkingu pod szpitalem i biegiem ruszyłam do wejścia. Recepcja akurat była pusta, trzasnęłam o blat wysokiego biurka, wyhamowując bieg.

-Tutaj jest moja córka, Marisa Reus. Proszę mi powiedzieć gdzie się znajduje i w jakim jest stanie.
-Ach, ta mała dziewczynka –podniosła głowę wyżej kobieta, przyglądając mi się. –Miała silną reakcję alergiczną i problemy oddechowe. Zawieziono ją do sali siedemnaście na oddziale dziecięcym.
-Gdzie to? –zapytałam. Pieprzone orzechy. Jedno, jedyne na czerwono na pieprzonej kartce. Moja biedna córeczka. Nie siliłam się nawet na uprzejmość. Ból i wściekłość opanowały całe moje ciało. Podążyłam za wskazówkami recepcjonistki i przeszłam korytarzami, a potem wjechałam na drugie piętro. Wyszłam i rozejrzałam się dookoła. Drzwi sal zaczynały się od numeru dziesięć. Musiałam zakręcić w korytarz na lewo, a tam zobaczyłam już stojących i rozmawiających Scarlett i Marco. Ruszyłam szybkim okiem w ich stronę, a w moim gardle aż się paliło ze wściekłości. Ona. Ona doprowadziła do tego, że moja córka tu leżała z problemami w oddychaniu. I przez niego, bo powierzył tej laleczce opiekę nad dzieckiem!

-Ty pieprzona suko, jak mogłaś to zrobić mojemu dziecku! –rzuciłam się na nią, popychając ją na ścianę korytarza.
-Rosalie –upomniał mnie Marco, kładąc dłoń na moim barku. Normalnie rozkoszowałabym się jego dotykiem, teraz miałam ochotę poodcinać te wszystkie palce. Strzepnęłam jego rękę jak poparzona.
-A ty też się zamknij. Jak można być tak nieodpowiedzialnym i zostawić dziecko! Prosiłam cię tylko o jedno, kurwa, jedno. Nie dawać jej orzechów. Przez całe dwadzieścia cztery godziny! Szkoda, że nie wpadło mi na myśl, a bym dopisała, żeby nie oddawać córki w ręce tej ździry! Boże! Jak ja bardzo ciebie nienawidzę!  -krzyczałam, patrząc raz na jedno, raz na drugie. Byłam w furii. Musiałam ją wyładować, bo za żadne skarby bym się nie uspokoiła.
-Marco musiał wyjechać, a miała przyjść kurator sprawdzić jak się nią zajmujemy. Dałam jej tylko jedno ciasto orzechowe. Byłyśmy na spacerze i zobaczyła je w cukierni –usprawiedliwiła się. Bo to coś kurwa usprawiedliwiało.
-Powiedz mi. Powiedz, bo nie wytrzymam. Czy nie uważasz, że ciasto orzechowe ma coś wspólnego z orzechami? No powiedz!
-Marisa chciała. Zapytałam ją, czy może, a ona powiedziała, że tak..
-Czy ty siebie słyszysz? –zaśmiałam się z irytacji. Co za debilka! –Dziecko, półtora roku, które ledwo co zaczęło mówić, mówi ci, że może zjeść ciasto orzechowe. Bo chciało! A ja chcę, żebyś odpierdoliła się ode mnie, od mojej córki, męża, od wszystkich ludzi, których znam, masz zniknąć i nie pokazywać mi się nigdy w życiu na oczy. I nie zbliżaj się nawet na kilometr, słyszysz?! No odpowiadaj!
-Rosalie, to moja wina…-zaczął Marco, ale odsunęłam się od niego.
-Oczywiście, że twoja wina! Nigdy, nigdy, przenigdy nie popełnię tego błędu, próbując ci zaufać! A ty? –odwróciłam się do tej pieprzonej, tlenionej blondynki. Jeśli ona stąd nie wyjdzie, to ja ją wypchnę przez okno. Może drugie piętro wystarczy.
-Przestań, Rose – Marco złapał mnie obiema dłońmi za ramiona i mocno ścisnął. Użyłam całej swojej siły, chcąc się wyrwać, ale na nic to się zdało. Był silniejszy. Odwrócił mnie do siebie tak, że nie widziałam tej wywłoki. Dobrze dla niej, ale to tylko kwestia czasu. Spojrzał mi prosto w oczy, też był zdenerwowany. –Uspokój się, bo nasza córka śpi za tymi drzwiami i potrzebuje twojej obecności przy niej. Nie cofniemy czasu, chociaż przysięgam, oddałbym wszystko, co mam, żeby to zrobić. Ale nie mogę. Więc idź do niej, bo ona ciebie potrzebuje –wycedził przez zęby i mocniej wpił się palcami w moje ramiona. Aż mnie zabolały. To dobrze. Potrzebowałam jakiegokolwiek bodźca innego od złości.
Teraz przyszedł czas na ból. Wzięłam oddech, a piłkarz powoli mnie puścił, upewniając się, że jego słowa do mnie trafiły. Wyminęłam go, starając się już nie patrzeć w stronę Scarlett. Nacisnęłam na klamkę i po cichu weszłam do sali. Było w niej tylko jedno łóżeczko. Ten widok sprawił, że pękło mi serce tak mocno, że nie byłam w stanie zaczerpnąć oddechu. Jak duch podeszłam do szpitalnego łóżeczka. Cała blada, sunęłam gdzieś w powietrzu, bo nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Leżała tam moja córeczka pogrążona we śnie. Jej buźka była cała spuchnięta, podobnie rączki i nóżki. W dodatku zaczerwienienia. Zaciskałam wargi zębami, żeby się nie rozpłakać. Poczułam aż metaliczny smak krwi na języku, ale to było nieważne. W jej rączkę był wbity wenflon, zaklejony plastrem. Podpięta do niego była kroplówka. Pewnie musiało to ją tak boleć.. Przy nosku miała rurkę z tlenem, która pomagała jej oddychać. Nigdy nie przypuszczałam, że zobaczę swoje dziecko w takim stanie. Chciałam to wszystko przejąć na siebie. Podniosłam jej rączkę, w której nie było wenflonu i przyłożyłam ją sobie do policzka. Pocałowałam jej małe paluszki, a potem znów wtuliłam się w jej dłoń. 

-Mamusia już jest.. –szepnęłam cichutko, żeby jej nie rozbudzić. –Bardzo cię kocham. Tak bardzo cię kocham. Przepraszam słoneczko, to wszystko moja wina.. 

Na plecach poczułam dotyk dłoni Marco. Po moim ciele przeszedł dreszcz. Nie odwracałam się do niego. Nie byłam w stanie. Wpatrywałam się w moją córeczkę cały czas. Tak bardzo chciało mi się płakać, ale nie mogłam. Nie mogłam, obiecałam jej, że nie będę. Odłożyłam jej rączkę i położyłam koło niej jej misia, który leżał w nogach łóżka. Przeczesałam jej krótkie, pofalowane, blond włoski i nachyliłam się, żeby pocałować ją w brzuszek. Wstałam na chwiejnych nogach i podeszłam do okna. Spojrzałam na wieczorny widok miasta, podtrzymując się parapetu. I patrzyłam. I patrzyłam. Nie byłam w stanie robić niczego innego. 

-Dali jej silne leki, które jej pomogą. Znieczuliły ból, więc nie cierpi, będzie spała mocno całą noc, a rano już będzie dużo lepiej.
Usłyszałam głos gdzieś w pomieszczeniu. Nie potrafiłam go zlokalizować. Utraciłam wszystkie zmysły. Byłam jak sparaliżowana. Strachem, bólem, złością, zmęczeniem, miłością… Patrzyłam dalej. Nie byłam w stanie nawet ruszyć ręką. 

-Rosalie –ponownie usłyszałam ten sam głos. Mrugnęłam oczami pierwszy raz od dłuższej chwili. Całe mnie piekły. Zauważyłam jednak, że Marco stoi tuż koło mnie, tak jak ja opierając się o parapet, tylko bokiem, patrząc czujnie na mnie. –Ona wyzdrowieje. Nie bój się…

Nie ruszyłam się. W głowie miałam pustkę. Może stała tam tylko skóra i kości, a ja gdzieś w kącie umarłam? Tak bardzo się bałam. Chociaż sytuacja była opanowana, dla mnie nie powinna mieć miejsca. Nie powinnam tu stać, a Marco nie powinien zdejmować moich dłoni z parapetu i nie próbować mnie objąć.
Wzięłam głośny haust powietrza, jakbym wypłynęła spod wody, która mnie topiła. Zacisnęłam mocno zęby i próbowałam odepchnąć się dłońmi, ale nie dałam rady. Byłam zbyt słaba.
Marco położył jedną dłoń na dole moich pleców, drugą na szyi, przyciągając z całej siły do siebie. Po chwili zmienił trochę pozycję, oplótł mnie rękę, drugą z szyi przeniósł na głowę i zaczął mnie uspokajająco głaskać. Zacisnęłam mocniej zęby, stałam poza tym jak obezwładniona i nie umiałam wykonać najmniejszego ruchu. 

-Nie musisz być już silna. Płacz, kochanie –szepnął do mojego ucha, nie przestając mnie głaskać. Twarz miałam przyciśniętą do jego piersi, ale nie potrafiłam nawet zamknąć oczu, sam oddech przychodził z trudem. –Jesteś najsilniejszą kobietą jaką znam. Ale łzy nie są oznaką słabości. One też oczyszczają.
-Nie mogę –powiedziałam szeptem. Moje oczy wysychały, ale pewnie gdybym je zacisnęła, wypłynęłyby z nich łzy jak grochy. –Płakałam całą ciążę do ostatnich chwil, płakałam kiedy dostałam ją na ręce, ale wtedy obiecałam jej, że już więcej tego nie zrobię. Nie mogę.
-Możesz –odpowiedział, ściskając mnie coraz mocniej. –To już jest nieważne. Ja jej obiecałem, że się wami zaopiekuję. Niczego bardziej nie pragnę, niż dotrzymać tej obietnicy. Więc płacz, proszę, płacz…

Coś się we mnie złamało. Pękło z ogromnym hukiem.. A może się scaliło? Nie byłam pewna. Wstrząsnął mną całą szloch. Puściłam zęby, zamknęłam oczy i zaczęłam płakać. Głośno, histerycznie, co chwila byłam targana kolejnymi napadami płaczu. Bo byłam przerażona, bo byłam smutna, bo byłam wściekła, bo kochałam, bo nie mogłam nic zrobić, żeby moja córeczka wyzdrowiała, bo byłam zawiedziona i skrzywdzona. I dlatego płakałam. Gorzko, głośno, wciąż i wciąż. Tulona przez mężczyznę, którego darzyłam tak silnymi uczuciami. Których się bałam, do których miałam wątpliwości. Dlatego też płakałam. 

