sobota, 11 sierpnia 2018

Pięćdziesiąt sześć


W mieszkaniu Emre chodziłam w tą i z powrotem. Oczywiście, że się denerwowałam. Był moim przyjacielem, pomagał mi przez cały okres ciąży, potem przez kolejny rok i trzy miesiące. Zmienił dla mnie i Mari cały swój tryb życia, czas wolał spędzać z nami, bardzo rzadko chodził na imprezy. Pomagał mi w opiece, gotował. Obsypywał moją córkę prezentami. Nie chciał nic w zamian, żadnych pieniędzy.
Chciałam wyjść za niego za mąż, miałam powody, by podjąć taką decyzję. Ale te powody nie były właściwe. Teraz to wiedziałam i byłam mu winna ogromne przeprosiny. Nie stresowałam się aż tak, kiedy musiałam skończyć swój związek z Marco. Nie chciało mi się płakać, nie miałam guli w gardle. Po prostu się stresowałam. Przy pomocy Jürgena zabrałam wszystkie rzeczy swoje i Isy do dawnego mieszkania. W jej pokoju zostało nowe łóżeczko, szafka nocna, komoda i fotel, które kupiliśmy specjalnie dla niej. Dobrze, że nie przemalowaliśmy pokoju, bo przy niewielkim wkładzie pracy, znów mógł stać się normalną gościnną sypialnią.
Nie było mi na rękę też zrywanie z Canem zaraz na wejściu po długiej męczącej podróży, jednak lepiej prędzej, niż żeby potem zobaczył brak naszych rzeczy. Zrobiłam też jego ulubione danie na obiad, żeby mógł je sobie odgrzać w mikrofali. Nie chciałam wyjść aż na taką straszną narzeczoną. Może chociaż jedzenie mu pokaże, że nie byłam aż taka zła. Przypuszczałam, że Emre może domyślać się, że coś jest nie tak. Poza smsem, który wysłałam podczas pobytu w szpitalu o treści, że zdrowieje, nie wysłałam kompletnie nic. On też się nie odzywał.
Cały czas sprawdzałam godzinę w telefonie. Wylądował już pół godziny temu, co znaczyło, że w domu powinien być…
Nie dokończyłam własnej myśli, bo drzwi właśnie się uchyliły. Wszedł przez nie Emre, ciągnąc za sobą walizkę.

 -Hej, jak podróż? Jesteś bardzo zmęczony? –zapytałam, uśmiechając się. Podeszłam do niego bliżej i uściskałam na powitanie.
-Jakoś ujdzie. Sześć godzin w samolocie ale dałem radę. Posłuchaj..
-Posłuchaj –zaczęłam równo z nim. Zaśmialiśmy się oboje. Przestąpiłam z nogi na nogę i spojrzałam na niego nieśmiało –Zacznij.
-Nie, spokojnie. Ty mów. Damy mają pierwszeństwo. Marisa ma się już dobrze?
-Tak, okazało się, że to trzydniówka. Wyglądało dużo gorzej, a wcale nie było groźne.
-Dzięki Bogu –westchnął i uśmiechnął się. Był mimo to zamyślony.
-Nie do końca o tym chciałam rozmawiać. Nie wiem do końca jak zacząć i nie chciałam robić tego zaraz po twoim przybyciu, ale... Emre, jesteś cudownym mężczyzną i…
-Nie, no, bez takich –zaśmiał się pod nosem i złapał mnie za rękę. Nie wiedziałam zupełnie co powinnam myśleć w takiej sytuacji. –Nie chcę takich gadek, są długie i bez sensu. Odchodzisz, prawda?-zapytał z odrobiną goryczy, jednak jego usta wygięły się w lekkim uśmiechu.
-Przepraszam. Naprawdę czuję się fatalnie z tym, że po wszystkim co dla mnie zrobiłeś, po tym wszystkim co razem przeszliśmy, ale ja nie potrafię. Chciałabym, żebyś chociaż w połowie zyskał tyle uczuć, jakimi darzę Marco. Będąc z tobą, nie mogłam wyprzeć go z głowy. Na początku myślałam, że to przejdzie. Czekałam cierpliwie na ten moment. Najpierw to był dłuższy staż w związku, potem czekałam na zaręczyny, teraz czekałam na ślub. Tylko nie wiem, na co bym czekała już po ślubie. I chociaż to brzmi śmiesznie z moich ust, ale wiem, że ślub to coś poważnego i popełnilibyśmy błąd. Nie myśl, że to ty nie potrafiłeś temu podołać. To po prostu ja… Powiedziałam już „tak” jednemu mężczyźnie. Od tamtego czasu należę do niego, i choćbym i była po drugiej stronie kuli ziemskiej a obrączkę zakopała głęboko na dnie oceanu, usunęła tatuaże.. Ja wciąż będę należeć do niego –zakończyłam swój wywód i wreszcie spojrzałam Emre w oczy. On kiwnął głową ze zrozumieniem i uśmiechnął się.
-Ja też przepraszam –powiedział. Nim ja chciałam zaprzeczyć on położył palec na moich ustach i kontynuował. –Okłamałem cię, bo nie było żadnego wesela. Jechałem po prostu do rodziny, żeby przemyśleć kilka spraw. Dlatego też chciałem zostać dla Marisy, bo nie musiałem wyjeżdżać. Jednocześnie potrzebowałem zostać sam na chwilę, wiedziałem, że masz Ellę, Henry’ego, Kloppów, więc stwierdziłem, że poradzicie sobie beze mnie. Nie byłaś ze mną szczęśliwa tak jak z Marco. Cały czas widziałem przed oczami was na balu w Berlinie. To było coś naprawdę wow, a ja czułem, że nie mamy nawet jednej setnej tego. Nawet jęczałaś jego imię przez sen –zaśmiał się i przysiadł na oparciu kanapy. Przyciągnął mnie tak, że siedziałam na jego kolanach.
-Pewnie koszmar –zażartowałam, chociaż nie byłam pewna, czy to na miejscu. Nie pamiętałam zbyt wielu takich snów, ale tym bardziej nie pamiętałam, żebym mówiła przez sen jego imię.
-Pewnie dlatego tak dyszałaś, krzyczałaś i ciągnęłaś prześcieradło –stwierdził z powagą.
-Żartujesz?
-Nope –zaśmiał się pod nosem po raz kolejny. –Sam chciałem to zakończyć, bo widziałem, że to nie jest to, ani dla ciebie, ani dla mnie. A przede wszystkim nie powinniśmy wciągać w to Marisy. Dobrze, że zrobiłaś to pierwsza, nie będę nosił w sobie poczucia winy.
-Jesteś okropny! –oburzyłam się i zaśmiałam. Kamień spadł mi z serca.
-Wiem –uśmiechnął się szeroko i pocałował mnie w policzek. –Przyjaciele?
-Przyjaciele –odpowiedziałam i wstałam z kanapy o sto kilo lżejsza. Nie spodziewałam się, że to nabierze takiego obrotu sprawy.
-Z benefitami?
-Nie! –roześmiałam się i uderzyłam go w bok.
-W sumie, byłaś naprawdę spoko narzeczoną. Gdybyś nie była zakochana w swoim byłym mężu to byłaby z nas całkiem spoko para.
-Ty też byłeś spoko narzeczonym. Najlepszym za to przyjacielem i wujkiem dla Marisy–powiedziałam. Wyjęłam z kieszeni pierścionek i podałam go Canowi.
-Daj spokój. Weź go sobie.
-Nie, nie wezmę go. Mam nadzieję, że spotkasz fantastyczną kobietę bez męża i dziecka, która ci odda całą siebie bez żadnych haczyków i komplikacji. Ja jestem trochę…
-Siódma woda po kisielu?
-Nie powinniśmy bardziej przeżywać tego rozstania? Może powinnam płakać a nie znosić twoje obelgi. Siódma woda…
-Fakt, pójdę się upić z kolegami na imprezę –stwierdził poważnie. –Dołączysz? Możemy razem opić..Znaczy opłakać rozstanie.
-Jesteśmy tak samo beznadziejni –westchnęłam i położyłam pierścionek na stoliku.
-Rose? –zaczął. Postawił mnie przed sobą na kanapie, złapał mnie za ręce i spojrzał prosto w oczy. –Nie traktuj mnie jak swojego byłego tylko jako przyjaciela, ok? Nadal będę wujkiem dla małej, będę przesiadywał u was w mieszkaniu, a nawet wy będziecie przychodzić do mnie. Mari też lubi to miejsce i dobrze się tu czuje. No i ty też lubisz. Naprawdę, bardzo cię lubię. Pomyliłem chyba wspaniałą przyjaźń z miłością. Nigdy nie uważałem, że przyjaźń damsko-męska jest możliwa, ale jest. Udowodniłem to sobie wbrew pozorom przez związek.
-To dobrze –uśmiechnęłam się i dałam się mocno przytulić mojemu przyjacielowi. Myślałam, że chociaż odrobinę mnie to ruszy. Jego! Ale my czuliśmy się dużo lepiej właśnie jako przyjaciele, a nie narzeczeni. Taki był już nasz los.

Może jednak gdzieś w środku czuł się urażony, w końcu to wszystko zaszło tak daleko, dostał ode mnie kosza, chociaż tak bardzo się starał. Spędziliśmy razem tyle pięknego czasu, którego nigdy żadne z nas nie będzie żałować. Naprawdę wierzyłam, że on znajdzie niedługo miłość swojego życia. Tak jak ja znalazłam dwa lata temu.

-Jeszcze jedno. Jeśli ty mi oddajesz pierścionek, musisz ode mnie przyjąć jedną rzecz –oznajmił i wyminął mnie, nie zdradzając nic więcej. Podszedł do swojego plecaka i wyciągnął jakieś kartki schowane w koszulkę i zgięte w pół. Wrócił z nimi i podał mi je. Pierwsze co, to rzuciły mi się w oczy na grubo wydrukowane skróty „LPL->DTM”
Bilety lotnicze. Wykupione trzy miejsca. Rezerwacja na pierwszego czerwca o ósmej rano. Spojrzałam na niego zdziwiona. On naprawdę to sobie przemyślał i to dokładnie. Nawet nie wiedział, że obiecałam Marisie podróż do Dortmundu.

-To mi zrobiłeś dzień dziecka –zaśmiałam się i spojrzałam na niego niepewnie. –Lecisz z nami jak rozumiem?
-Nie, zostaję tu. Chciałem, żeby podróż była komfortowa, dlatego wykupiłem dla was cały rząd. Pomyślałem, że położy się Marisę później, to prześpi cały lot. Stąd dwa siedzenia dla niej.
-Wybroniłeś się. Gdyby było, że dla mnie, to..
-Jeny, jak dobrze być przyjaciółmi i tak normalnie gadać –zaśmiał się, przecierając twarz ze zmęczenia i jeszcze raz mnie mocno przytulił. Oboje się roześmialiśmy i mocno uściskaliśmy.
-A więc lecę do Dortmundu.
-Jak wygrają z Kolonią to będą mieli akurat pierwszego finał. U siebie, bo stadion w Berlinie ma przebudowę, więc skoro z Kolonią są na wyjeździe to Bayern będzie się musiał pofatygować do nich. Marisa się ucieszy jak jej zafundujesz mecz. No i popatrzysz sobie na męczącego się byłego męża.
-Niecny plan chociaż… Jest jeszcze coś, o czym powinieneś wiedzieć I lepiej, żebyś usiadł –westchnęłam. Emre spojrzał na mnie zaciekawiony tymi swoimi ciemnymi oczami i splótł obie dłonie.
-To napięcie też musisz trzymać?
-Nie, po prostu sama tego nie pojmuję, ale..
-Prosto z mostu –przerwał mi. Wzięłam głęboki oddech, zaczesałam włosy za ucho.
-Cały czas jestem żoną Marco –oświadczyłam. 
Spojrzałam na jego wyraz twarzy. Przeszedł przez nią cień szoku, później jednak usta lekko się zakrzywiły w półuśmiechu, aż w końcu ryknął śmiechem, rzucając się do tyłu z oparcia na poduszki kanapy. Śmiał się na tyle głośno, że prawdopodobnie słyszeli go sąsiedzi pod nami. Przeczesał palcami włosy i spojrzał na mnie. Próbował utrzymać powagę, ale mój widok jeszcze bardziej podsycił jego śmiech.

