sobota, 23 grudnia 2017

Rozdział Świąteczny ~retrospekcja~






Drogi Mikołaju!

W tym roku byłam bardzo grzeczna.
Pomagałam mamie gotować, chociaż nie umiałam wszystkiego zrobić, ale za to wyniosłam kilka razy śmieci. Sprzątałam tez swoje zabawki.
Dlatego na święta chciałabym:
-różową karetę dla mojej lalki Messy
-kokardę na zmianę dla mojego misia
-złotą koronę
-nowe kredki do szkoły
-(chciałabym też brata, najlepiej starszego jakbyś mógł)
Będzie mi miło jeśli coś z tego dostanę pod choinką. Jeżeli nie uda ci się do mnie dotrzeć, bo przecież masz tyle dzieci na całym świecie, to poczekam jeszcze rok.
Rosalie Rebecca Müller, 6 lat, Köln, Niemcy.




Zacisnęłam w rękach list do Świętego Mikołaja, którego pisałam co roku. Musiałam jeszcze sprawdzić w kuchni, czy mama przypadkiem zrobiła dobrze ciasteczka. Pokruszona czekolada na wierzchu nie mogła się spalić. Mikołaja by rozbolał jeszcze jego wielki brzuch i przeze mnie żadne dziecko na świecie nie dostałoby prezentu. Nie wybaczyłabym sobie tego.
Nie puszczając białej kartki z rąk, pobiegłam korytarzem do kuchni, skąd wydobywały się naprawdę pyszne zapachy. 

-Mamo! Czy czekolada dobrze wygląda?-zapytałam, widząc moją mamusię wkładającą do piekarnika wielką blachę.
-Myślę, że Mikołajowi bardzo zasmakują. Chcesz zobaczyć? Tylko nie jedz, surowe!

Podstawiła mi blachę pod nos. Ciasteczka wyglądały względnie dobrze. Mama jednak zawsze piekła pyszności, chociaż nigdy nie pozwalała mi ich zbyt wiele jeść. Nie rozumiem. Dlaczego więc piekła takie pyszne rzeczy, których i tak nie mogłam zjeść? 

-Dodałam trochę cynamonu. Myślę, że będą przez to jeszcze pyszniejsze. –wyjaśniła mama.
-A jak on wygląda?-zapytałam wbijając spojrzenie w blachę ginącą w środku czarnego piekarnika, który aż buchał gorącem. 

Mama ostrożnie zamknęła piekarnik i odeszła do swojego stanowiska kuchcika. Zajęłam swoje miejsce na taborecie obok niej, kiedy razem zwykle coś gotowałyśmy. Tata wracał zawsze późnym wieczorem z pracy, często słyszałam, że wracał w nocy, kiedy powinien był już spać. W przyszłości chciałam być nauczycielką, one kończą pracę jak ja w szkole i mogą chodzić spać tak jak trzeba.

Popatrzyłam na laskę cynamonu, która wcale nie wyglądała jak ten z paczki. Kiedy nachyliłam się do niej, żeby ją powąchać, od razu zakręciło mi się w nosie i kichnęłam, zrzucając cały cynamon na blat. Mama się roześmiała i podniosła go, żeby go schować. 

-Muszę jeszcze trochę popracować w kuchni i nie mam nic dla ciebie do pomocy. Jak chcesz, możesz poczytać mi na głos lekturę do szkoły, co ty na to?
-Pewnie! Ta jest całkiem fajna! –uśmiechnęłam się szeroko i pobiegłam do swojego pokoju, żeby wygrzebać z dna szafy grubą książkę.

Kiedy tata wrócił późnym wieczorem zastał mamę nadal pracującą w kuchni przed Wigilią. Ja mimo późnej pory i słabego światła czytałam książkę z zapałem. Lubiłam okres świąt. Wszystko było takie magiczne. Chyba przez Mikołaja wszyscy starali być dla siebie mili. Poza świętami Bożego Narodzenia rodzice często się kłócili, ale nie przejmowałam się tym. Tato zawsze mi tłumaczył, że dorośli mają swoje problemy. Ja też miałam! Szkoła to straszne utrapienie. Nie lubiłam w dodatku moich koleżanek, które twierdziły, że ubieram się jak dziecko. A to nie była prawda. Zawsze wyglądałam dobrze. Mama kupowała mi naprawdę ładne rzeczy, w dodatku bardzo tanio, przez co mogłyśmy ich mieć całe szafy!
Na zewnątrz już zupełnie się ściemniło. Tata zabrał mi książkę, zapominając zaznaczyć momentu, w którym skończyłam. Nie chciałam się na niego denerwować, w końcu Mikołaj widział wszystko, a mi bardzo zależało, żeby moja lalka miała czym jeździć, no i, żebym ja miała tego starszego brata. Poszłam się wykąpać. Przypadkowo wlałam cały płyn do kąpieli. Piana była wspaniała i pachniała jak kąpiel prawdziwej księżniczki, jednak przez to aż dywaniki w łazience były mokre.
Przed pójściem spać poszłam do kuchni zabrać kilka ciasteczek, które położyłam na talerzyk. Do szklanki nalałam też mleka, żeby smaczniej było Mikołajowi zjeść ciasteczka. Do kominka w salonie specjalnie przeniosłam taboret z przedpokoju, na którym położyłam śliczną, bożonarodzeniową chusteczkę, która wyglądała prawie jak świąteczny obrus. Ułożyłam wszystko elegancko. Mama potwierdziła, że Mikołaj na pewno wszystko zauważy, ucieszy się i poczęstuje. Tym samym też zostawi mały upominek w skarpecie, żeby nie zapomnieć o mnie w Wigilię.  Ze spokojem mogłam już pójść do łóżka. Święta zapowiadały się wspaniale…






🌟🌟🌟
 


Święty Mikołaju.
W tym roku poproszę o coś super.
Na początku może być kilka butelek piwa, czarne BMW z napędem na cztery koła i najnowsza konsola i parę skrętów z RPA. Ale nie zapomnij o piwie.
Dobra, mamo, żartuję. Po prostu naprawdę moje siostry są wredne i już ze dwa lata jestem uświadomiony. Nie musisz nas wypędzać w Wigilię, żeby znaleźć pierwszą gwiazdkę. Już całą trójką widzieliśmy jak podkładacie prezenty, co nie zmienia faktu, że jesteśmy z nich równo zadowoleni…


Spojrzałem na jeszcze niedokończony list. Po tym całym czasie wiecznej tradycji miałem już dość. Kevin, Grinch, opłatek, kolacja, „idźcie poszukać gwiazdki”, prezenty… Było nawet tak, że tato przebrał się za Mikołaja. A potem wrócił, bo naprawiał samochód i nie wiedział co się stało. Albo minął się z Mikołajem w przedpokoju. To było naprawdę żenujące. Jeszcze ja, jako najmłodszy z rodzeństwa byłem uważany za zupełne dziecko. A miałem przecież czternaście lat. Byłem już nastolatkiem, tak jak Yvonne i Melanie. One też były wkurzające, ale jakoś im wszystko uchodziło płazem.
Z drugiej strony?...
Podarłem list i zbiegłem na dół po schodach, rozglądając się, czy nie było gdzieś w pobliżu rodziców. Tata zawsze mnie odganiał, kiedy byłem w pobliżu kominka. Raz o mało się prosto do niego nie przewróciłem. Od tej pory rodzice naprawdę już fiziowali.
Wrzuciłem kartkę do środka i przypilnowałem, żeby aby na pewno się wszystko spaliło.
Kilkanaście minut później kończyłem już pisać drugą, oficjalną wersję listu do świętego Mikołaja.


„Święty Mikołaju,
Może nie byłem zawsze grzeczny ale myślę, że widziałeś, że się starałem. W te święta chciałbym dostać nową piłkę do gry w nogę. Stara pękła mi w jednym miejscu i nie gra już tak dobrze jak na początku. Byłby mi miło dostać ją pod choinką na święta. No i też przydałyby się nowe korki. Rozmiar 37 w jakimś super kolorze, najlepiej czarno-żółtym.
Marco.”


Zgiąłem kartkę w pół i poszedłem do pokoju Melanie i Yvonne, żeby wziąć od nich kopertę.

-Ooo, list do Mikołaja! –zaśmiała się starsza, na co przewróciłem jedynie oczami.
-Marcusek-lizusek. –zawtórowała jej Yvonne i wstała z miejsca, żeby ścisnąć dłońmi moje policzki i powyciągać je na wszystkie strony. Prychnąłem i bez pytania zacząłem grzebać w biurku Meli, poszukując białej koperty.
-Podtrzymuję magię świąt, bezbożnice –mruknąłem pod nosem, na co obie moje siostry się roześmiały głośno.
-Może w te święta zrobimy akcję, że jak rodzice będą podkładać prezenty to wbiegniesz do salonu, hę? –zaśmiała się Melanie
-Będę stać z chusteczkami, żeby otrzeć twoje łzy i będę starała się ciebie pocieszyć. Marco! Oczywiście, że Mikołaj istnieje! To tylko rodzice mu pomagają, zostawił prezenty bo nie miał czasu!
-To już było, Yv –westchnąłem z rozczarowaniem. Moje siostry czasem były naprawdę głupie.
Oooo..
-A co tu mamy za list do Mikołaja?-zaśmiałem się chytrze, natrafiając na jeden z listów miłosnych mojej siostry do Grega. Pomachałem nim zaskoczonej Meli przed oczami i wybiegłem jak najszybciej z pokoju. Na schodach wyminąłem mamę, która krzyknęła za mną „Ostrożnie!”.
Chwilę później powtórzyła to samo, do goniących mnie sióstr. Chciałem wykorzystać moment, żeby otworzyć kopertę. Nie miałem zamiaru tego czytać, chyba prędzej bym się porzygał. Ale lubiłem je wkurzać. To był przywilej młodszego brata. 

-Stój durniu!
-Młody oddawaj! To nie jest śmieszne!
-Marco, ani się waż tego otwierać! A co dopiero czytać, rozumiesz?

Udałem, że otworzyłem list i zacząłem czytać tekst tak naprawdę wymyślany na bieżąco.

-Mój tygrysku. Kupiłam dzisiaj super, ekstra, wściekłoczerwoną bieliznę i pójdziemy niczym simsy na bara-bara.
W tym samym czasie moja siostra próbowała podskoczyć i wyrwać list z moich rąk. Mimo, że byłem od nich młodszy kilka lat, jednak miałem większą siłę no i byłem znacznie wyższy od nich. 

-Co tu się dzieje? Co to jest?
Houston, mamy problem. Z kuchni wyszedł tata. Miał w ręku swoją gazetę, czyli przerwał swoje „święte”, codzienne, wręcz rytualne czytanie.
-List do Mikołaja Meli sprzed kilku lat. Żenujące, całe życie wokół pustych, różowych, nadętych lalek –powiedziałem i przewróciłem oczami, żeby zabrzmiało to bardziej prawdziwie. Lubiłem je wkurzać, ale byłem też ich bratem i jednak je kochałem, i niezależnie co było w tym liście, tata nie powinien był go czytać. To sprawa Melanie. Oczywiście, jeśli ten chłopak będzie coś od niej chciał, to będzie miał ze mną do czynienia.
-A mam wyciągnąć twój? Model samolotu, piłka,model samolotu, model samolotu, piłka model samolotu, piłka! –roześmiał się i wyminął nas, wracając do kuchni. –Marco, zrób jeszcze w tym roku przysługę mamie, żeby nie osiwiała, za rok jakoś to ugramy. No i oddaj Melanie ten list. Fajna pamiątka. 

Gdy wrócił do kuchni i do naszych uszu dobiegł szelest otwieranego dziennika, Melanie odetchnęła. Tak głośno, jakby zdmuchała ze sto świeczek na torcie na raz. 