-Ona jest tu przeze mnie.. Wszystko jest nie tak… -mówiłam między kolejnymi napadami płaczu. Cała drżałam, ale nie było zimno. Tak dawno nie płakałam..  –Jestem złą matką, popełniłam tyle błędów.. Może mogłam wrócić wcześniej, gdy była młodsza, może nie jechać wczoraj do Liverpoolu…
-Nie zadręczaj się –powiedział spokojnie i zaczął mną delikatnie kołysać. –Ja też nie jestem bez winy. Nie sprawiłem, żebyś mi ufała, gdy odchodziłaś, byłem cholernie głupi i nieodpowiedzialny, przestałem o ciebie walczyć, chociaż ci to obiecałem. Po twoim powrocie było wszystko po kolei nie tak.. Boże, jestem tak beznadziejny.. Miałem sprawę u durnego menagera, bo media zwęszyły to, że mam dziecko i mają jakieś zdjęcia.. Zamiast to załatwić przez telefon, pojechałem osobiście, bo..bo jestem palantem. To moja wina, bo zostawiłem kartki w salonie ale nie pokazałem ich Scarlett.
-I tak jest zdzirowatą suką –nie mogłam pohamować tych słów. Wypłynęły same zupełnie niekontrolowanie. Poczułam jak klatka piersiowa Marco drży pod moją głową od śmiechu. Pocałował mnie w czubek głowy, a ja znów się rozpłakałam. -Zawaliliśmy… Oboje. Nie może się to powtórzyć.. –szepnęłam cicho. Łzy się nie kończyły. Zbyt długo dusiłam je w sobie. Płakałam przez całą tęsknotę za jego dotykiem, obecnością przy mnie. Ale teraz ściskał mnie aż do bólu, ale potrzebowałam tego. Za każdy dzień ciąży, gdzie bałam się każdej nadchodzącej sekundy. Za każdy dzień od urodzenia dziecka, kiedy powinien przy nas być, mówić, że dziękuje mi za piękną córkę i że nas kocha. Nie musiał nawet tego mówić. Powinien tam być. Być i przytulać jak robił to teraz. Zagryzłam zęby na mokrym materiale koszulki, niechcący lekko przygryzając jego skórę. Wciągnął ostro powietrze i ścisnął mnie mocniej w talii. Zacisnęłam pięści na jego koszulce na plecach. Wreszcie mogłam się ruszyć. Miał rację mówiąc, że płacz oczyszcza. Tyle razy chciałam płakać, a nie mogłam. Nie chciałam łamać obietnicy. Ale teraz było inaczej. Płakałam w jego objęciach. To najlepsze łamanie obietnicy, jakie w życiu mi przyszło. 

Staliśmy tak kilkanaście minut. Dopóki nie słończyły się mi łzy. Jego szary t-shirt pod moją głową był cały mokry, ale żadne z nas się tym nie przejmowało. On pierwszy wykonał ruch. Wyplątał dłoń z moich włosów i położył ją na mojej brodzie. Delikatnie podniósł ją do góry tak, że nasze spojrzenia się spotkały. Wreszcie widziałam jego. Jego całego. Pełnego skrzywdzenia, smutku, żalu, udręki, nadziei.. Ta ostatnia była taka wielka. Przesunął dłoń na mój policzek i wytarł z niego wszystkie łzy, które nie zostały wchłonięte przez koszulkę. Zaczęłam powoli łapać oddech przez usta. Skupiłam się na dotyku jego dłoni i zamknęłam powieki, rezygnując chwilowo z wpatrywania się w jego piękną twarz. Piękną, bez żadnych masek. I przestałam łapać powietrze, kiedy poczułam dotyk jego ust na swoich. Jego pieszczota była tak delikatna jak skrzydła motyla. Ten pocałunek smakował moimi łzami. Był taki przytłaczający. Chociaż był piękny i czuły, nie miałam kompletnie pojęcia co on właściwie wnosił, ani nie miałam sił na interpretację tego gestu.
Pierwszy odsunął się ode mnie, a moje wargi wciąż pozostały rozchylone. Odszedł krok do tyłu, przez co musiałam otworzyć oczy. Nie rozumiałam tego ruchu.

-Przepraszam –szepnął. Tego też nie rozumiałam. Spojrzałam w jego niepewne oczy i uśmiechnęłam się lekko.
-Kiedyś powiedziałeś mi, że za pocałunki nigdy mnie nie przeprosisz..-odpowiedziałam. Nie minęło pół sekundy, a zaatakował nachalnie moje wargi swoimi w kolejnym pocałunku pełnym żaru, namiętności i oddania. Westchnęłam cicho, poddając się temu. Zaczęłam przesuwać jedną dłoń z jego pleców przez umięśniony brzuch, klatkę piersiową, aż w końcu owinęłam jego szyję i wplotłam palce w jego miękkie włosy. Z jego ust wydostał się jęk, nie zwracał uwagi na otaczającą go rzeczywistość, ani ja. Straciłam głowę i naprawdę było dobrze. Nasze języki walczyły na przemian w ognistym tańcu, póki nie skończył się nam oddech. Na sam koniec złożył na moich ustach trzy czułe pocałunki, raz za razem i odsunął się, chociaż robił to naprawdę niechętnie. Spojrzałam mu w oczy spod przymrużonych powiek. Uśmiechnął się lekko i oblizał usta. Zacisnął je. Nie przeprosił. Położył policzek na mojej głowie i ponownie przytulił do siebie. Słyszałam jedynie nasze głębokie oddechy. Moje serce mocno przyspieszyło. Myślałam, że to minęło, że dwa lata rozłąki jakoś ochłodzą stosunki między nami.. Gdyby nie sytuacja, w której się znaleźliśmy to podobnie jak to się stało w jego mieszkaniu, prawdopodobnie wylądowalibyśmy w łóżku. Naprawdę oboje musieliśmy się przed tym mocno powstrzymywać. 

Drzwi się otworzyły, a do pokoju weszła pielęgniarka. Trochę się wystraszyłam i drgnęłam w jego uścisku, ale on mnie jeszcze mocno do siebie przycisnął, nawet nie mogłam dokładnie jej się przyjrzeć. Poruszyłam się lekko, żeby choć trochę oswobodzić się z jego stalowego uścisku.
-Dobry wieczór państwu –powiedziała ciepło –Ja tylko sprawdzę kroplówkę –oświadczyła i obeszła łóżko śpiącej Mari. Obejrzała poziom przezroczystej substancji w butelce i zanotowała coś w karcie.
-Przyjdzie jeszcze lekarz? –zapytałam mocno zachrypniętym głosem. Odwróciłam się tyłem do Marco i oparłam o jego tors. Nie puściłby mnie inaczej.
-Przyjdzie z rana. Teraz sytuacja jest opanowana, państwa córka dostała leki, one działają też trochę nasennie, więc możecie państwo też ze spokojem przespać całą noc. Zaczerwienienia też powoli schodzą, więc wszystko będzie dobrze –zapewniła, spoglądając na małą. Przeniosła wzrok na nas i uśmiechnęła się nieznacznie. –Proszę się położyć i spróbować zasnąć. Tu jest rozkładana kanapa, prześcieradło i koc, jakbyście państwo chcieli. Oboje jesteście zmęczeni, więc możecie na spokojnie się położyć. Wiem co to znaczy małe dziecko w domu, więc korzystajcie ze snu, póki możecie.
-Dziękujemy bardzo. Tak zrobimy –odpowiedział za mnie Marco. Kiwnęłam głową w geście podziękowania. Pielęgniarka wyszła. Położyłam dłoń na jego splecionych na moim brzuchu i delikatnie je rozdzieliłam. Musiałam na chwilę odetchnąć. Jego nigdy nie było za dużo, ale teraz potrzebowałam chociaż mieć zdolność racjonalnego myślenia.  
Nie oglądając się za siebie, poszłam do łóżeczka z moim śpiącym aniołkiem. Wolną rączką ściskała swojego misia za nogę. Uśmiechnęłam się. Byli nierozłączni. Patrzyłam na nią i nie mogłam się nadziwić, jaka była piękna. Delikatny nosek, blond włoski, które ostatnio zaczęły trochę ciemnieć. Małe uszka. Jej oczy zaczęły ostatnio nabierać zielonych tonów, dokładnie takich, jakie miał Marco. Córeczka tatusia. Przypomniało mi się, jak próbowałam mu wmówić, że to nie jego dziecko. Nie wyprze się jej nawet, podobieństwo widać z daleka. 

-Rosie –szepnął Marco, stając za mną. Odwróciłam głowę. Rozłożył już szpitalną wersalkę dla rodziców i położył na niej białe prześcieradło, które bardziej przypominało jakąś szmatkę. Były też dwie poduszki, więc nie było źle. –Połóż się. To był długi dzień.
-Popilnuję jej. Ty się połóż. Masz zmęczone oczy –uśmiechnęłam się lekko. Naprawdę był padnięty.
-Położę się jak ty się położysz. Ty masz za to przekrwione białka. Nie chcę się z tobą kłócić, więc zrób to, o co cię proszę –powiedział z przejęciem i wyciągnął do mnie rękę. Kiwnęłam głową i rzuciłam ostatnie spojrzenie na moją córeczkę. Miałam nadzieję, że jak zobaczę ją rano, wszystko już będzie dobrze.
-Ja położę się z brzegu, bo mam czujny sen. Jak ona się obudzi to ja też –oznajmiłam. Marco spojrzał się na mnie jak na kosmitkę, a ja się zaśmiałam cicho. Już tak mam. Od dawna nie spałam tak, żeby nie słyszeć, co dzieje się dookoła.
-W porządku –stwierdził ostatecznie. Bezceremonialnie zdjął swoje spodenki i trampki. Odwróciłam głowę, chociaż tak naprawdę widziałam dużo więcej niż on w koszulce i bokserkach. Kiedy słyszałam, że kładzie się na łóżku, zdjęłam swoje baleriny i usiadłam na jego brzegu. Spojrzałam na salkę szpitalną. Okna były niepozasłaniane, więc pewnie jak tylko wstanie słońce się obudzimy. Ale to dobrze. Teraz był dopiero wczesny wieczór, a i tak byłam gotowa, żeby iść spać. Spojrzałam przez ramię, żeby zlokalizować poduszkę. Była blisko tej, na której leżał blondyn. Chwyciłam ją i przeciągnęłam na sam brzeg łóżka, żeby chociaż odrobinę się od niego zdystansować. Nie zniosłabym leżenia tak blisko siebie, a co dopiero jego dotyku. Było tyle spraw.. Nie mogliśmy tak po prostu być ze sobą jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Położyłam się i objęłam obiema rękoma poduszkę. Marco przykrył mnie cieniutką kołdrą, która bardziej przypominała drugie prześcieradło albo jakiś koc.
-A ty? –zapytałam, nie odwracając się do niego. Chyba nie dałabym rady znieść tego widoku.
-Dobranoc, Rosalie –szepnął. Uśmiechnęłam się i zamknęłam powieki. Kręciłam się jeszcze po łóżku, nie potrafiąc znaleźć dobrej pozycji do zaśnięcia. Spódnica niemiłosiernie wpijała mi się gumką w brzuch. Chyba przed zaśnięciem wymamrotałam nieprzytomne obelgi w jej stronę. A może tylko o nich pomyślałam. Cudem zasnęłam po dniu pełnym tak wielu emocji. Czekałam, aż Jürgen przyleci do Dortmundu i zapanuje spokój, miłość, harmonia i szczęście. Zawsze ich dom wprowadzał taką aurę, więc liczyłam, że teraz ta aura opanuje miasto. Z wykluczeniem tej zdzirowatej wywłoki.



***


Kiedy zaczęłam budzić się rano, pierwsze co poczułam to otaczające mnie ciepło. Wszędzie. Byłam wtulona w poduszkę.. Nie. Byłam wtulona w Marco. Leżałam na nim, oplatając go szczelnie rękoma, moje nogi oplatały jego. W dodatku na udzie czułam naprawdę jego mocną erekcję. O Boże. On naprawdę był nieźle podniecony. Odskoczyłam od niego jak poparzona, przez taki szybki ruch zakręciło mi się jednak w głowie. Od razu poczułam dłonie Marco przytrzymujące moje plecy. 

-Hej, spokojnie –usłyszałam jego zachrypnięty głos. W ogóle nie przejmował się swoim problemem i nic sobie z tego nie robił. Przycisnął mnie bardziej do siebie, a ja aż wciągnęłam głośno powietrze. Może powinnam zacząć przyjmować zakłady ile wytrzymamy zanim trafimy do łóżka.
-Zakręciło mi się w głowie –wytłumaczyłam i podparłam się na dłoniach po obu stronach jego głowy. Ledwo otworzyłam oczy, a zobaczyłam jego, na wprost moich. Jasne, mieniące się na zieleń i błękit. Były takie radosne i roześmiane. Doskonale wiedział, co poczułam i chciał mnie chyba tym podręczyć. Bezczelny. Usłyszałam śmiech mojej córeczki. Odwróciłam głowę i uśmiechnęłam się szeroko. Jednocześnie moje policzki przybrały kolor purpury. Koło jej łóżeczka siedzieli Mario i Ann i zabawiali ją. Marisa siedziała trzymając misia pokazywała, gdzie Mario ma położyć następny kawałek układanki w jej łóżeczku. 