-Może lepiej faktycznie się śmiać niż płakać –rzuciłam i przysiadłam się na skórzanym fotelu obok. Oparłam łokcie o kolana i podparłam brodę na splecionych dłoniach. Dałam Canowi chwilę na ogarnięcie się. W końcu usiadł naprzeciwko mnie. Radosne ogniki wciąż błądziły w jego oczach.
-Ledwo cię spuścić z oczu a ty dzwonisz do prawniczki, żeby nie dawała Reusowi dokumentów. Rosalie, to naprawdę..
-Nie, nie! To nie tak! –zaśmiałam się. Sytuacja może trochę była komiczna. Odrobinę. –Ja wezmę ten rozwód, wcale nie prosiłam o to Wagner, pojechała do Dortmundu, spotkała się z Marco i jego prawnikiem w kancelarii. Marco myślał, że ja też tam będę, więc kiedy zobaczył, że jest sama mecenas powiedział, że jeśli ze mną nie porozmawia nie da mi rozwodu. Ona zapewniała o pełnomocnictwie i tak dalej, ale on wyciągnął umowę, którą spisaliśmy i podpisaliśmy przed ślubem. Jest też na niej pieczęć prawnika, więc to nie jest zwykły świstek i poza punktami mówiącymi o tym, że mam zakaz ujawniania osobistych informacji i tak dalej… Były inne, określające nasz związek i zasady rozwodu. Nie pokazał jej tego, nie dał nikomu do wglądu ale twierdził, że jeden punkt został złamany i chce ze mną go omówić.
-Masz kopię tego? Wiesz o który punkt chodzi?
-Nie, tylko Marco ma tą umowę. Nie znam tego cyrografu na pamięć, więc nie wiem. Nie mam pojęcia –wzruszyłam ramionami. Cały czas pamiętałam rozmowę następnego dnia z mecenas. Była na mnie zła, że nie odbierałam. Wykonała przy Marco aż siedem połączeń, nagrała trzy wiadomości głosowe i wysłała sms. Marco nawet próbował wziąć od niej mój numer, jednak się nie ugięła. Jeden telefon, jedna rozmowa ze mną i złożyłby podpis. W tym samym czasie byłam przecież z córką w szpitalu. I mimo obecności Ulli i Jürgena, nie myślałam nawet o tym, żeby rozmawiać z prawniczką czy grzebać w telefonie. Czekali godzinę na połączenie się ze mną. Po godzinie, podobno Marco wstał zdenerwowany i oznajmił mojej pełnomocniczce, że nie da mi rozwodu, dopóki osobiście się nie stawię i nie powiem mu tego twarzą w twarz. Wyszedł ze swoim prawnikiem, drąc wcześniej cały sporządzony pozew na pół. Mecenas wróciła do Liverpoolu. Ja zakończyłam sprawę. Przynajmniej do lata. Dostałam plik ze sporządzonym pozwem, który mogłam w każdej chwili wydrukować. Latem pojadę z małą do Dortmundu, pokażę jej stadion, zobaczy może z daleka grającego tatę… Nie chciałam się na tym skupiać.

-Może był tam zapis drobnym drukiem –zaczął się zastanawiać Emre i wstał z kanapy. Chodził w tę i z powrotem, układając to wszystko sobie w całość. –Że jeśli ukrywasz dziecko i on o tym nic nie wie, to nie dostaniesz rozwodu.
-Emre –zaśmiałam się, słysząc jego poważny ton.
-Albo!-oznajmił, podnosząc wysoko palec –Chce cię zobaczyć, bo ma wzrok Meduzy i zamieni cię w kamień. Ma urażoną ambicję, laska jak ty go chce zostawić, więc nic tylko zemsta i nagła, niespodziewana śmierć.
-Dobrze mieć starego, dobrego Emre –westchnęłam. Podniosłam się z fotela i przytuliłam go mocno po raz kolejny dzisiejszego dnia. Wyrabialiśmy normę przytulasów, nawet jak byliśmy razem jako para nie przytulaliśmy się aż tyle. On oczywiście odwzajemnił mój gest. Zjechał jedną ręką jednak niżej i uszczypnął mój pośladek.
-Zabiorę ci powitalny obiad z lodówki i tyle będzie. Uważaj sobie.
-I ty mi wyjeżdżasz z jakimś „jesteś super facetem” zamiast „masz w lodówce żarcie”?! Boże! –fuknął zirytowany i poszedł do kuchni.
-Emre, na pewno jest okej?
-Chyba sama widzisz, że tak jest o wiele lepiej. Ulżyło mi i jestem szczęśliwy. Naprawdę jesteś dla mnie ważna, ale nie umiem na ciebie jednak spojrzeć inaczej niż całkiem ładna przyjaciółka, którą lubię podrywać. A tobie nie będzie smutno? Będziesz mogła zostać na noc i się poprzytulać w łóżku.
-Jesteś najlepszy. Odpoczywaj, jedz i wpadnij do nas jak będziesz miał siły.
-Pewnie –odpowiedział. Wyjął sobie zapakowany przeze mnie obiad. Zaciągnął się zapachem jedzenia i westchnął głęboko. To była miłość. –Zabiorę cię na randkę do parku. Będziesz mogła też wziąć Mari w wózku.
-Randkę?
-Czysto przyjacielską. Tylko pierwsza baza.
-Czemu ty  mnie tak bardzo nie irytowałeś, kiedy byliśmy razem?
-Pięćdziesiąt twarzy Cana. Jeszcze nie byłaś w moim czerwonym pokoju. A na razie na spacerze pogadamy, bo się działo trochę. Osiemnasta? Potem o dwudziestej zrobię wypad z chłopakami.
-Pasuje. Do zobaczenia zatem. I cieszę się, że to tak wyszło –uśmiechnęłam się.
-Ja też –zgodził się i wstawił talerz do mikrofali. Cmoknęłam go w policzek i pomachałam mu, zanim opuściłam apartament. 


Byłam ogromnie szczęśliwa, że wszystko tak poszło. Nie tylko ja źle się czułam w tym związku. Emre doskonale to czuł i sam chciał to zrobić. Trzymaliśmy się w relacji, która była dla nas obojga niekomfortowa. Jak to dobrze, że zmądrzeliśmy i w porę wyciągnęliśmy z tego wnioski. Mimo sprzeczek, dwuznacznych tekstów i szczypnięć w tyłek naprawdę go lubiłam, był niesamowitym człowiekiem i bardzo pomocnym. Byłam pewna, że znajdzie sobie niesamowitą dziewczynę, która go pokocha jak na to zasługiwał, no i oczywiście on pokocha ją.
Pojechałam moim samochodem do mieszkania, gdzie urzędowali Kloppowie z Marisą. Ella mówiła, że Louisa nie może się doczekać spotkania z małą, jednak wolałyśmy przeczekać, jakby miała jeszcze jakieś zarazki.
Kiedy tylko przeszłam przez próg mieszkania dostrzegłam tańczącą Ullę na środku salonu z Marisą, która bujała się na boki do taktu jak mała kaczka. 


-Dzień dobry! –zawołałam. Zdjęłam płaszcz i moje wiosenne botki. Zostałam w samych spodniach jeansowych i bluzce, jednak wizualizowałam już chwilę, kiedy założę mięciutki, wygodny dres i rozłożę się bez skrupułów jak płaszczka przed telewizorem.
-Mama! –ucieszyła się Isa i podbiegła do mnie chwiejnie. Prawie umiała już biegać, jednak  z naciskiem na prawie. Nie umiała zwykle wyhamować, czasem traciła niespodziewanie równowagę i przewracała się na ziemię. Złapałam ją i podniosłam do góry. Osiem kilo z hakiem. Ann by się nie powstydziła w podnoszeniu takich ciężarów. Obsypałam ją mnóstwem buziaków i postawiłam na podłodze.

-Jak poszło? –zawołał Jürgen, wychodząc z kuchni. Jedyny mądry i ubrał dres. Miał w ręku parujący kubek, pewnie z moją ukochaną zieloną herbatą, w drugiej dzierżył nadgryzioną już bułkę z serem.
-Bardzo dobrze. Szczęśliwie dla obu stron. Umówiliśmy się jeszcze dzisiaj na wieczorny spa..
-Dziadzia! –zawołała Mari, domagając się jego uwagi. Przerwałam w pół słowa widząc, jak obserwuje ser na jego kanapce. Klopp odstawił kubek na najwyższą półkę w regale, żeby się nikomu nic złego nie stało i ukucnął przy małej.
-Cóż ty ode mnie chcesz?
-Sej! –oznajmiła i wyciągnęła rączki w stronę jego kanapki. I tak zaczęła się zabawa w latającą bułkę. Koniec końców młoda przechytrzyła swojego przyszywanego dziadka i zwędziła mu cały plaster.
-Doobra. Tak się bawisz to wezmę następny. Wiesz, że to twój, prawda? Im więcej mi podkradniesz tym więcej ja zjem i na śniadanie nie będzie nic. Taki będę! –zaśmiał się i poszedł do lodówki, żeby nałożyć sobie nowy plaster sera. Byli niesamowitym duetem. Pomimo tego, że już nie byłam z Emre, nadal chciałam pozostać w Liverpoolu. Marisa ich kochała, ja tez miałam z nimi wspaniałą relację. Obie byśmy tęskniły, gdyby Jürgen i Ulla zostali tu, a my byśmy same wróciły do Niemiec. Była też rodzina Montgomery, którzy także byli mi bliscy. Traktowaliśmy się jak rodzina, spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Wszystkie spacery były nasze. Oczywiście, że tęskniłam za Ann, Mario, Yvonne, Melanie Marco.. Czemu nie mogło być wszystko takie proste? Kiedyś byłam pewna, że to ich nigdy nie zostawię. Teraz chciałabym wrócić, ale też zostać. Byłam w kompletnej rozsypce i nie wiedziałam. Potrzebowałam chyba jakiegoś bodźca, czegoś, co przeważy szalę na jedną stronę. Czemu nie mogło się tak na pstryknięcie palcem przenosić w miejsca, gdzie się chce być?

-Wieczorny spacer? –zapytała Ulla. Usiadła na kanapie i pomogła się na nią wspiąć Marisy, która jeszcze jadła swój zdobyczny ser.
-Tak. Weźmiemy Mari w wózku. Otulę ją kocykami, nie wychodziła trzy dni na zewnątrz, poza tym jest dzisiaj ciepło, a i tak nie będziemy chodzić długo.
-Świeże powietrze jej dobrze zrobi. Może akurat uśnie.
-My schowałyśmy kocyki do mojej szafy, prawda?
-Dokładnie. Cieszę się, że macie nadal dobry kontakt –uśmiechnęła się Ulla i zaczęła uczyć Marisę nowych zwierzątek i przedmiotów z książeczek.


Tak właśnie minęło nam popołudnie. Razem z Ullą upichciłyśmy pyszny obiad, który zjedliśmy całą czwórką ze smakiem. Marisa chciała wciąż i wciąż się bawić, kazała sobie czytać jej ulubioną książkę. Kiedy my z Ullą już odpadłyśmy z gry, na placu boju pozostał Jürgen. Co zrobił? Włączył mecz Borussii. Mieliśmy dziecko z głowy na dziewięćdziesiąt minut i to było piękne. Ulla kompletnie zasnęła, ja rozłożyłam się na kanapie, na moich udach siedziała Mari i oglądała z uwagą mecz. Za każdym razem, kiedy realizatorzy pokazywali Marco, po całym mieszkaniu rozchodził się szczęśliwy pisk „Papi”. Powiedziałam im o biletach do Dortmundu, Marisie też. Nie rozumiała zbytnio ile to do końca jest te dwa miesiące. Pomyliła je początkowo z dwiema sekundami, bo była już gotowa iść po swojego misia. Ja jednak czułam, że te dwa miesiące będą dokładnie jak dwie sekundy. Zanim się obejrzę, a będę już w moim ukochanym mieście z ukochanym dzieckiem obok. Nie mogłam się doczekać, kiedy zaprowadzę ją do parku, na most. Zaczęłam sobie też powoli myśleć nad strategią działania, bo pomimo wszystkich obaw i uprzedzeń Marco powinien wiedzieć. Nie byłam pewna czy też widzieć, ale wiedzieć tak.
Planowałam porozmawiać o tym z Emre. Zdanie Jürgena już znałam, a czego nie powiedział, to i tak się domyślałam.  Miałam dwie sekundy na podjęcie decyzji. I obawiałam się, że one nie wystarczą, a gdy przyjdzie co do czego, naprawdę zostaną mi dwie sekundy.







/Ann-Kathrin/


-Mario!- zapukałam po raz kolejny do naszej łazienki. To nie tak, że nie mamy w domu łazienek, bo są aż trzy, jednak mój wybranek serca wybrał sobie tą, gdzie trzymałam wszystkie kosmetyki. Dobijałam się już od piętnastu minut, a za pół godziny miałam mieć biznesowe spotkanie. Niech jeszcze raz Mario powie w wywiadzie, że wspiera mnie w biznesie, to popłaczę się ze śmiechu. Przysięgam.
-No zaraz!
-Otwórz te drzwi! Wiesz co? Ja cię nie mogę wyciągnąć z łazienki, ale pewnie gdyby tu był Marco, to byś wyfrunął stamtąd jak na skrzydłach niesiony na puszystym obłoczku!
-Marco mówi, że cię pozdrawia –zawołał.

Nie, no nie, no nie. Zwariuję w tym domu. Poszłam po telefon. Wybrałam numer Marco i faktycznie, zajęty. A więc Mario siedział od godziny w kąpieli i gadał z Marco. Cudownie.
-Wychodzę! Będę na kolację! –zawołałam, idąc z w stronę wyjścia.
-Paaa, buzi buzi! –usłyszałam.
Nie byłam pewna, czy żegna się ze mną czy może w końcu z Marco. Nie, to nie możliwe, z pewnością było to do mnie.
 
Ostatnio jednak traktowałam Mario jak dziecko specjalnej troski. Trochę mu odpuszczałam i znosiłam cierpliwie, kiedy czasem Marco stawał się Panią Götze. Mario cały czas nie grał, był głodny treningów, gry z piłką przy nodze. Wiedzieliśmy oboje, że jeszcze sporo przed nami, jednak walczyliśmy, żeby przyspieszyć jego powrót jak najczęściej.
Ja też nie stawałam w miejscu i z podobną chęcią walki próbowałam rozwinąć własny biznes.
Na całe szczęście znalazłam w schowku samochodu tusz do rzęs. Pomalowałam je na kilku czerwonych światłach i było odrobinę lepiej. Co nie oznacza, że Mario się upiekło. Miałam zamiar mu powiedzieć, co o tym myślę.
Kiedy już parkowałam pod siedzibą firmy dostałam sms.  

„Powodzenia na spotkaniu, kotku. Kocham, Mario x.”
 
