sobota, 15 lipca 2017

Dwadzieścia dwa



Mario skomentował pomysł Ann jedynie szczerym, wielkim, chytrym uśmiechem. Widziałam po jego minie, że też nie był pocieszony słysząc co się wydarzyło. Zapakowałyśmy z Ann zakupy do bagażnika i wróciłyśmy do samochodu. Pojechaliśmy do restauracji, gdzie naprawdę zjedliśmy dobry obiad.
Pogoda się lekko ochłodziła. Zerwał się lekki wiatr, niebo zaszło szarymi chmurami, które nie zwiastowały najlepszej pogody. Mario stwierdził, że spędzimy resztę dnia w domu. Kiedy podjechaliśmy pod blok Ann wysiadła jako pierwsza i poszła do bagażnika po nasze zakupy. Miałam dołączyć do niej, jednak Mario mnie wcześniej zatrzymał i odwrócił się do mnie na siedzeniu czekając, aż modelka zamknie bagażnik i nie będzie nic słyszała.

-Rose, wiem, że może to nie jest miłe ani gościnne w stosunku do ciebie, ale chciałbym zabrać Ann do kina, a potem na mały spacer… Powinniśmy zająć się tobą a…
-Rozumiem, że jestem młoda ale nie mam czterech lat. Umiem zalać herbatę nie parząc się.
-Serio?-uśmiechnął się szeroko próbując patrzeć na mnie zaskoczony.
-Serio serio. Jestem dużą dziewczynką. Nie puszczę wam mieszkania z dymem.
-No dobra. To teraz wychodzi drugi problem. Ulotnisz się na chwilkę? Bo w domu czekają na Ann tulipany i…
-Pójdę dłuższą drogą po lody.
-Kurde, faktycznie, obiecałem ci lody.-zmarszczył czoło myśląc nad czymś intensywnie. Ann w tym czasie nachyliła się do drzwi i zapukała w okno. Mario tylko uśmiechnął się i jej pomachał.  –Wiesz? Kup serio jakieś duże pudełko, największe jakie będą mieli. W nocy do ciebie przyjdę jak Ann będzie spać i zjemy.
-Trzymam za słowo. –zaśmiałam się i oboje wyszliśmy z samochodu nie chcąc, żeby czekała.

Ann zaczęła iść do klatki wyprzedzając mnie i Mario, więc tylko wzięłam swoją torebkę i ruszyłam do najbliższego tutaj marketu. 
Zanim dotarłam do działu z chłodziarkami zgubiłam się ze trzy razy w przeróżnych uliczkach. W lodówce odszukałam największe lody. Były w trzech smakach. Ciasteczkowym z kawałkami czekolady i ciastek, truskawkowe i cytrynowe. Zapowiadała się ciekawa wyżerka. Mając też na uwadze samotny wieczór postanowiłam wpaść do cukierni i pod nieuwagę piłkarza i trzymającej linii modelki kupiłam dwa pyszne pączki z Rafaello i nadzieniem owocowym. Na regale jeszcze zobaczyłam saszetkę do karmelowej kawy. Zapowiadał się idealny wieczór Rose.
Nie spieszyłam się do domu, żeby dać im trochę prywatności. Akurat przechodziłam przez park, kiedy zobaczyłam parę na randce ubraną w klubowe koszulki. Mijając ich obejrzałam się na ich plecy. Dziewczyna miała koszulkę z nazwiskiem mojego męża, a jej partner Aubameyanga. Ha, napastnik z numerem siedemnaście. Pogratulowałam sama sobie zaskakująco dobrej pamięci. 
Pogoda zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni. Z chmury zerwał się naprawdę mocny deszcz, że po chwili biegu moja bluzka była zupełnie przemoczona, podobnie jak włosy. Mogłam już sobie darować prysznic. Kiedy dobiegłam do bloku wyglądałam wręcz żałośnie. Wpisałam kod do klatki i przywołałam windę chcąc jak najszybciej przebrać się w suche rzeczy. Kiedy podchodziłam już do drzwi akurat otworzył je Mario.