-Dzień dobry! –przywitała się śpiewnie Ann-Kathrin, a jej spojrzenie mówiło więcej niż tysiąc słów.
-Dzień dobry –odpowiedziałam i podniosłam się z łóżka. Nie miałam spódnicy. A niech to, zdjął ją? Na mojej twarzy malował się szok. Od razu ściągnęłam kołdrę z łóżka, ale natychmiast tego pożałowałam, widząc wypukłość w jego bokserkach. Co za poranek!
Zakryłam nas z powrotem. Marco zaczął się śmiać jak idiota. Wtórował mu Mario, Ann uśmiechnęła się szeroko i zajęła się ponownym zabawianiem Marisy.
Blondyn sięgnął nad głowę po moją spódnicę i podał mi ją z uśmiechem wymalowanym na twarzy.
-Tylko pogarszasz swoją sytuację, Reus –mruknęłam. Podniosłam się na czworakach, żeby już się o niego przestać ocierać i założyć spódnicę. Wyskoczyłam z łóżka. Włożyłam moje balerinki i podeszłam do córki.  –Dzień dobry, mój skarbeńku. Co ty tu układasz z wujkiem i ciocią? Masz nowe układanki?
-Tak! –uśmiechnęła się szeroko. Była taka radosna. Czerwone plamy już były prawie niewidoczne, a buźka była już o wiele mniej spuchnięta.
-Był lekarz?
-Tak, ale spałaś jak zabita. Kroplówka się skończy za godzinę i ją wyjmą. Potem zostanie do jutra na obserwacji.
-I ja cały czas spałam? –zdziwiłam się. Pogłaskałam Isę po policzku. –No, gdzie jest pociąg, co? –zapytałam, widząc, że ma puzzla z lokomotywą.
-Między tatusiem a mamusią i to ostry –rzucił, śmiejąc się Mario i odszedł na bok, żeby nie zwracać na siebie uwagi Marisy i po prostu się śmiał. Nam wszystkim poprawiło to humor. Mario był tu potrzebny. Musiałam go przeprosić za kradzież samochodu i zapewne kilka mandatów z fotoradarów.
-Cały czas jak zabita –odpowiedziała na moje wcześniejsze pytanie Ann. - Jak weszliśmy to już tak leżałaś, potem jak lekarz przyszedł i głośno mówił też. Nawet śmiechy Marisy cię nie ruszyły.
-Pierwszy raz tak mi się zdarzyło zasnąć. Przepraszam, mogliście mnie obudzić.
-Ważne, że się wyspałaś. Nic złego się nie stało Marisie, dajemy radę –uśmiechnęła się ciepło. Przytuliła mnie do siebie, kładąc głowę na moim ramieniu. –Chyba ostro musiało się wyprawiać tej nocy, hmm?
Odskoczyłam od przyjaciółki. Znów cała zarumieniona. Nie malowałam się poza rzęsami, więc pewnie było widać czerwień moich policzków. Rzęsy! Musiałam być typową pandą. Tyle płakałam, potem jeszcze przykładałam twarz do poduszki i możliwe, że do Marco też..
-Zajmiecie się nią jeszcze? Chciałabym pójść do łazienki.
-Nigdzie się nie ruszamy –oznajmił Mario. –No, chyba, że na korytarz. Chodź tu, rudy.
Kiwnął do Marco gestem ręki, żeby wyszedł z nim przed salę. Marco siedział już całkowicie ubrany na łóżku z trochę nierówno ułożonymi włosami. Miałam nadzieję, że to przez spanie a nie przeze mnie. Poprawił spodnie i wyszedł, nawet się na mnie nie oglądając. Chciałam, żeby się na mnie oglądał? Co się ze mną działo...

Upewniając się, że ciocia Ann poradzi sobie z zabawianiem, wyszłam przed salę w poszukiwaniu łazienki. Mario coś mówił do Marco, ale stali na tyle daleko, że nie mogłam usłyszeć ani słowa z tej rozmowy. Usłyszałam jedynie śmiech Marco, który trafił prosto do mojego serca. Obejrzał się na mnie, w jego oczach mieniły się radosne iskierki. Uśmiechnęłam się od razu. Popatrzył na mnie chwilę. Jego klatka piersiowa uniosła się i opadła przez głęboki oddech. Mrugnął do mnie i wskazał palcem na drugi koniec korytarza. Pewnie toaleta. Kiwnęłam głową, mówiąc mu nieme „dziękuję”.
Stojąc przed lustrem byłam zaskoczona. Rzęsy były jak po demakijażu, jedynie trochę czarnego zebrało się pod oczami. Musiałam wszystko wypłakać w jego koszulkę. Musi wyprać, bo całkiem dobrze w niej wygląda. Przemyłam całą twarz i mokrymi palcami próbowałam ułożyć jakoś włosy, żeby nie wyglądać jak chochoł. 

Kiedy wróciłam do pokoju po prostu się rozpłynęłam. Marco siedział koło łóżka Marisy i karmił ją kaszką malinową dla dzieci. Mari grzecznie wszystko zjadała i otwierała buźkę po jeszcze. Kiedy jego ręka z kolejną porcją się zbliżała, ona kładła swoje rączki na jego dłoni, żeby szybciej dał jej jeść. Obserwowałam ich dłuższy czas, podobnie Ann. Mario siedział na parapecie i uśmiechał się szeroko na widok Marco i mnie, wpatrzonej w niego. Wyciągnął telefon i ukradkiem zrobił im kilka zdjęć. 

-Smakuje kaszka? –uśmiechnęłam się, podchodząc do nich. Marco przesunął się, trochę dystansując się ode mnie. Ale możliwe, że tak powinno być? Marisa pokręciła przecząco głową. Też uważałam, że tak nie powinno być. A nie, jej po prostu nie smakowała kaszka. No dobra.
-Szpitalne jedzenie nie jest najlepsze. A ta kaszka nie smakuje niczym –westchnął Marco, ale nałożył kolejną porcję, a moja dzielna, mała pacjentka wszystko grzecznie zjadła.

Godzinę później Mario i Ann już nas zostawili. Marco próbował mnie wygonić do szpitalnego baru, żebym coś zjadła, ale tym razem się nie ugięłam. Jedzenie to było ostatnie, co przychodziło mi do głowy. Opuściłam barierki łóżeczka Mari i usiadłam na fotelu obok, żeby przeczytać jej nową książkę o Czerwonym Kapturku od wujka i cioci. Przywieźli ze sobą w siatce kilka prezentów. Już się zastanawiałam, gdzie to wszystko będę chować. Marco załatwił sobie drugi fotel z pokoju pielęgniarek. Urok osobisty. Ustawił go koło mojego, żeby mógł obserwować malutką i udając złego wilka gilgotać jej malutką stópkę. Jej śmiech był bezcenny i leczył każde smutki. Pod koniec historii, kiedy przyszedł pan myśliwy, rozdzwonił się jego telefon. Przerwałam czytanie i automatycznie spojrzałam na wyświetlacz. „Mama”. No cóż, panie myśliwy. Może odstrzeli pan babcię zamiast wilka, hmm? Marco popatrzył chwilę na ekran, jakby zastanawiając się, co ma zrobić. Chyba moje spojrzenia aż krzyczało „nie odbieraj!”. Zauważył je, ale odebrał.

-Cześć mamo, nie mogę teraz zbytnio rozmawiać, jestem u Mario. Coś się stało?
Kłamstwo nie jest najlepszym rozwiązaniem, ale w tym wypadku, lepsze nie istnieje. Uśmiechnęłam się, napotykając jego spojrzenie. Kiwnęłam głowę w podziękowaniu i wróciłam do czytania bajki. Dalej odpowiadał tylko krótkie „tak” albo „nie”. Nie zniosłabym tej kobiety w szpitalu, która zarzuciłaby mi w tych okolicznościach praktycznie całe zło świata.
Niedługo po skończeniu książeczki przyszła do nas siostra, która miała zdjąć kroplówkę. Uśmiechnęła się szeroko do Marco, a jej oczy pojaśniały. Odwróciłam głowę w drugą stronę. Miałam wrażenie, że Marco zaśmiał się cicho. Myślał, że jestem zazdrosna? Wcale nie. 

-Niech państwo zagadają czymś małą, a ja szybko wyjmę. To nie będzie przyjemne, ale potrwa tylko chwilę –zapewniła. Marco usiadł na fotelu bliżej łóżeczka, który wcześniej ja zajmowałam. Chyba cała twarz mi zbielała. Kroplówki to był koszmar, kiedy byłam w ciąży ledwo je znosiłam. Dobrze wiedziałam, co to znaczy wbijanie i wyciąganie igieł. Nie życzyłam nikomu.. Dobra, może znalazłby się jeden wyjątek. –Niech pan też potrzyma mamę za rękę, bo widać, że to ona się bardziej boi niż dziecko –zaśmiała się pielęgniarka i zbliżyła swój stoliczek na kółkach, gdzie leżała tacka na zużyty wenflon i gaziki.
Spojrzałam odruchowo na moją dłoń. Po chwili pojawiła się przy niej druga, dobrze mi już znana. Ostrożnie nakrył nią moją, upewniając się, czy na pewno może. Wplótł delikatnie palce między moje i mocno ścisnął. Podniosłam głowę i uśmiechnęłam się do niego. Dawno tego nie czułam. Zwykłe złapanie za rękę.. Jeden gest, a ja zapominałam o reszcie świata.
-Wiesz skarbie, jak już stąd wyjdziemy to zabiorę ciebie i mamę na lody. Pewnie jeszcze nigdy nie jadłaś, ale naprawdę są pyszne. Oczywiście nie zjesz aż takich zimnych, ale koniecznie musisz ich posmakować-oświadczył. Marisa była wyraźnie zainteresowana ofertą.
-Teraz! –powiedziała ochoczo, podskakując na łóżku. Dobrze, że pielęgniarka jeszcze nic nie zrobiła. Mocniej ścisnęłam z nerwów dłoń Marco.
-Teraz jeszcze nie możemy. Ale obiecuję, że jak dostaniemy wypis od pana doktora, to pójdziemy. Lody są super. Twoja mama jest mistrzynią robienia lodów tacie.
Nie powiedział tego. Nie powiedział, prawda? Usłyszałam cichy chichot pielęgniarki. Odwrócił tym moją uwagę do stopnia, że nawet nie zanotowałam wyjmowania wenflonu. Może i potrzebowałam  tego bardziej niż nieprzejęta Marisa, ale w taki sposób?!
-Mam nadzieję, że niedługo znowu… -nie dokończył, bo zaczęłam się krztusić. Chciałam zbyt szybko przełknąć ślinę i powiedzieć mu, że ma nie kończyć, że sama nie dałam rady. Puściłam jego dłoń i uderzyłam nią, wierzchem swojej. Wstałam z krzesła i nie potrafiąc poradzić sobie z kaszlem poszłam do okna, oparłam się o parapet i umierałam. Za mną słyszałam donośny rechot Marisy, która jakby wiedziała dokładnie o co chodzi, miała zabawę w najlepsze. Pielęgniarka śpiewnym głosem rzuciła „do zobaczenia” i w akompaniamencie śmiechu i turkotu kółek wózka i stojaka na kroplówkę wyszła z naszego pokoju.
-Marco, tak nie można! –powiedziałam w końcu, kiedy złapałam oddech.
-Byłaś biała jak ściana..
-A teraz jestem czerwona jak burak! –odparowałam. Jego oczy były nawiedzone przez wesołe ogniki. Uśmiech malował się mu od ucha. –Boże… -westchnęłam. Marco zdziwił się na moją nagłą zmianę nastroju.
-Już jest dobrze, widzisz przecież –uspokoił mnie, spoglądając na Marisę, która zaczęła sama oglądać ilustracje książeczki, która jeszcze leżała w jej łóżku.
-Nie tylko o to chodzi… Ale tak, jest dobrze –uśmiechnęłam się, zbliżając do niego. Wstał z fotela, podwyższył szczebelki w łóżeczku Marisy, żeby nic się nie stało i pokonał resztę drogi nas dzielącej.
-Będzie lepiej–powiedział i objął mnie, przyciągając mocno do siebie. Położyłam głowę na jego sercu i oplotłam go dłońmi w pasie.
-My nie możemy się rozwieźć, Marco. Niezależnie od tego co było.. My po prostu nie możemy tego zrobić. Poczekajmy jeszcze z tą decyzją.
-Wiem kochanie. Mam ci tak dużo do powiedzenia..-szepnął mi do ucha. Jego dłoń zaczęła przesuwać się wolno w górę i dół moich pleców.
-Ja też. Myślisz, że jest..-zaczęłam, ale w porę ugryzłam się w język. A może i nie. To tylko podsyciło jego ciekawość. Pokręciłam przecząco głową na jego pytający wzrok. Czy jest jakaś szansa, żebyś mi wybaczył i żebyśmy znów byli razem. Nie pora na takie pytania ani wyznania. Musiałam to przemyśleć i on też. W ostatnim dniu wydarzyło się między nami o sto procent więcej niż przez cały czas odkąd przyjechałyśmy z Mari do Dortmundu. –Zostaniesz z Marisą? Pójdę do mieszkania i zrobię jakiś obiad dla niej i popakuję w pudełka. Nie będzie jeść szpitalnego żarcia.
-Dziękuję-odpowiedział. Nie zrozumiałam do końca tej odpowiedzi. –Że mi ufasz i pozwalasz z nią zostać.
-Przepraszam za to, co wczoraj powiedziałam, ale byłam wściekła. Nadal jestem wściekła. Za wczoraj i wiele innych rzeczy. Może miałeś rację, że łzy oczyszczają –uśmiechnęłam się delikatnie. Albo twoje pocałunki-dodałam w myślach. Musiałam to jeszcze sprawdzić. Powoli odsunął się ode mnie, bo Marisa zaczęła go wołać.
-Zrobiłem duże zakupy na dzień, kiedy Mari miała zostać u mnie. Może pójdź do naszego mieszkania i tam zrób obiad. Pudełka są tam gdzie zawsze –zaproponował i wyciągnął Marisę z łóżeczka. Ona dobrzała z każdą minutą. Może uda mi się jeszcze przekonać lekarza na powrót dzisiaj wieczorem? Marco miał wpływ na pielęgniarki, to ja nie mogłam na pana doktora? Nie zniosłabym kolejnej nocy w szpitalu. Tym bardziej, jeśli Marco też miałby zostać i znów budziłabym się (oby tylko) bez spódnicy.
-U mnie skończyła się kasza jaglana, a jest dobra dla alergików. Nie podrażni jej na sto procent.
-Ja mam. To jak? –uśmiechnął się. Posadził Mari na łóżku, na którym spaliśmy. Wyjął z kieszeni spodenek klucze do mieszkania. Rozpoznawałam po kształcie kluczy. Swoje klucze do jego domu miałam w walizce. Ciekawe, czy Mario zabrał ją z lotniska.. Wzięłam pęk kluczy od niego i nachyliłam się do Mari, żeby ucałować ją w główkę na chwilowe pożegnanie.  –Rosie? 

