sobota, 9 września 2017

Dwadzieścia pięć




-Dlaczego płaczesz? –zapytał, szepcząc mi do ucha. Westchnęłam ciężko i poprawiłam się w jego ramionach. Praktycznie na nim leżałam, jednak on nie marudził. A ja na to nie narzekałam.
Pozwolił mi wybrać film, zrobił wodę z lodem i cytryną. I przyniósł mi kolejny bukiet stokrotek. Był naprawdę uroczy. Przez większość filmu był…grzeczny. Opierał głowę na moim ramieniu, jego ręka obejmowała mnie silnie w talii. Dopiero, kiedy typowa komedia romantyczna zaczęła go nudzić, znalazł sobie zabawę w postaci rysowania różnych wzorków opuszkami palców na moim udzie. Było to całkiem przyjemne, ale też bardzo rozpraszające. Na drugiej randce nie chodzi się przecież do łóżka. Co jakiś czas całowałam go w bark, a blondyn odwzajemniał to podwójnie.
Mario z Ann pojechali odebrać brata modelki z lotniska, żeby nam nie przeszkadzać, postanowili się jeszcze przejść po Dortmundzie. Oczywiście nie było to konieczne, ale oni i tak wiedzieli swoje. To było miłe, że chcieli nam dać trochę prywatności, mimo że mieszkanie należało do nich.

-Zobacz, ona go kocha.
-I zaraz się pewnie pocałują, hę?
-No..-zaśmiałam się, ocierając załzawione kąciki oczu. Mocniej chwyciłam jego dłoń i wtuliłam się w jego tors.
-Musimy pójść trochę dalej, jeśli chodzi o te nasze obściskiwanki na kanapie.
-Kto mówił o obściskiwankach? Oglądamy film.
-Ty mówiłaś, kochanie. –zaśmiał się podnosząc jednocześnie na kanapie. –Wczoraj.
-Oglądam.
-Kłamiesz. –mruknął pod nosem. Wyciągnęłam dłoń do jego szyi, by móc dotknąć jego skóry i delikatnie podrażnić paznokciem. 
-Nie kłamię. Ty też oglądasz tylko sobie znajdujesz zabawy. -rzuciłam z przekąsem wlepiając wzrok w ekran. Tak naprawdę, to bałam się, że jeśli spojrzę na blondyna, to już nie wrócę do filmu, a on w zupełności pochłonie mój czas.
-Oglądam ciebie. I myślę, że jeśli zaraz cię nie pocałuję i nie dotknę, to zwariuję. –zaśmiał się pod nosem i zaczął powoli podwijać moją bluzkę. Bo przecież specjalnie nie założyłam materiałowej spódniczki i delikatnej bluzki, by mógł mnie z łatwością dotykać. 

Próbowałam skupić się na finałowej scenie filmu, jednak uporczywy Marco nie dawał za wygraną. Podwinął moją bluzkę za pępek, przez co zaczął się bawić moim kolczykiem-śliczną kokardką z kryształkami, którą kupiłam już jakiś czas temu. Czasami zahaczała się o bluzki, jednak w takich chwilach jak ta spełniała swoje zadanie-genialnie się prezentowała.
Im było coraz bliżej końca, tym Marco bardziej nie pozwalał mi się skoncentrować. Postanowił sobie też obrysować wargami kontur mojej ważki, a następnie rysować kółka na moich żebrach, co chwila dostając się pod fiszbiny mojego biustonosza.

-Maaarco. –zachichotałam widząc już na ekranie wielki napis „the end”.  Odwróciłam głowę w jego kierunku i popatrzyłam w jego przepiękne, wielkie oczy. –Zostaw ten swój samczy popęd. Była mowa o obściskiwaniu się, a nie o seksie na kanapie twojego najlepszego przyjaciela.
-Przeszkadza ci to, że seks czy, że kanapa?-zapytał zagryzając wargę, jednocześnie wędrując ręką w górę mojego uda, przez co przebiegły mi ciarki po całym ciele.
-Jedno i drugie. –odpowiedziałam szeptem, kiedy jego palce dotarły pod moją dolną część bielizny, do mojego najwrażliwszego punktu. Byłam więcej niż zaskoczona. I znów nie chciałam protestować. Byłam w tym beznajdziejna.
-Błędna odpowiedź. –szepnął mi do ucha. Przygryzł je lekko i schylił się niżej, by zrobić na mojej szyi pokaźną malinkę. Nie miałam na to najmniejszej ochoty, ani tym bardziej zamiaru, zwracać na to uwagi. Zbyt bardzo skupiłam się na zadawanej mi przyjemności.
-Szybciej…-szepnęłam, wpijając się w jego usta. Zaczęłam całować go coraz mocniej, próbując powstrzymywać się od pisków i jęków, które i tak wydostawały się z mojego gardła. Przysięgam, tylko on potrafił doprowadzić mnie do takiego stanu.
-Może nie powinienem..-powiedział nagle, zatrzymując również ruch palców.
-Ani. Się. Waż. –powiedziałam oddychając głęboko i spojrzałam na niego… Chciałam, żeby ten wzrok wyrażał chęć morderstwa, jednak ten mężczyzna doprowadził mnie do takiego stanu, że całe ciało odmawiało mi posłuszeństwa, i samolubnie chłonęło zadawaną przez niego przyjemność.
-Na pewno?-zapytał świadomy tego, że jestem już na końcu wytrzymałości. Zarówno psychicznej, a zwłaszcza fizycznej. Specjalnie, co chwila zmieniał tempo, najwyraźniej bardzo go to bawiło. Mnie niekoniecznie.
-Zaraz dojdę, więc jeśli teraz przestaniesz..-zatrzymałam się w pół słowa czując coraz przyjemniejsze i mocniejsze dreszcze przechodzące przez moje ciało. Nawet nie zauważyłam momentu, kiedy Marco pozbawił mnie górnej części bielizny. Naprawdę odebrał mi zdolność trzeźwego myślenia. I to już wtedy, podczas naszego spotkania w jego mieszkaniu, za pierwszym razem. –To cię zabiję.
-Jesteś taka piękna..-szepnął w moją szyję, a następnie zaczął schodzić wolno pocałunkami w dół, do moich piersi, co chwila przygryzając moją skórę. Jego druga ręka znajdowała się wszędzie. Co chwila w innym miejscu, masując, przygniatając, podszczypując.
-Marco!-ścisnęłam mocniej jego bark wyginając całe ciało ku górze. Moje usta wykrzywiły się w uśmiechu na doznane spełnienie. 
W myślach zaczęłam gratulować sobie, że dałam mu szansę. Bo szalenie potrzebowałam. Każdego jego dotyku, bodźca. Jego oddechu na mojej skórze, jego ust. Tak szalenie za nim tęskniłam. 
-Wiem, skarbie. –zaśmiał się, obejmując mnie mocno ramionami. Nie miałam pojęcia czy wiedział, jednak, kiedy to robił czułam się bezpieczna, a zarazem krucha… To było dobre uczucie. 
Zaczęłam głębiej oddychać, żeby móc unormować mój oddech, co okazało się być nie lada trudnością.
-To… Było…
-Widziałem, że ci się podobało.
-Poważnie?-zaśmiałam się przytulając się do jego torsu. Żałowałam jedynie, że i on nie jest nagi. Dotyk jego skóry był niesamowity.
-Yhym.. –mruknął pod nosem i musnął ustami czubek mojej głowy. –Uwielbiam na ciebie patrzeć jak dochodzisz. I uwielbiam mieć cię wtedy w ramionach. To cudowne uczucie.
-Przestań, bo się zarumienię. –zaśmiałam się rozglądając za moją znikającą bielizną.
-Leżysz na nim.
-Dzięki. –odpowiedziałam i uniosłam miednicę ku górze żeby wydostać część mojej bielizny spod mojego zacnego tyłka. Niestety dotknęłam też przez przypadek wrażliwego kolegi Marco. Blondyn syknął zamykając oczy i lekko się odsunął. –Um.. Przepraszam.
-W porządku, tylko twoje ocieranie nie pomaga.
-Zapewne. –stwierdziłam. –Myślisz, że powinnam się odwdzięczyć?-zapytałam niewinnie mrużąc oczy. Zapięłam swój stanik i naciągnęłam bluzkę niżej, żeby nie doprowadzić do zawału mojego ulubionego piłkarza.
-Myślę, że na randkach to ty rozdajesz karty. Chcę, żebyś mi ufała. I czuła się komfortowo.
-Komfort to ty umiesz zapewnić.-roześmiałam się głośno i musnęłam delikatnie jego usta starając się za wszelką cenę przemycić w swoim pocałunku najwięcej „dziękuję” ile tylko się dało. Nasze pocałunki zaczęły przeradzać się znów w pełne ognia, namiętności i pożądania. 
Myślałam o tych wszystkich dniach spędzonych bez niego. Bez jego spojrzenia, zapachu. Bez naszych czułości. Myślałam też o dniach, w których Marco nie pokazywał mi się tak cudownie, takim, jakim był teraz. Taki Marco był dla mnie skarbem. Uwielbiałam jego troskę, czułość. Wtedy tak naprawdę o mnie dbał, stawiając mnie ponad samego siebie. Bo było pełno momentów, gdzie tego brakowało. Zakładał te okropne maski, próbował się kryć, odsunąć mnie na dystans. A po chwili o tym zapominał. On po prostu żył, z sekundy na sekundę, z minuty na minutę. Był sobą. Uroczym, uśmiechniętym, młodym mężczyzną. W którym się zakochiwałam. Każda chwila, kiedy był takim prawdziwym Marco, była dla mnie jak skarb. I zdawałam sobie sprawę, że może i na drugiej naszej poważnej randce pozwoliłam mu na zbyt wiele. Nawet to nie powinno się stać. Ale jeśli to wynika z tego, że Marco jest szczęśliwy, jest mu ze mną dobrze.. I co więcej, próbował za wszelką cenę przelać to szczęście na mnie, nasze szczęście. Szczęście z naszego bycia. W jednym momencie, na tej samej kanapie, kiedy oboje byliśmy szczęśliwi? Chciałam brać to pełnymi garściami i zapisywać sobie to w pamięci. Naszą beztroskę, zapomnienie. Ucieczkę od problemów, od kłopotów, od kłótni, wzajemnego oskarżania i wytykania błędów. Tego pragnęliśmy, choć na moment odrzucić wszystko co złe. Marco znał tylko jeden sposób. Niezaprzeczalnie skuteczny, choć nie zawsze odpowiedni. Czas bycia dorosłym i dojrzałym powoli do nas zmierzał, więc próbując zatrzymać ostatki bycia niedojrzałym, niedorosłym, niekonsekwentnym i nieodpowiedzialnym i zatrzymać je. Chociaż na tą naszą jedną chwilę zapomnienia na kanapie w mieszkaniu naszych przyjaciół. 