-A Miss Mokrego Podkoszulka bieżącego lata… Zostaje… Panie i panowie! Rose! –roześmiał się i wziął mnie na ręce podrzucając. Pisnęłam śmiejąc się i złapałam się go kurczowo za szyję.
-Wstawiłam ci wodę na herbatę. W łazience w drugiej szufladzie są fajne olejki i sól do kąpieli. W kuchni szampan. Rządź Rose, ty też potrzebujesz chwilę odprężenia.
-Dziękuję wam, ale naprawdę, nie musicie się mną przejmować. Bawcie się dobrze.
-Będziemy jak ty też będziesz. A teraz chodź, muszę ci pokazać kwiaty! Mario kupił mi aż dwa bukiety!-pisnęła uradowana i pociągnęła mnie do ich sypialni. Przy okazji wyciągnęłam z mojej siatki lody i podałam je Mario, żeby schował do zamrażarki. W sypialni na komodzie stały dwa wazony. Jeden z bukietem uroczych, kolorowych tulipanów. Za to drugi był dużo większy, i sprawiał, że kolorowe kwiatki ukrywały się w cień. Był też przeogromny.
-Dwadzieścia pięć czerwonych róż. –westchnęła Ann widząc mój wzrok spoczywający na bukiecie. –Mario pewnie nie wiedział na co ma się zdecydować. Jest tak cudowny.
Ann otworzyła swoją szufladę z biżuterią i wybrała długie do ramion złote kolczyki.
-Będą ładne? –zapytała odwracając się do mnie.
-Zwiąż włosy wysoko. Będzie już w ogóle świetnie. –doradziłam jej i obserwowałam jej poczynania, aby wyglądać jak najlepiej przy swoim partnerze.
-Na pewno nie masz nic przeciwko, żeby zostać sama? Jedno twoje słowo…
-Spokojnie. Bawcie się dobrze. A ja wezmę kąpiel i naleję sobie szampana.
-Dobry pomysł. –uśmiechnęła się poprawiając cień na powiece.
-A widzisz. Pójdę na chwilę do Mario.

Coś mi jednak tu nie pasowało. Nie, że czepiałam się ale byłam przekonana, że Mario mówił tylko o tulipanach. W tym samym momencie naszła mnie myśl o tym liściku, którego znalazłam pod wycieraczką. Musiałam go otworzyć i w ogóle spróbować zrozumieć o co chodziło w tej sytuacji.
W kuchni zastałam Mario, który…umorusany był lukrem na nosie. Z. Mojego. Pączka.
-Mario…
-Oj głodny byłem!
-Idziesz zaraz na kolację…
-Najpierw na dwugodzinny film. Umarłbym tam.
-W porządku. –roześmiałam się i podeszłam oprzeć się o blat koło niego.
-A właśnie. Bo jest sprawa. –powiedział i otworzył szufladę ze sztućcami. Z niej wyjął malutką kopertkę.
Spojrzałam na przód. Ten charakter pisma był inny niż na tej kopercie spod wycieraczki. Też nie było tylko mojego imienia, tylko z pełnym nazwiskiem. „Rosie Reus.”

-Trochę głupia sytuacja, kwiaty leżały na wycieraczce. Ann od razu się wzruszyła, przytuliła mnie…Jak mnie pocałowała to ukradkiem wyciągnąłem tą kopertę… Odkupię ci te kwiaty, Rose.