Uśmiechnęłam się sama do siebie. Już się nie gniewałam. Odpisałam mu serduszka w odpowiedzi i wysiadłam z samochodu. Od razu poprawił mi się nastrój, mogłam zdobywać świat, a na razie trzy spotkania z inwestorami, a najpierw z moją asystentką, która z pewnością ma kosmetyczkę. Ten dzień musi się udać.


***


Kiedy podjechałam na parking koło osiemnastej byłam kompletnie padnięta. Miałam nadzieję, że Mario zrobił zakupy, bo nie miałam siły nawet gotować. Z trzech spotkań zrobiło się pięć i to jeszcze jakich długich. Nie wiedziałam już jak się nazywam. Pamiętałam na całe szczęście zamknąć samochód i bramę wjazdową.
Gdy weszłam przedpokoju zauważyłam czerwony balonik, który unosił się przez hel. Na dole białej tasiemki, którą był związany, przywiązana była miniaturowa, czerwona różyczka. Miała przymocowaną białą karteczkę.
Jestem niestety na tyle ciekawską osobą, że pierwszą czynnością jaką wykonałam po wejściu do domu było otwarcie karteczki i przeczytanie wiadomości.
„Łazienka”
To pismo zdecydowanie nie należało do Mario. Zrzuciłam niedbale płaszcz, zsunęłam buty nawet bez użycia rąk, torebkę rzuciłam w kąt. Rozejrzałam się po domu, jednak nie było innych balonów.

-Mario? Jesteś tam?
Ta sama łazienka co rano, jednak.. Wow. Kiedy tylko weszłam do moich nozdrzy dobiegł delikatny, różany zapach. Piana aż wychodziła z parującej od ciepłej wody wielkiej, dwuosobowej wanny. Na niej leżały płatki czerwonych róż. Koło wanny stał stoliczek z łazienki na dole. Stała na nim butelka szampana w wiaderku wypełnionym kostkami lodu. Jeszcze się nie stopiły, co znaczyło, że musiały się tu znaleźć chwilę przed moim przyjściem. Obok stał mój ulubiony kieliszek. Taka kąpiel nie nadarzała się często. Ignorując lekki głód zrzuciłam ubrania i weszłam do gorącej wody. Otoczyła mnie woda z domieszką olejku, który cudownie wpływał na moją skórę i nerwy po dzisiejszym dniu. Wino już otworzyliśmy z Mario jakiś czas temu, więc nie miałam problemów z otwarciem butelki i siłowaniem się z korkiem. Nalałam je do kieliszka i upiłam kilka łyków. Chłód napoju i gorąca kąpiel. Mario, jesteś niesamowity.
Siedziałam długo w kąpieli. Okropnie długo. Dolałam sobie nawet ciepłej wody, kiedy już zaczęła się chłodzić. Było mi tak cudownie, że nie chciałam wychodzić z niej przez najbliższe kilka lat. Zapach róż był wspaniały.
 
Z błogiego spokoju jednak wyrwał mnie dzwonek mojego telefonu, który dochodził z przedpokoju. Westchnęłam ciężko. Piany co prawda już nie było, była delikatna biała powłoka na powierzchni wody, która w dużych częściach się przerywała. Nawet moja skóra pomarszczyła się na palcach. Odsunęłam stolik, zabrałam ręcznik, którym się otuliłam. Wypuściłam wodę i stanęłam przed wanną z tęsknym wzrokiem za cudownymi, kojącymi chwilami, które minęły bezpowrotnie. Chciałam sięgnąć po mój szlafrok, żeby wyjść i pójść po telefon. Chyba nawet szlafrok chciał być na mnie ubrany, bo z jego kieszonki wystawała kolejna, drobna, czerwona różyczka.

Założyłam go, wsunęłam na stopy kapcie, żeby nie pomoczyć podłogi ściekającą wodą i wyszłam na korytarz. Telefon musiał poczekać, chociaż byłam przekonana, że wcale nikt do mnie nie dzwonił, tylko miało mnie to wyciągnąć z kąpieli. 
Przez cały korytarz aż do sypialni ciągnęły się co jakiś metr balony z helem, dokładnie takie same, jakie znalazłam w przedpokoju. Wszystkie na końcu tasiemek miały przymocowane różyczki. Podchodziłam do każdego i zdejmowałam po kolei różyczki z wiadomościami.

„Zapraszam…”
„…na kolację..”
„Limuzyna podjedzie o 20.”
„Pod dom”
„I zawiezie cię na miejsce”
„Nie spóźnij się”

Uśmiechnęłam się i weszłam do sypialni. Tam stał wazon z wodą. Włożyłam do niego wszystkie różyczki, które uzbierałam od początku. Na łóżku rozsypane były duże płatki czerwonych róż. Na dywanie usypana została ścieżka prowadząca do naszej garderoby. Weszłam do niej z wymalowanym uśmiechem. Po środku było usypane koło. Na żyrandolu nad nim wisiał wieszak z ochronnym pokrowcem na sukienkę. Czułam się jak księżniczka, albo jak w jakimś filmie. Nie chciałam, żeby się kończył. Mario był romantycznym facetem, ale teraz pobił samego siebie. Drżącą z ekscytacji dłonią otworzyłam pokrowiec. W środku była przepiękna czerwona suknia. Była w kroju ryby, góra przylegająca i podkreślająca sylwetkę, od wysokości łydek zaczynało się rozkloszowanie. W dodatku oszałamiająco się mieniła. Ucieszyłam się jak dziecko. Zdjęłam ją z wieszaka i od razu na siebie założyłam. Pasowała idealnie i nawet ze spływającym od gorącej kąpieli makijażem czułam się jak księżniczka. Oczywiście makijaż zmyłam i zrobiłam nowy. Przygotowałam też prostownicę, żeby jakoś ułożyć włosy. Dobrałam do kreacji złotą biżuterię i wysokie złote szpilki. Wszystko się idealnie skomponowało. Nie czułam już zmęczenia, nawet byłam gotowa bez limuzyny przejść pieszo w szpilkach na miejsce kolacji. Niech ta kolacja będzie tak cudowna jak to, co wydarzyło się do tej pory.

O dwudziestej wyszłam przed dom. Wyglądałam piękniej niż na niejednej sesji. Założyłam jeszcze czarny płaszczyk, żeby nie zmarznąć. Przed bramą stała długa, czarna limuzyna. Zamknęłam dom, nie zapomniałam włączyć alarmu, przeszłam przez bramkę. Drzwi do limuzyny były otwarte. Do klamki przyczepiony był czerwony balonik z helem. Szamotał się na wietrze.

-Wyglądasz przepięknie –usłyszałam mój ukochany głos tuż obok. Uśmiechnęłam się szeroko widząc mojego pięknego mężczyznę ubranego w elegancki czarny frak z czerwoną muchą idealnie pod kolor mojej nowej sukni. Trzymał w dłoniach ogromny bukiet czerwonych róż.

-Skarbie –szepnęłam wzruszona i od razu poszłam go przytulić. Ucałowałam go w policzek, a potem niezdarnie zmazałam ślad pozostały od szminki.
-Wsiadajmy, zmarzniesz –uśmiechnął się. Odczekał aż wsiądę do środka, zamknął za mną drzwi. Później dołączył na kanapę do mnie. Wnętrze limuzyny było bardzo eleganckie, przestronne, poważne. Ale to z Mario nie mogłam spuścić wzroku.
-Chcesz szampana? Jest, są nawet kieliszki.
-Już piłam w wannie. Nie upijesz mnie, chcę dotrwać do końca twoich niespodzianek.
-Co piłaś? W wannie? Beze mnie? –zmarszczył brwi w niezadowoleniu. Zaśmiałam się.
-Jesteś najlepszy na świecie. Zdradzisz mi gdzie jedziemy?
-Żebym to ja sam wiedział –westchnął i spojrzał przez okno po swojej stronie. Byliśmy oddzieleni od kierowcy szybą, przez którą zupełnie nic nie było widać. -Chociaż fajną miałaś tą kąpiel?
-Najlepszą, byłam nie do życia a teraz? Druga Ann.
-Strasznie seksowna druga Ann. Ta sukienka jest cudowna.
-Masz gust –uśmiechnęłam się szeroko i złapałam go za rękę. Mario uśmiechnął się delikatnie, trochę niepewnie. Po chwili jednak chwycił moją dłoń i ucałował ją. Położył potem nasze splecione ręce na swoim udzie. Położyłam głowę na ramieniu i w kompletnej, ale niezwykle przyjemnej ciszy jechaliśmy do miejsca kolacji.


Zatrzymaliśmy się niedaleko parku. Staliśmy chwilę, jednak nic się nie działo poza odblokowaniem drzwi i trzaskiem drzwi naszego kierowcy. Myślałam, że nam otworzy, jednak to nie nastąpiło. Mario przejął inicjatywę i wysiadł pierwszy. Poszedł mi otworzyć drzwi od mojej strony. Wysiadłam na drogę w parku. Było dookoła dość ciemno. Co mnie zdziwiło, nawet pogaszone zostały światła miejskich latarni. Zaczęłam się rozglądać dookoła, jednak nic nie widziałam. Mario też się rozglądał, kręcił dookoła. Naprawdę mógł przestać udawać zdezorientowanego. Nie lubiłam stać w ciemnościach w opustoszałym parku.
Miałam już zacząć marudzić, żeby nie trzymał mnie już tak w niepewności, jednak stało się coś niesamowitego.
Cały park rozbłysnął jasnym światłem. Droga była podświetlona po obu stronach białymi sznurami ledowymi. Drzewa były także podświetlone podobnymi sznurami, a także lampkami choinkowymi. Zewsząd białe światło. Po piasku parkowej drogi wiatr roznosił płatki róż. Westchnęłam, głęboko wzruszona. Uścisnęłam rękę Mario. Byłam gotowa ruszyć przed siebie, jednak mężczyzna mnie zatrzymał.

-Zobacz!
Na samej górze wieży widokowej rozbłysły duże balony z helem, które w środku miały też ledowe światełka. Były przyczepione dookoła balkonu widokowego. Wieża nigdy nie wyglądała tak przepięknie. Pewnie to był cel niespodzianki. W środku była restauracja. Kilka chwil po balonach zapaliło się tam delikatne światło.

-Marc..-zaczął brunet, oglądając się za siebie. Nie zrozumiałam do końca co mówił, byłam zachwycona otaczającym mnie magicznym, romantycznym miejscem.
Podążyłam za wzrokiem Mario, nasz kierowca właśnie wsiadł do limuzyny. Przez przyciemniane szyby nie było widać w ogóle twarzy. Limuzyna oddaliła się, migając do nas dwa razy światłami.

-Już nic. Da się pani zaprosić na kolację? –uśmiechnął się i ucałował mnie w skroń. Byłam kompletnie wzruszona. I te płatki na ścieżce! Miałam najukochańszego mężczyznę pod słońcem. Był tylko i wyłącznie mój. Objęci, podziwiając tak nadzwyczajnie podświetloną i opustoszałą okolicę kierowaliśmy się do wieży widokowej. 

Wjechaliśmy na ostatnie piętro. Kelner odebrał ode mnie płaszcz, przez co Mario mógł zacząć pożeranie mnie wzrokiem. Tylko jeden stolik był elegancko przygotowany. Paliła się na nim jedna, długa świeca. Obsypany był płatkami róż. Nikt nie pytał nas o wybór posiłku. Dostaliśmy niezwykle pyszne przystawki i dania główne. Nie mogłam oprzeć się kompozycjom smaków. Nie trzeba było nigdzie wyjeżdżać. I jeszcze wino. Podobno sprowadzone z samej Kuby. Było wyśmienite. Chyba kiedyś Marco i Rose nas takim poczęstowali. W tle płynęła przepiękna, kojąca muzyka jazzowa. Było strasznie romantycznie. Gdyby nie kelner stojący w kącie sali, byłabym w stanie rzucić się na mojego ukochanego przez ten cały stół. Na deser dostaliśmy jakiś twór, którego nie umiałam określić. Kawałek ciasta, na nim czekoladowa kula i wypływający z niej po przebiciu mus malinowy. Razem z Mario się nim zachwycaliśmy. Ten wieczór zdecydowanie był kierowany przez nieziemskie i nadludzkie siły. Był przepełniony pięknem, uczuciem, doznaniami i miłością.





/Mario/

Nie mogłem pojąć perfekcji, z jaką to wszystko było przygotowane. Jeszcze rano planowaliśmy z Marco wypad na Fifę do Auby, teraz siedziałem z najpiękniejszą kobietą na świecie w takim miejscu. Wciąż nie mogłem dość do siebie i zrozumieć, jak jeden, rudy człowiek mógł to przygotować. Nie uprzedził mnie o niczym. Dostałem w smsie potwierdzenie rezerwacji na pokój w hotelu. Moje dane się zgadzały, włącznie z numerem pesel, więc wiedziałem, że to nikt obcy. Dostałem też wiadomość od hotelu, gdzie zapraszali do skorzystania z oferty. Z braku lepszego zajęcia sprawdziłem, czy to nie żarty. W wynajętym „przeze mnie” pokoju wisiał na żyrandolu wieszak z pokrowcem, w którym znalazłem…frak. I czerwoną muchę. Pomyślałem, że żart jest obłędny. Nie wiedziałem co mam z nim zrobić, jednak do wieszaka przyczepiony był balon, do którego była doczepiona karteczka. Na niej było wyraźne polecenie, żebym przyszykował się na 19:40 na randkę. Dopóki nie zobaczyłem równie zaskoczonej Ann przed naszym domem, również niesamowicie wystrojoną, byłem pewien, że to jej pomysł. W końcu może faktycznie zbyt mało czasu spędzaliśmy razem. Potem zobaczyłem Reusa ubranego w białą koszulę i jeansowe spodnie, kiedy wsiadał do samochodu po podpaleniu wszystkich światełek. Opadła mi szczęka w tamtym momencie. Musiałem ją zbierać z ziemi. On? To wszystko? Ja, kąpiel Ann (jak się dowiem, że podglądał to pomimo tej randki mu przywalę), suknia, wszystkie te lampki, rozsypane płatki na drodze, wyrzucenie wszystkich spacerowiczów, limuzyna. Chciałem go zawołać, podejść i podziękować, jednak on zakrył sobie usta palcem wskazującym. Nie chciał, żeby Ann się dowiedziała, to miała być niespodzianka ode mnie. Kiwnąłem głową, on puścił mi oko i wsiadł szybko do środka, nim moja towarzyszka się odwróciła zaciekawiona tym, co się działo. 