 Kiedy już zaczynałam rozpinać klamrę paska jego spodni usłyszeliśmy przekręcany zamek drzwi. Mase nagle przestała spać w sypialni Mario i Ann i przybiegła od razu pod drzwi przebierając niecierpliwie łapkami. Ja odsunęłam się od Marco, nie chcąc znaleźć się w niezręcznej sytuacji. Chyba nie do końca mu się to spodobało, jednak za moim pomysłem usiadł na kanapie, łaskawie zapinając pasek.
Do mieszkania jako pierwszy wszedł Mario z jedną walizką, za nim Ann, a za Ann jej brat. Nils we własnej osobie. Nils vel Moto Moto. Uśmiechnęłam się i wstałam z miejsca, żeby przywitać się z chłopakiem. Nils, kiedy tylko mnie zauważył, uśmiechnął się szarmancko w moją stronę.

-Hej, miło poznać, pewnie Rose?
-Zgadza się. Nils, brat Ann?
-Również. –odpowiedział z uśmiechem i podał mi rękę na przywitanie.

Marco podszedł do mnie w mgnieniu oka i objął mnie w pasie. Chciałam przewrócić oczami, jednak to było naprawdę słodkie.

-O, Marco! Nie wiedziałem, że tu będziesz. –przywitał się Brömmel uściskiem ręki z piłkarzem.
-Tak się składa, że Rosie to moja żona. A gdzie ona, tam i ja. –uśmiechnął się chytrze, po czym pocałował mnie w policzek. Co za lizus. Ann uśmiechnęła się rozczulona i poszła do kuchni sprawdzić, czy zostało coś w lodówce.
-Ale Ann mówiła, że Rose tu mieszka? –drążył ciekawski.. I nawet jeśli podziwiałam go na zdjęciach jakiś czas temu, tak teraz, kiedy stoi tuż koło mojego męża… Marco po prostu był bezkonkurencyjny. Jego uśmiech, roześmiane oczy, a nawet skupienie i przeszywanie wzrokiem… Dla mnie? Był po prostu piękny.
-Robię remont naszej sypialni.. To miała być niespodzianka, ale znając ciekawość Rose i tak bym prędzej puścił parę. Będzie tak, żeby jej się spodobała. No i jeszcze mała garderoba.
-No to nieźle, Rose chyba w siódmym niebie.-uśmiechnął się brunet schylając się do Mase, która co chwila na niego skakała radośnie poszczekując.
-Oczywiście. Taki mężczyzna to skarb. –uśmiechnęłam się i objęłam Marco, nie zwracając uwagi na innych i delikatnie pocałowałam go w usta. Co za kłamczuch!
Nils zdjął na spokojnie buty. Marco chciał mnie odciągnąć na bok, jednak brunet podniósł się i znów skierował do mnie lustrując spojrzeniem moje nogi. Nie przewidziałam, że może ta spódniczka mogła okazać się zbyt kusa.

-Będę musiał dzisiaj ci potowarzyszyć w nocy w salonie, nocleg mam dopiero od jutra. Ale mam swój nadmuchiwany materac. –oznajmił w ogóle na nas nie spoglądając. Prawie pisnęłam, kiedy Marco mocniej ścisnął mnie w talii. Był cholernie zazdrosny. Zazdrosny Marco to zły Marco.
-Jeśli nie chrapiesz, w porządku.
-Postaram się dla ciebie zrobić wyjątek. –zaśmiał się puszczając do mnie oczko. Chyba mu w to oczko wpadłam. Może nawet, gdyby Marco nie był moim mężem, umówiłabym się z nim. Był bardzo przystojny, dobrze zbudowany, z prostymi zębami. Nie to co te krzywe Marco. Tak, tak. Mój perfekcyjny mąż wcale nie był perfekcyjny pod względem wyglądu. Dobra, był. Wszystkie wady zamieniały się w zalety a ja byłam beznadziejnie zakochana. Tak czy siak, do tego się wszystko sprowadzało. 

-Rosalie. –warknął Marco do mojego ucha zwracając na siebie moją uwagę.
-Co?
-Nie patrz się tak na niego. I nie śpisz z nim w jednym pomieszczeniu.
-Bo?-zaśmiałam się pod nosem. Chyba żartował. Zaufanie, tak?
-Bo jesteś moją żoną. Nie jego.
-Bo mi nie ufasz, obyś mi tylko nie zarzucił, że się z nim przespałam, bo to będzie koniec. –odpowiedziałam mu wyrywając się z uścisku. Zaczęłam kierować się do kuchni, gdzie znajdowali się Mario, Ann i Nils.
-Jemu nie ufam. –powiedział blondyn zatrzymując mnie za rękę. –Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak on czegoś próbuje. Nikt nie ma prawa cię tak dotykać jak ja.
-Wiem, Marco. Z nikim mi nie będzie tak dobrze jak z tobą. Jak chcesz, to zostań na noc. A swoją frustrację z dzisiejszego wieczora odbijesz sobie na masce samochodu, co mi obiecałeś, pamiętasz?
-Dziękuję, że przypominasz mi o tym w takim momencie, kiedy nie jestem w stanie nic zrobić.
-Będziesz za to mógł robić na samochodzie jak długo i często będziesz chciał. Całą noc, ja nie będę miała nic do gadania. –ciągnęłam swoje. Uwielbiałam go doprowadzać do takiej frustracji.
-Rose. –syknął przez zaciśnięte zęby i przyciągnął mnie za pośladki do siebie, tak, żebym poczuła, że nadal jest twardy i gotowy na dalsze zabawy. Cóż. Nie zawsze można mieć wszystko, czego się chce. Pocałowałam go czule w usta i odsunęłam się od niego. –Pójdź ze mną do łazienki. Albo na chwilę do samochodu…
-Samochód tylko na masce, a jest za jasno. I nie dziś. Marco, bozia rączki dała.
-Jesteś straszna. –westchnął i ucałował mnie w czoło. –Jak coś, jestem w łazience.
-W porządku.
-Na pewno nie chcesz przyjść?
-Idź już! –roześmiałam się i poszłam do kuchni z wymalowanym uśmiechem na twarzy. Miło było wiedzieć, że potrafię wywołać taki stan u mojego męża. Byłam usatysfakcjonowana i dumna. Mój uroczy, zazdrosny i wiecznie niewyżyty mąż.