Obejrzałam się na Marco. Podawał mi jeszcze jedne klucze. Te też już znałam. Do jego nowego samochodu. Wzięłam je bez spierania się, bo dzięki temu szybciej będę w szpitalu z obiadem.
-Postaram się nie zarysować –zaśmiałam się i puściłam mu oczko. Odpowiedział na to ze śmiechem. –Astona sprzedałeś?
-Nie, czeka na specjalne okazje –odpowiedział szerokim uśmiechem i zajął się Marisą. Nawet nie spojrzał na mnie. Odetchnął ciężko, a ja wiedziałam już jakie „specjalne okazje” przyszły mu na myśl.
-Będę jak najszybciej. Bawcie się dobrze.

Nim wyszłam z pokoju obezwładnił mnie jego szczery uśmiech i ciepłe spojrzenie. Nie zasługiwałam na to. Nie zamknęłam drzwi do końca, zostawiłam uchylone. Stanęłam w nich i patrzyłam jak Marco odwraca się na pięcie i podchodzi do łóżeczka naszej córeczki. Wyciągnął ją z łóżeczka, objął i ucałował w policzki i nosek. Powiedział coś do niej, a ona się zaśmiała i objęła go za szyję. Wtulił głowę w jej małe ramię i pocałował w nie. Moje oczy zaszły łzami. Tak bardzo się bałam jak na nią zareaguje, czy ją polubi.. Tymczasem.. Nie musiałam się bać, że będzie jak mój ojciec. On nigdy nim nie będzie. A Marisa będzie z nim bezpieczna. Nie poroniłam, ona żyje i jest zdrową, szczęśliwą dziewczynką. Wyjdzie szybko ze szpitala i znów będzie zrywać kwiatki na polanie, a ja zaplotę z nich wianek i założę go na jej blond główkę. Moja dotychczasowa codzienność była strasznie zakrzywiona. To, czego całe życie się spodziewałam, niczego innego… Tego nie było. I nie było na to żadnego miejsca, to się niczego nie trzymało. Nie miało prawa się ponownie wydarzyć. Marco obiecał Marisie, że się nami zaopiekuje. A ja postanowiłam w to uwierzyć i puścić w niepamięć moje demony. 


***


Od czasu przyjazdu do Dortmundu drugi raz stanęłam w progu jego mieszkania. Naszego mieszkania. Tym razem bez stresu. Odłożyłam kluczyki na komodę i przekręciłam za sobą zamek do drzwi. Zdjęłam baleriny i przeszłam się powoli, rozglądając uważnie. Nic się tu nie zmieniło od czasu mojego odejścia. Zniknęły jedynie z półek salonu nasze wspólne zdjęcia. Trochę zakuło mnie w sercu, jednak przecież mogłam się tego spodziewać. Zostawiłam to i przeszłam do aneksu. Otworzyłam lodówkę i aż pokiwałam głową z uznaniem, widząc ją po brzegi wypełnioną rozmaitymi produktami. W górnej szafce znalazłam kaszę. Nie pozmieniał ustawienia rzeczy w szafkach na to, zanim się pojawiłam, więc mogłam swobodnie poruszać się po kuchni i szybko przygotować posiłek. Znalazłam pilot do telewizora na kuchennym blacie, więc go włączyłam, ustawiając muzyczną stację, żeby piosenkami zagłuszyć nadmiar myśli. Telefon położyłam na widoku, w razie gdyby Marco potrzebował mojej pomocy. Sama też nie mogłam przestać przygotowywać posiłku i tak po prostu stanąć w miejscu, bo bym zaczęła wariować. Kusiło mnie, żeby pójść na górę do naszej sypialni i pokoju gościnnego, ale to już w ogóle by mnie złamało. Cały czas pamiętałam moją pierwszą noc tutaj i to jak zasnęłam na wodnym łóżku, marząc we śnie o nagim Reusie. Później poranek, gdy był świadkiem moich jęków, przyspieszonego oddechu i powtarzaniem jego imienia. Kiedy dał mi swoją za dużą koszulkę, a ja zapytałam się, czy jako ostatni wchodzi na boisko przez numer jaki ma. Potem musiałam osłonić brzuch, żeby mógł delikatnie posmarować mój tatuaż z niewielką czarno-szaro-błękitną ważką. Teraz otaczały ją przepiękne kwiaty i zboża. Tak jak otaczał cały mój umysł, całe serce..
Nie byłam w stanie czekać, aż kasza wreszcie się ugotuje, tak samo warzywa, więc postanowiłam też przyrządzić obiad dla Marco. Nic nie jadł, a powinien, bo schudł, odkąd go widziałam. Jego policzki trochę się zapadły. Może chociaż naleśniki to podreparują. Zrobiłam z twarogiem, serkiem waniliowym i brzoskwiniami, a kolejne trzy z nutellą i bananami. Kiedy ułożyłam je w naczyniu żaroodpornym, akurat kalafior, marchewka i brokuł, które wrzuciłam na parę, były idealne do zjedzenia. Zapakowałam je osobno. W innym pudełku wymieszałam kaszę jaglaną z miodem i cynamonem i jabłkiem. Musiałam ostrożnie wprowadzać jej posiłki, żeby nic jej nie podrażniło. Wpakowałam wszystko w wielką, materiałową siatkę, upewniłam się, że wszystkie urządzenia są powyłączane i ruszyłam w drogę powrotną do szpitala. 

Kiedy tylko przekroczyłam próg sali, Marco wstał, przełożył Marisę ze swoich kolan do łóżeczka i podszedł zabrać ode mnie ciężką siatkę.
-Wszystko w porządku? –zapytałam, chociaż widziałam, że mała jest zadowolona.
-Nawet nie zdążyła zatęsknić. Myślisz, że aż tyle zje? –zaśmiał się, wyciągając na maleńki stoliczek pudełka. Wzięłam też w serwetce sztućce. Wypakował wszystko.
-Nie.. Dla niej są tylko dwa pudełka, pozostałe dwa są..dla ciebie –zawstydziłam się odrobinę, widząc jego spojrzenie. Moje szare komórki zaczęły działać na najwyższych obrotach, kiedy zastanawiałam się jak to wytłumaczyć. Przecież jeszcze chwilę temu walczyliśmy w sądzie, a teraz jako przykładna żoneczka zrobiłam mężusiowi obiad.. Mogłam tego nie robić. Chyba nie powinnam była.
-Nie mogłam się po prostu skupić, kiedy to się samo robiło, musiałam czymś zająć ręce i umysł. Jeśli nie chcesz..
-Dziękuję. Nieziemsko wyglądają –wszedł mi w słowo, uśmiechając się szczerze. –Ale zjesz razem ze mną. Inaczej ich nie tknę.
-Nie jestem głodna.
-Kiedy ostatni raz coś jadłaś? –zmarszczył brwi w wyraźnym niezadowoleniu. Przerażało mnie, że moje życie przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny było jak przejażdżka na rollercosterze. Nie wiedziałam, czego mam się spodziewać, mogłam spaść w dół, albo pojechać ostro do góry. Szybko, albo nieznośnie wolno. Czując ulgę, albo strach. Płakałam, śmiałam się, bałam, byłam wściekła, smutna.. To wszystko w jedną dobę. 

-Obiad u Kloppów –przyznałam szczerze. On wiedział, kiedy kłamałam. Nie było sensu się w to bawić. Zacisnął usta w cienką linię i pokręcił głową w niezadowoleniu.
-Zjedz, nakarmię Marisę.
-Ja to zro..-zaczęłam, bo.. Bo zawsze ja to robiłam. Marco nigdy. Może to był najwyższy czas? Powinien ją karmić butelką jak była dużo, dużo mniejsza. Tyle mu odebrałam. Tyle wspomnień. Samolubnie nosiłam wszystkie w sercu, nie potrafiłam mu ich przekazać, chociaż zasługiwał, żeby znać je wszystkie.
-Jedz, Rosalie –oznajmił. Nie było dyskusji. Wziął najpierw warzywa i poszedł z nimi do małej. Otworzył pojemniczek i podał jej najpierw brokuła. Marisa akurat je uwielbiała, więc wzięła od niego z ręki i zaczęła powoli i niezdarnie sama go skubać, sypiąc nim na szpitalną pościel. Uśmiechnęłam się na ten widok. Marco jednak spojrzał na mnie ostrzegawczo. Jego oczy mówiły „jedz, bo pożałujesz”. Ciekawe, co by zrobił, gdybym nie jadła.. Wolałam może jednak pozostać w niewiedzy i posłusznie otworzyć pudełko z parującymi naleśnikami z serem i je zjeść. Mój apodyktyczny mężczyzna. Mój mąż, który nie chce rozwodu tak samo jak ja. Który zaopiekuje się nami.. Chciałam, żeby chociaż zaopiekował się Marisą. Nie mogę drugi raz go oszukiwać i trzymać przed nim tajemnic. Gdyby wiedział… Nie pocałowałby mnie, nie przytulił, nie interesowałby się moim niejedzeniem. Nie byłam gotowa mu o tym powiedzieć, bo wiedziałam, że stracę wszystko. Ale to jak z powiedzeniem mu o Marisie. Sama nigdy nie byłabym gotowa, gdybym nie dostała wsparcia i biletów do Dortmundu. Teraz musiałam zrobić to brew sobie, bez wsparcia, wiedząc, że tego wsparcia już nigdy nie otrzymam.