Na każdym kolejnym etapie randki byłem zaskoczony jeszcze bardziej. Musiałem nieźle grać. Chciała ode mnie wyciągać co będzie w menu, a ja przecież nic nie wiedziałem.
Po deserze podszedł do nas kelner z płaszczem Ann. Myślałem, że chcą nas wygonić, jednak zostaliśmy zaproszeni na balkon. Tam znajdowały się te najnowsze cuda techniki, balony z podświetleniem led. Ann przytuliła się do mnie i podziwiała widok. Nie tylko nocny widok podświetlonego miasta, co oświetlona parkowa ścieżka, drzewa, płatki róż, które wiatr rozniósł już po całym parku. Kiedy moja miłość oglądała to wszystko wzruszona, zauważyłem karteczkę przyczepioną do balona koło mnie. Było na niej napisane moje imię. Ukradkiem oderwałem ją i sprawdziłem, co jest napisane.

„Powiedz: Kocham cię”

Uśmiechnąłem się i włożyłem kartkę do kieszeni spodni. Spojrzałem na Ann, której już zebrały się łzy w oczach. Położyłem dłoń na jej policzku, kierując jej piękne oczy prosto na moje. Uśmiechnęliśmy się oboje do siebie. Już chciała mnie pocałować, jednak powstrzymałem ją na moment.

-Kocham cię, skarbie –powiedziałem pewnie.
-A ja ciebie –odpowiedziała z czułością i przyciągnęła mnie, by pocałować najbardziej uwodzicielsko, romantycznie i z ogromnym żarem. W tym samym momencie usłyszeliśmy huk. Nie puszczając uścisku zadarliśmy głowy do góry. Na ciemnym, pochmurnym niebie rozbłysły czerwone i białe fajerwerki, które formowały się w serca. Jeszcze nigdy w życiu takich nie widziałem. Reus miał gest i rozmach. Ann się popłakała. Pokaz trwał krótko. I dobrze, bo mogłem znów zatopić się w czułych pocałunkach i nie zwracać na nic ani nikogo uwagi.  
 
Staliśmy na balkonie, skradając sobie leniwe pocałunki, dopóki oboje nie zmarzliśmy. Czułem, że temperatura na zewnątrz mocno spada. Jednak ta między mną a Ann cały czas wzrastała i dochodziła do wrzenia.
Zobaczyliśmy pod wieżą parkującą limuzynę. Na moje oko była ta sama, jednak już nie było Marco. Wysiadł z niej starszy, siwy mężczyzna i odpalił papierosa. Stwierdziliśmy, że powinniśmy się pospieszyć do domu, bo nie chcieliśmy jechać w śmierdzącej popielniczce. No dobra, chcieliśmy jechać do domu, bo dłużej nie dalibyśmy rady wytrzymać.

-Niech pani pociągnie za ten sznurek –polecił kelner, kiedy chcieliśmy wyjść z balkonu. Wskazał Ann jeden sznurek wiszący koło barierki. Stanąłem niezadowolony, że gość nas jeszcze zatrzymuje.
Okazało się, że pociągnięcie sznurka poskutkowało uwolnieniem wszystkich balonów w górę. Można było je cały czas obserwować dzięki wbudowanym światełkom. Ann złapała się poręczy i obserwowała z zachwytem oddalające się, migoczące punkciki. Chciałem do niej podejść, jednak zostałem zatrzymany przez kelnera, który podał mi kolejną białą kartkę.

Korzystając z jej nieuwagi otworzyłem ją. Przeczytałem tekst kilka razy, bo nie mogłem pojąć tego, co właśnie zrobiliśmy. To nie była nasza randka. Przełknąłem głośno ślinę i schowałem kartkę głęboko w kieszeni spodni. Nie chciałem myśleć, analizować, wracać wstecz. Skupiłem się na mojej pięknej, szczęśliwej Ann-Kathrin, którą kochałem całym sercem.
-Kocham cię –powiedziałem i przytuliłem ją od tyłu, wtulając się w jej ramię. Objęliśmy się i czekaliśmy, aż ostatni balon zniknie z naszego pola widzenia. Później podziękowaliśmy obsłudze i wróciliśmy do naszego domu limuzyną, żeby dalej celebrować niesamowity wieczór.