W kuchni Nils i Mario siedzieli przy stoliku, Ann za blatem kroiła paprykę i słuchała opowieści swojego brata. Byli naprawdę podobni. Mógł też na spokojnie pracować jako model. I to takich marek jak Gucci czy Hugo Boss. Idealnie by się do tego nadawał.
-O, kochana, dobrze, że jesteś. Wstawiłabyś ryż?
-Pewnie. –uśmiechnęłam się i podeszłam do szafki, żeby wyciągnąć całe pudełko.
-Nils opowiada o LA, nie byliście tam z Marco, nie?
-Nie, byliśmy tylko na Kubie, ale kto wie, może wybierzemy się niedługo do Stanów.
-Jak będziesz jechała to możesz śmiało pisać, polecę wam kilka fajnych miejsc, może uda nam się spotkać. –stwierdził brunet z uśmiechem i spojrzał przez okno oglądając panoramę. –A ty siostra kiedy się przeprowadzasz?
-Musimy podłączyć kanalizację, wszystkie inne takie sprawy, potem będziemy zamawiać meble..-zaczął wyjaśniać Mario. No tak, już niedługo czekała ich przeprowadzka. Będę musiała powiedzieć Marco, że powinniśmy im pomóc, chociaż przy noszeniu kartonów albo składaniu mebli.
-To jeszcze trochę.
-Szybko zleci. Niedługo was jeszcze odwiedzę z Mase, będzie miała raj w ogrodzie.
-Oj tak.-zaśmiała się Ann spoglądając, czy dobrze nastawiłam kuchenkę.
-Zaraz, to Mase jest twoim psem?-zorientowałam się. Naprawdę polubiłam tego psiaka, mimo, że czasami zbyt wiele miejsca zajmowała na kanapie.
-Na to wychodzi. –posłał mi uśmiech niebieskooki. –Ann się nią zaopiekowała na czas mojego pobytu w Stanach. Teraz jak tam wrócę, to już zabiorę ją ze sobą.
-Będzie tęsknić za Ann i Mario. –stwierdziłam podchodząc do modelki i wzięłam sobie drugą deskę do krojenia warzyw.
-Ann często do mnie przyjeżdża. Też powinnaś przyjechać, zawsze fajnie wyrwać z domu na chwilę. Mam duży apartament, znajdzie się i dla ciebie miejsce.
-Dzięki za zaproszenie. –uśmiechnęłam się.
-Ale pewnie i tak jak pojedziemy do Stanów to wybierzemy Florydę. –wtrącił się Marco i podszedł do mnie od tyłu, żeby pocałować mnie w kark, delikatnie odsłaniając włosy.
-Też fajne miejsce, będę kiedyś musiał je odwiedzić. –odpowiedział ignorując gest Marco i udawał, że nie widzi zazdrości mojego męża.
-To ty nie poszedłeś sobie?-zapytał Mario marszcząc włosy. –Skąd ty się wziąłeś?
-Byłem w łazience.
-Tak długo? Jeny, weź idź se do własnego kibla, a nie będziesz po kolegach się…
-Mario! Obrzydzasz! –parsknęła śmiechem Ann.
-Spokojnie, tyle czasu, bo wylewałem twoje tandetne perfumy do zlewu. Wali od ciebie na kilometr jak sobie pół flakonu wylejesz.
-Ty, to są Hugo Bossy! Sam żeś to reklamował kilka lat temu.
-Żeby taki dureń jak ty kupił, a ja sobie za to kupiłem mieszkanie. Taki biznes.
-Pff, głupi jesteś. –fuknął pod nosem i przewrócił oczami. –Ann nie narzeka, prawda dziubku?
-No wiesz.. Znaczy, długo już tamte używałeś. Nie zaszkodziłaby mała zmiana. –powiedziała i uśmiechnęła się przepraszająco. Marco prychnął pod nosem i poszedł do stołu usiąść koło Mario i poklepał go pokrzepiająco po plecach.
-Ty Brutusie…
-Ja ciebie też. –powiedział Marco z czułością chwytając go za rękę i zaczął głaskać kciukiem wierzch jego dłoni.
-Weź idź ode mnie, geju!-pisnął strząsając jego rękę ze swojej.Wyraz obrzydzenia na jego twarzy był bezcenny.
-Utkwiłem we friendzone… -powiedział smutno Marco. –Rose, pociesz. –westchnął i wyciągnął do mnie ręce, żebym do niego przyszła. Pokręciłam głową niedowierzając, ale spełniłam jego życzenie i poszłam do niego usiąść mu na kolana. Z uśmiechem wplotłam dłoń w jego włosy i delikatnie zaczęłam przesuwać dłoń do góry i w dół, mając nadzieję, że daję mu odrobinę rozluźnienia.
Ann przygotowała potrawkę z ryżem, kurczakiem i warzywami. Dla mnie jak i Ann, Mario i Nilsa, panowała bardzo przyjemna atmosfera. Jedynie Marco czuł wieczne zagrożenie ze strony brata modelki. Rozumiem, że kiedyś przy nim mówiłam, że jest przystojny.. No bo jest! Ale to nie znaczyło, że od razu rzucę się mu w ramiona. 
Już wolałam zatrzymać dla siebie, że to nie ja świetnie się bawię na zakupach z byłymi... Bo tu już by się pojawiła dawka czarnego humoru, skoro mój były nie żyje.
I to nie tak, że śmierć Leo była mi już obojętna, że zastąpiłam go Marco. Wcale nie. To było moje pierwsze zauroczenie. Miał nawet rację, że to nie była miłość, jednak on zawsze będzie miał wyjątkowe miejsce w moim sercu. Był zawsze, kiedy go potrzebowałam, niezależnie od kłopotów w jakie się wpędziłam. Nie oceniał mnie, ale zawsze mogłam liczyć na jego radę. Był fantastycznym przyjacielem, przystojnym mężczyzną… I kochał mnie. Tego nigdy nie zapomnę. To był właśnie jego obraz w moich myślach. Może to, co się stało.. Może tak miało być. Przecież gdyby nie ten wypadek, nie byłabym w tym miejscu. Nie poznałabym tylu wspaniałych ludzi, aż w końcu nie zaczęłabym poznawania siebie. I nie siedziałabym na kolanach mojego Męża, którego z dnia na dzień darzyłam coraz większym i silniejszym uczuciem. Wierzyłam, że Leo siedzi gdzieś tam w chmurach i mnie obserwuje i chroni.



***



 Wieczorem poszliśmy wszyscy na spacer. Oczywiście razem z Mase. Razem z Marco szliśmy z tyłu, ciesząc się chociaż odrobiną prywatności. Tym razem poszliśmy dalej, do centrum miasta. Mario i Marco byli przygotowani na to, że może część wieczornych spacerowiczów ich rozpozna i poprosi o autograf, jednak jak to oboje stwierdzili, gdyby mieli się ukrywać przed kibicami wcale nie wychodziliby z domu, albo dojeżdżali by z Antarktydy, gdzie hipotetycznie nikt nie mieszka. Pierwszy raz byłam na głównej ulicy miasta. Liczyłam, że będzie cicho i spokojnie, jednak puby i restauracje tętniły życiem. Wpadła mi w oko jedna mała knajpka z przeuroczym szyldem. Uznałam to za cel zabrać tam Marco któregoś razu. 

Trzykrotnie aż zatrzymali nas kibice-fani chłopaków i prosili o wspólne zdjęcia i autografy. To było bardzo miłe. Za każdym razem obserwowałam miny szczęśliwych ludzi. Błyszczące oczy, wielkie uśmiechy, raz nawet łzy wzruszenia. Byłam dumna z mojego męża. Też dlatego, że pamiętałam jego rozdawanie autografów w sklepie i jaki wtedy był oschły. Teraz cały czas się uśmiechał, był bardzo ciepły i uprzejmy. Przytulił mocno wzruszoną, nastoletnią fankę, wywołując ogromny uśmiech na jej twarzy. Ja sama chciałam go w tamtym momencie przytulić i podziękować, że zachowywał się w tak przemiły sposób.

W drodze powrotnej nadal trzymaliśmy się za ręce. Chyba też trochę minęła mu złość na brata Ann, może z myślą, że przenocuje koło mnie czuł się bardziej bezpiecznie. A i ja szalenie tęskniłam nocami z nim, mocno obejmującym mnie, dającym poczucie bezpieczeństwa. Kochałam zasypiać w jego objęciach i tak też się budzić. To było niesamowite.

-Kochanie…-zaczął blondyn spoglądając na mnie z ciekawością a zarazem czułością. Zawsze widziałam czułość w jego oczach, kiedy na mnie spoglądał. –Jesteś strasznie zamyślona.
-Bo myślę.-odpowiedziałam mu uśmiechając się delikatnie.
-Zdradzisz mi o czym?
-A co w zamian za to dostanę?
-Buziaka?
-Uwielbiam buziaki, ale za moje myśli to za mało.
-I to ja mam „samczy popęd”? Przy tobie to ja jestem samicą.. Boże… To źle zabrzmiało.-powiedział łapiąc się za usta, a ja roześmiałam się w niebogłosy.
-Bardzo źle. –przyznałam i zanosząc się śmiechem podeszłam do niego, żeby go przytulić na pocieszenie. To był też dobry pretekst. Nosiłam się z tym od początku spaceru. Przyciągnęłam go do siebie i oparłam brodę na jego ramieniu. Marco objął mnie mocno rękoma, kładąc dłonie trochę za nisko, jednak to mi nie przeszkadzało. Nie obchodzili mnie inni ludzie, Ann, Mario czy Nils. Tylko mój Mąż. 
-Nie chodziło mi o to, o co chodziło tobie.
-Jaśniej?
-To z tą samicą.
-Przestań.-roześmiał się chowając twarz w mojej szyi.
-Pytałeś. Chodziło mi bardziej o długi, słodki pocałunek.
-A to da się zrobić.
-To rób, moja samico. –powiedziałam próbując utrzymać powagę, jednak jeszcze mocniej prychnęłam ze śmiechu. Piłkarz westchnął ciężko i klepnął mnie bezceremonialnie, na środku dortmundzkiego rynku w pupę. –Marco Reus! Jak ty się zachowujesz!
-Muszę odzyskać mój samczy wizerunek. Najszybciej by mi to poszło, gdybyśmy tu byli samochodem i zaparkowali na jakimś odludziu ale..
-Marco, Rose! My idziemy do tego naszego klubu, idziecie z nami czy wracacie z Mase?
-Ja chętnie!-powiedziałam na równo ze sprzeczną odpowiedzą Marco. –Naprawdę i tak byś mi teraz tego nie udowodnił, potrzebujesz abstynencji. Zdecydowanej. –uśmiechnęłam się i musnęłam delikatnie jego usta. –Chodź, będzie fajnie, nie musimy być długo. Mase weźmiemy na ręce.
-Idź kochanie, ja naprawdę nie mam nastroju. Mogę wziąć psa. –powiedział z uśmiechem i ucałował mnie w czoło odprowadzając do Ann, Nilsa i Mario.
-Na pewno?
-Tak. Wezmę od Mario klucze, wezmę prysznic i będę na ciebie czekał. Baw się dobrze.
-A Nils?
-Ufam ci. –powiedział, choć i tak z jego głosu można było wywnioskować lekkie zdystansowanie do brata Ann. –Do zobaczenia.


Marco odszedł jeszcze na chwilę na stronę z Mario, który po chwili rozmowy dał mu klucze do domu. Ann pociągnęła mnie i Nilsa w stronę jej ulubionej miejscówki, a ja nawet nie miałam okazji odwrócić się i pomachać blondynowi na pożegnanie.
Dopiero kiedy już weszliśmy do klubu przyszła mi myśl, że może powinnam była z nim zostać. Postanowiłam zostać godzinkę i trochę się pobawić, a potem wziąć taksówkę i wrócić do domu. Żeby wrócić potem do prawdziwego domu. Wiedziałam, że Mario i tak musiał mi dać pozwolenie na wyprowadzkę i bardzo to doceniałam. Miałam też na uwadze to, że byłam wściekle zła na Marco, i zamiast mu wybaczać powinnam była wziąć rozwód, a przynajmniej nie ulegać tak łatwo. A zwłaszcza nie pozwolić na to, co zdarzyło się dziś z Marco. To wszystko było szalenie poplątane, chore i ciężkie. Dlatego przyszłam z moimi przyjaciółmi odreagować i potańczyć.

Razem z Ann postanowiłyśmy zaszaleć i wybrać w ciemno jakiś drink, po samej nazwie. Ja wybrałam „Lazurowe morze”, Ann „Hawajski moment”. Cóż, tematyka podobna, miałyśmy nadzieję, że nie były zbyt alkoholowe, bo nie miałyśmy zamiaru aż tak się upijać.