-Dzięki, młody. Wiesz, że jesteś super bratem?-uśmiechnęła się Melanie i podeszła do mnie, żeby mnie przytulić. Poklepałem ją trzy razy po plecach i odepchnąłem od siebie. Przytulanie było niemęskie, a ja przecież byłem mężczyzną.
-Sprzątasz dzisiaj mój pokój. Nie sprzątałem od miesiąca, są już pierwsze oznaki rozwoju nowego ekosystemu.
-Co za..
-Kochasz mnie, wiem. Ja ciebie też –powiedziałem, oddając jej nienaruszoną kopertę. –A jak ten czaruś będzie się narzucał to daj mi znać.
-Spokojna twoja rozczochrana. Yv zaraz ci przyniesie kopertę.
-Lubię z wami robić interesy.





~🌟~
Wigilia



W Wigilię zawsze było magicznie. Niezależnie co działo się w domu, co czułam ja sama. Czy nachodziły mnie wyrzuty sumienia, czy płakałam, czy tęskniłam.. Natura nigdy nie była piękniejsza. Śnieg skrzył się jasno, drzewa, jakby zamarłe, stały dumnie wzdłuż ulicy, tworząc mistyczne cienie. Ale i one nie sprawiały, że człowiek się bał. Całe miasto, zwykle przepełnione ludźmi, w wiecznym, nieustającym pędzie, stawało się w Wigilię małą wioską, w której nagle wszyscy się znali. Każdy mówił „dzień dobry”, „wesołych świąt”, „miłego dnia”.
Biel, czystość, nowa karta, nowy rok, nowe szanse. Chociaż ten jeden wieczór w roku chciałam w to tak prawdziwie wierzyć. Nie, mówiąc Leo „wszystko dobrze”, czy „czuję się świetnie”, a już w ogóle „wierzę w siebie”. Ale myśląc w głowie, nie dzieląc się tym z nikim. Że może jeszcze kiedyś w moim życiu zalśni taka piękna, jasna gwiazdka. Gwiazdka wśród całego, czarnego nieba przeszłości, bólu, tragedii. W pewnym sensie mogłam być uważana za rozwydrzoną, dziewczynkę, która mówi do rodziców, że ona chce gwiazdkę z nieba i koniec. Ale „chcę” a „pragnę” dzieliło wiele. Cała, ogromna przepaść. Moja gwiazdka była dalej niż ta, która świeciła nad moją głową. Było też całkiem możliwe, że ta moja gwiazdka nie istniała, albo, że zgasła. Ja jednak wciąż chciałam wierzyć. I wierzyłam, właśnie w ten jedyny, wyjątkowy wieczór w roku.
Mimo mrozu, tafla jeziora nie zamarzła. Pozrywałam główki kwiatu gwiazdy betlejemskiej jeszcze w domu, teraz  ułożyłam je ostrożnie na wodzie. Stworzyłam maleńką falę, która odepchnęła kwiaty od brzegu.

-Wesołych świąt, mamo.

Zagajnik był tak cichy, nawet nie śpiewały żadne ptaki. Mogłam usiąść na mojej gałęzi i opowiedzieć mamie o wydarzeniach z całego roku, które zostały mi w pamięci. Nie było świąt, podczas których bym nie przyszła w to miejsce. Leo bardzo to szanował, nawet mnie krył przed ojcem i macochą. Przed macochą nie musiał, nie istniałam dla niej. I słusznie.
Spojrzałam na ekran telefonu, by upewnić się, że Leo jeszcze nie pisał. Dał mi czas, żebym mogła tu pobyć. Nie był tu nigdy, nie chciałam, żeby to się zmieniło. Chyba on też się tego domyślał. Był naprawdę wspaniałym człowiekiem.


🌟🌟🌟


Czułam się źle. Wręcz okropnie. Chciałam wyjść z tego domu jak najszybciej, wiedziałam od początku, że to był zły pomysł. Ale Leo powiedział nie, nie i nie. I koniec. Wiedziałam, że nie pozwoliłby mi zostać na święta samej. Dlatego też wylądowałam w jego domu, wśród ludzi, którzy przebijali się wzajemnie kto kupił droższy prezent, których ubrania były szyte na miarę u krawcowej. Pani domu założyła złotą suknię w same cekiny, w dodatku z niewielkim trenem. Ale trenem. Jej mąż, który nie zaszczycił mnie ani razu spojrzeniem, wybrał elegancki, czarny surdut z kamizelką, która wyszywana była srebrnymi nićmi. Była też panna Barbie, którą znałam już od wczesnych czasów szkolnych. Nigdy w życiu nie przypuściłabym, że usiądę z nią kilka lat później przy wigilijnym stole. Ona miała prawdopodobnie ten sam model sukni co swoja matka, jednak cekiny były czarne. Leo również ubrany był w drogi, elegancki garnitur i przysięgam, nie pasował mu. Na co dzień nie ubierał się w drogie rzeczy, nikt by nie powiedział, że jego rodzice są właścicielami niemałej fortuny. A ja? Szara sukienka z lumpeksu z białą koronką na wysokości kolan i długim rękawem. Zero cekinów, zero zainwestowanej fortuny.
Rodzina przykładna, która co niedziela zasiadała w pierwszej ławce w kościele, ani razu nie wspomniała, co tak właściwie obchodzi się w Wigilię. Nie było czytania Pisma, nie było życzeń, nie było kolęd. Jedynie komercyjne piosenki Mariah Carey i Shakin’a Stevensa. Jedzenie zamówione z luksusowej restauracji. Indyk, węgorz, homar, krewetki, kilka butelek drogiego wina. Nawet nie chciałam go pić, jednak możliwe, że to uraziłoby rodzinę Leo, która traktowała mnie jak nieproszonego… A właściwie, niezapowiedzianego gościa. W ich spojrzeniu widziałam litość, na równi z pogardą, w końcu daleko mi było do ich poprzeczki. Mama Leo czasem była jednak miła. Proponowała mi kolację, kiedy coś przyrządziła. Chcąc polepszyć z nią kontakt zawsze przyjmowałam ofertę z uśmiechem, chociaż smak jej potraw z pewnością nie sprawiał, że się uśmiechałam, a już wolałam skoczyć przez okno.
Po wieczerzy, kiedy wszyscy zaczęli sobie wręczać prezenty, przemknęłam na werandę, zakładając na ramiona ciepłą kurtkę Leo. 

Nadal ta piękna noc. Mogłam wziąć głęboki oddech i uspokoić się. Moje serce biło jak oszalałe, nie wiedziałam, że ta cała sytuacja wywoła na mnie aż taki stres. 

-Wszystkiego najlepszego, moja Ruby.
Usłyszałam ochrypły głos Leo koło mojego ucha, a przede mną pojawiło się śliczne, czerwone, kwadratowe pudełeczko.
-Leo.. Przecież mówiliśmy, że nie robimy żadnych prezentów.
-To nic.
-Nie rozumiesz, nic nie mam dla ciebie.
-Jesteś tu ze mną, to najlepszy prezent, jaki mogłem sobie wymarzyć. Kobieta twojego serca, koło ciebie przy rodzinnym stole. Wiem, że nie jest idealnie dla ciebie, nie chcę żebyś się tu czuła niekomfortowo.
-Jest w porządku…
-Przecież widzę. Ale oni naprawdę cię lubią. Rzadko okazują uczucia.
-Ale ty to robisz.
-Od małego byłem buntownikiem. Może coś z tego zostało. No otwórz.
-Dziękuję, Leo –uśmiechnęłam się i położyłam zamarznięte dłonie na pudełeczku. Kiedy je otworzyłam, moim oczom ukazał się złoty łańcuszek z zawieszką w kształcie znaku nieskończoności. Uśmiechnęłam się i odwróciłam przodem do czarnowłosego, żeby złożyć delikatny pocałunek na jego ustach. –Jest piękny.
-Jak ty. Daj, założę ci –powiedział i zabrał z pudełeczka naszyjnik i stanął za mną, żeby zapiąć go na szyi. Chwilę później poczułam delikatny łańcuszek, i mimo, że uważałam znak nieskończoności za dość przereklamowany i komercyjny to od razu polubiłam nową błyskotkę. –Wracamy? Może włączymy jakiś film u mnie w sypialni? Rodzice pewnie będą teraz omawiać sprawy firmy na nowy rok przy winie, więc zanudzilibyśmy się na śmierć.
-Możesz włączyć, ja zaraz przyjdę.
-W porządku –uśmiechnął się  i pocałował mnie w policzek, obejmując od tyłu rękoma.


Kiedy zamknęły się za nim drzwi wejściowe, jeszcze raz spojrzałam w niebo. Chciałam się doszukać mojej białej gwiazdki. Jednak jej już nie było. Uciekła. Może Leo ją speszył? Może nie był zapisany mi w gwiazdach? Jednak nie było innej osoby, z którą mogłam spędzić życie. Leo mnie kochał, to naprawdę dużo znaczyło. Zabrakło mi czasu, kiedy mama opowiedziałaby mi o swojej miłości na początku związku z ojcem. Skąd wiedziała, że to ten jedyny. I po czym poznała, że była szczęśliwa? Może nie była.. Może szczęście nie istniało. Może miłość nie istniała. Bałam się tego, że nie istnieje. Jednak akceptując to, że nie istnieje, cieszyłam się wszystkim tym, co miałam obecnie.
Nie wiedziałam nawet, kiedy zaczęłam nucić moją ulubioną kolędę.

Cicha noc, święta noc,
Pokój niesie ludziom wszem…





~🌟~

-Nad dzieciątka snem, nad dzieciątka snem..-dokończyła śpiewać Yvonne, a po całym salonie rozległy się gromkie brawa. Uśmiechnąłem się, bo wreszcie udało mi się przypomnieć tę melodię w grze na gitarze. Oparłem instrument o kanapę i wróciłem do stołu, przy którym prawdopodobnie siedziało pół mojej rodziny. Byłem dumny z mamy, że jak co roku idealnie sprawdzała się w roli gospodyni. Wiele rzeczy też powtarzało się co roku. Babcia i ciotka Amanda rozpływały się, jaki ja jestem przystojny i umięśniony, karcąc przy tym wzrokiem tatę, który stawał się z roku na rok grubszy. Już od dwóch lat moje siostry zaczęły ze sobą przyprowadzać mężów, w zeszłym roku, pojawił się najmłodszy Reus w rodzinie –Nico. I mimo, że nie planowałem mieć dzieci, ten malec od momentu, kiedy się urodził, zawładnął moim sercem. Był uroczym chłopcem, który przy swoim wujku stanie się jego godnym następcą w Dortmundzie. Teraz zaczynał chodzić. Yvonne strasznie przeżywała, że nie rozwijał się na początku jak inne dzieci. Miałem w związku z tym swoje zdanie, Adam od zawsze był niedorozwojem. Już na drugiej randce z Yvonne zaczął pakować jej język do gardła. Aż wyszedłem przed dom i zabrałem stamtąd siostrę. Ona mi jednak nie podziękowała, tylko trzasnęła drzwiami przed nosem i nie odzywała się całe dwa tygodnie. Może i przesadzałem, ale moja siostra mogła naprawdę mieć kogoś lepszego. Oczywiście, zapewniała mi, że kocha, że to miłość jej życia, jest zakochana po uszy, nie umie o nim przestać myśleć.. Przewróciłem jedynie oczami i nigdy już nie wróciliśmy do tego tematu. Szybko wzięli ślub, niedługo później oświadczyli, że spodziewają się dziecka, co wywołało histeryczny płacz mamy, która od zawsze marzyła o wnuku. Teraz była kolej Meli i Grega, i chociaż nikt otwarcie im o tym nie mówił, całkiem prawdopodobne było, że się tego domyślali. 


-Marco, pomożesz mi z naczyniami?-poprosiła mnie mama, schylając się koło taty, żeby zabrać jego pusty talerz.
-Pewnie –powiedziałem od razu i wstałem z miejsca. Ciocia chciała pomóc, jednak postawiłem na swoim mówiąc jej, że przecież jest gościem. Całe szczęście, że zapomniała o tym, że na początku mówiłem, że ma się czuć jak w domu.