„Mario,
Dziękuję, że mogłem dzięki Wam urzeczywistnić i spełnić moje plany na pierwszą rocznicę mojego ślubu, 15.08. Chociaż mamy koniec marca a nie upalny sierpień, mam nadzieję, że spędziliście wspaniały wieczór. Taki, o którym marzyłem. Nie znam ludzi, którzy byliby bardziej idealni na to miejsce niż właśnie wy. Pielęgnujcie nieustannie to, co od zawsze w was podziwiałem i chciałem mieć.
Marco.”







~~~
No i mamy taki obrót spraw.. Zżera mnie ciekawość (jak Mario trzy daniową kolację) co teraz myślicie😃 Myślę, że ta perspektywa Ann i Mario jest moją ulubioną ze wszystkich nienależących do głównych bohaterów. I oczywiście muszę podziękować (bo inaczej pewnie nie dożyłabym kolejnego rozdziału💗) Dominice, która poczuwa się do mojego ulubionego fragmentu tego rodziału, twierdząc, że gdyby nie ona i jej zamarzenie o perspektywie Ann, nigdy bym na to nie wpadła. I chyba masz rację. Pewie męczyłabym się nad perspektywą Emre (jak ktoś chce, mogę dopisać.. Ktoś chce?😂😇). Dziękuję! Zwykłe "napisz coś o Ann" może uratować cały rozdział..
57 rozdział ma 19 stron i może wydawać się trochę (bardzo) nudny, więc uprzedzam, żebyście się zaopatrzyły w kawę, ale wreszcie mimo swojej długości coś tu wniesie nowego, coś namiesza i pozostawi kolejne zagadki.. (wiem, że to kochacie)!
A 58 rozdział będzie tym środowym rozdziałem! (mam nadzieję, że do środy wyrobicie się z przeczytaniem 19 stron 57..) I trzymajcie kciuki, żeby upały odpuściły, bo przegrzewa mi się laptop i nie mogę pisać, a wieczorem, kiedy jest lepiej, to ja już zasypiam i taka to robota
😥. Koniecznie dajcie znać, co sądzicie o powyższym!
Do następnego za tydzień!!! Buziaki! x.

sobota, 4 sierpnia 2018

Pięćdziesiąt pięć


Jakim sposobem, nie będąc piłkarzem Liverpoolu FC, trafić na dywanik trenera? Tak, chyba trzeba być mną. Jürgen zaprosił mnie z Marsą po treningu, żeby przedyskutować jedną kwestię. Nie wiedziałam jaką, miałam dowiedzieć się o tym dopiero na miejscu. Przespacerowałyśmy się, nim dotarłyśmy do ośrodka treningowego. Tam skradłam szybkiego całusa mojemu narzeczonemu i przekazałam mu opiekę nad małą. Poprosiłam go, żeby pojechali do domu, bo miałam wrażenie, że Isa trochę zaczyna marudzić z głodu. Lub też udawanego głodu, bo po prostu uwielbiała jeść. Klopp akurat schodził z boiska, zagadany z jakimś drugim mężczyzną. Może jakiś dyrektor? Po moim skanie cen ubrań, mógł naprawdę zajmować wysokie stanowisko.
Dostrzegając mnie tuż koło swojego gabinetu zatrzymał się i dokończył rozmowę z zabawnym angielskim akcentem. Możliwe, że też taki miałam, zwłaszcza, że na co dzień posługiwałam się niemieckim. Angielski tylko w sklepie, przy spotkaniach z Ellą i jej rodzinką, no i w towarzystwie znajomych Emre. To było jednak dość mało. Panowie pożegnali się, pan dziany wyminął mnie zupełnie ignorując, za to Jürgen podszedł i objął mnie na powitanie. 

-Gdzie masz moją wnuczkę?
-Emre ją wziął. Mała królewna zgłodniała, więc wiesz..-zaśmiałam się i mimowolnie uśmiechnęłam, jak zawsze na wspomnienie swojej córki.
-Ach, to wszystko rozumiem. Chodź, nie będziemy rozmawiali w korytarzu. Napijesz się czegoś?
-Herbaty, jeśli masz –uśmiechnęłam się, wchodząc do jego biura. Bardziej pokaźne znajdowało się na Anfield. 
Usiedliśmy na kanapie, żeby nie było zbyt formalnie. Trener wyszedł do kuchni, żeby nalać wody do czajnika. Wrócił nawet z talerzykiem pełnym ciasteczek. Oooh, to było coś. Uwielbiałam wizyty u Jürgena.
Rozsiedliśmy się wygodnie z kubkami parującej, malinowej herbaty w rękach. Wczesna wiosna jeszcze nie rozpieszczała, więc ciepła herbata to było zbawienie.
-Jak tam? Wszystko u was w porządku?-zapytał nagle, zamyślając się. Coś go wyraźnie męczyło. Zmarszczył czoło i zapatrzył się w herbatę w kubku. Dopiero po kilku chwilach braku mojej odpowiedzi przeniósł powoli wzrok na mnie.
-Widzieliśmy się dwa dni temu, nic się nie zmieniło. Jest naprawdę dobrze.
-Nie wiem, czy powinienem się wtrącać, ale planujecie ślub?
-Emre coś mówił o lecie. Nie zaczęliśmy jeszcze żadnych przygotowań, chociaż wiemy, że masa z tym roboty i formalności..
-Nie róbcie tego –powiedział cicho, jednak podniósł głowę, spoglądając mi prosto w oczy. Zmroziło mnie. Jego pewność i nieustępliwe spojrzenie. On? Spodziewałam się tego prędzej po kolegach z klubu Emre, a nie Jürgenie, który od początku naszej znajomości dawał mi ogromne wsparcie. Teraz mówił, żebyśmy nie pobierali się? Przecież byliśmy już zaręczeni od trzech miesięcy, był przy samych zaręczynach, wie, jak dobrze Emre nas traktuje i wie, że jesteśmy z nim szczęśliwe. I nagle mówi tak po prostu „Nie róbcie tego”?
-Co? Jak.. Dlaczego? Coś się stało? –wydukałam oszołomiona. Nie wiedziałam co powiedzieć. Byłam trochę w szoku, naprawdę niezłym szoku.
-Rosalie… Nie chcę, żebyś o mnie źle pomyślała. Jesteście z Marisą dla mnie jak bliska rodzina, nie chcę w żadnym razie was skrzywdzić. Ale w mojej rodzinie jest jeszcze Marco. Emre też jest dla mnie szalenie bliski, jest moim podopiecznym od dwóch lat i naprawdę mieliśmy czas, żeby trochę się poznać. Emre jest wspaniałym, dobrym, szczerym, uczciwym chłopakiem. Podziwiam jego pilność, ducha walki, cierpliwość. –westchnął i upił łyk herbaty. Zamyślił się chwilę i uśmiechnął lekko. –Marco jest zupełnie inny. Marco jest nieposkromiony, czasem szalony, wybuchowy, uparty jak osioł. Jest bardzo pokorny, kiedy musi ćwiczyć, żeby wrócić do formy, ale też jednocześnie na tyle wkurzony i zaparty, że on wyzdrowieje chociażby siłą woli. Jego charakter nie jest łatwy, jego przekonania i zasady są jak mur, którego łatwo się nie zbije. Marco nie będzie łatwo przyzwyczaić się do czegoś tak nowego jak dziecko… Ale to on jest ojcem, nigdy o tym nie zapominaj. I chociaż nie wiadomo jak by cię raniło jego zachowanie opisywane w gazetach czy internecie… Może nawet i stracił twoje zaufanie…
-Dziecko załamałoby mu całe spojrzenie na swoje życie, przyszłość, cele.. On jest wspaniały w tym, co robi. On temu oddał całą swoją miłość. Muszę się z tym pogodzić i..
-Nie gódź się na to, Rose. Mario mi kiedyś powiedział, że umiesz go porządnie kopnąć w tyłek. Powiedział, że to najlepsze, co mogło mu się przytrafić. Właśnie kopanie w tyłek. Rozmawiałem z Marco nie raz, nie dziesięć. Wtargnęłaś do jego życia tak, że on nawet nie był na to przygotowany. Nikogo nie chciał tak wpuścić do swojego życia. On ci nie pozwolił na to, sama to zrobiłaś, bez jego pozwolenia. Zatrzymał się wtedy, kiedy to powiedział, a po chwili dodał, że jesteś jego światem, Rose.
-Jürgen.. –szepnęłam, a łzy zebrały się w moich oczach. Wstałam i odłożyłam kubek. Wyciągnęłam paczkę chusteczek z torebki. Była bardzo potrzebna. Marco też mi przecież powiedział, że jestem jego światem. Kiedy chciałam odejść, kiedy pocałowałam Nilsa, kiedy poczułam się jak kochanka taty względem małżeństwa moich rodziców. Kiedy nienawidziłam siebie za to, co zrobiłam. On pomimo tego, że był wściekły, tej samej nocy ze mną spał. Tego samego dnia objął, pocałował, położył się ze mną na podłodze jego mieszkania mówiąc, że jestem jego światem.   
„Wiem, że chcę walczyć. O ciebie. Jesteś moją główną nagrodą. Jesteś moim szczęściem i spokojem.” „Chcę ciebie. Nie perfekcyjnej, nie wspaniałej, a słabej, kruchej, wstydliwej Rosie. Chcę poznać część twojego świata. Chcę poznać świat, który mi pokazujesz. Chcę poznać siebie, którego mi pokazujesz. Nie zabieraj mi tego.”
-Rose, zastanów się, zanim będzie za późno. Łączy was tak wiele. Nie tylko Marisa. Wiem, że on nie jest ci obojętny. Tęsknisz za nim, pomimo takiego długiego czasu. Jesteś smutna, chociaż grasz szczęśliwą. Ale w końcu się zmęczysz. Nie za miesiąc, ale może już za rok, kiedy będziesz żoną Cana, będziecie tworzyć szczęśliwą rodzinkę, a to tylko pozory..
-Pozorem było małżeństwo z Marco. Wszystko było jednym, wielkim kontraktem –zacisnęłam zęby i przysiadłam na biurku trenera. On też wstał i stanął naprzeciwko mnie.
-Co było dokładnie kontraktem? Powiedz mi.
-Całe małżeństwo przecież.
-Co dokładnie?
-O co ci chodzi? Planuję ślub za trzy miesiące, moje życie wychodzi na prostą, jestem szczęśliwa z człowiekiem, który jest w stanie zapewnić bezpieczeństwo mnie i mojej córce, który jest w stanie uznać moje dziecko za swoje, którego nie interesuje moja przeszłość, a patrzy ze mną z podniesioną głową w przyszłość. A ty mi mówisz, żebym tego nie robiła! O co ci chodzi! –krzyknęłam. Grunt osuwał mi się spod nóg. Czułam jak szybko biło moje serce. Głowa powoli zaczynała pulsować w skroniach. Byłam zła. Na siebie, na Jürgena, na Emre, na Marco, Mario, Ann.. Wszystkich. Miałam dość. Klopp ścisnął mnie za ramię, odwracając do siebie.
-Powiedz mi. Tylko mi powiedz. Co dokładnie było kontraktem.  Pocałunki? Seks? Wspólne wypady? Wieczory filmowe? Twoje wsparcie w jego powrocie do formy i kibicowanie na trybunach? Granie razem w Fifę, przygotowywanie posiłków, spacery, wycieczki, trzymanie za ręce, poznanie jego rodziny, jego obecność przy tobie, kiedy pisałaś list do swojej mamy, to, kiedy mówił, że jesteś jego całym światem, to, jak ty to też powiedziałaś, tatuaż, kwiaty? Co, Rosalie? Co było kontraktem, powiedz mi. Wymień jedną rzecz, którą obejmował kontrakt. Jedną.

Staliśmy w ciszy. Mój urywany oddech, łzy w oczach, jego pewne spojrzenie. Nienawidziłam go za tą rozmowę. Miałam dość. Chciałam wyjść i przejść się ulicami Liverpoolu. Może powietrze mi dobrze by zrobiło. Byłam też pełna podziwu, że tyle widział. Podczas wspólnych rozmów trochę wyciągnął ode mnie o wspólnym życiu z Marco. Pewnie drugą część wiedział od niego. Nie miałam mu tego za złe. Sama doszłam do wniosku, że był wspaniałym człowiekiem, powiernikiem, doradcą.. Tylko w tym momencie..?
-Nie mam siły, Jürgen. Na kłótnie, kopanie w tyłek, przebijanie jego muru. Mam dziecko, które kocham, które jest dla mnie najważniejsze. Marisa potrzebuje dojrzałego mężczyzny, który stanie na wysokości zadania, będzie zawsze, nie zwątpi, czy powinien z nami być, czy nie, będzie dla niej wzorem, będzie się przy nim czuła bezpieczna i kochana. Ja też. Dlatego wyjdę za Emre. Tak będzie najlepiej. Przepraszam, jeśli cię zawiodłam. 

Wyszłam ze spuszczoną głową z jego pokoju. Poszłam do wyjścia z obiektu, a stamtąd prosto na przystanek autobusowy. 
Całą drogę w autobusie stałam, patrząc się tępo w okno na mijane ulice i próbowałam się uspokoić. Tak, miał rację, Marco był wspaniały. Może w pewnym momencie przestaliśmy udawać małżeństwo, a po prostu nim się staliśmy. Tęskniłam, oczywiście, że tęskniłam, całymi nocami wracałam do naszych wspólnych chwil, przeglądałam po kryjomu zdjęcia, a potem i tak ciężko mi było spojrzeć w oczy mojemu narzeczonemu. Ale w tym wszystkim było mi dobrze i odnajdywałam siebie. Bo czułam się dobrze z Emre, który był cierpliwy i przekochany. Jego relacja z Mari była cudowna, mnie wspierał jak nikt inny. To dzięki niemu podjęłam się dokończeniu studiów, mogłam zostawić małą na weekend z nim, wpadali też często dziadkowie. Moja córka była tak padnięta po całodziennej, wspólnej zabawie, że ja jedynie mogłam jej pośpiewać do snu i ucałować ją na dobranoc. 
W tygodniu cały czas odwiedzałyśmy państwo Montgomery i ich dzieciaki. Cały czas byliśmy ze sobą blisko, Henry bardzo ucieszył się na wieść o zaręczynach, Ella popłakała się zupełnie. Stwierdziła, że to piękne i ogromnie cieszy się naszym szczęściem, jednak później już na osobności powiedziała mi, że nic nie pobije historii mojej i Marco i zawsze gdzieś w sercu będzie nam kibicować. Nate nie był tak rozwinięty jak Marisa, chociaż u niego wszystko też przebiegało prawidłowo. Zaczął chodzić dopiero dwa tygodnie temu. Ella widziała już u mnie w mieszkaniu nie raz, co to znaczy zasuwać za dzieckiem, który dostaje rozpęd prędkości światła i ucieka głośno piszcząc wszędzie, gdzie się da. Każde dziecko przecież rozwijało się po swojemu, nie było to niczyją winą. Louisa czyniła takie postępy, że na wizycie kontrolnej u lekarza samemu doktorowi podobno okulary spadły, kiedy dzielnie wmaszerowała pod rękę z tatą do jego gabinetu. Wózek coraz mniej był potrzebny, jej kooordynacja znacznie się poprawiła, była bardziej energiczna, i jeszcze bardziej wesoła, jeśli to było możliwe, bo z tak radosnym dzieckiem nigdy nie miałam do czynienia.