Na początku siedzieliśmy razem w loży VIP, chłopcy też zamówili dla siebie, oboje zgodnie i klasycznie piwo. Jak to stwierdził Mario-nie będzie pił babskich drinków z palemką. W sumie, wyglądałby z tym komicznie. Nam z Ann właśnie takie dostarczono. Wszystkie kolorowe ozdoby przyprawiły naszych towarzyszy niedoli o mdłości i skrzywienie na twarzy. Rozmawialiśmy o głupotach, Mario opowiadał kilka zabawnych sytuacji z treningów, głównie o Aubameyangu, który potrafił zrobić niezłe show. Podobno były jeszcze większe popisy, kiedy działał w duecie z moim mężem. Aż bałam się sobie to wyobrażać. 

Na sali się ściemniło, kiedy rozpoczynała się piosenka „Time of my life”. Mario od razu uśmiechnął się do Ann i wyciągnął do niej dłoń prosząc o taniec. Rozpływałam się zawsze na nich patrząc. Takich zakochanych i szczęśliwych. 

Zostałam sama z Nilsem, jednak nie było żadnemu z nas niezręcznie. Wyznałam mu, że ubóstwiam Ann i Mario jako parę. Przyznał mi rację i zaczął opowiadać jak Ann dopiero poznała Mario, a jemu włączył się alarm starszego (o rok!) brata i chciał znaleźć na piłkarza jakiś haczyk. Pierwszym jego argumentem było to, że Mario jest piłkarzem i będzie miał wyjazdowe mecze. Jednak Ann zupełnie to olała twierdząc, że będzie wszędzie jeździć z nim. I jeździła. Do póki jej kariera modelki nie nabrała rozpędu i ona sama też musiała co jakiś czas wyjeżdżać na kolejne sesje. Między innymi tam, gdzie braliśmy z Marco ślub. 

Para zakochanych gdzieś zniknęła na parkiecie, a do naszej loży przyszedł kelner z wysokim krwstoczerwonym drinkiem ze słomką i białym, skrystalizowanym cukrem na brzegach. Zdziwiłam się, kiedy podał mi go. 

-Ale ja nie zamawiałam.
-Ktoś inny dla pani zamówił. Czerwona róża. Smacznego.-powiedział uprzejmie stawiając przede mną szklane naczynie przypominające wysoki, wąziutki wazon.
-Czerwona róża?
-To nazwa drinka. –wytłumaczył i kiwając głową oddalił się od nas wracając na swoje stanowisko za barem.
Wstałam od razu nawet nie odzywając się do Nilsa i pobiegłam przeciskając się przez imprezowiczów aż do baru, gdzie znalazłam zajętego przygotowywaniem kolejnego drinka kelnera.

-Przepraszam pana, kto dokładnie zamówił tego drinka?
-Nie ja przyjmowałem zamówienie, niech pani zapyta Any. –wskazał kiwnięciem głowy na rudowłosą kelnerkę która wysłuchiwała zwierzeń już nieźle wstawionego mężczyzny. Znów musiałam się kawałek przepchać, próbując puścić mimo uszu narzekanie innych w stylu „uważaj krowo gdzie idziesz”. Klasyk.
-Przepraszam, ty jesteś Ana?-zapytałam lekko przekrzykując muzykę, z nadzieją, że w rzeczywistości nie drę jej się do ucha jak wariatka. 
-Jestem zajęta. –odburknęła nawet na mnie nie spoglądając. Bardziej interesujące ode mnie, i od mężczyzny, którego nie jestem pewna, czy do końca wysłuchiwała, były jej paznokcie.
-Ja też, ale nie jestem w sprawach matrymonialnych. –uśmiechnęłam się szeroko z nadzieją, że jednak chociaż na mnie spojrzy i nie będę dla niej niewidzialna.
-No dobra, mała. Co podać?
-Informację.
-Nie posiadam.
-Przeciwnie. Ktoś zamówił niedawno „Czerwoną różę”. Możesz proszę powiedzieć jak ta osoba wyglądała? To był mężczyzna?
-Coś mi świta, ale.. Hmm.. Może mężczyzna, może kobieta. Coś mam ostatnio z pamięcią. –powiedziała od niechcenia i zaczęła szukać ściereczki do polerowania blatu. Westchnęłam, jednak nie zamierzałam się poddawać. Te róże to już było powoli denerwujące. Oczywiście może być jakiś zbieg okoliczności, może też faktycznie spodobałam się jakiemuś kolesiowi i postanowił postawić mi drinka, a może dwóch podpitych gości się założyło o coś i stawką było właśnie to. A może też byłam w guście jakiejś dziewczyny. Wszystko lepsze od tego świra, od róż i liścików.
Wygrzebałam z torebki dwadzieścia euro w banknocie i podsunęłam je pod nos kelnerce.
-Teraz coś świta?
-A odrobinkę. –zaszczyciła mnie spojrzeniem. Aż przeszły mnie ciarki. Miała soczewki. Jedno oko całe czarne, drugie białe. Przełknęłam głośno ślinę i nachyliłam się bliżej, by wszystko na pewno dobrze usłyszeć.
-To był mężczyzna.
-A jak wyglądał?
-Tu już widzisz trochę mgliście. Tylu tych ludzi, trochę się zapomina. –westchnęła smutna zarzucając na bark białą ścierkę. Znów zaczęła bawić się swoimi paznokciami.
-Trzymaj, teraz chyba starczy ci na jakieś dobre leki na pamięć. –powiedziałam z niechęcią dając jej kolejne dziesięć euro.
-A no był mężczyzna z kolegą. Wychodzili oboje, ale ten został i wskazał konkretnie na ciebie i podał który dokładnie. Chociaż proponowałam mu coś delikatniejszego, wyglądasz na grzeczniutką. Zostawił mi nawet kasę za anonimowość, ale dałaś trzy razy więcej, więc..
-Jak wyglądał?
-Blondyn z zielonymi pasemkami, jasne oczy. Kolega był daleko, ale chyba miał ciemniejsze włosy. Blondaś szybko wyszedł, jego koleżkę zgubiłam, ale pewnie wyszli razem. Tyle co pamiętam, pomogłam?
-Dzięki, Ana. Pomogłaś, chociaż nie wiem do końca czy na pewno go znam.
-Do usług, jak będziesz czegoś potrzebować.
-Zapamiętam. Miłego wieczoru.
-Ciao. –uśmiechnęła się zadowolona poklepując się po kieszeni swojego czarnego fartuszka. Jeny, te oczy. Będą mi się śniły. Wzdrygnęłam się i zaczęłam kolejną przepychankę w stronę naszego miejsca. Ktoś próbował wyciągnąć mnie na parkiet jednak odmówiłam i przyspieszyłam kroku.



-W porządku?-zapytał Nils, kiedy tylko mnie zauważył. –Wybiegłaś stąd tak szybko, że nawet nie wiedziałem, co się stało.
-Nic się nie stało. –odburknęłam praktycznie skacząc na swój fotel i zdenerwowana chwyciłam za wazonowate naczynie z fikuśną słomką. Chyba miało sporo procentów.
Może Zielony Blondaś był właśnie tym świrem. Chociaż w sumie. Odkąd świry mają znajomych? Zwykle działają w pojedynkę. Nie chciałam wpadać w paranoję. Zielony Blondaś pewnie się upił ze swoim kompanem, a że był na tyle nieśmiały, żeby podejść, może przeraziła go loża vip to kupił dla mnie drinka i się zmył. Może się rozmyślił.