"Hold on, I still want you,
Come back, I still need you,
Let me take your hand, I'll make it right
I swear to love you all my life.
Hold on, I still need you"
    ~Chord Overstreet "Hold on" 














~~~ 
Dzień dobry wszystkim!:) Nie wiem, czy ktoś się spodziewał takiego obrotu spraw, ale dzieje się. Zapewniam, że dziać się będzie-ten rozdział ma 14 stron, ale dwa następne 18 i 24, więc przygotujcie sobie kawę i trochę czasu😃
Ja już jestem po zabiegu, właściwie dwóch zabiegach w jednym, nie chiałam, żeby były jeden po drugim, bo to jeszcze więcej bólu, jeszcze więcej antybiotyku, okładów, tabletek przeciwbólowych..Na początku było źle, ale teraz już powoli wracam do pisania, chociaż coś utrzymuje mnie przy normalnym funkcjonowaniu. Za 1,5 tygodnia będę już jak nowa. A właściwie jak stara😁
Oglądałyście pożegnanie Romana? Wszystko było niesamowicie zorganizowane, a Klopp na Idunie, w miejscu trenera.. To już było za wiele.. Nie dość, że jestem po zabiegu i jestem opuchnięta jak Mario G. 😂, to jeszcze ukochana drużyna funduje mi prawie zawał.. You will never walk alone powaliło mnie na łopatki, podświetlona Iduna, pokaz świetlny.. To była magia..
Koniecznie dajcie znać co sądzicie o Rose i Marco, wszystkim tym powyższym i o waszych wrażeniach z wczorajszego dnia! Mam nadzieję, że jeszcze tu jesteście i czytacie..🙈🙉🙊
Miłej soboty i do następnego za tydzień!
Buziaki! x.

sobota, 1 września 2018

Sześćdziesiąt


Stanęłam przed lustrem i uśmiechnęłam się lekko. Zakupy z Ann czyniły cuda. Nie dbałam o siebie i swój wygląd przez ostatnie dwa lata i to można było zauważyć. Przestałam być atrakcyjna na co dzień, jednak sukienka, którą wybrała dla mnie modelka była przepiękna i odrobinę bardziej siebie lubiłam, kiedy miałam ją na sobie. Zapomniałam już, jak zawsze lubiłam chodzić w czerwieni. Teraz potrzebowałam jej jak nigdy na rozprawę sądową. Związałam włosy do tyłu w ciasny koczek, zrobiłam mocniejszy makijaż i do tego założyłam wysokie, czarne szpilki. Atrakcyjna i pewna siebie. Rose wraca do gry. 

Usłyszałam puknie do drzwi. Spojrzałam na zegarek na ręku. Mario był idealnie. Otworzyłam drzwi mieszkania. Od razu podbiegł do mnie mały szczeniak Tony merdając ogonkiem. Mario trzymał go na smyczy, co ograniczyło odrobinę jego rozbieg i ciekawość obwąchania całego mojego nowego lokum. W drugim ręku trzymał dwa kubki ze Starbucksa z pachnącą kawą. Spojrzałam na niego z uśmiechem, wiedział, czego mi potrzeba. 

-Dzień dobry –uśmiechnęłam się szeroko i wzięłam kubek ze swoim imieniem. –Powiedz, że latte z karmelem?
-Latte z karmelem –przyznał z dumą i przebiegł wzrokiem po moim ubraniu. Gwizdnął i zaśmiał się. –Sexy mama.
-Tak miało być –wyszczerzyłam szeroko żeby, a potem wzięłam łyk mojej ulubionej kawy. Przytulas Mario zawsze dodawał otuchy. W takim stroju byłam gotowa skopać tyłki Marco i jego prawnika. –Wiesz co gdzie jest. Mari jeszcze drzemie, śniadanie masz gotowe, podgrzej najwyżej w mikrofali.
-Spoko. Idź, bo się spóźnisz. Jak coś to tak, wiem, że napiszesz.
-Jesteś najlepszy –uśmiechnęłam się i przytuliłam bruneta. Wzięłam torebkę, sprawdziłam, czy miałam wszystko co potrzebne i tuż przed opuszczeniem mieszkania dostałam kopniaka w tyłek od przyjaciela. Uśmiechnęłam się i pomachałam mu na pożegnanie. Marisa bardzo lubiła swojego wujka i ciocię Ann, więc nie bałam się zostawić jej z nimi. Taksówka już na mnie czekała. Ruszyłam prosto w kierunku sądu.

Na początku musiałam pokazać zawartość torebki wielkiemu, napakowanemu ochroniarzowi, a potem udałam się na drugie piętro ogromnego budynku, gdzie znajdowała się sala rozpraw. Tam już czekał mój adwokat.

-Dzień dobry –przywitałam się. Zakładał właśnie swoją togę na elegancki garnitur.
-Witam, wyspała się pani?
-Bywało lepiej. Jestem trochę zdenerwowana –uśmiechnęłam się i zacisnęłam dłonie na torebce. Starszy mężczyzna poprawił swój prawniczy ubiór i podniósł z podłogi aktówkę.
-Za to wygląd bardzo rekompensuje. Proszę być spokojną. Nie pierwszy raz mam taką sprawę. Zapraszam, usiądźmy już w środku.
Przeszliśmy do sali sądowej, zajęliśmy miejsca naprzeciw ławy, gdzie ostatnio siedział Marco z prawnikiem. Sprawdziłam wiadomości na telefonie. Była jedna od Elli. Uśmiechnęłam się, wczoraj podczas rozmowy dała mi tyle ciepłych słów i siły. 

„Nie poddawaj się i walcz. Dla swojej ślicznej córeczki i Marco, który mam nadzieję, że zrozumie swój błąd i szybko się ogarnie. Ściskamy całą czwórką i tęsknimy mocno! x.”

Uśmiechnęłam się do telefonu, ale podniosłam powoli wzrok znad niego, kiedy poczułam dobrze znane mi spojrzenie na sobie.
Właśnie wchodził do sali, tuż za swoim prawnikiem. Miał na sobie czarne, jeansowe spodnie, które leżały na nim idealnie. Zapatrzyłam się na jego tyłek.. W spodnie została wetknięta biała koszula, ostatnie dwa guziki zostały odpięte, odsłaniając kawałej jego umięśnionego torsu.. Miałam ochotę rozpiąć resztę. Na to czarna marynarka zapięta niedbale na jeden guzik. Włosy miał odrobinę za długie, trochę opadały mu na czoło, jednak nadal wyglądał w nich zabójczo przystojnie. 
Ale potem zobaczyłam coś innego, co zupełnie mnie zmroziło. 
Już nie chciałam zdejmować jego koszuli. Przez próg sali przeszła, trzymając za rękę Marco Scarlett, dotrzymując kroku mojemu mężowi. Miała na sobie elegancką małą czarną, czarną kopertówkę i wysokie, czarne szpilki. Makijaż miała prawie niewidoczny, a włosy pofalowane jak w jakiejś reklamie szamponu. Od spotkania z nią w kinie nie zapałałam do niej sympatią, nie natrafiła się żadna sytuacja, w której mogłabym ją polubić i zmienić swoje nastawienie. 

Mój dawny profesor nachylił się do mnie, pytając, kim ona jest. 
Nikim. Właśnie była nikim. Może to tym planem Marco był ostatnio tak zaabsorbowany? Wytłumaczyłam mu, że była jego narzeczoną zanim się pobraliśmy, ale ograniczyli swoje kontakty. Jeszcze wydzwaniała do nas, kiedy byliśmy na naszej podróży na Karaibach. Powiedziałam mu o swoich podejrzeniach. Musiała udawać jego partnerkę, żeby Marco miał większe szanse na odebranie mi Marisy. Wszystkie, tylko nie ona.
Usiedli oboje naprzeciwko mnie. Marco odsunął jej krzesło i pomógł usiąść. Usiadł po środku, między nią a swoim adwokatem. Na stole położył splecioną dłoń z dłonią jego byłej. Chwilowo teraźniejszej. 
Ściskało mnie w żołądku, mogłam sobie darować kawę z karmelem. Gdyby nie puder i bronzer, pewnie byłabym blada jak papier. Niedługo potem na salę weszła sędzina i dwóch ławników.
Otworzyła ponownie rozprawę. Pierwszy przemówił prawnik mojego męża. Zaczął od tego, że Marco jest w stanie zapewnić doskonałe warunki dla dziecka. Oświadczył, że jego klient i Scarlett tworzą udaną, kochającą się parę i planują w najbliższej przyszłości ślub. Ja nie byłam w stanie zapewnić dobrych warunków przez brak zatrudnienia, a mieszkanie, które wynajmowałam w Dortmundzie mogłam w każdej chwili stracić. Potem zaczął nawijkę o tym, jak dziecko potrzebuje obojga rodziców. Rodziców? Ta blondi lasia nie była rodzicem mojej córki. Zapewnił nawet, że Scarlett jest gotowa pokochać moją córkę jak matka. 
Przepraszam co? Chciało mi się śmiać, płakać, rzucić się na Marco i powyrywać mu włosy. Nie mógł mi tego zrobić. Nie mogłam dłużej tego słuchać.
Nalałam sobie wody do szklanki, która stała na naszym stole. Upiłam trzy duże łyki i próbowałam uspokoić oddech i oszalały rytm serca. Marco cały czas na mnie patrzył, ale ja nie odwzajemniałam spojrzenia. Cały czas patrzyłam w stół albo w swoje dłonie. 

Słowa mojego prawnika trochę mnie pokrzepiły. Był równie dobry. Punktem wyjściowym jego przemowy był fakt, że najważniejsze we wszystkim jest dobro dziecka. Powiedział, że Marisa nie zna dobrze swojego ojca, widziała go kilka razy w życiu, a jego partnerki nigdy wcześniej. Uznał chęć odebrania Marisy przez Marco za chwilową fanaberię piłkarza. Zaznaczył, że Marco często wyjeżdza i nie byłby w stanie zaopiekować się Marisą na wyłączność, bez mojego udziału w jej życiu. Uznał, że najważniejsze są uczucia dziecka. Powtarzał kilkakrotnie, że Marisa mnie kocha i ufa mi bezgranicznie. Powiedział też, że ja jako matka, która nie opuściła ani jednego dnia życia małej, wiem najlepiej, co dla niej jest najlepsze, umiem przewidzieć jej każdą potrzebę. Zaproponował możliwość widywania się Marco z córką w dowolnym czasie, po wcześniejszym ustaleniu tego ze mną oraz to, że Marisa powinna pozostać ze mną pod moim adresem zamieszkania w Liverpoolu. 

Sędzia wyszła z ławnikami, a my mieliśmy chwilę przerwy. Marco zaczął rozmawiać z prawnikiem. Razem z zamknięciem drzwi za sędziną, puścił dłoń Scarlett. Ona zajęła się swoimi paznokciami, a potem wyciągnęła swój telefon i zaczęła coś w nim oglądać. Nie mogłam znosić widoku tej dwójki. Wyszłam z sali rozpraw, głośno stukając obcasami. Na końcu korytarza były toalety. Poszłam tam, chociaż dlatego, żeby mieć cztery ściany dla siebie i własnych myśli. Gdyby nie makijaż, pewnie bym chlusnęła sobie w twarz zimną wodą. Wciąż nie mogłam uwierzyć w to, co właśnie stało się na sali. On naprawdę był gotów odebrać mi dziecko. Moje dziecko. Nasze dziecko. To ja zasługiwałam na wszystko, co złe. Marisa powinna być daleko od tego, a tymczasem to ona miała być najbardziej pokrzywdzona, jako karta przetargowa. Musiałam wrócić na salę,choć nie chciałam słyszeć orzeczenia sądu. Grand stwierdził, że dzisiaj jeszcze się nic nie rozstrzygnie, a proces zostanie przeciągnięty o kilka dni. 