Tak więc wszystko było pięknie. Mała mieścina Liverpool, gdzieś w środku wyspy brytyjskiej, a miała taką piękną aurę. Miałam tu początki mojej stabilizacji u boku Cana. Czułam się bezpiecznie i stabilnie, pomimo tego, że nic nie było idealne. Nawet moje narzeczeństwo. Bo czułam się, jak gdybyśmy nadal byli przyjaciółmi i tylko przyjaciółmi. Pocałunki stanowiły odstępstwo. Czasem nawet wątpiłam, czy ten jego upór z kochaniem mnie zanim staliśmy się parą cały czas funkcjonował. Nie było między nami chemii, namiętności, nawet w pieprzonej windzie nie rzucaliśmy się na siebie. Z Marco potrafiliśmy nawet raz wcisnać stop i jak nastolatki uprawiać seks na poręczy. Zawsze uśmiechałam się na takie wspomnienia.. Było ich tak wiele.. Ale potem zastanawiałam się, czy to, co było między mną a Emre było gorsze? Na pewno było inne. Czy złe? Chyba nie, nie wszystko co inne oznaczało, że było złe. Było inne. Było do przywyczajenia i zaakceptowania. Koniec końców stało się to moją codziennością i chyba było dobrze.. 


Weszłam do naszego apartamentu. Od razu zobaczyłam moją ulubioną dwójkę na środku dywanu w salonie. Wszędzie była masa zabawek i książeczek. Wszystkie rozmyślenia pozostawiłam za drzwiami, a na moje usta wkradł się szeroki uśmiech. Teraz skupiali się na kuli, która miała otwory o różnych kształtach na odpowiadające im klocki. Ulubiona zabawa Mari i Emre.

-Hej, wróciłam! –zawołałam, zdejmując botki ze stóp. Odłożyłam torebkę na komodę i to było na tyle, bo leciał już do mnie mój brzdąc.
-MamiiiiI!!!-zawołała wesoło, a potem przebierając nóżkami dotarła i do mnie, wyciągając w górę rączki. Złapałam ją w ostatnim momencie, bo tak się rozpędziła, że na koniec wywinęłaby orła.
-Dzień dobry, moje słoneczko –uśmiechnęłam się szeroko i pocałowałam ją w nosek. Wyszczerzyła swoje kilka ząbków w szerokim uśmiechu i dotknęła mojego. Roześmiałam się głośno i złapałam jej rączkę w usta. Ona pisnęła i znów próbowała złapać mój nos. –Nawet mi się rozebrać nie dasz, co?
-Daj mi ją –zaoferował ciepło brunet, przychodząc z odsieczą. Wziął na ręce Mari i dał mi szybkiego buziaka w policzek. –Co chciał Jürgen?
-Nic konkretnego, pogadać o wszystkim i o niczym, ostatnio mieliśmy mniej czasu na tym, bo nie powiem kto ze swoim wdziękiem i urokiem, zabierał jego całą uwagę, co? 
-Oj przepraszam, już nie będę -prychnął Emre, śmiejąc się z mojej miny. Czasami był zazdrosny o Marisę, ale ona nie mogła konkurować z nikim innym na świecie.
 
Zdjęłam płaszcz i poszłam się przysiąść do stanowiska bawienia się.
-Pokażemy ci, czego się nauczyliśmy –oświadczył Emre i usadził sobie Mari na kolanach. Spojrzałam na nich z uwagą. Otworzy ulubioną książeczkę Mari o zwierzętach. Położył ją na nóżkach mojej córki i otworzył trzecią stronę.
-Powiesz mamie, co to jest za zwierzątko?
-Otek –powiedziała, po chwili namysłu.
-Kotek?
-Kotek! –odpowiedziała śmiejąc się, zarażając swoim śmiechem mnie. Byłam z niej dumna. Z dnia na dzień uczyła się kolejnych słów i naprawdę je zapamiętywała.
-A to?
-Piesek! Hau hau hau! –podskoczyła mu na kolanach I pokazała paluszkiem na narysowanego psa. Byłam nią zachwycona. Ucałowałam ją w oba policzki i pochwaliłam, że tak pięknie mówi. Jak się okazało, mówiła też „onik”, „łowa” i „łołodył”. Już ani myślałam płakać. Ona była moim motorem napędowym i największym szczęściem.

-Zjadła obiad?
-Tak, nawet zostawiłem niepozmywane naczynia, żebyś wiedziała –wyszczerzył się szeroko Emre. Pokręciłam głową i westchnęłam ze śmiechem. Czyli czekało mnie zmywanie.
-Powinnam cię pochwalić ze pomysłowość czy coś?
-Zawsze. Ale wiesz, ja za to nie jadłem.
-Spaghetti?
-Mówiłem już, że mam najlepszą narzeczoną na świecie?
-Spadaj –zaśmiałam się i wstałam z kocyka, na którym się bawili.
-Spadaj! –powtórzyła Marisa. Spojrzałam na nią z przerażeniem, a ona się tylko roześmiała i widząc bajkę o krokodylu Nilu naprzeciwko krzyknęła –Łołodył!

Parsknęliśmy śmiechem z Emre. Miałam nadzieję, że słowo „spadaj” nie zagości u niej na dłużej. Co ze mnie za matka.. Czego ja ją nauczyłam.. Nadal śmiejąc się poszłam do kuchni, żeby przygotować dla nas obiad. W tle słyszałam, że mój narzeczony zajął się czytaniem Isi rymowanej bajki, a za każdym razem, gdzie padało słowo „krokodyl” zatrzymywał się, żeby ona mogła wtedy powiedzieć swoje urocze „łołodył”. Była najwspanialszym dzieckiem na świecie.



***


Wieczory miały w sobie pewną magię. Magię beztroski, kiedy dziecko śpi. Cały czas jako nadopiekuńcza matka miałam przy sobie elektroniczną nianię, która dawała mi podgląd na mojego śpiącego aniołka. Chociaż wiedziałam, że prześpi całą noc, zawsze uwielbiałam na nią patrzeć. Była moim największym i najdrogocenniejszym skarbem. Kochałam ją tak, że czasem aż nie wiedziałam, jak mam jej to wszystko przekazać. Zdawało mi się, że ona jednak to czuła. Wszystkie chwile z nią spędzone zaliczały się do tych najpiękniejszych. Kiedy się budziła, zawsze rozglądała się dookoła, potem czekała, aż przyjdę i przytulała się do mnie na dzień dobry. Tak zaczynałyśmy każdy dzień i to było gwarantem, że będzie on udany.
Ale wieczory też należały trochę bardziej do Emre. Staraliśmy się takim sposobem pielęgnować nasz związek. Tym razem siedzieliśmy w salonie na rozłożonej kanapie. Na stoliku paliła się świeczka, my oglądaliśmy film wtuleni w siebie, na zewnątrz padało, przez co słychać było dudnienie kropel o parapety. Mieliśmy na sobie dresy i skarpetki, tak właśnie elegancko się zwykle ubieraliśmy. Emre trzymał w rękach dużą miskę sałatki greckiej, której zrobiłam całkiem sporo, kiedy tylko Mari zasnęła. Nie chciało nam się przekładać jej do osobnych miseczek, łatwiej było po prostu wrzucić do jednej miski dwa widelce.
Wywinęłam się na chwilę z objęć, żeby nakryć nas kocem. Emre odstawił miskę i wziął łyka herbaty. Pił cały czas czarną, chociaż próbowałam go zmusić do zielonej, nie mógł się przemóc i całkiem tego nie rozumiałam. Marco pił i... I nie powinnaś ich porównywać, Rosalie.

-Wiesz, znalazłem dobrą prawniczkę, Niemkę, która prowadzi swoją kancelarię tu w Liverpoolu –zaczął, zwracając tym samym moją uwagę. –Zrobiłem mały reserch i wydaje się pioruńsko skuteczna i rzetelna, doprowadza wszystkie sprawy do końca, no i jest przy tym bardzo profesjonalna i dotrzymuje tajemnicy, podpisze też klauzulę poufności.
-Okeej, ale czemu potrzebujemy prawnika?
-Żebyśmy mogli się pobrać. Chcę, żebyś była moją żoną –zaśmiał się i pocałował mnie w czoło. Nadal nie rozumiałam, jakbym była za jakąś mgłą, która oddziela mnie od rzeczywistości. Dopiero po chwili zrozumiałam.
-Rozmawiałeś już z nią?
-Wstępnie zorientowałem się przez telefon, czy miałaby czas zająć się tym i pojechać osobiście do Dortmundu.
-I co powiedziała? –zapytałam, chociaż nie byłam pewna, czy chciałam usłyszeć odpowiedź.
-Że tak, ale musisz przyjść do niej i przekazać jej pełnomocnictwo, udzielić kilku informacji, podpiszecie klauzulę.
-Dziękuję, że tym się zająłeś. Nie pomyślałam nawet o tym.
-Dlatego jestem –uśmiechnął się szeroko. –Umówić cię?
-W sobotę po wykładach?
-Mam mecz, nie mogę zostać z Marisą. Przecież możesz w każdy inny dzień, nie zajmie wam to długo, my na ciebie poczekamy i pójdziemy się bawić do parku, co ty na to?
-Pójdę więc do niej jutro, a potem pójdziemy do parku –uśmiechnęłam się i z powrotem wtuliłam w umięśniony tors narzeczonego.
A więc rozwód. Dobrze, że Emre wpadł na pomysł wysłania do Dortmundu pełnomocnika w moim imieniu. Nie wiedziałam, jak bym się zachowała widząc go osobiście. Zwłaszcza po tym czasie, po nocach, kiedy o nim myślałam, po snach z nim, a właściwie z nami w roli głównej, które nie powinny mieć miejsca, kiedy Emre spał koło mnie. Aż w końcu po rozmowie z Kloppem, która nawet jeśli miała być przeze mnie zepchnięta na boczny tor, cały czas nie dawała mi spokoju. Teraz obca kobieta zrobi to za mnie, stanę się wolna i będę mogła wziąć ślub. Patrzeć w przód i nie oglądać się za siebie, już nic nie będzie mnie tak ciągnęło do przeszłości, tylko i wyłącznie przyszłość.

Dokończyliśmy film i poszliśmy padnięci spać. Chociaż cały dzień przesiedziałam z Mari w domu, to byłam wykończona. Piętnastomiesięczne, no niedługo szesnastomiesięczne, dziecko potrafiło dać w kość nawet na pozór młodej dziewczynie. Dwadzieścia jeden lat kontra rok z hakiem. Czułam się czasem przy niej jak stara babcia. Ale nie przeszkadzało mi to jakoś szczególnie.
Kolejnego dnia z rana umówiłam się z prawniczką na szesnastą. Spędziliśmy cudowny poranek, obejrzeliśmy wspólnie bajkę o Kubusiu Puchatku, którą Mari uważnie obejrzała. I to całą, od początku do końca. Jak zwykle walczyliśmy z zamianą pieluchy na nocnik, jednak kiedy robiliśmy już chociażby drobniutki kroczek w przód, zaraz potem cofaliśmy się dwie mile w tył. Temat rzeka. Czasami nawet prawie dosłownie.
Takie chwile sprawiły, że stałam się zupełnie zrelaksowana i wypoczęta. Zapomniałam na chwilę o nadchodzącym spotkaniu. Trochę się stresowałam, nie chciałam otwierać się przed obcą kobietą i opowiadać jej o swoim życiu. Stresowałam się bardziej tym, czy nagle się nie rozpłaczę i nie zmienię decyzji. Nie no, oczywiście, że nie zmienię. Ale nie chciałam się zmieniać w niezrównoważoną psychicznie przyszłą pannę młodą i matkę. Jeszcze podałaby mnie do sądu i nie stanęłaby raczej po mojej stronie, żeby mnie obronić. 

Kiedy już był czas, zostałam odprowadzona pod same drzwi kancelarii przez Marisę i Emre. Ucałowałam ich dwójkę i weszłam do środka.
Cały pokój był urządzony bardzo gustownie, wszędzie drewniane, ciemnobrązowe meble. Na ścianie wisiał orginalny, malowany obraz przedstawiający górski widok. Biurowo a zarazem klimatycznie. 
Zaprosiła mnie do środka uśmiechając się serdecznie. Podała mi zieloną herbatę, o którą poprosiłam, a także dodała kawałek tarty owocowej od siebie.
Była mojego wzrostu, o piwnych oczach i czekoladowych włosach. Usta miała kształtne i pełne, uwydatniła je jeszcze bordową szminką. Emanowała od niej pewność siebie i właśnie to wrażenie pozwoliło mi na zaufanie jej.
To, co jednak jej powiedziałam było bardzo okrojoną wersją. Wiedziała o umowie, jednak nie o tym, w jakich okolicznościach została zawarta, nie wiedziała nic o naszym życiu, poza tym, że małżeństwo powinno dobiec końca za zgodą obu stron, że rozstaliśmy się w zgodzie i nie spieszyło się nam z rozwodem. Nie powiedziałam jej ani słowa o Marisie. Klauzule klauzulami, jednak długi jęzor zawsze może się każdemu przydarzyć, więc to zostawiłam dla siebie. Uświadomiłam ją, że mój jeszcze mąż i narzeczony są osobami publicznymi, więc bez sprzeciwu podpisała klauzulę, o której wspominał mi Emre. Sporządziłyśmy razem pozew o rozwód. Był bardzo delikatny, kiedy ona coś próbowała wrzucić od siebie, natychmiast wybijałam jej to z głowy. Począwszy na tym, że nie chciałam wnoszenia o winę, zrezygnowałam też z podziału majątku, alimentów na mnie, ponoszenie kosztów postępowania wzięłam na siebie. Na koniec złożyłam podpis w wykropkowanym miejscem, pod nim było wykropkowane pole na podpis Marco, który przypieczętuje nasz rozwód.
Podpisałam wszystkie potrzebne zgody o pełnomocnictwie. Umówiłam się z nią, że będziemy cały czas w kontakcie. Miała dzwonić jeszcze dzisiaj do menagera Marco, zdobyć od niego kontakt do jego prawnika i z nim omówić kwestię rozwodu. Była gotowa wyruszyć do Dortmundu w każdej chwili. Oczywiście miałam być na bieżąco ze wszelkimi informacjami i postępami w sprawie. Wynagrodzenie chciała dopiero po zakończeniu sprawy, co wydawało mi się uczciwe z jej strony. Pożegnałyśmy się obie zadowolone z owocnego spotkania.


Kiedy wyszłam od razu zadzwoniłam do Emre, żeby zlokalizować miejsce ich pobytu.
Po krótkim spacerze dotarłam do pobliskiego placu zabaw, gdzie mój narzeczony huśtał Mari w huśtawce dla dzieci. Oczywiście pilnował ją jak oczka w głowie i cały czas coś do niej mówił. Ona się śmiała i odpowiadała albo coś po swojemu, albo ubierała to w słowa, które już znała. Nieważne jak, ale się dogadywali. Dołączyłam do nich. Dopóki nie zaczęło padać szaleliśmy we trójkę na placu zabaw. Zjechałam kilka razy na zjeżdżalni, mając Marisę na kolanach i trzymając ją mocno przy sobie. Jej sprawiało to ogromną frajdę, ja nie umiałam jej odmówić i zjeżdżałyśmy w nieskończoność. Ja wchodziłam po drabinkach na górę zjeżdżalni, Emre mi ją podawał, musiałam unieść ten słodki ciężar do góry, przytulić ją przed zjazdem, żeby było bezpiecznie, a potem znowu i znowu. Miałam po prostu siłownię i to nie byle jaką.