W kuchni, pomagając pakować wszystkie naczynia do nowej zmywarki rodziców, którą im niedawno kupiłem, zostałem zaczepiony przez detektyw-mamę i zalany masą pytań. 

-Co u Scarlett?
-Nie wiem, jest pewnie w domu ze swoją rodziną –odpowiedziałem, wzruszając obojętnie ramionami.
-Nie rozmawiałeś z nią teraz ostatnie dwadzieścia minut?
-Nie..
-Jak to.. Nie wiem o czymś?
-Rozmawiałem z Mario. Kazał was wszystkich ucałować, więc przekazuję.
-Och.. –westchnęła, choć nie umiałem wywnioskować czy to było „och” zmartwienia, „och” zawodu, „och” zakłopotania czy „och” ulgi. Kobiety były zawsze trudne do zrozumienia. Szkoda, że nikt nie opatentował jakiegoś słownika albo fiszek do nauki. –Podziękuj Mario. Nie chciała przyjechać z tobą? Przecież ci mówiłam, żeby przyjechała. Ostatni raz widzieliśmy was razem trzy miesiące temu.
-Nie zaproponowałem jej. Przecież nie należy do rodziny.
-Przecież jesteście razem! Źle wam się układa?
-Nie mamo, jest dobrze. Nie masz się o co martwić.
-Nie jesteś z nią szczęśliwy? –zapytała, nie rezygnując z dalszego wiercenia dziury w brzuchu.
-Jestem, przecież mieszkamy razem, jesteśmy razem.
-A zaręczyny? Nie myślałeś o tym? Zaraz młodość przeminie…
-Mamo. To, że moje siostry wyszły szybko za mąż, nie znaczy, że ja muszę się szybko ożenić. Masz już wnuka, dwóch zięciów, więc nie martw się o mnie.
-Och, w porządku… Przepraszam. Chcę, żebyś i ty był szczęśliwy.
-Nic się nie stało, jestem szczęśliwy, tutaj, teraz, z moją rodziną–uśmiechnąłem się słabo i pocałowałem rodzicielkę w policzek, przez co od razu się rozchmurzyła.

-A co kupiłeś jej na święta?
-Jeszcze nic. Ale pewnie wykupię jakąś wycieczkę na Ibizę, ostatnio się cieszyła i mówiła, że chce tam wrócić, to wrócimy.
-Ciekawy prezent. Jak będziesz z nią rozmawiał to pozdrów ją od nas.
-W porządku –uciąłem, bo nie zamierzałem tłumaczyć już mamie, że nie zadzwonię. Ten wieczór należał wyłącznie do mojej rodziny, przez piłkę rzadko miałem okazję, żeby spędzić z nimi czas. Szybki upływ czasu chyba najbardziej mogłem dostrzec po moim siostrzeńcu, dlatego, kiedy wróciłem do salonu, od razu porwałem go na ręce i zacząłem się z nim bawić w strażaków, w samolot i wszystko, czego sobie tylko zażyczył. Był idealnym dzieckiem. I nawet nie zmieniły tego narzekania Yvonne o jego późnym rozwoju, uargumentowane tym, że ja jako dwulatek już biegałem i posługiwałem się zdaniami. Już nie mogłem się doczekać, kiedy zabiorę go na stadion i będę mógł pokazać mu szatnię i pobiegać z nim na boisku. 

Podczas gdy wszyscy poszli na pasterkę, ja zostałem z Nico. Obiecałem Yvonne, że go ułożę do snu, tym czasem nie opuszczaliśmy nowych zabawek na krok. Cieszyłem się, kiedy Nico od razu wziął klocki ode mnie i zaczął z nich budować wieżę. Musiałem go podtrzymywać, kiedy stał. Nie chciałem, żeby przewrócił się prosto na plastikowe klocki, jeszcze nie daj Boże by mu się cos stało.
Kiedy szliśmy już do łóżka, mały szkrab przewrócił torebkę Melanie, której najwyraźniej zapomniała. Zostawiłem ją, chciałem najpierw wykąpać i przebrać małego do snu. Wziąłem jego nową książeczkę Kubusia Puchatka i zacząłem czytać pierwszy rozdział. Po chwili maluch już spał twardym snem.


W salonie chciałem pozbierać rzeczy, które wypadły z torebki Meli. Szminka, chusteczki, telefon, portfel… Była jeszcze malutka koperta, szczelnie zamknięta, jednak na jej przodzie napisane było imię i nazwisko mojej siostry, a pod spodem dopisane nieestetycznym pismem „3 tydzień”. Melanie w ciąży? Zacząłem sobie odtwarzać kolację, chcąc przypomnieć, czy piła wino czy z niego zrezygnowała. Nie dane mi jednak było pomyśleć, gdyż właśnie wszyscy wrócili z pasterki. Mela przekroczyła próg salonu jako pierwsza, zastając mnie pochylającego się nad jej torebką i trzymającego w ręku białą kopertę. Wyglądało to co najmniej jakbym grzebał bez pozwolenia w jej torebce, dlatego musiałem się jak najszybciej z tego wytłumaczyć.


-Nico podczas zabawy pociągnął za twoją torebkę i się wszystko rozsypało. Chciałem powkładać i..
-Nic się nie stało –odpowiedziała spokojnie, uśmiechając się. Wstałem z podłogi i podałem jej torebkę z kopertą. Odebrała obie rzeczy ode mnie i wetknęła kopertę między swoje szpargały.
-Melanie…
-Jestem taka szczęśliwa, Marco –szepnęła, a w jej oczach mieniły się łzy. –Miłość to najpiękniejszy dar na świecie. To jest taka siła… Nigdy nie czułam takiego szczęścia, takiej miłości do wszystkich ludzi. Wiesz? Nie wiem, czy kiedyś ci to mówiłam, ale jestem z ciebie szalenie dumna. Zawsze będę. Wierzyłam w ciebie od dziecka, chociaż może mieliśmy takie etapy, że sobie tego nie okazywaliśmy, ale odkąd miałeś cztery lata rozpierała mnie duma, mówiłam wszystkim w klasie, że mój brat jest super piłkarzem. Całe życie wszystkim mówiłam, że mam takiego brata. Teraz się to zmieni, choć niezmiennie będę dla ciebie zawsze o każdej porze dnia i nocy, zawsze będziesz moim najukochańszym, małym braciszkiem… Ale… Ale teraz, kiedy będę miała nowe koleżanki, będę najpierw mówić, że jestem spełnioną kobietą, kochaną i kochającą żoną.. i mamą…
-Meli.. –szepnąłem poruszony i mocno przytuliłem moją zapłakaną siostrę. –Nawet nie wiesz jak się cieszę –powiedziałem jej na ucho, jeszcze mocniej ją tuląc do siebie. –Też jestem z ciebie dumny. Zawsze byłyście dla mnie z Yvonne wzorem i będziecie. Może kiedyś chciałbym założyć własną rodzinę, chociaż nie wiem.. Ale jeślibym miał, to chciałbym, żeby była tak piękna i szczęśliwa jak wasza.
-Nasza. Nigdy nie mów „wasza”, okej? Ślub nie jest odcinaniem się, tylko przyłączeniem się, powiększeniem o kolejną rodzinę. Zapamiętaj.
-Wytłumaczysz mi to kiedyś. Greg wie?
-Nie, jesteś pierwszy –zaśmiała się, ocierając łzy i rozcierając swój makijaż. Mimo to i tak dobrze wyglądała. Ona naprawdę promieniała.
-Przepraszam, jeśli miało wyjść inaczej…
-Nie mogło wyjść lepiej. Będziesz cudownym wujkiem. Wiedz, że ja też nie będę czekać w nieskończoność, żeby być cudowną ciotką.
-Nico zasnął, ale jak się obudzi? Działaj.
-Wolę dziewczynkę.
-Pogadaj z Yv.
-Uparty jak osioł.
-I tak mnie uwielbiasz.
-Wiem –zaśmiała się i przywołała do nas Yvonne. I właśnie jako rodzeństwo, objęliśmy się mocno we trójkę na środku salonu, przy świątecznym stole. I to był najpiękniejszy moment tego wieczoru.
Tej nocy zasnąłem o czwartej trzydzieści nad ranem. Razem z Yvonne i Melanie przesiedzieliśmy i przegadaliśmy całą noc w pokoju dziewczyn, który nie zmienił się, odkąd obie wyprowadziły się z domu. Wspominaliśmy wszystko. Dzieciństwo, wszystkie zabawne historie, nie tylko te świąteczne. Yvonne przyniosła wino i kilka albumów z salonu. Dla Melanie wzięła oczywiście sok pomarańczowy. Chyba równo go uwielbialiśmy, bo po jednym kieliszku wina, wypełniłem go właśnie sokiem. Yv zrobiła dokładnie to samo. Oczywiście Mela podzieliła się z nią wieściami, przez co znów musiałem przytulać dwie, płaczące kobiety. Najwidoczniej taka moja rola. Nad ranem zasnęliśmy całą trójką na niewielkim, rozkładanym łóżku. Nie pamiętałem, kiedy ostatnio mieliśmy taki czas tylko dla siebie, ale ta noc była całej naszej trójce potrzebna. Nie zdawałem sobie sprawy, jak zapracowany byłem i ile mnie ominęło, skupiając się tylko na sobie. Obiecałem sobie, że postaram się częściej dzwonić do nich na co dzień, po treningu, albo pójść z nimi do restauracji. Rodziny się nie wybiera, ale gdybym miał wybrać, to właśnie byłyby te dwie wspaniałe, mądre kobiety. No i jeszcze Mario. Nigdy nie doceniałem tego co mam. A rodzina była tak niezwykle ważna. 