Nawet nie zauważyłam jak cały drink został przeze mnie wypity.
-Gdzie Ann i Mario?
-Wpadli w taneczny szał, ale chyba zaraz będą wracać. –uśmiechnął się wpatrując się we mnie chyba trochę za długo.
-Idziemy tańczyć. Shakira!-stanęłam równo na nogi i wyciągnęłam rękę do Nilsa.
-Na pewno?
-Oj wyluzuj trochę. Nie powiem Marco, będziesz żyć!
-Zabije mnie jak się dowie, że się upiłaś.
-Przesadzasz, jestem dużą, grzeczną dziewczynką. –zarechotałam jeszcze głośniej i pociągnęłam za sobą bruneta na parkiet.
Świat zaczął mi delikatnie wirować przed oczami, jednak idealnie wycelowałam pętlę z rąk, by zawinąć ją na szyję Moto Moto. Znaczy Nilsa. Zaczęłam zarzucać biodrami w zabawnym tańcu.
Sama się z tego zaczęłam śmiać. I to całkiem nieświadomie. Ale prawdę mówiąc, zawsze chciałam być jak Shakira. Marco musi się nauczyć francuskiego i będzie moim Pique… A może polskiego? Hmm…
-Rose, przestań tak się śmiać, przerażasz mnie. –zaśmiał się pod nosem Nils nachylając się do mojego nosa. Znaczy ucha.
-Moto Moto. Jestem na tę noc twoją Glorią. Ale Melman czeka więc tańcz! –zaczęłam krzyczeć na całe gardło. Chciałam też go pocałować ale trafiłam w powietrze. Zaczęłam kręcić głową w rytm muzyki i wirowania klub. Może to nawet wirowały moje oczy? Albo głowa. Zbliżyłam się delikatnie do Nilsa.
A potem zupełnie nic już nie pamiętałam.









~~~

WAŻNA INFORMACJA!
Kochane, sygnalizowałyście mi o problemie wyświetlania bloga na przeglądarkach. Byłam go świadoma już wcześniej, miałam jedynie nadzieje, że może występuje tylko na mojej przeglądarce, Blogger znów coś wymyśla.. jednak nie.. Dostawałam też zapytania czemu usunęłam bloga- blog nigdy nie został i nie zostanie usunięty! Blokowały go jedynie przeglądarki!Na wersjach na komórki działa wszystko płynnie, bez zastrzeżeń. Pracowałam nad tym, pisałam do Google, bałam się niesamowicie, że będę musiała zmieniać szablon... Chyba jednak doszłam sama do tego problemu, usunęłam wszystkie dodatki do bloga, zaczęłam pojedynczo dodawać (muzyka ocalona, możliwe, że to przez kursor ale będę powoli wszystko wdrażać) i sprawdzać jak to reaguje.... no i chyba działa. 
Proszę, jeśli czytacie bloga na laptopach/komputerach dajcie mi znać w komentarzach, czy problem zniknął, czy nadal jest-będę coś próbować dalej, jednak mistrzem w tym nie jestem. 

Rozdział trochę nudny(trochę nawet bardzo!), z serii zapychaczy..niestety też takie czasem muszą się pojawić. Oczywiście polsatowskie zakończenia-tradycyjnie:) Pocieszę Was. Przy następnym-26 rozdziale-płakałam jak bóbr. Ja płakałam, Rose płakała, wszyscy tam płakali...na wszelki wypadek weźcie do czytania za dwa tygodnie chusteczki.
Wiem, że 2 tygodnie są ciężkie do wytrzymania-ten pierwszy mi się dłużył, jednak kiedy zaczął się rok szkolny minął tak szybko, że aż nie zauważyłam... Oby zawsze mijały tak szybciutko. (ale nie aż tak, bo wyjdzie, że już matura😂)

A w nowym roku szkolnym życzę Wam samych sukcesów, wspaniałych ocen, cudownych przyjaźni i żeby wszystko szło po Waszej myśli!💛

Dziękuję za wszystkie komentarze! Jestem przeogromnie szczęśliwa z każdego pojedynczego komentarza, nie ważne, czy długi, czy krótki. To dodaje przeogromnej motywacji, pokazuje, że to wszystko ma sens.. Jesteście przekochane!❤ 
Ściskam was mocno! xx

 

sobota, 26 sierpnia 2017

Dwadzieścia cztery

Karolinie,
z okazji (zaległych) urodzin 💝





-Zwykłe jeansy?-zapytałam niepewnie przeglądając się w lustrze sypialni Ann i Mario. Dzisiejszy wieczór miał być trochę chłodniejszy, dlatego też zdecydowałam się na pożyczenie długich spodni od Ann. Modelka posiadała bardzo długie nogi, także mimo tego, że była ode mnie niższa spodnie pasowały dobrze.
-Pewnie. Znamy z Mario to miejsce i uwierz, ze nie  musisz tam mieć balowej sukni.
-No dobra-powiedziałam widząc, że naprawdę leżą na mnie w porządku.
-Twój tyłek wygląda w nich nieziemsko!-powiedziała śmiejąc się i zaczęła mi szukać czegoś u siebie w szafie, żebym mogła założyć na moją nowo kupioną, czarną, koronkową bieliznę.
-I o to chodzi!


Ann buszowała w szafie prawie do niej wchodząc. Modelka mająca pełno ciuchów, a od godziny nieustannie szuka jednej, jedynej rzeczy, która będzie idealna.
-Skarbie. Oto czarna prześwitująca, lejąca koszula. –powiedziała dumnie dzierżąc niewiele zakrywające ubranie na wieszaku.
-I co, mam pójść ze stanikiem na wierzchu?-zaśmiałam się na wyobrażenie sobie mnie w tej bluzeczce, w eleganckiej restauracji.
-W sumie, to na wierzchu będzie bluzka.
-Ale widoczny stanik.
-Ale na wierzchu…
-Oj cicho, zakładaj, bo pójdziesz w samym staniku. Poza tym, stanika się uczepiłaś. Masz też tatuaż i super kolczyk. Są zbyt piękne żeby je zasłaniać!
Przewróciłam oczami i odebrałam wieszak od Ann. Założyłam na siebie koszulę i zapięłam guziki. Miałam to szczęście, że mimo długich paznokci spokojnie pokonałam rządek malutkich guziczków.
Ann pokiwała głową z dezaprobatą i podeszła do mnie żeby odpiąć guziki. Po dwóch pierwszych chciałam już się odsunąć, jednak ta była nieustępliwa i odpięła także trzeci. Marco dostanie zawału.

-Ja nie chcę zostać wdową tak szybko!-zaśmiałam się wychodząc z sypialni do salonu, gdzie przygotowałam sobie moje czarne szpilki, które kupiłam jeszcze z Yvonne i Ann przed moją nieudaną randką w kinie. Mario był na spacerze z Mase, więc miałyśmy całe mieszkanie dla siebie. Ann ustawiła już w salonie zestaw małego majsterkowicza, żeby moje oczy wyglądały na wielkie i wyłupiaste, czy coś w tym rodzaju. Zanim dołączyłam do niej, poszłam do mojej torebki, w której ukryłam mały liścik, który był ukryty w różach z poprzedniego wieczora. Nie chciałam go otwierać przy Ann wiedząc, że jeszcze zaczęłaby węszyć i wyolbrzymiać całą sprawę. Upewniając się, że jestem poza zasięgiem wzroku modelki otworzyłam kopertę.


„To róże świadczą o miłości.”


-Udław się, kocham stokrotki.-mruknęłam i skierowałam się do śmietnika w kuchni.


-Coś mówiłaś?-zapytała Ann spoglądając to na mnie to na kolejne paletki cieni.
-Myślę, że chciałabym dzisiaj trochę zaszaleć z makijażem. Widziałam w internecie takie śliczne, mieniące się czarno-srebrne cienie z drobinkami, które kończył matowy róż…
-No, no, Rose. Ostry zawodniku. –uśmiechnęła się szeroko i wyjęła potrzebne pudełeczka. –Ale wiesz co, zamiast różu beż. I będziesz miała jasnobrązowe usta. Matowe. Weźmiesz na wszelki wypadek do poprawki, ale nie powinny się zjeść.
-Wiesz, że ty jesteś niezawodna?-zaśmiałam się zajmując miejsce na skórzanym fotelu koło stolika na kawę, gdzie wszystko było rozstawione. –Bym powiedziała, że minęłaś się z powołaniem, ale nie.. Na modelkę też się nadajesz.
-Oj tam. Ty też powinnaś spróbować swoich sił.
-Z makijażem?
-Nie, modelingiem! Naprawdę, jesteś śliczniutka.
-Ach, przestań.
-Naucz się przyjmować komplementy.-skarciła mnie. Podniosła moją brodę delikatnie do góry i zaczęła nanosić pierwsze warstwy makijażu.
-Byłam inna. Trochę gdzieś zgubiłam tamtą Rose.
-Którą?-zapytała biorąc śmieszny rozczapierzony pędzelek do pudru.
-Kiedy byłam z Leo. Świat był wtedy taki malutki. Miałam oczywiście swoje problemy, konsekwencje niektórych czynów…-zatrzymałam się wiedząc, że wchodzę w niebezpieczną strefę. I dla siebie i dla Ann. Nie znosiłam tego rozpamiętywać, to zbyt bolało, nikt poza mną, moim ojcem, macochą i Leo nie będzie o tym wiedział. Kiedyś sobie o tym obiecałam. I będę się tego trzymać. Zbyt wiele mogłabym stracić.

-Ale świat nie jest malutki, Rose. Jest pełno wzlotów, upadków, niebezpieczeństw, uniesień… Mogłabym ci tak wymieniać.
-Ann, przecież ty żyjesz w wielkiej mydlanej bańce szczęścia. Masz kochającego faceta, jesteś znaną modelką, masz niesamowitą urodę…
-Wywalczyłam to, Rose. –westchnęła zaprzestając mojego makijażu i przysiadła na boku kanapy opierając się o moje uda. –Uwierz mi, w moim życiu miałam pełno wyrzeczeń. Zderzyłam się z krzywdzącymi opiniami. Wielu mówiło mi, że jestem za gruba, że powinnam schudnąć, że wyglądam jak wieloryb… Kiedyś w to uwierzyłam, zaczęłam się głodzić… -zatrzymała się by nabrać głęboki oddech. Czekałam aż coś powie. Na jej twarzy pojawił się mały uśmiech. –I pojawił się Mario. Pamiętam jak dzisiaj, podszedł do mnie i powiedział „Jesteś tak piękna, że zamówiłbym ci drinka”.
Roześmiałyśmy się obie. Ann wstała i wzięła moją dłoń w swoje.
-Nie wiedziałam, kim jest Mario. Byłam w tym zielona jak ty. Zupełnie inne światy. Ale wiedziałam po pewnym czasie, że jestem dla tego faceta zrobić wszystko.
-Wszystko? Nawet skoczyć na bungee?
-Tak. –powiedziała pewnie. –Wiem, że mnie kocha. I śmiej się, ale za każdym razem, kiedy mówi mi „kocham cię” moje serce przyspiesza a ja sama w głowie wariuję jak nastolatka.
-Też go bardzo kochasz. To widać, myślę, że Mario też o tym bardzo dobrze wie.
-Nie wyobrażam sobie życia bez niego. –powiedziała z iskierkami radości w oczach. –Jestem i będę z nim zawsze. Na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie…
-Zaraz się rozkleję.
-Nie! Nie waż się! Dopiero zaczęłam cię malować! –powiedziała wyrzucając słowa z ust niczym z karabinu. Chwyciła pędzel, który strasznie gilgotał mnie w nos, do stopnia, że miałam ochotę kichnąć. Ale wiedziałam, że wtedy Ann by mnie zabiła. Uśmiechnęłam się i pozwoliłam jej kontynuować makijaż. 

-Jaka byłaś?-zapytała ni stąd, ni zowąd. –Poza tym, co działo się wokół. Sama Rosalie.
-Nie wiem, Ann. Nigdy nie byłam Rosalie. Byłam Ruby. Nie wiem, kim jest Rosalie, kompletnie jej nie znam. –powiedziałam zamykając oczy. Wstrzymałam na dłuższy czas oddech. Ann nic nie powiedziała. Bałam się spojrzeć na jej twarz… Moje serce strasznie dudniło. Czułam…strach. Przed samą sobą. Co, jeśli Ruby miałaby okazać się Rosalie. Gdybym to była właśnie ja. To w końcu nie było „tamto życie”. Mam jedno życie. Nie dwa. „Życie z Leo” i „życie bez Leo”, albo nawet jeszcze wcześniej, kiedy jeszcze nie było Leo... To, co wtedy się zdarzyło.. To nigdy się nie skończyło. I nigdy nie skończy. To była fikcja. Jedna wielka fikcja Żyłam w fikcji, która była prosta. Niewymagająca. I wiele, ale to wiele ułatwiała. Bałam się spojrzeć na sprawy inaczej...

-Przytrzymaj oczy zamknięte, zrobię ci takie świecące powieki jakich świat nie widział!

Okropnie się bałam.


***


-Dziękuję. Ja naprawdę… Wow, Ann. To naprawdę ja?-zaśmiałam się spoglądając w okrągłe lusterko. Mój makijaż prezentował się jak ten u modelek na pokazie Chanel.  –Zdziałałaś cuda. Jakbym miała inną twarz.
-Nie przesadzaj. To tylko odrobina kolorów i już. –uśmiechnęła się. –Ale wiem, że ta odrobina kolorów nałożona jest obłędnie.
-Cieszę się, że wiesz. –zaśmiałam się wstając ze swojego miejsca i ruszyłam sprawdzić, czy Marco jeszcze nie dzwonił. Po mieszkaniu rozległ się stukot moich obcasów. Kiedyś ja i obcasy trochę się mijaliśmy. Głównie nosiłam trampki.. I to jedną parę kilka lat. Na większe okazje miałam parę czarnych balerinek. A teraz?