Roześmiałam się. No ładnie.
-Rozumiem, że mam pozostawić Ann w błogiej nieświadomości?
-Noo. Ale wiesz, w jakiejś części te kwiaty są też twoje..
-W sumie, to one są wszystkie moje.
-No w sumie…-powiedział wpatrując się w okno jakby właśnie dokonał niesamowitego odkrycia.
-Nie obrażę się, jeśli Ann je sobie przywłaszczy i będą od ciebie.
-Dzięki.-uśmiechnął się i skierował się do korytarza, skąd usłyszeliśmy stukot obcasów modelki.
Piłkarzowi oczy zaświeciły się jak dwa diamenciki, kiedy zobaczył swoją ukochaną. Życzyłam im miłego wieczoru i sama też planowałam taki mieć z pączkiem mniej, ale nadal miły.
Na początek poszłam do swojej torby, w której znajdował się poprzedni list. Chciałam porównać charaktery pisma, chociaż to też mogło na nic się zdać, bo mógł to pisać ktoś z poczty kwiatowej. Nie byłam pewna. Otworzyłam kopertę i otworzyłam złożoną na pół tekturową karteczkę.

„Domyślam się, że nie chcesz mnie widzieć, ale proszę, porozmawiajmy.
M.”

Błyskotliwie. Ale miał rację w jednym. Nie chciałam go widzieć i nie zamierzałam. Przed wyrzuceniem kartki zatrzymała mnie chęć porównania pisma z tą pierwszą. Otworzyłam ją i spojrzałam na kartkę. Widniało na niej moje imię i nazwisko. Poprzednie nazwisko. Wydrukowane z komputera.
Nie wiedziałam, czy ktoś naprawdę fajnie się bawi podrzucając pod moje mieszkanie moje imię i nazwisko. Z resztą nieaktualne.
Pogniotłam obie i wyrzuciłam je do śmieci.
Skierowałam się do łazienki, gdzie czekała na mnie naprawdę ogromna wanna z hydromasażem. Przy niej szwędała się Mase, więc niestety tym razem musiałam ją wyprosić.
Zaczęłam napuszczać wodę i zajrzałam do szuflady, o której mówiła mi Ann. Wzięłam z niej sól i olejek o zapachu bzu. W kuchni znalazłam też szampana, z którego nalałam sobie kieliszek.
Mogłam w końcu odetchnąć od wszystkiego, położyć się w odprężającej, aromatycznej kąpieli. Wiedziałam, że czeka mnie i tak jutro czeka konfrontacja z Marco, że jeszcze dziś musiałam zadzwonić i porozmawiać do André w sprawie urodzin Leo, ale w tym jednym momencie postanowiłam się skupić tylko i wyłącznie na sobie.



***


-Tak tęsknisz?-usłyszałam rozbawiony głos André.
-Marzysz. Mam pytanie, w sumie propozycję. Nie musisz się wcale zgadzać, to zwykła propozycja.
-Mówkaj. Zamieniam się w słuch.
-Jutro są urodziny Leo i nie wiem, czy… Chciałbyś tam ze mną pojechać?
-Chętnie, ale to zależy o której godzinie. Mam o czternastej trzydzieści wizytę u lekarza.
-O trzynastej. Możesz zawsze wcześniej wyjść. A, i będzie tam prawdopodobnie Marco. Więc nie wiem…
-To nie jest mój problem, że tam będzie. Jeśli on go będzie miał to wyjdzie.
-Na pewno?
-Pewnie. Będzie mi miło tam pójść z tobą. Zahaczymy jeszcze o sklep z zabawkami?
-Ja mam prezent, może być wspólny.
-Kupię też coś od siebie, spokojnie. Podjadę po ciebie za dwadzieścia pierwsza, będzie w porządku?
-Jasne. Dziękuję.
-Przyjemność po mojej stronie. Miłego wieczoru zatem życzę.
-Dziękuję. A ty jak się czujesz?
-Coraz lepiej. Opuchlizna prawie zeszła.
-Całe szczęście. W takim razie do jutra?
-Do jutra. Buziaki.