🌟🌟🌟



„Najukochańsza mamo.
W tym liście chciałabym cię przeprosić, bo chyba jeszcze tego przez te lata nie zrobiłam. Mam nadzieję, że wiesz, jak bardzo żałuję tego, co zrobiłam. Ojciec ma rację, nie zasługuję na miłość. Będąc w tym otoczeniu czuję jedynie ból, co dnia rozdrapuję na nowo rany, nie pozwalając im się zagoić. Dlatego muszę odejść. Wiem, że ten rok przyniesie wiele zmian. W tym roku skończę dwadzieścia lat. Mam świadomość, że wtedy będę mogła tak po prostu się wyprowadzić ale wiem też, że nie dam rady czekać aż do sierpnia. Ucieknę. Prędzej czy później. Ufam Leo i wiem, że on mnie nie zostawi. Jeśli to twoja sprawka, że się nie dowiedział-dziękuję. Sprawiłaś, że mam jeszcze szansę na życie. Nie wymagam normalnego, szczęśliwego czy pięknego życia. Ja chcę żyć. Pomimo bólu, ran. Obiecałam Ci, że będę walczyć i się nie poddam. I nawet jeśli ty też jesteś na mnie zła, wiem, że jesteś i mnie kochasz. Dzięki Tobie nie jestem sama. W przenośni. Bo teraz, mimo Leo, czuję się zupełnie sama. Ty mnie zawsze potrafiłaś zrozumieć. Leo powiedział mi, że mnie kocha. Zachowałam się trochę niemiło, bo nie odpowiedziałam mu na początku tego samego. Potem już chyba tak, chociaż nie jestem pewna… Muszę to nadrobić, żeby ze mną został. Nie chcę zabrzmieć samolubnie, ale bez niego sobie nie poradzę. Przecież te słowa i tak nie mają żadnego znaczenia. Mogę mówić, że lubię Nutellę, chociaż wiem, że jej nie znoszę. Z tym kochaniem pewnie też nie będzie tak trudno.
Mamo, boję się. Nie wiem, co mnie czeka, ale czuwaj nade mną. Miej też swój wolny czas, oczywiście, ale potrzebuję cię. Potrzebuję przestać być sama. W te święta też tu sama posiedzę, chociaż powiedziałam Leo, ze zostaję w domu. Czuję się czasami, że to drzewo jest moim domem. To miejsce sprawia, że jestem szczęśliwsza niż we własnym pokoju. Odwiedzę Cię tu jeszcze. W następne święta też przyjadę, cokolwiek się wydarzy, zawsze jestem. Trzymaj za mnie kciuki, dobrze?
Wesołych świąt.
Twoja Ruby Rosalie.”









~~~


Kochane, z okazji Świąt Bożego Narodzenia chciałabym wam wszystkim życzyć mnóstwa radości, ciepła, miłości, żebyście wypoczęły przez tą króciutką przerwę i nabrały sił na nowy, nadchodzący rok. 
Przy tej okazji (i żeby nadrobić krótki rozdział) chciałabym napisać jeszcze kilka słów.
Chyba przede wszystkim: dziękuję. Rok temu poinformowałam Was właśnie w święta o nowym opowiadaniu, które wystartowało w styczniu..to już zaraz rok.. Ten rok był strasznie trudny dla mnie, pełen wzlotów i upadków, ukradzione opowiadanie, chroniczny brak weny, sto prób rozstania się z tą historią.. nie wiedziałam, czy to wszystko ma sens.. Ale pokazałyście mi, że MA, bo tu jesteście, czytacie..I obiecuję, że dopóki wy tu jesteście ja będę pisać. Ostatnio przeczytałam wszystkie komentarze od początku..za każdym razem jestem strasznie wzruszona czytając je wszystkie, wiedząc, że przeżywacie razem ze mną tworzoną przeze mnie historię, to naprawdę piękne, czuję się zaszczycona. Wierzę, że też te kochane anonimowe dziewczyny, które były na początku nadal są, że jest też trochę więcej osób, którym czytanie mojego śmiesznego wytworu wyobraźni daje szczęście, daje coś więcej.. Cudownie czytać, że ta historia ma wpływ na Wasze życie..💕Mimo tego, że patrząc na liczby moje pierwsze opowiadanie radzi sobie lepiej niż to bieżące, mam nadzieję, że i ono zdobędzie serca, jak nie teraz, to już za moment, bo będzie się działo naprawdę wiele.. 
I jeśli robię coś źle, jeśli przynudzam piszcie, bo jeśli to ja robię coś nie tak to postaram się poprawić, jestem tylko człowiekiem, nieidealnym, więc jestem otwarta na uwagi,zarówno pozytywne jak i negatywne...(jeśli chodzi o polsatowskie zakończenia-sorry, z tego nigdy nie zrezygnuję😎) (ale ktoś kiedyś napisał, że je bardzo lubi, więc zostają tym bardziej!).
I na razie nie wymieniam z nazw/imion dziewczyn, które są tak naprawdę zawsze, jeszcze się nie rozstajemy (wiem że się rozpisałam ale to nie pożegnanie!), myślę, że wiecie, że o Was chodzi.. Mówi się jeden głupi komentarz ale nawet nie wiecie ile te kilka słów daje siły.. dziękuję Wam za nią, za szczerość, za wasze uczucia, serce, teorie spiskowe, przez które sama zaczynam kminić i co raz to nowsze pomysły przychodzą do głowy.. Jesteście wspaniałe, dziękuję, że jesteście i mam nadzieję, że zostaniecie❤
I tym którzy również czytają gdzieś z ukrycia-dziękuję. "Suche liczby" mają tu naprawdę znaczenie, w końcu za nimi kryją się czytelnicy!💋Dziękuję wszystkim, że jesteście!💓(chyba, że to jedna osoba klika średnio 300 razy rozdział to nie było tematu!😆)
Plany na przyszły rok? Od stycznia do końca moich matur trzymamy tok 2-tygodniowy, po maturze jak ze mnie zostanie więcej niż wrak człowieka to postaram się coś zmienić, te rozdziały co tydzień jednak coś w sobie mają, też się na nie cieszę!
Postanowienia? Żeby było jak jest teraz, a nawet lepiej, żebyśmy razem rośli w siłę, (cieszy mnie zawsze, kiedy ktoś pisze, że koleżanka poleciła to opowiadanie i zostaje ze mną do końca..💗), a ja sobie marzę, żeby to wsparcie i ta siła od Was nadal była tak ogromna, bo to tak naprawdę wy tworzycie to opowiadanie, ja cieszę się, że mogę ubierać moje wyobrażrnia,serce, myśli w słowa i przelewać je tu, przekazać Wam... Mam nadzieję, że dobijemy tych 50.000 wyświetleń a rozdziałów drugie tyle, też taki mały cel😛🙉🙈
Nie zatrzymuję was dłużej, pewnie wszystkie kuchnie są istnym polem bitwy ludzkość vs. kolacja wigilijna, w tym roku to ja biorę większość pichcenia na siebie, więc zobaczymy, może wyjdzie, że nie będzie czego jeść i nie przytyję!😉
Wspaniałych świat raz jeszcze!🎄🎅
(Cieszę się, że mogę to napisać👇)
Następny za tydzień!!!👀
Buziaki xx 





sobota, 16 grudnia 2017

Trzydzieści dwa



Jak tylko wróciliśmy do mieszkania, od razu pobiegłam na górę do głównej łazienki i zaczęłam napuszczać do wanny gorącej wody. Dodałam do tego olejku ylang-ylang, który miał delikatny aromat, a skóra po nim wydawała się znacznie bardziej miękka. Marco został jeszcze w samochodzie z Mario, bo ten chciał obgadać jakąś męską sprawę, wolałam się nie wtrącać. Zdjęłam z siebie wszystkie ubrania i od razu wrzuciłam je do pralki. Poszłam do sypialni, żeby zabrać od Marco jeden z jego dresów, który akurat na mnie pasował. Swojego jeszcze nie posiadałam, a taki przydaje się w domu na chłodne, jesienne wieczory. Jednak kiedy otworzyłam drzwi do garderoby zupełnie nie wiedziałam co mam powiedzieć. Większość ubrań Marco zniknęła, zostały same koszule, marynarki. Obok nich wisiały dzianinowe sukienki, spódnice. Półki wypełnione były rozmaitymi bluzkami i sweterkami. Na podłodze ustawione były przeróżne buty. Botki, kozaki o różnych długościach, nawet takie do uda, jakie mi zawsze się marzyły. Od razu do nich podeszłam i dotknęłam, sprawdzając, czy na pewno były prawdziwe.  Były. Obok też stało pięć par szpilek i sandałków. Znalazłam też cieplutkie płaszcze, kurtki, bluzy, dres, a nawet czapkę i rękawiczki. Podeszłam do sukienek. Z wielkim podziwem oglądałam każdą z osobna. Były takie cieplejsze na zimę, też letnie, na imprezę i te bardzo eleganckie. Wszystko.

-Podoba ci się?-usłyszałam głos Marco, niedaleko mnie. Odwróciłam się w jego stronę i kompletnie nie wiedziałam co powiedzieć.
-To.. Jak? Kiedy?
-Ann zrobiła mi małą przysługę. Tobie chyba też, bo nie przepadasz za zakupami, prawda?
-Marco, tyle rzeczy.. Jest mi strasznie głupio je przyjąć.
-Ja za nie płaciłem, a nie Ann. –stwierdził wkładając w kieszenie dłonie.
-Tym bardziej! –uniosłam trochę głos, jednak po chwili odchrząknęłam.  –Nie wiem jak mam ci dziękować. Nie uzbieram tylu pieniędzy żeby ci oddać.
-Tu nie chodzi o pieniądze. –westchnął niezadowolony i podszedł bliżej do mnie. –To są ubrania, których, gdyby nie ja, byś nie miała. Przyjechałaś tu w starych, letnich rzeczach. Chyba nie zamierzałaś w nich chodzić całą jesień i zimę?
-Nie, ale chciałam pracować i..
-Będziesz pracować i odkładać na swoje oszczędności. No podziękuj mi i idziemy się kąpać, bo mi jest nadal zimno.
-Oczywiście, że ci dziękuję. Jestem ci za to ogromnie wdzięczna. Zawsze chciałam mieć takie buty. –przyznałam i uśmiechnęłam się. Przytuliłam Marco i pocałowałam go w policzek.
-Masz naprawdę niezłą bieliznę. Chodź już do tej kąpieli. Zakręciłem już kran.
-Nie wiem, czy wspólna kąpiel jest tu wskazana… -przyznałam z konsternacją w głosie i spojrzałam na niego niepewnie.
-Krwawisz jeszcze mocno?
-Mocno nie, w sumie prawie już wcale..
-To nie widzę problemu. Chodź słońce. –uśmiechnął się i pociągnął mnie za rękę do łazienki.
Tam się rozebrał i tak jak ja wrzucił wszystkie ubrania do pralki. Ja zdjęłam swoją bieliznę i powoli weszłam do wanny z gorącą wodą.
-Ciepła? –zapytał, łapiąc mnie za rękę, żebym przypadkiem się nie poślizgnęła.
-Gorąca. Ale taka właśnie będzie dla nas idealna. –stwierdziłam i usiadłam wygodnie, opierając się. 

Chwilę później jednak zostałam przesunięta i moim oparciem już nie była wanna, a klatka piersiowa mojego męża. Odetchnął, czując wreszcie ciepło. Wziął gąbkę z półki i dokładnie ją namydlił. Zaczął masować nią mój kark, plecy, ramiona, piersi, brzuch. Niby zwykła kąpiel, a była tak wspaniała, intymna, miłosna.. A przecież tylko siedzieliśmy razem, a nad nami unosiła się silna chemia. Lustra i kryształki w lampie zaparowały.
-Marco, może nie okazałam tego w najlepszy sposób, ale naprawdę, jestem bardzo szczęśliwa i wdzięczna. Po prostu chyba to szok. Nie przypuszczałam, że idąc zwędzić twój dres znajdę tam swój własny.
Marco roześmiał się i objął mnie mocno ramionami na wysokości brzucha. Pocałował mnie w ramię, przesuwając też po nim nosem. 

-Wiem, że się cieszysz, oczka cię zdradzają. Dla mnie to czysta przyjemność.
Umyliśmy się oboje do końca, włącznie z włosami. Posiedzieliśmy jeszcze, dopóki woda była naprawdę gorąca. Potem ją wypuściliśmy i wytarliśmy się do sucha. Założyłam świeżą bieliznę i mój nowy, cieplutki, szary dres. Marco założył swój dres, który chciałam mu podwędzić.  

-A ty nie idziesz na trening?-zapytałam i otworzyłam drzwi łazienki, żeby trochę wyrównać temperaturę.
-Nie, jednak mam na popołudnie, pośpię chwilę z tobą, nastawię sobie budzik na czternastą i postaram ci się nie obudzić.
-W porządku. To chodź spać. –uśmiechnęłam się i ruszyłam w stronę sypialni. 

-Mamy jakieś tabletki na gardło?
-Boli cię?-zapytałam wślizgując się pod kołdrę. Zostałam w samym staniku i dresowych spodniach, żeby też się nie przegrzać.
-Trochę, ale zaraz przejdzie. Chyba nie mamy, ostatnio robiliśmy przegląd, nie?
-Tylko przeciwzapalne. Powinieneś wziąć, żeby nic cię nie dopadło. Masz ważniejsze rzeczy do roboty niż chorowanie.
-To nic poważnego. –postawił na swoim i położył się koło mnie. Ustawił budzik w swoim telefonie i odłożył go na szafkę nocną. Zrobił mi miejsce, żebym mogła się do niego przytulić. –Jak dobrze być już w domu. 


***


Obudziło mnie głośne kasłanie Marco. Spojrzałam od razu na godzinę w jego telefonie. Za pół godziny miał dzwonić budzik. Spojrzałam na niego i strasznie się przejęłam. Był strasznie rozpalony. Jego twarz była cała czerwona, kaszlał przez sen, oddychał przez usta, zapewne nos miał cały zatkany. Nie było mowy, żebym wypuściła go na trening. Nie chcąc go budzić, zeszłam z łóżka i obeszłam je dookoła. Nachyliłam się lekko do niego i położyłam dłoń na jego czole. Gorące. Miałam nadzieję, że to nic poważnego. Wiedziałam, jak bardzo zależało mu na powrocie do drużyny, pokonania kontuzji.
Postanowiłam nie budzić go, jednak kiedy sam to zrobi, chciałam podać mu chociaż te leki przeciwzapalne.

Wzięłam jego telefon z szafki i podłożyłam czujnik do jego palca, przez co urządzenie się odblokowało. Wzięłam jeszcze swoją bluzę i wyszłam po cichu, zamykając za sobą drzwi. Założyłam bluzę na siebie i przystąpiłam do tak zwanego szperania w telefonie męża. 