Na ekranie nie miałam jeszcze żadnej wiadomości, jednak postanowiłam napisać do blondyna, żeby wiedzieć na czym stoję. Przy okazji przyjrzałam się jeszcze raz w lustrze. Tego wieczora byłam naprawdę piękna i nie mogłam od siebie oderwać wzroku. Coś podobnego spotkało mnie, kiedy spoglądałam w lustro tuż przed ślubem. W tej przepięknej, białej sukience. Nie dochodziło do mnie,  że jeszcze kiedyś będę brała ślub. Że jeszcze raz spojrzę na siebie w białej sukni, może dorobię się nawet welonu. Może zamiast platynowych obrączek będę miała złote. Nie umiałam sobie jednak wyobrazić mojej twarzy. Jaka będzie. Radosna, smutna, przygnębiona. Czy będę miała zmarszczki. Czy moje oczy będą się błyszczeć, a ja będę wyczekiwać mojego wybranka z utęsknieniem. Może będziemy mieli już dzieci. Chciałabym mieć kiedyś dzieci. Może za dziesięć lat, jak skończę trzydziestkę. Chciałabym wtedy mieć stabilne życie, z mężem i dzieckiem w drodze. Miałoby blond włoski, zielono-niebieskie oczy. Delikatne usta wykrzywiające się zadziornie w uśmiechu. Jeśli to byłby chłopiec na pewno miałby ogromną pasję do piłki po t… O nie. 
Chyba trochę pomyliłam bajki.


-Rose?-podskoczyłam w miejscu słysząc koło siebie głos Ann. Spojrzałam na nią zdziwiona. Pokręciła niedowierzająco głową i wskazała na mój telefon.  –Dzwoni już trzeci raz.
-Och..-powiedziałam spoglądając na ekran. Marco. Uśmiechnęłam się delikatnie odbierając połączenie.

-Rose! W porządku? Nie odbierałaś..
-Przepraszam..Emm.. Zostawiłam telefon, Ann poprawiała mi makijaż i nie słyszałam.
-Bez makijażu i tak byś wyglądała pięknie.-stwierdził i zaśmiał się pod nosem, co od razu wywołało mój uśmiech. Jego śmiech był taki…kojący. –Chciałem ci powiedzieć, że nie mam jak zaparkować, stoję pod klatką. Jesteś już gotowa?
-Tak, już schodzę. –zakończyłam jednocześnie rozłączając się.

Schowałam telefon do małej, czarnej kopertówki i zapięłam ją na klips. Chciałam ruszyć, jednak Ann skutecznie zastawiła mi drogę.
-Rose, co się dzieje?
-Nic, Ann. Po prostu zamyśliłam się. –powiedziałam posyłając jej uspokajający uśmiech. –Jeszcze raz ci dziękuję. Jesteś wspaniała. Marco już czeka na dole, muszę iść.
-Okej. –westchnęła usuwając się lekko na bok, dając mi tym samym przejść przez korytarz do przedpokoju. Spojrzałam na wieszak, gdzie wisiał piękny, czerwony płaszcz Ann. Już chciałam pytać, czy mogłabym pożyczyć jednak ta szybko mnie wyprzedziła.

-Nie bierzesz płaszcza.
-Potem będziemy chcieli się przejść, będzie mi zimno. –powiedziałam tłumacząc Ann. Lato już naprawdę dobiegało końca.
-Marco da ci swoją. Nie bierz płaszcza.
-Jemu będzie zimno!
-Rose! Zaufaj mi i nie bierz tego przeklętego płaszcza! –roześmiała się modelka i zaczęła pchać mnie w stronę wyjściowych drzwi. –Facetów kręcą dziewczyny w ich rzeczach. Szczególnie koszule, bokserki i marynarki.
-W porządku. Ale jak coś, to ty sponsorujesz Marco leki.
-Nic mu nie będzie.
-Tak. –przytaknęłam starając się brzmieć jak najbardziej wiarygodnie. Modelka pobiegła jeszcze do salonu, zabierając stamtąd pomadkę, którą mi nałożyła. Ja w tym czasie czekałam, aż przyjedzie po mnie winda.
Kiedy wcisnęłam już przycisk z cyferką zero, Ann zatrzymała nogą drzwi windy.

-Rose… -zaczęła rozglądając się na boki, jakby próbując pozbierać swoje myśli. –Myślę, że jesteś wspaniałą osobą. Szczerą, radosną i wrażliwą. Szybko nawiązujesz znajomości. Masz słabość do jednego blondyna, na którego widok za każdym razem miękną ci nogi i masz oczy jak u szczeniaczka. Masz coś w sobie, co przyciąga facetów. Nie tylko André chciałby cię mieć. Ale jesteś zasadnicza i wierna swojemu mężowi, wierna swojej przysiędze. I w tym wszystkim jesteś wariatką, tańczysz w klubie jak nikt inny. –zaśmiała się na wspomnienie naszego wypadu. Zwilżyła językiem wargi i przerzuciła włosy na ramię. - To jest Rosalie, cudowna przyjaciółka.. jeśli w czymkolwiek to pomogło. Po dłuższej znajomości więcej ci powiem, dobrze? Zaufaj mi, Rose.
-Ja..Dziękuję. –kiwnęłam głową z wdzięcznością uśmiechając się. Ann posłała mi w powietrzu pocałunek i cofnęła się nie blokując już drzwi windy.
-Baw się dobrze!-zawołała, kiedy już tylko przez małą szczelinę widziałam jej postać.



Wychodząc z klatki owiał mnie naprawdę chłodny wiatr. Ann zwariowała, a ja zwariowałam słuchając Ann. Na tyle, na ile pozwoliły mi moje szpilki, pobiegłam do czarnego Astona Martina, którego jasne światła oświetlały niewielką uliczkę. Marco otworzył mi drzwi od środka. Zajęłam wygodnie miejsce i nachyliłam się do niego, by złożyć na jego policzku pocałunek na przywitanie.
On uśmiechając się wyciągnął w moim kierunku dużą, czerwoną różę. Uśmiechnęłam się, jednak w żołądku poczułam, że coś mnie ściska. Najprawdopodobniej przez wczorajszy bukiet od najwyraźniej zakochanego we mnie Anonima. A może dlatego, że róża to symbol miłości. A Marco mnie nie kochał.

-W porządku?-zapytał naciskając pedał gazu i spojrzał na mnie próbując cokolwiek wywnioskować.
-Tak. Tak. Dziękuję, za.. za różę. –powiedziałam odkładając kwiat na deskę rozdzielczą, w tempie, jakby niemiłosiernie mnie parzył.
-Nie podoba ci się?
-Przepraszam, ale chyba nie przepadam za czerwonymi różami.
-No tak. Wolisz białe. Wiedziałem, że coś schrzanię. –westchnął z rezygnacją i wbił spojrzenie w ulicę.
-Hej, jest w porządku. To nie ważne. –powiedziałam rozczulona. Jego zawstydzenie i pragnienie, żeby ta randka była perfekcyjna zupełnie mnie zauroczyło. Moje serce zmiękło. Do reszty. Było jak cukrowa wata, którą on sobie po prostu mógł jeść.. Przywłaszczać sobie.. Położyłam swoją dłoń na jego, którą kładł na hamulcu ręcznym. Splotłam nasze palce delikatnie unosząc nasze dłonie, by w końcu przenieść je na moje udo. Delikatnie głaskałam kciukiem jego knykcie. Widziałam, że zadziałało to na niego rozluźniająco. Uśmiechnął się delikatnie spoglądając na mnie, i znów przeniósł spojrzenie na drogę. Wieczorami coraz szybciej zaczynało się ściemniać. 

Ulice Dortmundu były już mniej ruchliwe, Marco mógł jechać trochę szybciej niż za dnia. Latarnie oświetlające ulice nadawały naprawdę romantyczny klimat. Pewnie ktoś by pomyślał-zwykła lampa. Dla mnie jednak to światło w połączeniu z ciemnym wnętrzem samochodu z przyciemnianymi szybami, dłonią Marco na moim udzie, a zwłaszcza nim samym, na siedzeniu obok mnie, ubranym w błękitną koszulę i szarą marynarkę z perfekcyjnie ułożonymi włosami działało bardzo romantycznie. W powietrzu można było wyczuć tą chemię między naszą dwójką. Przeklęte napięcie, które wyzwalało pierwotne instynkty. Chciałam trzymać fason i zgrywać niedostępną przez najbliższy czas, a w tym momencie bym kazała zatrzymać mu samochód i sama bym się na niego rzuciła. I pewnie zrobilibyśmy to właśnie na jego siedzeniu, nie trudząc się przeniesieniem na wygodniejsze tyły. 

-Rose?
-Tak?-powiedziałam odchrząkując. Moje policzki paliły, miałam nadzieję, że Ann nałożyła wystarczająco dużo podkładu.
-Mówiłem coś. –zaśmiał się wyplątując swoją dłoń z mojej i ścisnął nią pewnie moje udo. Jeśli to robił ze względu na to, żeby mnie podniecić to naprawdę, trochę się spóźnił, bo zrobił już to, kiedy wsiadłam do tego samochodu i zamknęłam za sobą drzwi. Mój Boże. Kim ja jestem. 

-Zamyśliłeś mnie. Znaczy. Ja, się. Zamyśliłam.
Marco roześmiał się zaczynając rozglądać za miejscem do parkowania.
-Mówiłem, że pięknie wyglądasz. Strasznie seksownie. To miała być randka a… Boję się odpowiadać za to co zrobię.
-Będziesz musiał się postarać, żeby to była randka.
-Będę. –przytaknął gasząc silnik i spojrzał na mnie z uśmiechem. –Zapraszam panią do restauracji.
Przeszedł do mojej strony i otworzył mi drzwi, żebym mogła wysiąść. Podał mi też dłoń, którą z uśmiechem ujęłam wysiadając z samochodu.
-Rose?
-Hmm?
-Wyglądasz niesamowicie. Naprawdę. Ta bluzka. Będę musiał znosić spojrzenia innych facetów ale…
-Spokojnie. Już mi to mówiłeś.-zaśmiałam się obracając do niego. On stanął w miejscu i wyciągnął dłoń w moim kierunku. Powoli położył ją na moich żebrach, przykrywając mój tatuaż. Delikatnie ścisnął to miejsce dłonią na co od razu wstrzymałam oddech. Powoli zaczął przesuwać swoją dłoń coraz niżej, jednocześnie przybliżając się do mnie.
-Marco…-szepnęłam tuż koło jego ust. On uśmiechnął się nieznacznie i nagle podniósł mnie tuż pod pośladkami i przeniósł na maskę samochodu. 

-E, nie zapominaj się! –roześmiałam się oplątując go nogami w pasie.
-Nie umiem przy tobie trzeźwo myśleć. –wyznał na chwilę przed tym jak wpił mi się nachalnie w moje usta. Zupełnie poddałam się jego dotykowi, jego cudownie miękkim wargom. Oplotłam dłońmi jego szyję oddając kolejne pocałunki. Jego dłoń zahaczona wcześniej o szlufkę spodni delikatnie zaczęła wślizgiwać się pod materiał jeansów na moje pośladki.
-Marco… -szepnęłam między pocałunkami. Było mi dobrze, lepiej niż dobrze… Ale.. Przecież byliśmy w centrum miasta, na parkingu, gdzie chodziło dużo ludzi. Pewnie musieliśmy wyglądać jakbyśmy mieli tu dopiero odstawiać niezłe widowisko. –Przestań.
-Nie. –zaśmiał się głęboko nie przestając mnie całować. Zaczął schodzić pocałunkami na moją żuchwę, delikatnie przygryzł płatek ucha, szyję, by na koniec znów powrócić do ust.
-Proszę..Ludzie się patrzą. –powiedziałam, jednak nie przestawałam oddawać jego pieszczot. Nie byłam na tyle silna, on musiał to zrobić. –Jeszcze pomyślą, że zaraz będziemy robić coś na masce tego samochodu.
-Rose! –westchnął odrywając się ode mnie. Przeraziłam się widząc jego spojrzenie. –Nie mów tak! Cholera.
-Ja… Tylko.. –zaczęłam obserwując jego wyraz twarzy. Przecież nie powiedziałam niczego nieodpowiedniego…chyba.
-Nie mów takich rzeczy. Nie teraz, kiedy próbuję w ludzki sposób naprawić naszą relację.
-Poprzez całowanie mnie na samochodzie?
-Nie! Nie.. Spieprzyłem.. –westchnął opierając się dłonią na masce, tuż koło mojego uda.
-Nie spieprzyłeś, to było bardzo…fajne. Z ciekawości, co powiedziałam nie tak?
-Nie tak? Rose, to było bardzo tak. –zaśmiał się zagryzając zęby na dolnej wardze obdarzając mnie wygłodniałym spojrzeniem. –Wizja nas na masce samochodu.
-Jesteśmy na masce samochodu. –uśmiechnęłam się szeroko próbując delikatnie się zabawić jego kosztem.
-Nie bierz mnie pod włos.
-To ty nie bierz mnie na masce samochodu i chodźmy na randkę.
-Rose!
-No co!?-roześmiałam się zeskakując z jego Astona Martina i ruszyłam przed siebie.
-Wiesz, że kiedy to mówisz, to ja od razu to widzę? Nas, nagich, na tym pieprzonym samochodzie?!-podszedł do mnie zbliżając usta do mojego ucha. Jakby przez to się upewniał, że nikt poza mną tego nie usłyszy.