Kiedy wychodziłam z łazienki o mało nie zderzyłam się z Marco. Wyciągnął rękę, żeby w razie czego mnie złapać, ale złapałam w porę równowagę. Naciągnęłam nerwowo w dół sukienkę, jakby nagle była o kilka centymetrów za krótka i spojrzałam do góry. Jego oczy mieniły się intensywną zielenią. Patrzył na mnie, czekając na mój ruch. Ja czekałam, aż coś zrozumiem, cokolwiek z jego postępowania. Jego szczęka była napięta, usta ściśnięte. Wzrok nie zdradzał nic. Kolejna maska. Tej jeszcze nie znałam. Znałam tą, która pokazywała dokładnie to, co miałam zobaczyć, to, czego się obawiałam. Potem przyzwyczaiłam się do maski przezroczystej, która pozwalała mi dostrzec tak wielką część jego duszy i serca, którą pokochałam i którą miałam nadzieję ściągnąć do końca, razem ze wszystkimi tajemnicami. W zamian za to dostałam najtwardszą maskę ze stali, która nie pokazywała nic. Zupełnie nic. Ale jak wszystkie pozostałe była…piękna. Pociągająca, męska, idealnie zarysowana. Nie mogłam dziwić się, że kobietom miękły kolana na jego widok. Mnie z resztą też. Tylko widok to nie to samo, co wnętrze. Co maski. One ich nie rozróżniały, ja co chwila spotykałam się z kolejną, pragnąc pozbyć się wszystkich.

-Może i popełniłam błąd, chcesz mnie ukarać, nie rozmawiasz ze mną, a mi pęka serce. Możesz robić to dalej, możesz chodzić ze Scarlett czy z kim tylko chcesz za rękę.. Ale nie masz prawa swojego krzywdzenia mnie, przenosić na krzywdzenie dziecka, które nie jest niczemu winne. Nie masz prawa, Reus –powiedziałam zaciskając zęby. Nie dostałam i tym razem odpowiedzi. Ruszyłam z powrotem do sali rozpraw. Profesor Grand rozmawiał ze swoim kolegą z branży. O ile widziałam, konwersacja nie była zbyt przyjemna, rozeszli się, uśmiechając sarkastycznie na pożegnanie. Scarlett siedziała na Instagramie i przeglądała zdęcia swoich sztucznych przyjaciółek i koni, możliwe, że prawdziwych. Fascynujące.  Dopiłam swoją wodę i znów nalałam do szklanki. Do połowy. Zamierzałam się zastanawiać nad tym, czy jest pełna czy pusta, dopóki sędzina nie wróci z decyzją.

-Jest dalej tak samo wkurzający jak przedtem. Pewny siebie, myśli, że wygra tą sprawę –zaśmiał się prawnik i sam nalał sobie resztkę wody, która została w butelce. –Nie wziął pod uwagę tego, że my ją wygramy –zaśmiał się i poprawił kołnierz togi. Mnie nie było do śmiechu. Upiłam łyk wody, żeby wygrała opcja do połowy pustej szklanki.
Słyszałam, że do sali wchodzi Marco. Zajął miejsce naprzeciwko mnie. Kilka chwil później weszła sędzia. To, co powiedziała, nie było zdziwieniem ani dla mnie ani dla mojego byłego profesora. Do czasu następnej rozprawy opieka miała być dzielona między mnie a Marco. Scarlett miała przejść wywiad przez psychologa i kuratora. Musiała wykazać, że myśli o Marco poważnie i jest gotowa założyć rodzinę dla jego dziecka. Wątpiłam, że to się uda, jednak kiedy wyszliśmy wszyscy przed salę, w rozmowie z adwokatem usłyszałam, że fakt, że Marco przedstawił Scarlett jako swoją przyszłą żonę działa korzystnie na jego stronę. I nawet jeśli byłam przekonana, że to największa szopka roku, to bez dowodów nie mogłam nic zrobić. Przecież to nie miało prawa się udać. Nie mogło. Marco nie mógł mi zabrać Isy.

Pożegnałam się z mecenasem i wyminęłam rozmawiających na korytarzu Marco ze swoim adwokatem. Scarlett tępo na nich patrzyła, nie wiedziałam, czy cokolwiek rozumiała z ich rozmowy. Nie chciałam więcej widzieć jej na oczy. Jego też. Ich adwokata. I miałam dość budynku sądu. Czekałam dość długo na windę. Słyszałam, że Marco też się zbiera, ale na szczęście drzwi windy się przede mną otworzyły, wcisnęłam parter i szybkie zamykanie.

Z głośnym wydechem wyszłam przed gmach budynku. Zapomniałam zamówić taksówkę, więc zaczęłam szukać telefonu, żeby to zrobić.
-Może przejedzie się pani ze mną taksówką?-zapytał ktoś obok. Odwróciłam się, żeby mu odmówić, ale jednak tego nie zrobiłam. Rozpromieniłam się na widok twarzy znajomej twarzy mężczyzny.
-Emre! –pisnęłam zaskoczona takim obrotem spraw. Rzuciłam się mu w ramiona i mocno go objęłam. On mocno mnie ścisnął i zaczął kręcić dookoła. Zaśmiałam się głośno i zatrzepotałam nogami w powietrzu.  –Co ty tu robisz? –zapytałam, kiedy postawił mnie na ziemi. –Nie mówiłeś nic mi wczoraj, że zamierzasz mnie odwiedzić.
-Na tym polegają niespodzianki. Podobno jako narzeczony nie robiłem ci ich zbyt wiele, to może jako przyjaciel..

-Jako kto, możesz powtórzyć? –usłyszałam obok szorstki, oschły głos. Do moich nozdrzy dotarł znajomy zapach moich ukochanych perfum. Każda literka była jak pocisk wyrzucany z jego ust. Emre wziął głęboki oddech, a ja nawet nie chciałam się odwracać. Domyślałam się, że stoi tuż za mną, czułam to doskonale. Brunet chciał się odezwać, jednak prędzej oberwał z całej siły pięścią w szczękę. Pisnęłam głośno przestraszona, widząc, jak Can zatacza się do tyłu, trzymając za żuchwę. Marco chciał jeszcze raz go uderzyć, ale na szczęście został odciągnięty przez swojego prawnika. Podeszłam chwiejnym krokiem do przyjaciela, żeby upewnić się, czy wszystko w porządku. Złapałam go za ramię i spojrzałam się w stronę Marco. Patrzył na mnie z takim.. obrzydzeniem. Ciarki przeszły przez moje plecy. Kolejne spojrzenie, które widziałam pierwszy raz.. Brzydził się mną. 

-Chodź tutaj –powiedział cicho Emre. Przytulił mnie, a mnie zebrały się łzy w oczach. Marco je widział. Patrzył na mnie cały czas, obrócony przez ramię. Zamrugałam powiekami kilka razy, żeby się ich pozbyć. Już go nie było. Potem odwróciłam się do niego plecami i pozwoliłam się przytulić Emre.
-Wszystko się wali.. Nie panuję już nad tym. Myślałam.. Myślałam, że kiedyś może go odzyskam, a teraz on mnie nienawidzi..
-Ciii –szepnął i mocno mnie przyciągnął. –Wierzę, że się ułoży. Jedziemy po Marisę? Musicie pokazać mi Dortmund –powiedział ciepło, chcąc zmienić szybko temat.
Kiwnęłam twierdząco głową i wzięłam głęboki oddech. Marco nie miał tak się dowiedzieć, miałam mu tyle do powiedzenia, ale moje zaręczyny nie były na pierwszym planie. A może to lepiej? Może przetrawi to sobie, uspokoi się i potem już będzie tylko łatwiej? Pewnie to tylko moje kolejne złudne nadzieje..

-Wszystko z tobą w porządku? –oprzytomniałam. Przecież przed chwilą został uderzony. Spojrzałam na jego twarz. Jego policzek był zaczerwieniony, a w jednym miejscu lekko rozcięty. Od razu zaczęłam szukać w torebce chusteczek.
-Daj spokój, Rosie –zaśmiał się i potarł mnie pocieszająco po ramieniu. –Nic mi nie będzie. Najpierw idziemy na jedzenie, bo jesteś głodna i pewnie znając ciebie nie zjadłaś nic przed rozprawą.
-Ale twoja rana.. To trzeba zszyć.
-Nie trzeba –parsknął i zabrał moją dłoń od skaleczenia. Przyjrzałam się dokładniej. Może nie było aż takie głębokie?
-Masz rację, nie jadłam. Pójdziemy do bistro, widziałam na rogu, kanapki, myślę, że są moim przeznaczeniem.
-Może i ze mną się zaprzyjaźnią –wyszczerzył się szeroko i pociągnął mnie za rękę. Złapałam go pod ramię i obraliśmy kierunek do bistro. Wreszcie się uśmiechnęłam. Chociaż nie mogłam pozbyć się bólu i kłucia w sercu przez jego zimne spojrzenie, mogłam zająć się na kilka chwil czymś i kimś innym.


***


-Myślę, że jedyna osoba, która może udowodnić, że ten związek to największy żart świata to ty..
-No, na pewno Marco mi się przyzna. A jak już, to będzie słowo przeciw słowu –westchnęłam i założyłam nogę na nogę. Wzięłam kolejny kęs olbrzymiej kanapki, na którą namówił mnie Can. Emre zamyślił się, spoglądając przez okno.
-Nagrałabyś –rzucił beznamiętnie. –Myślę, że Marco nadal ma słabość do ciebie. Nie rzuciłby się na mnie przed sądem, gdyby było inaczej.
-Nie wiem..-szepnęłam. Czy to był wynik słabości? Może po prostu chciał się na kimś wyżyć? Albo był zazdrosny, zły za to, bo wciąż byłam jego żoną? Albo myślał, że to do niego uciekłam. Mógł sobie myśleć, gdyby ze mną chociaż porozmawiał..
-Idziemy do Marisy? Stęskniłem się za nią.

Pokiwałam twierdząco głową i wstałam od stolika, zabierając ze sobą kanapkę do dokończenia. Wyszliśmy przed lokal i cudem złapaliśmy nadjeżdżającą taksówkę. Podałam taksówkarzowi adres domu Mario, bo tam zamierzał zabrać moją małą, kiedy się obudzi.
W drodze przekonałam Emre, żeby wprowadził się do nas na kilka dni, kiedy zostanie w Liverpoolu. I ja i Marisa nadrobimy zaległości. Klopp też już wrócił do domu, ale zlecieli mu się na głowę synowie i zapowiedzieli, że następne dwa tygodnie pobędą z ojcem. Mimo to codziennie rozmawialiśmy i nie czułam tej koszmarnej odległości, która nas dzieliła. Nawet Marisa się przyzwyczaiła do rozmów przez telefon. Trochę dłużej już siedziała na moich kolanach i ze śmiechem odpowiadała na zaczepki dziadków.
Emre stwierdził, że powinnam pojechać do Liverpoolu po kilka rzeczy, których nie zabrałam z mieszkania. Nie miał wątpliwości, że zostanę tu jeszcze na dłużej. Twierdził, że jeśli nie ze względu na rozprawy, to przez wzgląd na Marco i naszą miłość.. Jego wiara w to, że moje uczucie do piłkarza w końcu wygrają i w to, że będziemy razem była obezwładniająca. Pomyśleć, że byliśmy zaręczeni i planowaliśmy ślub, a teraz on kibicował mnie i facetowi, który solidnie uderzył go w szczękę. To było niepojęte.
Dotarliśmy pod dom Götze. Wpisałam od razu kod do bramki i nacisnęłam klamkę drzwi wejściowych. Nie ustąpiła. Stwierdziłam, że zapukam, bo może Marisa spała? Nigdy nic nie wiadomo.

-Przemyję ci tę ranę –odwróciłam się i spojrzałam na Cana. Krew już zaschła, ale w razie czego postanowiłam się tym zająć. Czułam się winna za to, co zaszło. Gdyby nie ucieczka pewnie Emre byłby cały.. Z drugiej strony, gdyby nie ucieczka, Mari nie miałaby wspaniałych dziadków, a ja tylu dobrych ludzi koło siebie.
-Jak już naprawdę musisz –zaśmiał się Emre, rozglądając się po okolicy. –Całkiem spoko dom. Ale brakowałoby mi moich widoków.
Uśmiechnęłam się. Chciałam znów pukać, ale usłyszałam po drugiej stronie tupot moich małych nóżek. Zamek przekręcił się dwa razy.