Weszłam w kontakty.. Nie zdawałam sobie sprawy, że lista ciągnie się w nieskończoność. Wpisałam w wyszukiwanie hasło „trener”, bo to prawdopodobnie do niego powinnam była zadzwonić i poinformować o nieobecności. Ku mojej uciesze znalazł się taki kontakt. Bez wahania wybrałam numer i odczekałam chwilę, zanim odebrał. 


-Marco! Cieszę się, że dzwonisz, sam planowałem to od jakiegoś czasu, ale słyszałem, że byłeś dość zajęty.. Nic się nie chwaliłeś! Moje gratulacje!

Byłam trochę zaskoczona optymizmem i serdecznością trenera. Marco zwykle utrzymywał, że nie lubili się zbyt bardzo, tymczasem..? 

-Dzień dobry, z tej strony Rosalie, żona Marco. Dodzwoniłam się do trenera..?
-Och, Rosalie! No w pewnym sensie tak! –zaśmiał się ciepło do słuchawki. –Mogę ci jakoś pomóc?
-Marco zachorował, nie wygląda dobrze. Upierał się, że chce iść na trening, jednak ma gorączkę, boli go gardło, ma zatkany nos. Wydaje mi się, że powinien zostać w domu..
-Życzę mu jak najwięcej zdrowia, jednak ja z tą informacją nie mogę nic zrobić. Już nie jestem trenerem Marco, więc musiałabyś poszukać numeru do Hansa albo Michaela, oni trzymają rękę na pulsie..
-Przepraszam w takim razie, Marco miał tak pana zapisanego w kontaktach.
-Nie ma sprawy. Cieszę się, że Marco znalazł sobie taką troskliwą żonę. Masz rację, że powinien zostać w domu, ale znając Marco czeka cię z nim starcie.. Ach, pewnie doskonale o tym wiesz.
-Tego się właśnie obawiałam… -westchnęłam do słuchawki. –A przepraszam, mogłabym zająć jeszcze chwilkę, czy nie ma pan czasu?
-Mam, ależ oczywiście! –powiedział radośnie. Mój humor uległ znacznej poprawie. Ten człowiek kojarzył mi się bardzo z tatą Marco. Byli do siebie podobni, bardzo ciepli i uśmiechnięci.
-Widzi pan… Nie do końca się orientuję jeszcze w Borussii… Kim są ci dwaj panowie, co pan wymieniał?
-Poszukaj nazwiska Zorc, to tak naprawdę człowiek od wszystkiego. Do Watzke możesz też zadzwonić, ale to prezes, więc tak trochę by było dziwnie dzwonić do prezesa usprawiedliwić męża. –zaśmiał się.
-Bardzo panu dziękuję za pomoc.
-Nie ma za co. Gratuluję wam zawarcia małżeństwa. Cieszę się, że Marco zdecydował się na taki krok, nawet jeśli to bardzo szybciutko nastąpiło… Choć przez prasę znam pewnie zniekształcony czubek góry lodowej. Póki jesteś na telefonie Marco, wyślij mi kilka fotek ze ślubu na Whatsappie, byłbym bardzo wdzięczny.
-Dziękuję. Media dużo piszą, wiedzą… kompletnie nic. Przekażę Marco, że z panem rozmawiałam, na pewno do pana oddzwoni, jak będzie w stanie mówić. Postaram się znaleźć w galerii kilka zdjęć i prześlę.
-Dziękuję. Wiesz? Jedna rozmowa i już cię lubię. Opiekuj się nim tam dobrze. Marco był zawsze dla mnie jak drugi syn.
-Postaram się zająć nim jak najlepiej mogę. –odpowiedziałam szczerze. –I bardzo mi miło. Jeszcze raz dziękuję za pana pomoc. Do usłyszenia.
-Do usłyszenia! I już na przyszłość bez tego „pan” poproszę. Jürgen. Postarzasz mnie. Jeszcze nie mam pięćdziesiątki!
-W porządku, następnym razem już się poprawię.
-Trzymam za słowo, cześć Rose. I koniecznie życz dużo zdrowia ode mnie Marco.
-Jak tylko się obudzi. Do widzenia.

A więc Jürgen. Ten Jürgen, o którym wspominał tata Marco? Było to bardzo możliwe, gównie z uwagi, że oboje mężczyzn było do siebie bardzo podobnych pod względem charakteru. Choć trener Marco wydawał się jeszcze bardziej ciepłą osobą. Tata Marco miał w sobie pewien element „teścia”, który stwarzał między nami pewną granicę.
W kontaktach szybko odnalazłam pana Zorca i wykonałam telefon. On był z kolei na początku bardzo był zdziwiony, że Marco miał żonę i nie chciał mi do końca uwierzyć, jednak przez to, że dzwoniłam z telefonu Marco, zyskiwałam trochę na wiarygodności. Bo naprawdę, były trener wiedział o wszystkim a pan od wszystkiego z drużyny nie? To było aż dziwne.
Korzystając z tego, że Marco jeszcze spał, postanowiłam też zadzwonić do Yvonne. Ta odebrała akurat wtedy, kiedy miałam się rozłączać po wysłuchaniu wielu sygnałów. Tym razem ja zaczęłam rozmowę, żeby nie mylono już mnie z blondynem… Chociaż do siostry Marco mogłam już zadzwonić ze swojego telefonu. Ale cóż. 

-Hej kochana, tu Rose, masz może chwilę?
­-Hej hej! Nie masz telefonu? Chciałam dzwonić dzisiaj wieczorem i wpaść do was na kawę. Wyglądałaś nieziemsko na tym balu! Oglądam właśnie z rodzicami wszystkie portale plotkarskie. Błyszczałaś!
-Och.. Dziękuję. Miło mi, że tak myślisz..
-Nie tylko ja! –przerwała mi protestując. –Gala wybrała cię królową wieczoru, spośród wszystkich kobitek na tym balu. To wielkie osiągnięcie Rose. Będziesz jutro na okładce!
-Chyba żartujesz.. Przecież ja się nie zgodziłam na nic takiego..
-Och, oni nie potrzebują zgody. Będziesz na tej okładce z Marco, ale nie martw się, macie wszystkie ujęcia przegenialne, więc zaprezentujesz się wspaniale.
Dziwnie się poczułam, dowiadując się o tej informacji. Nigdy nie chciałam być na okładce… Przecież.. Wszyscy się dowiedzą. Nawet już się dowiedzieli, skoro było wszędzie tego dziadostwa w internecie.
-A dzwoniłaś po coś konkretnego?
-Tak. –powiedziałam z lekkim zdenerwowaniem. Tylko nie okładka. Przecież nawet ten magazyn kupowała wiecznie moja macocha. Jadąc do Berlina popełniłam największy błąd w życiu. –Marco jest chory, mogłabyś pojechać do apteki i kupić leki? Ja mam tylko przeciwzapalne, a przydałoby się coś na gardło. I koniecznie chusteczki.
-O rety! Przecież on tak rzadko choruje! –zmartwiła się wyraźnie. Potem powiedziała coś niezrozumiałego dla mnie do swoich rodziców. –Mama zapakuje dla was obiad na wynos, ja zaraz wyjdę i pójdę coś kupić. Potrzebujecie jakieś zakupy?
-Nie chcę robić aż takiego problemu. Zamówię przez internet.
-Nie zamawiaj, bez sensu! Ja już się wszystkim zajmę, dzięki, że do mnie zadzwoniłaś.
-To ja ci dziękuję. Poszłabym sama, ale Marco śpi i może się w każdej chwili obudzić i chcieć pójść na trening.
-Niech tylko spróbuje! Pilnuj go dobrze. Ja będę do godzinki maks.
-Dziękuję, Yv, jesteś wielka.
-Że gruba?
-Nie!-roześmiałam się. –Że wspaniała.
-Aaa, to, to tak! Do zobaczonka!
-Papa. 


Odłożyłam już telefon na stół. Stwierdziłam, że powinnam była trochę ochłonąć. Powiedziałam Marco prawdę, jednak po to, żeby się uwolnić, a okazało się, że jeszcze bardziej to się wszystko ruszy… Jeśli ktokolwiek z mojego otoczenia zadzwoni do prasy i powie o mojej rozprawie sądowej.. Nikt z moich przyjaciół nie powinien był się o tym dowiedzieć, a tym bardziej z jakiejś durnej prasy.
Poszłam do barku i nalałam sobie do szklanki koniaku, który sprawiał wrażenie, jakby wypalał mi przełyk. Dolałam sobie jeszcze. I kiedy brałam kolejny łyk usłyszałam kroki na schodach Marco. Jeszcze jego mi tu brakowało.

-Rose? –zapytał widząc mnie w dość niecodziennym stanie. Ja i koniak nie przepadaliśmy za sobą.
-Nie bądź zły, ale nie idziesz na trening, Jesteś chory i leżysz w łóżku. Zorc już wie i życzy ci zdrowia. Jürgen też, Yvonne zaraz tu będzie z lekami i obiadem od twojej mamy.
-Stop, stop, stop. –złapał mnie za rękę, odstawiając szklankę na stolik. Ukucnął opierając się o moje kolana. –Czemu pijesz?
-Naprawdę nigdzie nie pójdziesz.. A..
-Zrozumiałem, że nie pójdę. Martwię się bardziej tobą. Co jest, Rose?
-Yvonne powiedziała, że jest o nas pełno w internecie. Ale co gorsza, mam być jutro na okładce. Ja nie chcę, Marco. –powiedziałam jak mała dziewczynka, a na potwierdzenie tego również się rozpłakałam. –To zniszczy wszystko. Ciebie, mnie, twoją reputację. Ja miałam rozprawę w sądzie. Jeśli macocha albo ojciec to sprzedadzą do mediów.. Nie chcę. Wiem, że się zgodziłam towarzyszyć ci na balu, ale to było z myślą o tobie. Nie chciałam tego, nie przemyślałam tego, to był błąd.
-Spokojnie już, wszystko da się odkręcić.
-Internet żyje swoim życiem.
-Tak, to prawda. Posłuchaj.. Och, nie płacz. –powiedział zirytowany, pociągając nosem. Jego głos stał się strasznie ochrypły. –Zadzwonię do menagera i żadnej okładki nie będzie. I zrobi już tak, że nikt nie będzie mógł pisać nic o twojej przyszłości czy o tobie bez naszej, albo jego zgody. On też się na tym zna, powiedziałem mu, że ma cię chronić, dlatego też jest tak mało mediów dookoła nas na mieście. Robi dobrą robotę, a okładka? O tym mu nic nie mówiłem, ale spokojnie.
-A jak oni się dowiedzą z internetu?
-To co? –zapytał przekręcając głowę na bok, jakbym spadła z kosmosu. –Jesteś bezpieczna, zrozum to. Tutaj nic ci nie grozi, a ja nie pozwolę, żebyś spotkała tamtych ludzi. Po tym, co mi powiedziałaś, nie zasługują, żeby nawet na ciebie spojrzeć. Niech wiedzą, że jesteś moją żoną. Niech są zazdrośni. Tylko mogą być zazdrośni. Nas nikt nie rozdzieli, nikt nam nic nie zrobi.
-Przepraszam… Może.. Może zbyt emocjonalnie na to zareagowałam..
-Spokojnie. –szepnął i przytulił mnie mocno do siebie. –Naprawdę, nic ci tu nie grozi. A ja zaraz zadzwonię i zobaczę co da się zrobić. Nie uciekaj nigdy do alkoholu, nigdy nie pomoże rozwiązać ci problemów. W przeciwieństwie do mnie. –uśmiechnął się szczerze i ucałował mnie w czoło.
-Dziękuję. Zrobię ci gorącą herbatę z miodem.
-Będę wdzięczny. Pójdę na górę.
-Połóż się w łóżku, musisz trochę poleżeć.
-A ty przyjdziesz w przebraniu pani pielęgniarki?-uśmiechnął się szeroko i zabrał swój telefon.
-Tego nigdy nie wiesz.


W kuchni zaparzyłam dla Marco czarną herbatę, do której dodałam odrobiny miodu, który by trochę złagodził ból gardła. Marco miał rację, że zadziałałam zbyt pochopnie, zwłaszcza sięgając do kieliszka. Przecież musiało być wszystko dobrze. Z nim wszystko było dobrze.
Poszłam na górę, akurat weszłam do pokoju, kiedy blondyn kończył rozmowę. Odłożył zamyślony telefon na stolik nocny, jednak kiedy usłyszał jak wchodzę do środka, odwrócił się w moją stronę.
-I jak? –zapytałam, próbując cokolwiek odczytać z jego miny. Uśmiechnął się i podszedł do mnie po herbatę.
-Wszystko opanowane, możesz być spokojna. –powiedział i pocałował mnie w czoło, odbierając kubek.
-Uważaj, gorące. –powiedziałam, nim upił łyk. –Będziemy musieli coś płacić?
-Możliwe że nie. Ale jeśli będzie trzeba to nie będę miał z tym problemu..
-Jeśli nie..
-Nie masz się o co martwić. Położysz się ze mną?-spojrzał na mnie tym wzrokiem, przez który nie umiałam mu nigdy odmówić. Okrążyłam łóżko i usiadłam na swoim miejscu. Marco położył się koło mnie i przykrył kołdrą pod samą szyję.
-Zimno ci? –zapytałam. Jego pierwsza choroba, a ja już tego miałam dość. Nie dlatego, że facet przechodzi chorobę jakby to był koniec świata, ale wiedziałam, że takie rzeczy tylko opóźniają jego powrót. A to było dla niego najważniejsze.
-Trochę. Jak wypiję herbatę będzie lepiej. –powiedział, znów zabierając kubek z szafki. Zabrałam go od niego i sama zaczęłam dmuchać na herbatę, by mógł wypić choć trochę łyków. Zamoczyłam opuszek małego palca, jak zawsze robiła mi mama, gdy byłam chora, żeby sprawdzić, czy się nie poparzy. Chyba była już zdatna do picia.
Marco uśmiechnął się i podziękował mi, odbierając kubek. Upił łyk, krzywiąc się mocno.

-Coś nie tak? Dalej gorąca?
-Boli, kiedy przełykam.
-Może trzeba będzie pójść do lekarza.. Jeśli leki, które przyniesie Yvonne nie pomogą, na pewno pójdziemy. Albo się wezwie go tutaj. 

W odpowiedzi tylko kiwnął głową i poprawił na oparciu łóżka. Wzięłam swoja poduszkę i podłożyłam ją pod plecy, żeby było mu odrobinę wygodniej.
-Wiesz, ten Jürgen, z którym rozmawiałam prosił, żebym wysłała mu kilka zdjęć ze ślubu. Chciałam poczekać aż się obudzisz, bo nie wiem do końca czy powinnam..
-Klopp? Najlepszy trener i człowiek, z jakim współpracowałem. Jeśli ci się chce to wyślij, podpisz, że to ty. –powiedział ze ściszonym głosem, jednak uśmiechnął się na wspomnienie swojego starego trenera. Tak jak odniosłam wrażenie po naszej rozmowie, byłam już przekonana odnośnie jego i moich przeczuć co do ludzi.  –Co mówił?
-Gratulował nam, kazał cię pozdrowić, życzył ci zdrowia i powiedział, żebyś do niego zadzwonił jak wyzdrowiejesz.
-W porządku. –kiwnął głową, biorąc kolejny łyk herbaty.
-Marco, masz może numer telefonu do tego Emre, z którym tańczyłam? Jestem mu winna kilka słów.
-Rose..