-Ja też coś tam widzę, ale byś musiał mi kiedyś to bardziej zobrazować. –powiedziałam utrzymując powagę. Stanęłam przed drzwiami restauracji z sushi i czekałam, aż on sam mi je otworzy.
-Nie ułatwiasz tej randki.
-Nie powiedziałam, że będę. –odpowiedziałam ze zwycięskim uśmiechem i weszłam do środka kiwając głową w podzięce blondynowi za otworzenie drzwi.


W tym wieczorze było coś niesamowitego. Marco był sobą. I ja też byłam sobą. Cały czas się uśmiechałam. Moje myśli już nigdzie nie uciekały. Słuchałam uważnie jego opowiadań o czasach dzieciństwa i jego zapale do gry w piłkę. Z tego co mi mówił to był niezłym zdolniachą. Mówił też trochę o jego przyjaźni z Mario, o jego wcześniejszej drużynie. Widać było w jego oczach ogromny entuzjazm i radość, kiedy mówił o piłce. A może uśmiechał się, bo był ze mną? Ech, marzenie ściętej głowy. 

Kelner przyniósł nam całą tace z sushi i dwa talerzyki. No i pałeczki. Tu się zaczynały schody. To nie tak, że nigdy nie jadłam sushi, bo znalazłoby się kilka razy, jednak zawsze, wsiowo, lub też jak kto woli-tradycyjnie, jadłam palcami. Bo jak ja mam trzymać pałeczki. To jakaś porażka.
Ale okoliczności były inne, byłam w restauracji. Z moim facetem, przed którym nie do końca chciałam sobie robić obciachu.

-Rosie?
-Tak?-zapytałam uśmiechając się jakby wszystko było w porządku.
-Pokazać ci?-zapytał śmiejąc się pod nosem i sam nie czekając na moją odpowiedź wstał z miejsca i przeszedł za moje krzesło. Poczułam jak się do mnie nachyla i obejmuje rękoma z obu stron. Chwycił moje dłonie i bardzo powoli zaczął w nich ustawiać pałeczki. Spojrzałam na niego z delikatnym uśmiechem czując lekkie zawstydzenie, jednak on był zupełnie pochłonięty moim trzymaniem dwóch drewnianych patyczków. Po moim ciele przeszły delikatne ciarki. Uwielbiałam jego dotyk, a przy tym jego zapach i jego oddech tak blisko mnie. To wszystko przyprawiało mnie o zawroty głowy.
Zaczął mi po kolei opisywać muskając przy tym delikatnie moje dłonie palcami, jak powinna być ułożona pałeczka, ustawione moje palce, gdzie powinnam przycisnąć, a gdzie utrzymywać nieruchomo. Zanim się ode mnie odsunął niby to przypadkiem pocałował mnie w szyję. Niemożliwy.
Nauczyłam się jeść pałeczkami. Na początku wychodziło to dość nieporadnie, z dwa razy zupełnie mi wypadały z rąk, jednak się nie poddawałam. Marco też oszczędził sobie kąśliwych komentarzy w tym temacie, co mnie ucieszyło. Stawiałam, że nie zmarnuje okazji, żeby się ze mnie pośmiać.
Może to nie był najodpowiedniejszy moment do psucia chwili, jednak chciałam wypróbować poziom jego bycia otwartym w stosunku do mnie. Komunikat o podjęciu kursu na fizjoterapeutę postanowiłam jeszcze trochę opóźnić. 

-Marco?-zapytałam patrząc w mój kieliszek czerwonego, wytrawnego wina.
-Tak?
-Jak w pracy?-zapytałam, a chwilę później wypiłam łyk z kryształowego kieliszka.
-To zabawne, nikt jeszcze nie określił Borusii pracą. Jesteś pierwsza.-zaśmiał się uroczo i nałożył sobie z niekończącego się podłużnego talerza jeszcze jedną sztukę sushi.
-To jak powinnam mówić?
-Jak tylko chcesz, Rosie. –uśmiechnął się szczerze. –Jeśli cię to ciekawi, większość po prostu używa zamiast praca to klub. Albo po prostu Borussia.
-To ja będę używać praca. –pozostałam przy swoim obserwując z ciekawością mojego męża.
-W porządku. To.. Dodaliśmy większe obciążenie na treningach siłowych, nie potrzebuję już fizjoterapeuty, ostatnio miałem jeden trening biegowy…
-Nie wiem czemu, ale nie zabrzmiało to za wesoło…-powiedziałam przekręcając głowę na lewo. Kiedy to mówił jego oczy zrobiły się takie smutne.
-Po tym ostatnim treningu znów zaczęło mnie boleć w tym samym miejscu co przedtem.
-Mówiłeś trenerowi? Lekarzowi czy komukolwiek kogo tam masz?
-Jeszcze nie, ale sam domyślam się co powie. –westchnął i spojrzał na ostatnią sztukę sushi. –Będziesz jeszcze jeść?
-Nie, ja dziękuję, jestem już pełna. A co powie?

Marco zjadł ostatnie sushi i dopił do końca swoją zieloną herbatę. Zrobiłam to samo z moim winem, uznając, że zbieramy się  już do wyjścia. Kelner zjawił się zaraz przy stole z rachunkiem do uregulowania. Po zapłacie założył swoją marynarkę i odsunął krzesło dla mnie.
Na zewnątrz trochę bardziej się ściemniło. Nawet tego nie zauważyłam, z Marco czas zupełnie inaczej płynął. Dużo szybciej, a mimo to wcale się tego nie odczuwało.
Nie tylko było ciemniej, ale też dużo chłodniej. Miałam ochotę zatłuc Ann, że nie pozwoliła mi nic na siebie włożyć.

-Przejdziemy się? Obiecuję, że nie zaciągnę cię do najbliższego lasu i..
-Dla swojego dobra nie kończ. –zaśmiałam się przypominając sytuację przed wejściem do restauracji. Marco uśmiechnął się i objął mnie ramieniem przyciągając mocniej do siebie.
-Jesteś cała zmarznięta! Czemu nic nie mówisz?-zapytał się i od razu zdjął swoją marynarkę i założył ją mi na ramiona. Uśmiechnęłam się i włożyłam ręce w rękawy.
-A tobie nie będzie zimno?
-Jestem zahartowany. –odparł dumnie i pocałował mnie w czubek głowy. –Nie dokończyłem ci co z tym trenerem.
-A no właśnie. –przytaknęłam obejmując go mocniej.
-Po prostu… Mam tak, że jak biorę krok do przodu to zaraz potem dwa kroki w tył. Jak tak dalej pójdzie będę mógł się pożegnać z karierą jeszcze przed trzydziestką. Doleczę się a potem zaraz znów coś mnie dopadnie...
-Ej! –zatrzymałam się puszczając moją rękę z jego pleców i wycelowałam w niego palec. –Wyjaśnijmy coś sobie, Reus. –powiedziałam twardo, na co Marco uśmiechnął się z rezygnacją. – Masz dożywotni zakaz mówienia takich rzeczy.
-Widzę przecież jak jest, i nie tylko ja.
-Ja tak nie widzę. Wiesz czemu? Bo za każdym razem wychodzisz ze wszystkiego z podniesioną głową i trafiasz do pierwszego składu, wszyscy cię podziwiają i jesteś niesamowitym zawodnikiem.
-Skąd niby wiesz?-zaśmiał się wzdychając i ruszył do przodu. Byłam jednak szybsza i w porę go zatrzymałam.
-Przeczytałam pół internetu o tobie. Obejrzałam filmiki na Youtubie i fanpage'ach. I przeczytałam masę ale to masę komentarzy twoich fanów. Marco jesteś naprawdę niesamowity. Wiem, że to może trudne znów nie grać… Ale ja wiem, że po tym wszystkim znów będzie Marco w szczytowej formie, którego każdy chciałby mieć w swojej drużynie.
-Rose..
-Wierzę w ciebie. Całym sercem i całą sobą. Proszę, weź choć trochę ode mnie tej wiary i walcz. Dla swojej rodziny, przyjaciół.. Dla mnie. –powiedziałam czując łzy pod powiekami i nie czekając na jego reakcję postanowiłam go po prostu mocno przytulić. –To co robisz na boisku to coś niesamowitego. –powiedziałam wtulając się mocniej w jego szyję. –Ty jesteś niesamowity.
-Nie, to ty jesteś niesamowita, Rosalie. –odpowiedział troszkę wzruszony. Odsunął mnie delikatnie od siebie żeby móc mnie pocałować. To był cudowny pocałunek. Delikatny, czuły…Uroczy. Tak, że mogłabym spędzić w nim resztę życia. Bez jedzenia, snu. Tylko ten jeden, niekończący się pocałunek.


***


-To jak?
-Co jak?-zaśmiałam się idąc powoli do bloku. Nie chciałam się już z nim rozstawać, jednak zaraz dochodziła północ, Ann pewnie się martwiła a Mario zachodził w głowę czy mu ulegnę czy nie. Ale przez ten wieczór dowiedziałam się znacznie więcej niż przypuszczałam. Mogłam rozmawiać z Marco w nieskończoność. Zupełnie tyle samo ile bym mogła się z nim całować. Nie było ani jednej chwili, która by była niezręczna. Rozmawialiśmy bardzo luźno, o wszystkim i niczym. Dużo się śmialiśmy, przytulaliśmy, trzymaliśmy za ręce. Jeszcze jakiś czas temu powiedziałabym, że to niemożliwe…

-Jak udała się randka? Podobało ci się?
-Tak, dziękuję. To był naprawdę wspaniały wieczór.
-To prawda. –przyznał mocniej ściskając moją dłoń.  –To prawie takie fajne jak inne rzeczy, które robiliśmy wieczorem.
-Oglądać telewizję?
-Niezupełnie. –zaśmiał się i cmoknął szybko mnie w usta. –Bardziej tak w sypialni. Ale też pamiętaj, że prawie. Bo sypialnia to jest…
-Nie rozpływaj się. Dzisiaj zawędrujesz najdalej do klatki schodowej.
-Mam poczekać jak będzie po północy?
-Czemu?
-Bo wtedy będzie już rzecz biorąc jutro. –uśmiechnął się szeroko wyszczerzając dwa rządki lśniących zębów.
-Jutro to nawet do klatki cię nie wpuszczę, tylko pięć metrów przed.
-Ehh.. Wiesz? Nigdy nie przytulaliśmy się przed telewizorem.
-Wszystko przed nami. Może jeszcze kiedyś zaprosisz mnie na randkę.
-Choćby jutro. –powiedział od razu, a po chwili przyjrzał mi się bardziej jakby myśląc nad tym, co powiedział. –To znaczy... Jeśli masz ochotę.
-Jutro brzmi dobrze, o ile to nie to jutro zaraz po północy.
-W porządku. W takim razie późniejsze jutro?
-Wspaniale. Jeszcze raz dziękuję. I za różę też. –uśmiechnęłam się i pocałowałam go w policzek. Byłam już pod klatką, także był czas zdejmowania pachnącej nim marynarki. Najchętniej położyłabym sobie ją na poduszkę, od razu by mi się lepiej spało.
-To ja dziękuję. –powiedział tak cudownie patrząc mi prosto w oczy. Położył dłoń na mojej brodzie i pogładził kciukiem mój policzek. No i mój kolejny uśmiech. Uśmiech przy nim zaczynał wchodzić w nawyk.
-Twoja marynarka.-powiedziałam zsuwając ją sobie nieporadnie z ramion. Marco nachylił się i pomógł mi ją zdjąć, jednak nie puścił jej rękawów, które wykorzystał, żeby mnie mocniej do siebie przyciągnąć i pocałować. 

-Nie ubieraj się tak nigdzie indziej. Tylko na spotkania ze mną. Tylko dla mnie są zarezerwowane takie cudowne widoki. –zagryzł wargę raz jeszcze lustrując moją prześwitującą bluzkę, później jego spojrzenie przeszło na szyję, oczy a na koniec usta, które znów ucałował.
-A ty bądź zawsze taki jaki jesteś. Bo takiego ciebie k.. uwielbiam. Jesteś wtedy taki naturalny, częściej się uśmiechasz. Zaufaj mi Marco i pozwól mi być przy tobie.
-Postaram się.-uśmiechnął się zakładając na siebie z powrotem swoją marynarkę. Na pożegnanie postanowił pstryknąć palcami w mój nos, co wywołało u nas obojga śmiech.
Mój kochany mąż sprawdził jeszcze wewnętrzną kieszeń swojej marynarki. Wyjął z niej beżową, podłużną kopertę. Podał mi ją do ręki nie wyjaśniając nawet sprawy co do jej zawartości.
-Zobacz później, masz czas żeby przemyśleć temat ale wiedz, że mi zależy.
-W porządku, dziękuję. Dobrej nocy, Marco.
-Tobie również.-odpowiedział i zaczął się powoli wycofywać w kierunku wyjazdu z osiedla, koło którego stał zaparkowany jego samochód.
Kiedy już miałam otwierać drzwi od klatki, on jeszcze się odwrócił i zawołał mnie po imieniu.

-Brakuje mi ciebie w domu. 

Kiwnęłam z uśmiechem głową dając mu znać, że rozumiem, bo nie wiedziałam kompletnie, co powinnam mu odpowiedzieć. Potrzebowałam się upewnić, że nie wrócimy do tego, co było przed przeprowadzką do Ann i Mario. Nie chciałam tracić tego Marco z dzisiejszego dnia. W takim właśnie się zakochałam, tam na Karaibach, podczas naszego ślubu i krótkiego urlopu. 