-Mówiłem, że to będzie mama? –uśmiechnął się do mnie mój przyjaciel, a potem zobaczył za moimi plecami Cana. Chciał już coś powiedzieć, ale przeszkodziłam mu, witając się z córką. Podniosłam ją do góry, była już naprawdę ciężka.
-Wizyty u wujka są wspaniałe na poprawienie wagi, co niunia? –zaśmiałam się, lekko podrzucając ją na rękach. Marisa zaśmiała się, na co wujek Mario prychnął urażony. Przepuścił nas w progu, żebyśmy weszli do środka. Kiedy stawiałam Mari na ziemię zauważyłam, że Mario mówi coś do Emre. Can uśmiechnął się lekko, słuchając słów kolegi. Podali sobie ręce, piłkarz Liverpoolu pokręcił głową i coś odpowiedział, wzruszając przy tym ramionami. Po chwili objęli się po kumpelsku, klepiąc w plecy. 

-Cześć mała. Pamiętasz wujka Emre? –odwrócił się do mojej małej dziewczynki. Ona pokiwała głową i zaczęła przyglądać się jego ranie na policzku. –To nic takiego. Wujka ugryzła ruda mysz. Nic mi nie będzie.

Przewróciłam oczami i uwolniłam się od szpilek, których miałam już dość na najbliższy czas. Ja i szpilki? Chyba ostatni raz na imprezie urodzinowej Mario, po której domyśliłam się ciąży. Może jeszcze wcześniej? Także pół dzisiejszego dnia to było zdecydowanie za dużo. Zostawiłam troskliwych wujków i poszłam do łazienki, bo wydawało mi się, że tam właśnie w szafce pod umywalką mają koszyczek z apteczką.
Zawołałam Emre do kuchni i pomimo jego zapewnień i sprzeciwów odkaziłam ranę i zakleiłam plastrem. Stwierdził, że wygląda z nim jak ciota, a to właśnie rana dodawała mu męskości. Zaśmiałam się i postawiłam mu proste ultimatum. Albo mi straszy dziecko raną i zostaje stąd wywalony z kopniakiem w tyłek, albo ma plasterek i może bawić się w szpital. Na szczęście należał do tych fajniejszych wujków i wybrał drugą opcję. Zresztą nie miał wyboru, gdyby wybrał pierwszą, obraziłabym się i już nigdy więcej nie odezwała!

Dopóki nie wróciła Ann, spędzaliśmy czas w ogrodzie. Przygotowałam dla wszystkich lemoniadę i pokroiłam arbuza. Marisa zrobiła połączenie basenu z kulkami z basenem z wodą. Z tego pierwszego przeniosła wszystkie kulki do tego większego, do którego nalaliśmy jej letniej wody. Radość też była podwójna. Nie podejmowaliśmy tematu rozprawy, Mario nie pytał kto przywalił Emre, ale określenie „ruda mysz” mówiło samo przez siebie. Dobrze, że nie dowiedział się o Scarlett. Pewnie gdyby usłyszał jej imię, nie miałby już tak dobrego nastroju.
Po południu dołączyła do nas Ann. Zrobiłyśmy razem obiad, to jej właśnie przy przyrządzaniu posiłku powiedziałam o wszystkim. Wszystko co powiedziała to było „suka” oraz „debil”. Powtarzała te słowa co chwilę, przerywając mi w niektórych momentach mojego streszczenia. Na koniec wyznała, że chciałaby, żeby to wszystko się już skończyło. I ja niczego innego bardziej nie pragnęłam.
Wieczorem z Mari i Emre wróciliśmy do mojego mieszkania. Piłkarz wymeldował się z hotelu, miałam pokój gościnny, więc nie było żadnego problemu z przenocowaniem go. Kolacja była również zjedzona u Ann i Mario, więc tylko wykąpałam dziecko i utuliłam je do snu, wymyślając jej na poczekaniu jakąś historię o małej wróżce. Musiałam się kiedyś odpłacić Mario i Ann tymi wszystkimi obiadami i kolacjami. Dla nich to nie było nic wielkiego i cieszyli się, że tyle czasu z nimi spędzamy, ale pewnie też potrzebowali wspólnej kolacji, czy wspólnego obiadu.
Kiedy mała usnęła mogliśmy z Emre pogadać jak za starych, spokojnych czasów. Rozmowy przez Skype nie mogły się równać z tymi na żywo. 

Rozmowy nie były łatwe, bo tyczyły się przyszłości. A ja nie wiedziałam zupełnie, co ona przyniesie. Najpierw doradził mi, żebym przeprowadziła się na stałe do Dortmundu. Sto razy podkreślał, że to moje miasto i mam tu każdego, kogo kocham. Stwierdził, że Kloppowie mają tutaj dom, więc nie będzie to dla nich problemem, żeby zjawiać się tu raz na jakiś czas w sezonie. Zwłaszcza dla Ulli, która nie ma zobowiązań wobec klubu jak jej mąż. A co do rodziny Montgomerych, wiedział, że nie dadzą rady przyjeżdżać tutaj, ale był pewien, że utrzymamy swoją znajomość, a ja przecież też mogę latać do Liverpoolu. Jakiekolwiek były pobudki, którymi kierował się Marco, wiedziałam, że nie pozwoli mi odejść z Mari. To było jednak pokrzepiające. Chciał żebyśmy zostały. A przynajmniej, żeby została Marisa.
Obiecałam Emre, że przemyślę ten pomysł. Na pewno wiedziałam, że zostanę na dłużej w Dortmundzie niż przewidywałam i kilka ubrań na krzyż strasznie mnie denerwowało. Nie mieściłam się we wszystkie sukienki Ann, a bluzki, które zwykle podkreślały moją nienaganną sylwetkę, teraz przyprawiały mnie o kolejne kompleksy. Musiałam też zabrać resztę dokumentów z mieszkania i parę innych drobiazgów. Chociaż oferował swoją pomoc, wolałam to załatwić sama, żeby nie robić potem dwa razy. 

Nie przespałam ani minuty tej nocy. Siedziałam u siebie w sypialni i myślałam nad tym wszystkim, co się wydarzyło. Może Emre miał rację, że tylko ja mogłam udowodnić, że ten koszmarny związek to ściema?.. A jeśli to nie ściema i oni naprawdę.. Przez moją głowę zaczęły przelatywać wyobrażenia, jak się całują, chodzą za rękę, przytulają, opiekują się moim dzieckiem.. To tym bardziej nie pozwoliło mi na sen.


 ***


Dwa dni później Emre wrócił do Liverpoolu. Dopiero w dzień wyjazdu zdradził mi, że interesuje się nim Juventus. Byłam naprawdę szczęśliwa z tego powodu, bo widziałam, że aż błyszczą mu się oczy, kiedy o tym mówił. Bardzo kochał Liverpool i trenowanie pod okiem Kloppa, ale jak mówił, chciał spróbować czegoś nowego i to w tak wielkim klubie. Byłam z niego dumna i kazałam mu pisać na bieżąco o wszystkich zmianach i postępach w tej sprawie. 

Tego dnia też zdecydowałam się na zdetronizowanie panowania Scarlett jako kobiety mojego męża. Był już wieczór, prosto z lotniska odwiozłam Marisę do Mario, mówiąc, że muszę coś załatwić. Założyłam krótkie spodenki, luźną bluzkę z krótkim rękawkiem i baleriny. Włosy zostawiłam rozpuszczone. Marco je takie lubił, a dla mnie to była nowość, bo zwykle przy opiece nad dzieckiem mi przeszkadzały i je niedbale wiązałam.
Zamówiłam taksówkę, a kiedy wsiadłam powiedziałam jedynie dwa słowa. „Phoenix See”. Stres zżerał mnie od środka. Dłonie zaczynały mi się pocić, a to dopiero początek przed tym, co miało być na miejscu. Jedyny sposób, żeby to z niego wyciągnąć był..jedynym oczywistym dla mnie. Jeśli miał do mnie słabość jak twierdził Can..musiałam to wykorzystać. Wiedziałam, że to cios poniżej pasa, ale ta gra przestała być fair-play. Walka o dziecko nigdy nie będzie czystą walką, kiedy wchodziły w to uczucia i emocje. Nie wiedziałam, czy Marco jakiekolwiek miał, ale ja miałam. I chociaż robiłam to wbrew sobie, chociaż serce mi pękało, bo wiedziałam, że to okrutne względem Marco, do którego nadal czułam to, czego już nie powinnam i naprawdę zachowam się jak podła, wyrachowana suka.. Musiałam. 

Wysiadłam na osiedlu. Przeszłam się kawałek do jego bloku, nawet nie rozglądałam się po okolicy. Nie chciałam, żeby dawne wspomnienia mnie zaatakowały i nie pozwoliły się skoncentrować. Weszłam do klatki schodowej. Pamiętałam nawet kod. Gdyby nie winda, wycofałabym się. 
Moje nogi się trzęsły, podobnie jak ręce. Zamieniałam sie w galaretkę. Stanęłam przed drzwiami jego mieszkania. Kiedyś naszego. Ostatni raz tu byłam, kiedy odeszłam.. Nie musiałam już myśleć, jak zagram stres, bo byłam jednym wielkim, ledwo poruszającym się stresem. Włączyłam nagrywanie w telefonie i wrzuciłam go do torebki. Położyłam dłoń na dzwonku do drzwi, jednak dopiero kilka głębokich, uspokajających oddechów później zebrałam wszystkie siły, żeby go nacisnąć. Jak mantrę zaczęłam powtarzać w głowie słowa „żeby nie było go w domu, żeby nie było go w domu, żeby nie było go w domu”. Prośby jednak zostały odrzucone, bo po chwili usłyszałam szczęk przekręcanego zamka drzwi.

Marco stanął w nich, podpierając się ręką o futrynę. Miał na sobie krótkie, dresowe spodenki i luźną, białą koszulkę na ramiączkach, która odsłaniała jego umięśnione barki i piękne tatuaże. Na stopach miał zwykłe klapki japonki. Był nieogolony, na brodzie miał krótkie rudawe włosy, które zwykle kuły mnie, rozpalając do reszty. Na jego twarzy malowało się lekkie zdziwienie. Cóż, raczej nie spodziewał się mnie w tym miejscu.. Kiedy pojadę do Liverpoolu wezmę też ze sobą klucze, żeby mu je oddać.

-Cześć.. Mogę wejść?  -zapytałam niepewnie. Głos lekko mi drżał, bałam się spojrzeć mu w oczy. Przeszedł krok do tyłu, robiąc dla mnie miejsce. Rozejrzałam się po mieszkaniu. Nic tu się nie zmieniło odkąd byłam tu ostatni raz. Utkwiłam wzrok w kanapie. Od razu poczułam motyle w brzuchu, które prawie mnie rozsadziły od środka. Na tej kanapie pocałowałam go. Pierwszy pocałunek, który pociągnął za sobą to wszystko..

-Chcesz coś do picia? –zapytał cicho, wpatrując się we mnie intensywnie. Mnie coraz trudniej było o jakiekolwiek zdobycie oddechu.
-Nie –odpowiedziałam, powoli odwracając się ku niemu. Zadarłam głowę i spojrzałam ponownie na jego twarz. Wyrażała zmęczenie i lekkie zagubienie. W duchu poczułam ulgę, że wreszcie widzę jakieś emocje. Wcześniej był też zły i obrzydzony na wieść o moim krótkim narzeczeństwie. To było lepsze od masek. Staliśmy tak chwilę, patrząc na siebie. W głowie miałam tak mnóstwo myśli, chciałam nawet się rozpłakać i go przytulić.. Ale plan był inny i musiałam go dokończyć. Byłam już tak blisko, tylko przejść do działania. Moja mantra z „żeby nie było go w domu”, zmieniła się na „robisz to dla Mari”.