-Proszę. Wiem, co o tym myślisz. I nawet przypuszczam, że lubiłeś go do momentu, kiedy z nim tańczyłam, prawda? Ale z tobą też tańczyłam. Jesteś zawsze na pierwszym miejscu i nie masz powodów, żeby być zazdrosny. Nie masz sobie równych.
Marco uśmiechnął się i wziął telefon. Wyszukał coś na nim, a później podał urządzenie mnie. Na wyświetlaczu widniał wpisany kontakt „Emre Can”, a pod nim numer telefonu.
-Dziękuję. Może spróbuj zasnąć? Obudzę cię, kiedy Yvonne przyniesie leki.
-Dobrze. Dziękuję, że się mną tak zajmujesz… Nie przypuszczałem… Jesteś naprawdę wyjątkowa.
-Oj nie bredź. To gorączka. Śpij już. Ja zaniosę na dół herbatę. –powiedziałam i wstałam z łóżka, żeby zabrać z komody duży koc. Przykryłam nim jeszcze Marco i nachyliłam się w jego stronę. Spojrzał na mnie swoimi zmęczonymi, szklistymi od choroby oczami i uśmiechnął się delikatnie.
-Jesteś.
-Śpij, kochany. –powiedziałam szeptem i przejechałam wolno dłonią po jego włosach, czole, policzku i brodzie. On uroczo wtulił się w poduszkę i zamknął oczy. 

Chwilę jeszcze patrzyłam na niego, wiedziałam, że nie lubił tego słowa, ale był naprawdę piękny. Zrobiłam jego telefonem zdjęcie, kiedy spał i wysłałam je do siebie. Piękni ludzie byli bowiem rzadkim okazem. On był wyjątkowo piękny, bo nie tylko wygląd zewnętrzny się liczył ale wnętrze. Poszłam na dół do salonu i usiadłam tam na kanapie. Na początku wysłałam kilka zdjęć do Jürgena, później przepisałam numer Emre do swojego telefonu. 

„Cześć, z tej strony Rose. (ta z balu) Obiecałam, że jeszcze uda nam się złapać i pogadać, ale potem wszystko się podziało tak szybko i nie widziałam cię nigdzie potem. W razie czego to mój numer. (bez dwuznacznego podtekstu) Jak będzie ci się kiedyś chciało pogadać to możesz dzwonić, jeśli nie, pewnie i tak się kiedyś spotkamy na jakiejś piłkarskiej imprezie, to z pewnością nadrobimy. Mam nadzieję, że burza cię nie zastała tak jak nas i dotarłeś cało do domu. Do usłyszenia/zobaczenia!;)”

Kiedy wysłałam akurat sms, usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Podbiegłam szybko do wizjera i zdziwiłam się lekko, widząc tuż koło Yvonne mamę Marco. Czyli teściowa podejście drugie.
Spojrzałam jeszcze szybko w lustro, żeby sprawdzić, czy wyglądałam w miarę przyzwoicie. Już nie było eleganckiej fryzury i sukienki, a domowy dres. Westchnęłam głośno i przekręciłam zamek.

-Dzień dobry. Yvonne, dobrze cię widzieć. –powiedziałam na tyle uprzejmie na ile się dało, posyłając uśmiech do obu kobiet.
-Pyśka! Jak ty pięknie wyglądałaś! Kupiłam wszystkie gazety! Wszystkie!-Yvonne zaczęła trajkotać niczym nakręcona, wymijając mnie w progu. Położyła całą siatkę gazet na stole, z drugą pobiegła do kuchni, żeby ją położyć, po czym znów znalazła się przy mnie. Stałam zdumiona patrząc ile w niej było energii. –Z resztą zawsze uważałam, że jesteś piękna, ale tam.. Mój brat przy tobie też wyprzystojniał. Poważnie. Dawno go nie widziałam tak rozpromienionego i tak zapatrzonego w kobietę. Nie odrywał od ciebie spojrzenia! Nawet jak udzielał wywiadu, co chwila spoglądał na bok, był strasznie rozkojarzony! Puszczę ci to, zrobiłam screeny z linkami..
-Yvonne! Starczy. –westchnęła pani Reus karcąc córkę. –Rose, weźmiesz chociaż mój płaszcz?-zapytała z wyrzutem i ustawiła się do mnie tyłem. Yvonne przewróciła oczami i poszła do kuchni wypakować siatki.
Pomogłam mojej uroczej teściowej zdjąć płaszcz i zawiesiłam go na wieszaku koło drzwi.
-A gdzie nasz symulant?-zapytała ze śmiechem Yvonne, wyciągając z dużej, materiałowej siatki naczynie.
-Yvonne. Twój brat jest chory, a ty już od samego początku się drzesz i nie pozwalasz mu odpocząć.
-Mamo, nie traktuj Marco jak dziecko. To dorosły facet.
-Marco nigdy nie chorował! Zawsze był zahartowany, przez sport miał wysoką odporność, więc to bardzo zły znak. –stwierdziła chłodno i poszła do kuchni, żeby odgrzać przygotowany przez siebie obiad.
-Marco szybko wyzdrowieje, niech się pani nie martwi. –powiedziałam z lekką obawą. Wzięłam ją po naszym spotkaniu za miłą, choć zachowawczą. Teraz jednak miałam wrażenie, że zaczyna pokazywać swoją drugą twarz, bez pana Thomasa i ukochanego synka.
-Pewnie się zaziębił w tym waszym Berlinie. Nie dopilnowałaś go, żeby się dobrze ubrał i proszę! Już widać wspaniałe efekty waszego związku.-odburknęła i zaczęła szukać po szafkach garnków.
-Trzecia szuflada koło lodówki. –powiedziałam, chcąc nie dopuścić do jej wybuchu. Naprawdę widać było wyraźnie jej zdenerwowanie.
-Przecież były pod zlewem!
-Uznałam, że pod zlewem jest dobre miejsce na śmietnik, ta szafka jest za głęboka na garnki. Od razu można wrzucić do niego obierki ze zlewu.
-Moim zdaniem, garnki o wiele bardziej tam pasowały. A garnek parowy? Jak niby go zmieściłaś?
-Niech pani otworzy tą trzecią szufladę, pani Reus. –powiedziałam ze spokojem. Musiałam się powstrzymać, żeby nie powiedzieć kilku słów za wiele.

Blondynka z wielką niechęcią i odrazą zajrzała do trzeciej szuflady, którą zademonstrowała teatralnie i z hukiem ją otworzyła . Spojrzała. Jej oczy nie wyrażały nic, jednakże przyglądała się wnikliwie nienagannie poustawianym garnkom i patelniom. Mruknęła coś pod nosem i zabrała jeden z garnków.
Bez słowa podeszłam do Yvonne, która w ciszy przysłuchiwała się naszej wymianie zdań. Wzięłam od niej ogórka szklarniowego, którego właśnie skończyła obierać i zabrałam tarkę z szafki koło stojącej mamy Marco. Przyszła mi chęć, żeby poza ogórkiem utrzeć jeszcze komuś nosa. 

-Marco się sam ubiera, jest rozsądny i nie potrzebuje mojej kontroli. Nie jestem jego matką ale żoną.
-Jeśli sobie nie radzisz to zawsze przecież mogę tu zostać na kilka dni, póki Marco nie wyzdrowieje.
-Nie musi pani. Marco ma opiekę.
-Niby jaką?-prychnęła nastawiając kuchenkę.
-Rosie. –odpowiedziała za mnie Yvonne. Chociaż ją miałam po swojej stronie. Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością. Opowiedziała mi tym samym, dając mi odrobinę wsparcia.
-Tak? Ani leków, ani dobrze zrobionych zakupów? To mi opieka.
-Zadzwoniłam z prośbą do Yvonne, bo nie chciałam go zostawić samego. Prosił mnie z resztą o to.
-Marco potrzebuje kobiety a nie dziewczynki do zabawy.
-Wypraszam sobie. Znam Marco doskonale, mamy ze sobą cudowną relację i wiem, czego potrzebuje.
-Każdy mężczyzna potrzebuje zaspokojenia. A że Marco jest przystojny, bogaty.. Nawet ci się nie dziwię. Ale nie wyobrażaj sobie zbyt wiele..
-Chyba pani żartuje. –podniosłam głos i rzuciłam tarkę na blat.
-Nie takim tonem, dziecko.
-Jeśli coś się pani nie podoba może pani śmiało wracać do domu.
-Nie ty będziesz mi mówić, co mam robić, dziewczynko. –odpowiedziała.
-Mamo.. –zaczęła Yvonne, próbując odsunąć trochę swoją matkę ode mnie i stanąć między nami.
-Nie wtrącaj się, Yvonne.
-Chyba pani nie umie zrozumieć, że pani dzieci są już dorosłe. Yvonne, Melanie i Marco również. I chyba tu panią najbardziej boli, że oni wszyscy doskonale sobie radzą bez pani wskazówek.
-Gdyby Marco był rozsądniejszy i mnie posłuchał do końca, nie byłabyś w tym miejscu, pewnie szlajałabyś się po ulicach, jak ty to mówisz, rozumiejąc potrzeby innych! –krzyknęła, żywo gestykulując. –To dzięki mnie Marco wtedy zrozumiał, że to głupstwo żenić się z młodą, nieodpowiedzialną, obcą dziewczyną.
-Dzięki pani miałam przecudowny ślub na pomoście rajskiej wyspy oraz skromny obiad w towarzystwie życzliwej rodziny, pełnej miłości i szczęścia.
-Mam nadzieję, że mój syn przejrzy na oczy i zobaczy prędzej czy później swój błąd. Oczywistym jest to, że go zauważy. Oby tylko jeszcze miał coś na koncie.
-O nie, tego już za wiele. Nie pozwolę się aż tak obrażać w moim domu. Starałam się zrozumieć, że bardzo pani kocha Marco, ale musi też wiedzieć, że ja też jestem obecna w jego życiu. I będę jeszcze długo. I musi pani się pogodzić, że osobą, do której się jako pierwszej zwróci się o pomoc będę ja, nie pani, nie pani córki. I garnki, sztućce i inne pierdoły nie będą umieszczone tak, jak pani chce. Bo ja tu mieszkam, to moje mieszkanie. Moje i Marco. I w tym właśnie mieszkaniu nie ma prani prawa obrażać żadnego z jego właścicieli, więc albo pani zacznie trzymać język za zębami i znosić moje garnki w mojej trzeciej szufladzie koło mojej lodówki, albo może pani stąd wyjść. Nie trzymam tu pani na siłę ani za karę, nawet nie prosiłam, żeby pani przyjeżdżała. Ani Marco. –powiedziałam, z prędkością tak szybką, że aż sama się sobie dziwiłam. Nawet Marco nie potrafił mnie wyprowadzić tak z równowagi, jak potrafiła to jego matka. 

-Jak śmiesz ty.. –zaczęła, podnosząc rękę, by uderzyć mnie w nią w policzek. W tej samej chwili stały się dwie rzeczy. Yvonne dobiegła do ręki swojej matki, odpychając mnie jednocześnie dalej, z pola zagrożenia, także na schodach pojawił się Marco, który z zaropiałymi oczami patrzył się na nas, w zupełności nic nie rozumiejąc. 

-Może mi ktoś powiedzieć, co tu się dzieje? –zapytał zachrypniętym głosem. Zapewne bolało go gardło i ledwo mówił. Wyminęłam Yvonne i poszłam bez słowa do siatki z magazynami, w której też znajdowały się leki. Wyjęłam jeden listek ziołowych tabletek na gardło i podeszłam szybkim, nerwowym krokiem do blondyna, żeby mu go wręczyć. Szybko odeszłam od niego, zawracając z powrotem do kuchni, nie dając mu nawet szans by złapać mnie za rękę i zatrzymać. Oparł się o ścianę i wziął jedną tabletkę do ust. 

W tym czasie pani Reus przybrała minę przerażonej, troskliwej mamusi. Podbiegła do niego i zaczęła kłaść dłonie na jego czoło i policzki.

-Kochany, jak ty się czujesz? Niepotrzebnie wstawałeś. Powinieneś był chociaż założyć szlafrok. Musisz się..
-Mamo. –westchnął zirytowany i odsunął się od niej, nabierając dystansu. Moje serce łomotało w piersi. Nie wiedziałam co zrobi, co powie jego matka i której z nas uwierzy. Wrzuciłam ogórki do miseczki, zmniejszyłam grzanie kuchenki i otworzyłam niskoprocentowy jogurt, którego dodałam do ogórków.
-Marco lubi z cukr…-zaczęła pani Reus, miłym, aczkolwiek spiętym głosem. Nie mogłam uwierzyć jak bardzo się zmieniła w jednej chwili.
-Marco lubi ze szczyptą soli i pieprzu. –odpowiedziałam pod nosem, stwierdzając oczywistość. Sama siebie zaskoczyłam, nie wiedziałam, że zapamiętałam aż takie niuanse.
-Mamo, nie zmieniaj tematu. Słyszałem wasze krzyki z góry. O co chodzi?-zapytał raz jeszcze, nie zwracając uwagi na naszą krótką wymianę zdań odnośnie mizerii. 

Zapanowała zupełna cisza. Pani Reus odeszła na chwilę, zaczęła nerwowo krążyć między kanapą a fotelem. Mogła tam zostać, była wystarczająco daleko ode mnie. I to ja miałam pod ręką kilka niezłych noży. To tylko fakt, nie, że miałabym coś z nimi robić. Czułam, że Marco przeniósł spojrzenie na mnie. Nie powiedziałam nic, przemieszałam w garnku mięso, sos i ziemniaki. 

-Yvonne?-zapytał w końcu. Brunetka potrząsnęła głową, jakby wybudzając się z resztek szoku. Spojrzała na mnie, na swoją mamę aż w końcu na mojego męża.
-Nie wiem.. Nie wiem co tu się właśnie stało. To chyba jakiś kosmos. –szepnęła i podeszła do lodówki, skąd wyjęła kończący się sok pomarańczowy. Popatrzyłam na butelkę, nie wiedząc, czy powinnam ją była przeprosić i poprosić, żeby wypiła inny sok niż ulubiony Marco. Nie chciałam jednak dawać kolejnego powodu do kłótni pani Reus. Marco przecież mógł wrócić za chwilę do łóżka a historia nadal by się ciągnęła.  –Och, rozumiem. –zaśmiała się krótko Yvonne, spoglądając na mnie i na butelkę. Odstawiła z powrotem ją do środka i przeprosiła nas na chwilę twierdząc, że musi się przejść. Chwilę później już jej nie było i zostaliśmy we trójkę. A ja zostałam bez jednego, jedynego sprzymierzeńca. Bo nie wiedziałam, czy mogłam liczyć na Marco.