Wzięłam ze stoliczka duży kubek z moją karmelową latte i upiłam łyk brudząc się pod nosem mleczną pianką. Zauważyłam, że minęło już dwadzieścia minut, przez które musiałam trzymać na twarzy maseczkę. Ann miała ich całą szufladę w mniejszych, pojedynczych opakowaniach, więc stawiałam, że nie pogniewałaby się, gdybym jej właśnie taką jedną..pożyczyła.
Żeby jeszcze sobie umilić wieczór otworzyłam drzwi balkonowe, przez które wleciało świeże, wieczorne powietrze. Pachniało deszczem. Uwielbiałam ten zapach.
Nie dane mi było powrócić na kanapę, gdyż usłyszałam dzwonek do drzwi. Mase jakby ujawniła swoją obecność i podbiegła do drzwi poszczekując. Nie wiedziałam kogo tu niosło tym bardziej w wieczornej porze. Nachyliłam się do wizjera. Przed drzwiami stał młody mężczyzna z ogromną papierową torbą. Nie wiedziałam o co mogło chodzić ale postanowiłam delikatnie uchylić drzwi.
-Pani Reus? Mam dla pani zamówienie. –powiedział uprzejmie dostrzegając mnie między szparą drzwi.
-Tak, zgadza się. A mogłabym się dowiedzieć jakie zamówienie?
-Z restauracji, proszę pani. –wytłumaczył spokojnie wyciągając przed siebie papierową torbę.
-Czy mam zapłacić? Coś pokwitować?
-Wszystko już zostało uregulowane. Do pani należy sam odbiór.
-W takim razie dziękuję bardzo. –odebrałam pakunek i zamknęłam za sobą drzwi. Z restauracji?


W kuchni wyjęłam elegancko zapakowane pudełka z posiłkiem. Zaczęłam podejrzewać o to Ann i Mario, w końcu planowali pójść po kinie do restauracji. Moje wątpliwości rozwiał sms, który przyszedł w podobnym czasie. Jak stawiałam-od Mario.

„Smacznego, chudzielcu! Rekompensata za Wiesz-co-bo-Ann-patrzy-mi-w-telefon;)”

Uśmiechnęłam się szeroko i zadowolona poszłam rozpakować jeszcze ciepłą kolację. Taka kolacja w zamian za jakiegoś tłustego i przesłodzonego pączka to było coś. Zagotowałam sobie wody na herbatę i poszłam do salonu na moje legowisko przed telewizorem. Akurat zaczęły lecieć „Gotowe na wszystko” i to cały maraton na dzisiejszy wieczór jako powtórka wszystkich odcinków z całego tygodnia. Ten wieczór naprawdę mógł się zaliczać do Top 3 najlepszych samotnie spędzonych wieczorów. 
 

***


Przed dwudziestą trzecią postanowiłam położyć się spać. Mase wskoczyła mi do łózka. Chyba zyskałam nową przyjaciółkę. Musiałam się trochę przesunąć na kanapie, bo pies mimo pozornego braku nadwagi zaczął pokazywać jak wielką ją ma i jak wiele miejsca potrzebuje. Najzwyczajniej w świecie zostałam zepchnięta. Przekładałam się z boku na bok, jednak sen tak jak hipotetycznie mnie łapał, tak teraz uciekł śmiejąc mi się w twarz. No dziękuję bardzo.
Wyciągnęłam rękę po telefon i zaczęłam przeglądać przeróżne strony internetowe, zaczynając od Bilda, kończąc na portalach plotkarskich. Już mnie nie ruszały artykuły o Marco i Scarlett. Jeden tylko artykuł, mówił o tajemniczej innej dziewczynie, z którą niedawno był widziany piłkarz. Czyli jednak mogłam poczuć się na celowniku mediów. Komentarze odnośnie reaktywacji Scarlett i Marco były bardzo podzielone, ale ponad większość należała do tych nieprzychylnych. Zazdrość o Reusa? Dla fanek, które znają jedynie jego wygląd a nie zachowanie może był idealnym kandydatem na partnera, ale… Gdyby tylko wiedziały.
Zablokowałam wyświetlacz, żeby już nie musieć czytać tych bzdur. Kiedy odkładałam urządzenie na podłogę usłyszałam szuranie przy drzwiach, a następnie dźwięk przekręcanego zamka. Mase, pies pilnujący, nawet nie drgnęła powieką. Za to wybitnie głośno chrapała. Do mieszkania w padli Mario z Ann, najprawdopodobniej tak zajęci sobą, że nawet nie pamiętali o mojej obecności. Ann zaczęła chichotać, słyszałam też głośne pocałunki i stukot zrzucanych butów w korytarzu. 
Nawet głośno zatrzaśnięte drzwi nie dały mi komfortu ciszy. 