~~~

 Mam nadzieję, że ten rozdział zwiastuje koniec przerwy! Przepraszam, że nie uprzedziłam o chwilowym zmienieniu bloga na "prywatny" ( btw. te wysyłanie zaproszeń ode mnie, co się wyświetla w komunikacie to nieprawda, kiedy blog jest prywatny jest widoczny tylko dla mnie, to nie tak, że "wyrzucam" sobie czytelników!). Zrobiłam tak, żeby chociaż w tej przerwie mieć poczucie zrobienia czegoś pożytecznego... Wpadło trochę więcej kolorów, szalenie się nad tym męczyłam i nie wiedziałam czy jest dobrze czy nie...Będę wdzięczna za opinie!:)

Co do dalszej publikacji  (już nie za wesoło)
Podjęłam decyzję, że rozdziały będą pojawiać się co 2 tygodnie. Głównie dlatego, żeby była pewna regularność i żebym zdała maturę:)) 
Przede mną ostatni rok nauki, dlatego muszę dać z siebie 200%, żeby pójść na wymarzone studia. Już teraz zaczęłam pisać rozprawki na niemiecki.. Ale uznałam, że to opowiadanie dokończę po polsku..(<-możecie się cieszyć😂). Jeżeli będą takie sytuacje, że będę tak zarobiona i coś się przesunie to poinformuję od razu.
Ps. Wahałam się, czy nie zrobić niespodzianki..ale dodałam teraz jeszcze jedno zdjęcie w zakładce "bohaterowie"(tam też jest mała zdjęciowa metamorfoza).. Zaskoczone pozytywnie/negatywnie? Popsułam teorie spiskowe😄?
Ściskam mocno, mam nadzieję, że czekałyście, rozdział przypadł do gustu, będę wdzięczna za wszystkie komentarze <3
Buziaki!