-No bo.. –usłyszałam płaczliwy głos matki Marco. Naprawdę się rozpłakała? Chciało mi się śmiać. Ona naprawdę zaczęła płakać. Jak cudownie przecież odgrywa się ofiarę. Z drugiej strony to ja miałam prawo wyjść na tą gorszą, skoro nawet nic nie powiedziałam i byłam zajęta swoim obiadem. –Synku, ja naprawdę nie chcę cię zadręczać moimi problemami.. –kontynuowała zaciągając nosem i spojrzała w oczy Marco, który ze współczuciem jej się przyglądał. –Powiedz mi, czy ty uważasz, że ja jestem nieużyteczna? Rosalie chciała właśnie wyrzucić z domu! Powiedziała, że do niczego się nie nadaję, a ty wcale mnie nie potrzebujesz tylko ją. Chce mi zrobić wszystko na przekór, mówiła, że jestem niedobrą matką. Ona chce mi cię zabrać, odciąć ode mnie. A potem co, od taty? Sióstr? . –jęknęła i rzuciła się na szyję blondynowi.
Stałam w kuchni w zupełnym szoku. Skubana była dobra. Cóż, ja byłam aktorką podczas naszego pierwszego spotkania, teraz była jej kolej. I chyba była bardziej wiarygodna. Marco przytulił ją i pogłaskał troskliwie po plecach.  

-A ty mnie kochasz? Rose powiedziała, że zniszczy naszą więź i..
Marco odepchnął ją delikatnie od siebie i zaczął iść w moim kierunku zdecydowanym krokiem. Nie podszedł jednak blisko mnie, stanął naprzeciwko, za oddzielającym nas blatem.
-Rose.. O co chodzi? Przecież wiesz, że rodzina jest dla mnie najważniejsza. Nie możesz mówić takich rzeczy mojej mamie. Sama straciłaś swoją i wiem, że..
-Uwierzysz we wszystko, co ona powie, prawda? –zapytałam, czując rozpadające się właśnie moje serce. Ona wygrała. Ale ja nie mogłam się poddać. Nie w walce o Marco. Nie mogłam pozwolić mu odejść, nie z takiego powodu.
-To nie tak -powiedział zakłopotany. –Ja nie wiem już w co mam wierzyć.
-Nawet jeśli powiedziałabym ci, że to nie ja mówiłam złe rzeczy o twojej mamie tylko ona o mnie to byś mi nie uwierzył.
-Dlaczego miałaby mówić o tobie złe rzeczy…-zapytał wpatrując się w nieokreślony punkt za mną.
-Mam oddać ci obrączkę?-zapytałam, mimo, że nie chciałam do tego dopuścić. –Bo związek polega na zaufaniu.
-Dlaczego chcesz to zrobić? Rose, ja muszę chyba naprawdę się położyć i przemyśleć… To wszystko. To jest dziwne i..
-Nie widzisz, że ona tobą manipuluje?-zapytała pani Reus, podchodząc do blondyna i objęła jego ramię. Kto kim manipulował?!
-Mamo, daj mi chwilę, dobrze?
-Nie wierzysz mi?
-Daj mi chwilę. –powtórzył i odszedł do części salonu.

To nie mógł być koniec. Pani Manuela uśmiechnęła się pod nosem i posłała do mnie mordercze spojrzenie. Mimo, że miałam pod ręką nóż, nadal była to mama Marco, którą bardzo kochał. Ale też nie mogłam odpuścić. Razem z dźwiękiem spadającego na podłogę widelca, ruszyłam biegiem w kierunku Marco. On odwrócił się w moją stronę nie wiedząc, co się dzieje. Chwilę później wpadłam rozpędzona w jego ramiona i ścisnęłam jego klatkę piersiową dłońmi tak mocno, jak tylko byłam w stanie. 

-Rose, proszę.. –szepnął nie wykonując żadnego ruchu. Starałam się go zrozumieć. Stał między wyborem. Między matką a żoną. Między miłością a… mną.
-Nie. Obiecałeś. To tyczy się czegoś zupełnie innego. Nie łam tej obietnicy, ona była dla mnie ważna.
-O czym ty mówisz?-zapytał szeptem i niepewnie położył jedną dłoń na moich plecach. Wtuliłam się w jego szyję i starałam się nie rozpłakać.
-O obietnicy ze stajni, pamiętasz? Niezależnie od pory dnia i nocy, czy będziemy razem czy nie. Że zawsze, kiedy będzie źle, kiedy będzie się wszystko waliło, kiedy mój świat będzie się chwiał, ja będę lecieć z nóg, a wszystko będzie traciło sens mam przyjść. I cię przytulić. Obiecałeś, że mnie przytulisz. Proszę, po prostu to zrób. A potem dam ci przestrzeń, ale też nie dam, bo będę ci podawać herbaty, przyniosę ci na tacy obiad. Jeśli chcesz, nawet to może zrobić twoja mama. Ale ja będę. Bo ci obiecałam. Na dobre i złe, w zdrowiu i chorobie. Być przy tobie, zawsze, rozumiesz? Zawsze. Niezależnie, co o mnie pomyślisz. Będę mierzyć temperaturę, dbać o porę przyjmowania leków, wydzwaniać do lekarzy, trenerów i odwoływać twoje treningi. Bo jesteś dla mnie najważniejszy. Pamiętasz? Jesteś moim światem. I ja nie chcę, żeby ani mój świat, ani moje serce, rozpadły się na kawałki. Nie zgadzam się na to. Nie zgadzam.
-Rosie, moje kochanie..-szepnął i mocno mnie do siebie przytulił. Poczułam ulgę. Niesamowitą ulgę. Z tych wszystkich emocji z moich oczu zaczęły płynąć łzy. –Ufam ci, skarbie. Naprawdę ufam. Masz miejsce w moim sercu, ale moja mama też. Jesteście obie niesamowicie ważne w moim życiu..
-Ale? Jest jakieś „ale”, prawda? Ja wiem, Marco, to twoja mama. Jeśli chcesz powiedz jej, że ma rację, że jestem zła, niedobra, zrób to. Moja mama była dla mnie wzorem, była dla mnie wszystkim. Z ojcem nigdy nie miałam dobrego kontaktu. Rodzina to coś, co zawsze się powinno pielęgnować, nie psuj tego przeze mnie. To mnie tu nie powinno być..
-Już wiem wszystko. –powiedział puszczając mnie i odsunął się na krok, by spojrzeć w moje oczy. Otarł kciukiem moje łzy i posłał mi delikatny uśmiech.
-Co chcesz zrobić?-zapytałam cicho widząc, że Marco odwraca się szukając swojej mamy. Kobieta siedziała w fotelu i nerwowo tupała nogą.
-Mamo…-zaczął. –Wiesz, że zawsze będę cię kochał. Nic tego nie zmieni. To, że Rose jest w moim życiu nic nie zmienia. Ona sprawia, że jestem szczęśliwszy. Chyba powinnaś być z tego zadowolona? Mam żonę, która jest dla mnie ogromnym wsparciem i pocieszeniem we wszystkich złych momentach. Nigdy nie spotkałem takiej pięknej, dojrzałej, mądrej i ułożonej kobiety. –powiedział, a ja słysząc słowo „kobiety” przybiłam mu mentalną piątkę. Nie wiedział, że to określenie mnie było idealne, by padło z jego ust do pani Manueli. –Chciałbym, żebyś ją zaakceptowała. Rose jest częścią rodziny, należy do niej, nosi moje nazwisko.
-Kwestia nazwiska w ogóle mi się nie podoba. Kim ona jest, żeby nosić moje nazwisko?-zapytała z oburzeniem mama Marco. Już nie była taka smutna i rozżalona?
-Ona jest moją żoną. I to nazwisko też należy do mnie.-odpowiedział pewnie. Byłam dumna. Tak bardzo dumna. Chciało mi się skakać, śpiewać, tańczyć i śmiać. Marco mnie obronił! Marco mnie obronił! Marco mnie kocha! Znaczy..lubi. Szanuje. Lubi. Kocha… Potrzebowałabym do tego jakiejś stokrotki..
-Jaką żoną, synku, jak za chwilę już nią nie będzie. Przecież to nic poważnego, zwykła znajomość.
-Niezwykła. –poprawił ją od razu. –I to jest coś poważnego, mamo. I ja i Rose traktujemy nasz związek bardzo poważnie. Nie jest też powiedziane, że nasze małżeństwo się skończy po roku. Nie wiadomo, co przyniesie los. A jak zostaniemy na zawsze małżeństwem?
-Jak to? Czemu na zawsze?
-To tylko założenie. Tak samo jak to, że Yvonne spotka dziś w parku koleżankę ze szkoły. Jest pięćdziesiąt procent szans. Ja i Rose mamy takie same szanse.
A więc tylko pięćdziesiąt procent? Lubi mnie na pięćdziesiąt procent. A może jest zakochany w pięćdziesięciu procentach? Stawiałam przynajmniej siedemdziesiąt pięć. Z całym szacunkiem, Marco.
Poszłam do kuchni, żeby wyłączyć obiad Marco i nałożyć go na talerz. 

-Chciałbym, żebyście obie znalazły nić porozumienia. Nie ważne co było. Od teraz z czystą kartą. –powiedział Marco do swojej rodzicielki, zerkając na mnie. A więc takie wyjście. Całkiem mądrze.
-Zrobię to tylko ze względu na ciebie. Potrzebuję dużo czasu, żeby wybaczyć Rose to, co powiedziała. 

No to był chyba jakiś żart. Nie zwracając już na nich kompletnie uwagi zaczęłam nakładać na talerz polędwiczki, polałam je sosem i ubiłam ziemniaki, dodając do nich odrobiny jogurtu i koperku, tak, jak lubił Marco. Nie interesowała mnie już zupełnie ich rozmowa i nawet nie zamierzałam już wcale się w niej udzielać.

Ale wróciła Yvonne. Weszła i zamknęła za sobą drzwi z hukiem. Zostawiłam obiad  i podniosłam głowę, z zaciekawieniem obserwując siostrę mojego męża. Nigdy nie widziałam jej tak zdenerwowanej. To był pierwszy raz. Marco również patrzył na nią, czekając, aż coś powie. 

-Chrzanię to. Chrzanię to wszystko. –powiedziała wydychając głośno powietrze. –Mama nie mama, babcia mojego dziecka, nie ważne. Nie ważne kim byś była i niezależnie jak bardzo cię kocham, mamo.. Nie można nazywać żadnej kobiety dziwką, sugerować, że właśnie nią jest. Ona nie chce pieniędzy, więc możesz być spokojna, że Marco naprawdę zostaną pieniądze, nie będzie za rok z pustymi kieszeniami. A zwłaszcza nie powinno się policzkować własnej synowej, w jej własnym domu. Traktujesz Marco jak dziecko. On jest dorosły. Ma dwadzieścia sześć lat. A nie sześć. Przykro mi, jeśli nie zauważyłaś tych dwudziestu. I jeśli on mówi, że on uwielbia tą nie dziewczynkę, a kobietę to tak jest. I nie dlatego, że ze sobą sypiają, bo nawet jeśli by zarywali dnie i noce w sypialni ja nigdy nie będę patrzyła na Rose jak dziwkę. Bo za tym kryją się uczucia. Których chyba ty nie masz, obrażając tą cudowną kobietę, moją przyjaciółkę, która z całych sił robi wszystko, żeby ten związek przetrwał, która opiekuje się moim bratem i wie, że jeśli nie daje sobie z czymś rady nie musi się tego bać tylko może otwarcie poprosić innych o pomoc. I Marco nie jest chory przez nią, co najwyżej przez własną głupotę albo się od kogoś zaraził. Nie wiń jej za wszystkie błędy świata, dlatego, że widzisz, że ona stała się dla niego wszystkim. Bo ja przez to właśnie przestałam się o niego martwić. I jestem szczęśliwa. On jest szczęśliwy. Tata jest szczęśliwy! Tylko ty masz jakiś problem, którego nie rozumiem. To wszystko co miałam do powiedzenia. Dziękuję. Wezwij sobie taksówkę, ja wracam do domu. Trzymaj się, Marco. I przykro mi, że musiałeś tego wszystkiego słuchać. Zdrowiej, blondasku. –podeszła do Marco i pocałowała go w policzek.
Marco na chwilę zatrzymał ją i powiedział niesłyszalne „dziękuję”. Yvonne uśmiechnęła się do niego, później do mnie i opuściła mieszkanie. 

I nastąpiła cisza. Nie wiedziałam, czy powinnam była coś powiedzieć. Marco usiadł na oparciu kanapy, będąc w zupełnym szoku. Pani Manuela patrzyła to na Marco, to na swoje paznokcie. Zamknęłam na chwilę oczy, próbując stłumić ból rozbolałej głowy.
-Marco, to wszystko..-zaczęła pani Manuela, jednak on nie pozwolił jej dokończyć.
-Myślę, że dalsza rozmowa nie ma tu sensu.
-Marco..
-Nie, mamo. –ponownie jej przerwał, podnosząc się z kanapy. –Dziękuję, że przyniosłaś obiad, choć wcale nie musiałaś tego robić.. Powinnaś już pójść.
-Ale ja nie chciałam..
-Uderzyć Rose? Nazwać ją dziwką? Czy sugerować, że jest ze mną tylko dla seksu i pieniędzy?
-Nie uderzyłam jej! Sama może potwierdzić.
-A reszta? Czy to ty nie uczyłaś mnie tolerancji, pomocy innym, miłości, przyjaźni, zaufania?
Kobieta nic nie odpowiedziała. Za to ja widziałam jak ta rozmowa stała się trudna dla Marco. Zapewne wciąż mieli bardzo bliskie relacje, jednak tą pępowinę trzeba było odciąć. I to właśnie się działo na moich oczach i z mojego powodu.
-Nie każę ci kochać Rose ale szanować. Ze względu na to, że jest dla mnie bardzo ważna, jest moją żoną i należy do tej rodziny. Myślę, że dopóki jej szczerze za to nie przeprosisz możesz do mnie nie dzwonić ani nie przychodzić. 

Pani Manuela zabrała swój płaszcz z wieszaka, założyła swoje buty na obcasie i opuściła mieszkanie bez słowa. Marco był na skraju wytrzymania. Wiedziałam, że otrzymał cios. Może podobnie do Yvonne miał wyidealizowany obraz mamy, a kiedy wyszło na jaw coś takiego.. Chyba naprawdę był w szoku. I właśnie dlatego nie chciałam mu nic powiedzieć. Nie chciałam, żeby cierpiąc z powodu choroby cierpiał jeszcze przez własną mamę. Wolałam wziąć winę na siebie z nadzieją, że mi wybaczy, niż żeby miał konflikt z własną mamą. Ile ja bym dała, żeby zobaczyć swoją mamę raz jeszcze…
Wstawiłam wodę na nową herbatę i poszłam w kierunku Marco. Stanęłam przed nim, czekając, czy zareaguje w jakikolwiek sposób. Nie zareagował. Położyłam dłoń na jego ramieniu, potem przesunęłam ją na jego łopatkę, potem objęłam go drugą ręką. Ucałowałam jego policzek, a potem wtuliłam głowę w jego ramię. 

-Jesteśmy razem, zawsze. –powiedziałam, chcąc, żeby zrozumiał, że nie jest sam. I nigdy nie będzie.
-Kochanie..-szepnął i mocno mnie do siebie przyciągnął. –Jest mi tak przykro. Nie bierz proszę niczego do siebie, co powiedziała.
-Nie biorę. Martwię się tylko o ciebie. Chcę, żebyś wiedział, że tu jestem. Jeśli chcesz się wygadać, jeśli ja mogę coś tylko zrobić…
-Wystarczy, że tu jesteś. Jesteś moim wszystkim.