-Mase, może jednak wolałabym, żebyś chrapała głośniej. –mruknęłam pod nosem i mocniej naciągnęłam na siebie pierzynę, kładąc ją jednocześnie na psie. Trudno. Nie wszystkim się jak widać dzisiejszego wieczora musi podobać. A przecież jeszcze czekało mnie Kinder-party z André i Reusem w jednym pomieszczeniu. No tak, do tego kupa ich znajomych, którzy mnie prędzej zjedzą i wezmą za puszczalską łowczynię majątków niż za żonę z powołania. Sęk w tym, że ani jedno ani drugie nie było słuszne, a to, co było między mną a Marco było trudne do zrozumienia nawet mnie. I mam to jeszcze tłumaczyć obcym? Mój ty smutku.


***


Na przyjazd André czekałam już sama. Ann i Mario postanowili pojechać dziesięć minut temu  w razie korków w centrum. Sama też ich się obawiałam, zwłaszcza, gdy mieliśmy jeszcze jechać po prezent. Przyjechał dopiero za piętnaście pierwsza. Było to jednak trochę niemożliwe, żeby dotrzeć na miejsce punktualnie. A ja byłam taką osobą, która nienawidziła się spóźniać. Schürrle stwierdził jednak, że ani Lisa ani Roman nie będą się na nas gniewać. Pojechaliśmy w inną stronę, do pierwszego najbliżej sklepu z zabawkami. Całą drogę jednak chodziło mi po głowie, dlaczego zgodziłam się na plan Ann. Bo to już nie chodziło o samego Marco. Tam przecież mieli być przyjaciele, nie tylko Marco ale i Ann, Mario i André. I ci przyjaciele mieli dowiedzieć się o moim ślubie, jednocześnie małej kłótni, do tego stopnia, że się wyprowadziłam, a na imprezę przyjechałam z André. 

Żeby nie kusić losu, wolałam zostać i poczekać w samochodzie na blondyna, nie wiadomo gdzie mogli się czaić paparazzi lub też natarczywi fani. Mario powiedział mi, że życie piłkarzy nie jest tak śledzone jak innych gwiazd. No pomijając Messiego, Ronaldo, o których to nawet ja słyszałam. Ale teraz, kiedy „romanse” Marco były na świeczniku media mogły mieć chrapkę na kolejną sensację wokół życia, chcąc nie chcąc, przystojnego piłkarza.

Siedzenie i czekanie zaczęło mi się powoli nudzić, i to jak małemu dziecku. Zegar pokazywał już pięć po pierwszej, pewnie już wszyscy byli na miejscu. Kręciłam się, wierciłam, kopałam, tupałam, uderzałam paznokciami o deskę wystukując coraz to nowsze melodie. Próbowałam włączyć radio, ale chyba coś zepsułam, kliknęłam jakąś hibernację zamiast wyłączenia… A jeśli André już nigdy nie włączy radia?