Potem Emre kręcił nas na karuzeli. Mała chciała więcej, jednak to mnie pierwszej zrobiło się niedobrze i zażądałam zmiany kierunku, by na końcu stwierdzić „nigdy więcej karuzeli”. Potem to mieszkanie zmieniło się w plac zabaw. Nie przeszkadzało nam, że nie spędzamy romantycznego czasu w dwójkę, jak większość narzeczonych, którzy planują ślub. Nie chadzaliśmy na randki, kolacje w restauracji, do kina ani na samotne, wieczorne spacery. Ale nie potrzebowaliśmy tego, bo mieliśmy zupełnie inną alternatywę, równie wspaniałą. Opieka nad Marisą bardzo nas też do siebie zbliżyła. Widząc Emre z moją córką, kiedy tak dobrze się bawili i dogadywali, miałam wrażenie, że zaczynam czuć do niego coś więcej. Skoro tak się działo byłam już przekonana o rozwodzie i ślubie z piłkarzem Liverpoolu. Nic nie było niemożliwe, potrzebowało czasu. Tak samo najwyraźniej było z moją miłością do Cana. Jürgen mylił się mówiąc, że będę nieszczęśliwa za rok, przytłoczona udawaniem. Przecież byłam szczęśliwa. Może gdyby to zobaczył, dostrzegłby, że jego obawy o szczęście zarówno Emre jak i moje są bezpodstawne. Marco też przecież chciał, żebym była szczęśliwa. Może i on by dał nam aprobatę? Od razu w głowie zobaczyłam intensywny, świdrujący wzrok Marco. Ten wzrok nie mówił nic o aprobacie. To był ten wzrok, przez który często nie byłam w stanie oddychać. Pozbyłam się go najszybciej jak się dało z głowy i w ogóle nie chciałam już więcej myśleć o jakichkolwiek aprobatach, których nie było.. I kiełkujących uczuciach, które może wciąż jednak były zamknięte w nasionku. Może było wodoodporne i nie reagowało na podlewanie go takimi pięknymi momentami?

Następnego dnia  dostałam wiadomość  od mecenas Wagner.

„Witam. Dzisiaj rano skontaktowałam się z Drikiem Heblem. W najbliższym czasie porozmawia z Pani mężem i odezwie się w sprawie spotkania. Jestem myśli, że wszystko przebiegnie szybko i bez żadnych komplikacji. Pozdrawiam, mec. A.Wagner”

Zajęłam się rozpisywaniem materiałów na ostatni egzamin studiów, który je też kończył. W przerwach zajmowałam się córką. Przerwy okazywały się zwykle dłuższe niż sama nauka, ale przynajmniej miałam zajęte myśli. Emre miał trening. Jutro mieli mieć mecz, a pojutrze wieczorem Emre wylatywał do Turcji na wesele swojej kuzynki. Namawiał mnie, żebym pojechała z nim i poznała jego rodzinę przed naszym ślubem, jednak nie chciałam rozstawiać się z Mari na tyle tysięcy kilometrów. Znałam dobrze jego rodziców, akceptowali mnie jako przyszłą synową i naprawdę lubili. Najważniejsze za mną, więc nie przeszkadzało mi to, że zobaczę resztę jego, a niedługo naszej rodziny na własnym weselu. Chciał, żebym pojechała nawet z Mari, jednak z tego szybko zrezygnował, bo sam zrozumiał, że tak długa podróż z dzieckiem byłaby męcząca dla wszystkich pasażerów samolotu. Nie gniewał się na mnie, kiedy odmówiłam. Zrozumiał i byłam mu za to naprawdę wdzięczna. Obiecałam mu, że na naszym weselu porozmawiam z każdym i zatańczę po trzy razy. Z uśmiechem przystał na moją propozycję.
Zaraz po moich zdanych egzaminach mieliśmy zaczynać przygotowania do ślubu. Tym razem miałam trochę więcej czasu. Będę mogła na spokojnie zanurzyć się w tych wszystkich czasopismach, stylach sukni, welonach, materiałach. O dziwo nie miałam na to ochoty, jednak miałam nadzieję, że to przyjdzie.. Może razem z uczuciami? Możliwe było, że to wina przedegzaminowych stresów.
Tak więc cały dzień minął na tym, żeby o nim nie myśleć. O dniu, o Marco, o Dortmundzie, o jego menagerze, który przekaże mu wieść o rozwodzie, o rozwodzie, o pani Wagner, o Mario, który pewnie dowie się chwilę później o mojej decyzji…
Cały dzień przytulałam Marisę niemożliwą ilość razy, żeby dodać sobie otuchy i spokoju. Ale mimo całej miłości do niej, jej ślicznych, małych rączek, które oplatały zawsze moją szyję jak koala, ja na przekór wszystkiemu potrzebowałam silnych ramion wokół mnie, w tym jednego pięknie wytatuowanego. Ciepłego torsu, bicia serca, w które wsłuchiwałam się zawsze przed zaśnięciem. Zielono-niebieskich oczu, seksownych ust, które dotkną ciepłe mojego czoła, potem nosa, aż w końcu połączą się z moimi. Wtedy dopiero byłabym spokojna. Dlaczego Emre nie mógł mi tego dać? Podarował mi tak wiele, tyle mu zawdzięczałam.. Dlaczego nie mogłam mu zawdzięczać i tego? Czemu nie chciał mi tego dać, czemu ja nie chciałam tego przyjąć...



***


-Może nie pojadę?
Emre stanął po środku salonu i złapał się pod boki. Walizka już stała koło wyjścia z apartamentu, na niej koperta z biletami lotniczymi. Ja usiadłam na kanapie i nie miałam siły wstać. Byłam wykończona po całym dniu, Emre pewnie był w tym samym stanie.
-Jedź. Poradzę sobie. Aida dawno cię nie widziała, poopowiadasz rodzinie trochę o mnie, powiesz, żeby nie kupowali nam żadnych ceramicznych zastaw i nawet nie próbowali kupić Marisie zabawek, bo ma ich za dużo.
-Jakby coś się działo dzwoń do Ulli, trenera, potem do mnie i przyjadę jak najszybciej będzie to możliwe.
-Wiem, spokojnie. Postaraj dobrze się bawić, dobra? Zrób to dla mnie. Tym dodasz mi trochę siły.
-Pisz do mnie cały czas, chcę wiedzieć, czy jest lepiej, oby nie gorzej. Kupiłem pół apteki, więc może coś zaraz zadziała. Poza tym, sen też dobrze wpływa.
-Wiem –uśmiechnęłam się i podniosłam z kanapy, żeby się do niego przytulić. –Będę pisać.
-Idź też spać. Nic ci nie da czuwanie, ty też musisz mieć siłę –upomniał mnie i ucałował w głowę.
-Poradzimy sobie –obiecałam i spojrzałam na niego, zadzierając głowę do góry. Kąciki jego ust się uniosły. Później pocałował mnie powoli, czule, z ogromnym romantyzmem. Odetchnęłam cicho, kiedy się od siebie odsunęliśmy. Spojrzeliśmy sobie w oczy i uściskaliśmy mocno.
-Będzie dobrze–zapewnił mnie raz jeszcze i potarł poczieszająco moje plecy. Był mimo wszystko jakiś przybity. Jakby coś się złego stało. Albo miało stać. Nie dopuszczałam do myśli, że to mogło mieć związek z katarem Marisy.
-Zmykaj już, bo taksówka ci ucieknie, potem samolot. Wolałabym mieć jednak w Aidzie sprzymierzeńca a nie kata.
-Skoro tak.. Ucałuj Mari ode mnie jak się tylko obudzi. Najlepiej, żeby to było rano po przespanej nocy –zaśmiał się, poprawiając mi tym humor. Odsunął się ode mnie i poszedł ubrać buty i zabrać swoją skórzaną kurtkę. Wyszłam z nim na korytarz i pomachałam, kiedy drzwi windy się za nim zamykały.
Po zamknięciu drzwi apartamentu, skierowałam się do pokoju Marisy. Odchyliłam cicho drzwi i prześlizgnęłam się w szczelinie. Usiadłam na fotelu koło jej łóżeczka. Kiedyś służył mi do karmienia piersią, teraz po prostu stał, bo był miękki i wygodny. Czytałyśmy na nim czasem wspólnie książki. Był też czasem wielkim wzgórzem, na którym czyhał zły pluszowy wilk, polując na jej ulubioną lalkę. Teraz po prostu siedziałam i obserwowałam ją, marząc, żeby fotel służył znów do beztroskich zabaw. Miała zatkany nosek, zaczęła oddychać przez buzię. Chciałam na siebie przejąć to okropne choróbsko, żeby ona nie musiała się z nim męczyć. Zawsze była okazem zdrowia, wszędzie jej było pełno i nagle musiało się wszystko zebrać. 

-Mamii –jęknęła zaspanym, smutnym głosem.
-Tak kochanie? Chcesz się napić?
-Yhymm.. –pokiwała głową i zaczęła podnosić się, żeby usiąść. Na szczęście miałam obok na stoliku butelkę z wodą i odrobią soku z cytryny. Dałam jej do rączek, a ona od razu zaczęła pić ze specjalnego dziubka. Po chwili jednak odłożyła butelkę –Fuuu…
-Wiem skarbie, ale to witaminki. Pozwolą ci wyzdrowieć. Musisz teraz dużo pić.
-Ehhh –westchnęła i zaczęła znów pić. Była naprawdę dzielna. Usiadłam przy niej na łóżeczku i głaskałam jej mięciutkie, lśniące blond włoski. Wzięłam jeszcze plasterek, który Emre kupił w aptece na lepsze oddychanie i przykleiłam go do jej piżamy. Zapach aż ja poczułam, trochę drażnił, był bardzo intensywny, ale miałam nadzieję, że to coś chociaż trochę jej pomoże.
Marisa przysunęła się do mnie i oparła swoją głowę na moim boku. Przytuliłam ją do siebie na tyle, żeby mogła swobodnie pić.  
Ku mojemu zdziwieniu wypiła całą butelkę do ostatniej kropli. Odepchnęła się ode mnie i ustawiła butelkę na miejsce, na stolik nocny, gdzie stało też zdjęcie w ramce moje i Marco. Nawet po przeprowadzce musiało tam stać. Marisa kiedy usłyszała, że będziemy pakować jej rzeczy najpierw włożyła do kartonu jej ulubionego misia, a zaraz potem zdjęcie moje i Marco, które sobie sama tam ustawiła.
Nie chciałam komentować tego faktu, tego, że mój narzeczony musi tolerować moje ślubne zdjęcie na stoliku nocnym mojej córki, w jego apartamencie. On też tego nie komentował i byłam mu za to wdzięczna. Marisa była zadowolona i to było najważniejsze.
-Papi –powiedziała nagle, przyglądając się zdjęciu. Odgarnęłam jej włosy z głowy. –Papi –pokazała paluszkiem Marco, oglądając się na mnie. Pocałowałam ją w czoło i położyłam policzek na jej główce. Moje serce zaczęło bić w szaleńczym tempie. Nie znałam powodu, ale tak właśnie się działo. Marisa była taka mała, nie rozumiała tylu rzeczy. Ale ona po prostu wiedziała, kto jest jej tatą. Nigdy tak się do Emre nie zwróciła, Papi był w telewizorze, kiedy grał, udzielał wywiadów, był na zdjęciach. Była bardzo mądra, rozpoznawała go, zawsze i wszędzie. A mnie pękało serce.
-Papi –powtórzyła po raz trzeci i się rozpłakała. Starałam się utrzymać swoje łzy na wodzy, tak, jak obiecałam jej, kiedy się urodziła. Od tamtej pory nie złamałam tej obietnicy.
-Położymy się razem i spróbujemy zasnąć, co?- zapytałam cicho i położyłam ją koło siebie. Skuliłam się w malutkim, dziecięcym łóżku, przytuliłam do siebie Marisę. Mimowolnie wbiłam wzrok w ramkę ze zdjęciem.
Karaiby. Byliśmy tacy szczęśliwi. Świeciło słońce. Tam zaczęło się wszystko. Tam kłóciliśmy się o wszystko, bo nie umieliśmy wspólnie żyć. Strzelaliśmy fochy, gadaliśmy zwykle o kilka słów za dużo. Nie byliśmy gotowi na taki krok. Było dużo za wcześnie. Ale jakby na to nie spojrzeć, udało nam się, nawet jeśli teraz się rozwodzimy. Przetrwaliśmy i staliśmy się dla siebie wzajemnie najważniejsi. Ale nie było tam tylko kłótni i niedomówień. Były gonitwy po plaży, długie, wieczorne spacery, pływanie w oceanie, pływanie nago w oceanie, nieziemski seks we wszystkich pomieszczeniach willi, pod wodospadem, na plaży, oglądanie zachodu słońca w wannie z bąbelkami na tarasie, pyszne posiłki, najlepszy alkohol na świecie. Pierwszy taniec, najbardziej idealny z możliwych wszystkich pierwszych tańców. Może już wtedy byłam zakochana? Na pewno tamto „tak”, było najważniejszym „tak” w moim życiu. To było „tak” dla wspólnego życia, dla nowych uczuć, dla spełnienia marzeń, dla Marco, aż w końcu „tak” dla mojej córki. Gdyby nie on, gdyby nie to „tak”, nie doświadczyłabym tak niesamowitego cudu jaki miałam.
Marisa coś jeszcze mamrotała po swojemu zasypiając, ale usnęła, obejmując mnie delikatnie. Postanowiłam czuwać, w razie, gdyby się obudziła. Dzięki plastrowi mogła już oddychać, jednak od płaczu co jakiś czas pociągała noskiem. Głaskałam cały czas jej główkę, włoski. W końcu sama zasnęłam.



***


Spałam tak mocno, że nie poczułam, kiedy Mari się obudziła. Kiedy świadomość zaczęła przychodzić poczułam okropny ból w plecach od wygiętej pozycji spania, zdrętwiałą nogę i rękę, na której cały czas leżała moja córka.
-Abwabwabwa! –powiedziała, próbując mnie wystraszyć swoim pluszowym lwem. Uśmiechnęłam się na jej widok. Oczka miała jeszcze szklane, jednak odzyskała humor. Zaczęłam w duchu modlić się, żeby to się nie zmieniło i zaczęła zdrowieć.
-Cóż to za straszny lew mnie budzi? Ja tu czekałam na buziaki od mojej ślicznej córeczki, a tu lew? Co pan tu robi, panie lwie? –zapytałam i pogroziłam palcem pluszakowi. Chwilę później został ciśnięty na drugi koniec pokoju, a Marisa rzuciła się na mnie, żeby się poprzytulać. Albo mnie udusić swoim ciężarem, musiałam się zastanowić. 

Dzień zaczęłyśmy od zmiany pieluszki, szybkiej kąpieli, bo strasznie się spociła przez noc, potem założenie nowej pieluszki i ubranie w wygodny, domowy dresik. Poszłyśmy razem do kuchni. Mari siedziała w foteliku i bawiła się grzechotką i układanką z drewnianymi klockami, a ja miałam chwilę, żeby przygotować jej kaszkę. Przy okazji wrzuciłam na patelnię jajko dla siebie. Chciałam zrobić jajecznicę, ale kiedy zajęłam się przygotowaniem wody z sokiem z jagód, który zrobiła mama Emre okazało się, że poświęciłam własną jajecznicę i wyszło mi jajko sadzone i to prawie nie zwęglone.
Udało mi się zrobić tak, że obie miałyśmy w jednym czasie swoje śniadanka i mogłyśmy razem zjeść. Zostałam poczęstowana przez Marisę jej kaszką, ona w zamian zażądała mojego jajka. Łyżeczka kaszki za pół jajka. Zrobiłam deal życia i próbowałam sobie wmówić, że można się zawsze najeść zieloną herbatą.