~~~


 Dzień doo bry!:)
Nie wiem czy wiecie i pamiętacie ale do końca grudnia będą rozdziały co tydzień!💗 Strasznie się z tego cieszę. Za tydzień wrzucam rozdział bonusowy, który będzie retrospekcją z życia naszych bohaterów, zarówno i Marco i Rose, perspektywa będzie się zmieniała ale myślę, że się połapiecie. Może nie będzie miała aż takiego wpływu na przyszłe rozdziały ale może też trochę wyjaśnić. Później 30.12 prawie na Sylwestra kolejna część, od stycznia wracamy niestety do ostatniego systemu 2-tygodnie.
Trochę się podziało dzisiaj, chociaż nawet nie musieli nasi bohaterowie wyjść z domu haha:) Mam nadzieję, że nie przynudzam i dalej czekacie na następne rozdziały. Mamy wreszcie Jürgena, w przyszłości będzie go więcej ale nic nie zdradzam!
Dziękuję dziękuję dziękuję za wszystkie komentarze💕 To taki corozdziałowy gwiazdkowy prezent jak dla mnie (i zawsze każdy bardzo udany!). I dziękuję za wszystkie gratulacje i wiarę we mnie, kolacja była pyszna, a odczytanie prac również poszło jak po maśle!
Następny za tydzień! 
Ściskam mocno! xx.