-Co.. Dlaczego tu…-zaczął pierwszy. Przerwałam mu w pół zdania. Rzuciłam się na niego jak dzika, zaplatając ręce dookoła jego szyi, ustami zaatakowałam jego w żarliwym pocałunku, przylgnęłam do niego całym ciałem, a w myślach żałowałam, że mamy na sobie ubrania. On stał nieruchomo kilka chwil, jednak kiedy zrozumiał, co się właśnie dzieje, ścisnął mnie mocno za uda i podniósł, jakbym ważyła tyle co piórko. Naprał na moje usta z jeszcze większą siłą, językiem drażnił moje wargi, aż w końcu wtargnął do środka, przyprawiając mnie o zawroty głowy. Po plecach przeszły mnie dreszcze podniecenia. Nie byłam w stanie myśleć racjonalnie. Nie wzięłampod uwagę takiej opcji, że pójdzie aż tak dobrze. Plan zakładał jednak, że musiałam przestać, a ja.. Nie potrafiłam.
Do reszty poddałam się jego namiętnym pocałunkom, miałam do nich ogromną słabość, miałam słabość do Marco. „Robisz to dla Mari”. Dopiero kiedy poczułam, że kładzie mnie na sofę w salonie oprzytomniałam. Odepchnęłam go i pierwsze co, to złapałam głęboki oddech. Opierał się o poduszki kanapy z obu stron mojej głowy. Jego oczy pociemniały, rozchylił usta i oddychał ciężko. Czułam ten oddech na swoich napuchniętych od żawliwych pocałunków wargach. Chciał znów się do mnie zbliżyć, ale nie mogłam na to pozwolić. 

-Nie mogę.. –zaczęłam i przełknęłam ślinę. –Jesteś ze Scarlett. Nie chcę, żeby wasz związek się rozpadł.
-Przestań –zaśmiał się cicho. Dotknął palcem moich ust i zaczął obrysowywać ich kontur. –Dobrze wiesz, że nie ma żadnego związku.
To mi wystarczyło. Chciał znów mnie pocałować ale przechyliłam głowę w bok.
-Przepraszam, nie mogę. Nie rozumiem po co w ogóle tu przyszłam.. –powiedziałam i wstałam z kanapy. Poprawiłam torebkę, przeczesałam włosy palcami i ruszyłam w stronę wyjścia.
-Też nie rozumiem –odpowiedział sucho. 
Odwróciłam się przez ramię. Siedział na kanapie z rękoma opartymi o kolana. Głowę miał pochyloną i opartą o ściśnięte pięści. Znów założył kolejną maskę.
-Przepraszam –powtórzyłam, jakby to miało naprawić to, co się stało oraz to, co miało dopiero nadejść. Zamknęłam za sobą drzwi, wsiadłam w windę, wyłączyłam nagrywanie w telefonie.. Miałam to, czego chciałam. Ale jednak myśli były zupełnie gdzie indziej, a ulga wcale nie nadeszła. Dotknęłam napuchniętych warg, które jeszcze mrowiły, jakbyśmy nadal się całowali.. Boże, przecież tak niewiele wystarczyło, a poszlibyśmy na całość. To brzydzi się mną czy chce przelecieć? Może przelecieć i porzucić, bo się mną brzydzi i nadal mnie nienawidzi, a to miałaby być kolejna forma zadania ciosu. Dobrze, że do tego nie doszło. Na trzęsących się nogach wyszłam przed klatkę i usiadłam na najbliższej ławce. Zamówiłam taksówkę i czekałam. Siedziałam i ślepo wpatrywałam się w punkt naprzeciwko. 
Po kwadransie wsiadłam do samochodu i pojechałam do mojej córki. Zostanie ze mną. Tego chciałam.. Więc nie rozumiałam, dlaczego moje serce znów pękło..


***

Stałam przed salą sądową ze swoim adwokatem. Ponownie. Marisa znów musiała zostać z Mario, naprawdę mnie to denerwowało, że nie mogłam spędzać czasu z córką, bo Marco sobie wymyślił, że chce mi ją odebrać. Przekazałam mojemu byłemu profesorowi najistotniejszy kawałek nagrania na pendrive, mówiąc mu, że to ostateczność. To miał być nasz As w rękawie w razie, gdyby coś poszło nie tak. Wolałam jednak, żeby nie został użyty. Potrzebowałam wizyty w Liverpoolu i domowego, kalorycznego obiadu Ulli i ich obecności przy mnie, szerokiego uśmiechu Louisy oraz ciepłego wzroku Elli. Nawet byłam gotowa na głupie zaczepki Cana. Jeden dzień bez myśli o Dortmundzie i Marco. 

Na drugim końcu korytarza zauważyłam idących w naszą stronę Marco, adwokata i oczywiście pannę Scarlett. Tym razem założyła rozkloszowaną, czarną sukienkę z kołnierzykiem w serek przy niewielkim dekolcie. Włosy miała proste, twarz chociaż umalowana, nadal była bez wyrazu. Trzymała Marco za rękę. Wcale mnie nie bolał ten widok. Wcale. Kiedy podeszli bliżej chyba równo z Grandem zauważyliśmy złoty pierścionek z przeogromnym, kwadratowym oczkiem na serdecznym palcu jej prawej ręki. Wcale, Rosalie…
Westchnęłam ciężko i spojrzałam niepewnie na mecenasa. Nie był pocieszony tym faktem. Przybrał po chwili swoją profesjonalną minę i uścisnął dłoń temu pajacowi, który próbował pomóc Marco zdobyć moje dziecko. Zdobyć. Jak można zdobyć dziecko, przecież to dziecko, a nie towar do przehandlowania.

Nie wszystko poszło tak, jak sobie wyobrażałam. Już na początku rozprawy w pierwszych zdaniach Grand powiedział o udawanym związku Marco i Scarlett i podał pendrive sędzinie. 
Marco kiedy usłyszał rozmowę na nagraniu wykrzywił jeden kącik ust w uśmiechu, a potem zaśmiał się cicho pod nosem. Spojrzał na mnie rozbawiony i kiwnął głową z uznaniem, co mnie zupełnie wybiło z tropu.
Potem już zupełnie wszystko się działo dookoła mnie i nie nadążałam nad tym wszystkim. Prawnicy się przekrzykiwali, sędzia uważnie wszystkiego słuchała i notowała. Traciłam trochę grunt pod nogami, bałam się, że może wizja ślubu Scarlett i Marco.. Przecież on był moim mężem. Może to wszystko minęło przez moją decyzję, może już nigdy nie będziemy tak blisko jak przedtem.. W moich oczach zebrały się łzy, ale wytarłam je szybko chusteczką. Słyszałam wycinki z kłótni obu prawników. 

-Mój klient nie był w stanie trzeźwości, mówiąc te słowa. Razem ze swoją narzeczoną planują ślub w jak najszybszym terminie.
-Jeśli pan Reus bywa tak pijany, że nie wie, o czym mówi, czy więc takiemu człowiekowi można powierzyć opiekę nad dzieckiem?
-Zapewniam, że to był jednorazowy incydent, a pańska klientka go po prostu wykorzystała. Jaką trzeba być osobą, żeby posunąć się do takich metod?
-Pozwolę sobie pokazać kilka gazet z artykułami, gdzie znajdują się zdjęcia pańskiego klienta w różnych klubach, z różnymi kobietami u boku, jednak w takim samym stanie upojenia alkoholowego. To nie jest materiał na ojca, a obca kobieta, która podobno jest jego narzeczoną nie nadaje się na matkę. Małoletnia ma już matkę i jest nią moja klientka.
-Jaka matka ucieka do innego kraju i nie mówi nic ojcu? Gdzie odpowiedzialność?

I tak wkoło. Miałam wrażenie, że walka między mną a Marco już dawno przestała istnieć, a teraz przejęli ją odwieczni konkurenci w pracy. Dwa koguty. Dla nich przestała się już liczyć sprawa, Marisa, etyka. Każdy chciał za wszelką cenę wygrać, naszym kosztem. Wyszłam na najgorszą matkę świata, a Marco na karierowicza poważnie uzależnionego od alkoholu. Zacięta dyskusja na nasz temat trwała całą godzinę. Nasz temat to trochę na wyrost, bo to było bardzo pozorne. My byliśmy daleko w tyle. Marco nie był uzależniony, a widząc go z Nico i Mią wiedziałam, że ma podejście do dzieci. Nie zrobiłby krzywdy Marisie, widziałam jak ostrożnie obejmował ją w ramionach, gdy spała, kiedy pomagał jej zrywać kwiatki i układać klocki. Myślę, że on też wiedział, że ona była dla mnie całym światem. Zawsze patrzył na nas tym swoim nieodgadnionym wyrazem twarzy, kiedy się przytulałyśmy, śmiałyśmy i dawałam jej buziaki w policzek. To byliśmy my.Nie skrajny obraz wykreowany przez adwokatów.
W końcu sędzina przerwała tą bezsensowną, zaciekłą kłótnię. Miałam wrażenie, że sprawa znów nie ulegnie rozstrzygnięciu. Miałam już tak strasznie dość tego wszystkiego. I jeszcze ta Scarlett… Cały czas rozprawy trzymała jego dłoń w widocznym miejscu w taki sposób, żeby wszyscy dokładnie widzieli jej pierścionek.

-Mam jeszcze jedną uwagę odnośnie dokumentacji złożonej przez państwa –zaczęła sędzina, trochę zakłopotana. –Żadna ze stron nie doniosła odpisu wyroku o rozwodzie. Posiadacie może państwo je dzisiaj ze sobą?

I tu nastał moment, kiedy nasi adwokaci spojrzeli się na nas pytająco, jednak ja i Marco patrzyliśmy sobie w oczy z dwóch oddalonych od siebie końców sali. Tak, jak dawno tego nie robiliśmy. Nigdy nie podjęliśmy tematu rozwodu. Odkąd przyjechałam nie mieliśmy między sobą normalnej rozmowy. Nie powiedzieliśmy sobie, że tak naprawdę tęskniliśmy. Nie powiedziałam mu, że jest mi przykro ani tego, że jest dla mnie wszystkim i nadal moje serce bije dla niego. Tak samo jak dla mojego dziecka. Naszego dziecka. I zamiast nadrabiać dwa lata, w których tak wiele się stało, my traciliśmy kolejne tygodnie na ciąganie się po sądach i znoszenie przerośniętych ambicji naszych prawników. Oni nawet nie wiedzieli, że się nie rozwiedliśmy.. Bo nawet my nie dopuszczaliśmy takiej myśli. Kiedyś chciałam się rozwieść dla Emre. Ale to był błąd. I rozwód i Emre. Tak miało być, że ja nie odebrałam telefonu, kiedy Marco chciał o tym porozmawiać. Tylko potem to wszystko potoczyło się w złą stronę. Wszystko było nie tak. Bałam się, że nie można było już tego naprawić..

Rozprawa zakończyła się określeniem terminu następnej, która miała unieważnić nasze małżeństwo.







 ~~~
Takim właśnie akcentem rozpoczynamy wrzesień.. Powroty, powroty, nie tylko do szkoły, ale też powrót (Sr)Emre i Scarlett. I chociaż ten pierwszy już wrócił, tak.. no cóż. I 60 rozdział.. Ale to minęło.. Dziękuję, że jesteście tyle ze mną, pomimo niczenia nerów, zdrowia i psychiki.. Jesteście niemożliwe i przekochane💗 Mam nadzieję, że będziecie tak dalej.
Tym którzy zaczynają rok szkolny-(wiem, jeszcze sobota i niedziela!) trzymam mocno kciuków-oby wszystko szło po waszej myśli, nauka łatwo przychodziła, mało nerwów (te trzeba zostawiać na soboty!) Trzymam za Was kciuki!!
Mój zabieg przesunął się z poprzedniej środy na tą, co będzie, więc korzystam, siedzę i piszę dla Was dłuuugie rozdziały.
Koniecznie dajcie znać w komentarzach, co z tego wyniknie, co myślicie o tym wszystkim, bo jestem szalenie ciekawa. Kolejny rozdział będzie naprawdę bardzo długi i ciekawy. Jest na co czekać!:))
Do następnego za tydzień! Buziaki! x.