Kiedy na dnie miseczki zostało trochę kaszki, jak uważało moje dziecko-do zabawy, akurat rozdzwonił się mój telefon. Pobiegłam do salonu, żeby zobaczyć, czy to nie dzwonił przypadkiem Emre. Jednak pani mecenas.

-Witam, pani Reus. Dzwonię, żeby poinformować, że za pół godziny wsiadam w samolot do Dortmundu. Uzyskałam porozumienie z pani mężem i jego prawnikiem, spotkamy się dzisiaj wieczorem.
-Bardzo pani dziękuję –powiedziałam mechanicznie. Nie myślałam w ogóle nad sensem jej słów.
-Mam wszystkie dokumenty, więc rozwód to kwestia jednego podpisu. Proszę się nie przejmować. Jednak w razie czego bardzo bym prosiła, żeby była pani dostępna między szesnastą a osiemnastą czasu brytyjskiego. Najlepiej dlatego, żeby usłyszeć dobre nowiny, tylko na takie jestem nastawiona.
-Oczywiście, będę pod telefonem. Bardzo dziękuję, pani Wagner. Życzę bezpiecznej podróży i czekam na telefon –kończyłam, widząc, jak Mari jest już cała w kaszce. Po co kąpiel? I ktoś jeszcze mnie zapyta, czemu nakupowałam tyle dziecięcych ubranek?
-Również dziękuję. Do usłyszenia. 

Nie chciałam zastanawiać się nad sensem jej słów. Ani nad tym, że dzisiaj o osiemnastej będę już rozwódką. Ani nie chciałam jej zazdrościć, że będzie mogła spojrzeć w oczy mojego męża. Byłam już wykończona. Marco, chociaż był daleko osaczał mnie zewsząd i nie mogłam sobie z tym poradzić.
Dostałam też sms od Emre, że wylądował bezpiecznie i jest już w domu u rodziny, pisał, że tęskni za nami i całuje. Było po dziewiątej, więc stwierdziłam, że Emre łyknie, kiedy napiszę mu po dziesiątej, że dopiero wstałyśmy. Teraz miałam inne sprawy.

-Mamiiiiii

O, właśnie takie.
-Co tam się dzieje, co?
Marisa zaczęła coś mówić po swojemu i pokazywać mi, że ma cały brudny dresik. Naprawdę? Nie zauważyłam. Poszłyśmy umyć buzię, umyć zęby, przebrać się i wróciłyśmy do pokoju, żeby poczytać w łóżeczku i pouczyć się czegoś nowego. Podałam jej leki, bo widziałam, że jeszcze nie była zdrowa. Wolałam dawkować tak jak powiedziano mojemu narzeczonemu w aptece.
Rozmawiałam raz z Emre, ucieszył się o poprawie u Marisy. Cały dzień spędziłyśmy razem, mała ucięła sobie krótką drzemkę. W tym czasie ja miałam chwilę na zjedzenie obiadu i przygotowanie czegoś dla Marisy.

Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie wieczorne histerie. Wierzyłam, że Mari już zdrowieje, kiedy nagle podskoczyła jej temperatura. Zaczęła płakać, była cała rozpalona. Zwymiotowała dwa razy. Chłodziłam wodę mrożonkami i robiłam jej okłady na czoło, podałam leki, które trzeba było, co chwila coś piła. Raz wodę, potem herbatkę z malin. Nic nie pomagało. Czułam się bezsilna, bo nie wiedziałam już jak mam jej pomóc. Wyszłam z pokoju Mari, kiedy ona leżała, tuląc swojego misia i obserwując smutno zdjęcie moje i Marco. Nie miałam kontaktu z Jürgenem od kilku dni, tak, od rozmowy o Marco i Emre. Nie chciałam dzwonić do Elli, miała swoje problemy, chociaż wiedziałam, że by mi pomogła. Wybrałam więc numer do Ulli. Na szczęście odebrała po trzech sygnałach.

-Cześć kochana! Co u ciebie słychać? Przełączę cię na głośnik –powiedziała radośnie, zaraz kiedy odebrała.
-Ulla, potrzebuję pomocy. Nie radzę sobie i nie wiem, co mam zrobić.. –powiedziałam, łamiącym się głosem. Mari znów zaczęła cichutko płakać. Poszłam do pokoju i przytuliłam ją wolną ręką.
-Co się dzieje?

Opisałam im wszystko. Zatrzymywałam się, kiedy płacz się natężał i musiałam ją trochę pokołysać. Małżeństwo Kloppów zorganizowało sobie wypad za miasto na weekend, ale dopiero wyjeżdżali spod domu. Jürgen przejął rozmowę i uspokajał mnie. Jego ton był pozbawiony emocji, wydawał mi polecenia, które od razu wykonywałam. Zmierzyłam temperaturę. Podskoczyła od ostatniego mierzenia o wiele. Miała prawie trzydzieści dziewięć stopni. Kazał mi dawać jej jak najwięcej wody, nawet w nią wmuszać, kłaść okłady i dzwonić po pogotowie. Zabronił mi panikować, mówiąc, że wie, że jestem odpowiedzialną matką i sobie poradzę. Po telefonie alarmowym kazał z powrotem do nich zadzwonić.
-I jak? –zapytał, zaraz kiedy odebrał telefon.
-Będą dopiero za dziesięć minut. Jürgen, ona jest blada jak papier, nie wiem co się dzieje.. Przecież było już coraz lepiej.
-Dawaj jej cały czas pić, uspokajaj ją, ja będę za trzy minuty, karetka niech się wypcha. Dasz radę, Rosalie, rozumiesz?
-Dziękuję..-szepnęłam, głaszcząc małą po główce.
-Rozumiesz?
-Dam radę –powtórzyłam. O dziwo to mi pomogło. 

Czekając na Kloppów cały czas śpiewałam Marisie jej ulubione piosenki, cały czas piła, chociaż była okropnie rozpalona i się męczyła. W między czasie zapakowałam do torby, która służyła za wyprawkę do szpitala przy porodzie, ubranka na przebranie dla niej i wszystkie potrzebne dokumenty i książeczki zdrowia. Kiedy Jürgen z Ullą zapukali do mieszkania, ja już trzymałam Marisę na rękach, przez ramię miałam przerzuconą torbę z rzeczami.
Uśmiechnął się z aprobatą.

-Daj mi malutką –uśmiechnęła się Ulla i odebrała ode mnie dziecko. Ja wzięłam klucz, żeby móc zamknąć apartament. W windzie Mari jeszcze popłakiwała. Jürgen wziął ode mnie torbę, żebym nie dźwigała.
-Chodź tu –powiedział. Nie rozumiałam, o co mu chodziło, jednak sam po chwili przyciągnął mnie do siebie i uścisnął mocno. Objęłam go, dopóki drzwi windy się nie otworzyły na parterze. Pocałował mnie opiekuńczo w czoło i potarł plecy.
-Jürgen, przepraszam, że…-zaczęłam, kiedy szliśmy do samochodu. Nie chciałam teraz tego rozpamiętywać, najważniejsze teraz było zdrowie mojej córki, jednak ciężko mi było patrzeć, jak oni mi pomagają, rzucają swoje plany, by przy nas być. Zwłaszcza, kiedy wyszłam bez pożegnania po naszej rozmowie, która też nie miała zbyt spokojnego tonu.
-Ja też. Nic nie było, teraz czas na coś innego –oświadczył i odblokował swojego srebrnego Opla, który stał nieprzepisowo tuż koło klatki. –Wskakuj z Marisą na tyły, Ulla z przodu.
-Ja mogę z Rose usiąść…-zaczęła blondynka, jednak jej mąż otworzył jej drzwi z przodu.
-Mała się skupi na jednej osobie, Rose da radę ją uspokoić. Ty dzwoń do szpitala, odwołaj karetkę i powiedz, żeby byli gotowi jak przyjedziemy.

Podziwiałam w nim spokój, opanowanie i organizację. Emre zawsze to podziwiał na treningach, ja podczas meczy, poza sytuacjami, kiedy ktoś strzelił gola. I teraz w życiu prywatnym.
W ciągu jazdy jej stan się pogarszał. Cały czas piła wodę z butelki, przytulała się do mnie, płakała. Jedyne co mówiła to strasznie cichutkie „Mami” oraz „Papi”. Obiecałam jej, że nie będę płakać. Obiecałam. Obiecałam.. Musiałam być twarda. Zajęłam kołysaniem jej w ramionach, śpiewałam jej nadal i zagadywałam, składając kolejno obietnicę kupienia basenu z kulkami, nowych zabawek i może w przyszłości pieska. 

-Ile jeszcze? Ona ledwo kontaktuje! –warknęłam zdenerwowana. Nigdy nie chciałam widzieć jej w takim stanie. To był okropny widok. Oddałabym wszystko, żeby zamienić się z nią miejscami. Jeszcze co chwila dzwonił mój telefon. Wyjęłam go w końcu i włączyłam tryb cichy.
-Jesteśmy. Czekają już z łóżkiem i jest lekarz –oświadczył. Kiedy tylko zgasił silnik Ulla wysiadła i pomogła mi otworzyć drzwi. Łóżko podjechało z panią doktor. Nie zapamiętałam nawet jak się nazywała, nawet na nią nie patrzyłam. Ulla zajęła się wyjaśnianiem całej sytuacji, ja szłam obok łóżka i trzymałam ją za rączkę. Jürgen pojechał odstawić samochód na parking i miał dołączyć do nas za chwilę. 

Nie odstąpiłam dziecka na krok. Zmierzyli jej temperaturę, podali mocne leki, pobrali próbkę śliny. Obeszło się bez okropnych kroplówek i wbijania igieł. Dali mi za to wodę z rozpuszczonymi bakteriami i elektrolitami. Podobno nie było to zbyt smaczne, ale ważne, żeby to wypiła. Na początku starała się to wypluć, na nic moje tłumaczenia, że to ważne. Nawet Jürgen i Ulla próbowali swoich sposobów, nic. Pielęgniarka zagroziła, że jak nie wypije, będą musieli jej podać kroplówkę. Czułam, że mam nóż na gardle. 

Poza „nie”, „y-ym”, „nie” oraz  „nie” powiedziała w końcu coś innego.

-Do papi-mruknęła niezadowolona, odtrącając po raz kolejny butelkę ode mnie.
-Chcesz do taty? –zapytałam. Chyba właśnie przechodziłam przez zawał. Dobrze, że byłam w szpitalu na oddziale ratunkowym.
-Tak! Papi! –powiedziała twardo. Oddychając ciężko złapałam jej małą rączkę i ją ucałowałam.
-Zrobimy tak. Jeśli wypijesz teraz grzecznie lekarstwo, to latem, kiedy będzie cieplutko, polecimy razem do taty do Dortmundu takim dużym samolotem. Pamiętasz bajkę o samolocie, który chciał mieć skrzydełka jak ptak?
Marisa pokiwała głową. Przestała płakać i patrzyła uważnie w moje oczy. Całe policzki miała czerwone i mokre od łez.
-To możemy się tak umówić? Pójdziemy razem na mecz, a teraz ty grzecznie wypijesz to, co ci daję?
-Tak –odpowiedziała. Wszystkim spadł kamień z serca, łącznie z pielęgniarką, która już szykowała kroplówkę. Wzięła ode mnie butelkę i sama zaczęła pić. Usiadłam na fotelu koło łóżeczka i próbowałam się uspokoić. Właśnie dałam słowo własnej córce, że pojedziemy do taty. Oczywiście, planowałam, że pojedziemy do Dortmundu, ale nie, że już tego lata. Przecież byłam pod ścianą. Mogłam się łudzić, że była mała, że jutro zapomni. Ale znałam własne dziecko, ona nie odpuści. Wiedziałam, że nie będę mogła zawieść jej zaufania. Latem zobaczę Marco. I wezmę ślub z Emre…

-Muszę się napić wody. Zostaniecie z nią?
-Idź, spokojnie –uśmiechnęła się Ulla i pogłaskała Marisę, która łapczywie ciągnęła okropną substancję z butelki. Miała do tego niezłą motywację.
Na korytarzu niedaleko sali Marisy stał automat z jedzeniem i napojami. Wybrałam po prostu wodę. Upiłam z niej kilka łyków i oparłam się o ścianę. Kręciło mi się w głowie. Najprawdopodobniej od wszystkiego, co się ostatnio działo.
-Rosalie…
-Jürgen proszę.. Nie osądzaj mnie –powiedziałam, zamykając powieki. Powili się uspokajałam.
-Nie osądzam cię, nigdy tego nie robiłem –powiedział spokojnie. Czułam, że stoi niedaleko. Otworzyłam oczy. Mężczyzna stał tuż koło mnie, opierając się o ścianę.
-Pojedziemy tam, obiecałam jej. Poza tym, ona nie da mi innego wyboru. Ona kocha Marco, chociaż nie widziała go na żywo ani razu. Jest dla niej ważny… Nie rozumiem, jak ona może go kochać?
-Ty ją nauczyłaś kochać Marco–odpowiedział, jakby to było najbardziej banalne stwierdzenie świata.

Milczeliśmy chwilę. Wypiłam jeszcze trochę wody. Moje spojrzenie padło na pierścionek zaręczynowy. Patrzyłam na niego, patrzyłam, patrzyłam.. Jakby moje dziecko wcale nie było chore z wysoką gorączką. Zamiast szukać pani doktor i szantażem zmuszać ją do leczenia Marisy, ja po prostu patrzyłam w ten jeden, durny pierścionek.
-Miałeś rację –powiedziałam powoli, z największą ostrożnością. Trochę bałam się tych słów. Klopp spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. –Wtedy, kiedy rozmawialiśmy w ośrodku treningowym –wyjaśniłam.
On nic nie powiedział. Ja nic nie powiedziałam. Jeden czyn sprawił, że wszystko się wyjaśniło dla nas obojga. A ja wiedziałam, że to dobra decyzja. Dotknęłam lewą ręką mój pierścionek i powoli zaczęłam nim ciągnąć w dół. W końcu zdjęłam go i trzymałam w swojej dłoni. Patrzyłam na niego. Złoto i piękne oczko nadal się mieniły, zwłaszcza w intensywnym świetle szpitalnych lamp. Zacisnęłam dłoń. Odwróciłam się do Jürgena, nie patrzyłam mu w oczy, ale chwyciłam jego rękę, rozprostowałam palce i położyłam na niej pierścionek.
-Przechowaj go, proszę. Muszę iść do córki i zobaczyć czy ci lekarze pracują czy tylko udają –uśmiechnęłam się, spoglądając na jego wyraz twarzy. Uśmiechnął się lekko. Kiwnął głową i schował pierścionek do kieszeni spodni. W telefonie miałam pełno nieodebranych połączeń od Wagner, ale nie potrzebowałam z nią rozmawiać o moim rozwodzie. Przelałam pieniądze na jej konto jeszcze dzisiejszego popołudnia.
Spojrzałam na swoje dłonie. Bez obrączek, pierścionków zaręczynowych. Tak było w tym momencie najlepiej.









~~~
Chyba kończy się #TeamSremre, który nawet chyba jeszcze nie miał szansy powstać... Ktoś, coś?..
Wielkimi krokami zbliża sie prawdziwa akcja, więc jeszcze nie spisujcie tego opowiadania na straty! Co mogę obiecać to to, że w 56 urzeknie was końcówka z perspektywy Ann i Mario💛 (jak nie urzeknie to Rose z powrotem zakłada pierścionek zaręczynowy, więc wiecie..😚)
A ze spraw bieżących to Marco został oficjalnie kapitanem BVB❤ Jestem ogromnie dumna, mam nadzieję, że taka informacja będzie zwiastować cudowny sezon. Tego się trzymam. 
Czekam na Wasze odczucia związane z tym wszystkim💛 Oczywiście za tydzień następny, trochę krótszy ale całkiem fajny.
Ściskam mocno!