Podskoczyłam przerażona, kiedy usłyszałam głośny trzask drzwi. Nawet nie zauważyłam, kiedy wyszedł ze sklepu i wsiadł do auta.
-Jestem. Miałem ciężki proces decyzyjny, mogłaś mi pomóc.
-Nie pomogłabym ci, gdybyś jutro był na pierwszych stronach gazet.
-Oj tam. Włączmy muzykę, tak cicho.
-Nie! –powiedziałam trochę za głośno i odchrząknęłam. –Nie. –powtórzyłam normalnym głosem. –Wolę ciszę.
-Serio? Muzyka podczas jazdy jest najlepsza. –upierał się przy swoim i zaczął wycofywać samochód z parkingu.
-Tylko rozprasza, a my naprawdę jesteśmy spóźnieni. Poza tym, nie lubię muzyki. –wymyśliłam na poczekaniu i uśmiechnęłam się dość sztucznie. O dziwo to wystarczyło. Naprawdę łyknął, że nie lubię muzyki? 

Do domu Lisy jechaliśmy kolejne pół godziny. Byłam wręcz wściekła, każda następna minuta spóźnienia przyspieszała moje nerwowe pukanie butem o samochodowe wycieraczki.
Kiedy wjechaliśmy w spokojną dzielnicę domów jednorodzinnych trochę odetchnęłam i zaczęłam się uspokajać. Pod jednym z domów było zaparkowanych wiele samochodów. Stawiałam, że tam właśnie jedziemy. Sporo z samochodów stało w środku, przed garażem, kilka z nich też pod bramą. No niezłe przyjęcie dla rocznego dziecka. Zaparkowaliśmy także koło krawężnika, ledwo się mieszcząc między drogimi autami.
Wzięłam z bagażnika mój prezent i podeszłam do furtki czekając na André. Z jego wyglądem nie było aż tak źle. Na nosie nie musiał już nosić opatrunku. Pod okiem miał dość mocnego sińca, a łuk był pozszywany. Nie chciałam wiedzieć w jakim stanie był Marco. Niestety, miało się to się okazać nawet za mniej niż dwie minuty.

Furtka była otwarta. André przepuścił mnie pierwszą, dzięki czemu mogłam rzucić okiem na piękny i zadbany ogród pary. Drzwi były udekorowane balonikami. Zadzwoniłam dzwonkiem, kiedy mój towarzysz stanął za moimi plecami. Kilka chwil później drzwi otworzyła nam uśmiechnięta Lisa w kolorowej sukience z falbankami. Włosy miała zaplecione w dwa warkoczyki, które dodawały jej uroku. Na rękach trzymała małego chłopca o jasnych, blond włoskach ubranego w śliczne, błękitne ogrodniczki z szeklami i białe trampki.

-Przepraszamy za spóźnienie. André jeszcze jechał po prezent, potem korki…-zaczęłam tłumaczyć nasze spóźnienie. Było mi strasznie głupio.
-Ach, spokojnie. Nic się nie stało. Wejdźcie do środka, wszyscy już są. –z uśmiechem przepuściła nas w drzwiach. Mały Leo zainteresował się moją osobą i zaczął do mnie ciekawsko wystawiać rączkę.
-A cóż to za przystojny mężczyzna?-uśmiechnęłam się do niego przekładając torbę z prezentem do drugiej ręki, a wolną złapałam go za rączkę, przez co wywołałam śmiech u dziecka.
-Po prostu Roman. –usłyszałam męski głos w pobliżu. Lisa roześmiała się perliście, a André parsknął pobłażliwie patrząc na osobę znajdującą się tuż za mną. Odwróciłam się za siebie widząc wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę. A tak, Roman, bramkarz z numerem jeden na koszulce. I wszystko jasne.
-A ja jestem po prostu Rose. –zaśmiałam się i podałam mu rękę witając się.
-Miło mi, po prostu Rose.
-Mi również.
-Mamy prezenty! Na czyje ręce złożyć?-zapytał André włączając się do rozmowy. Roman podjął się wyzwania i odebrał paczkę blondyna, ja także mu podałam swoją.
-Dziękujemy w imieniu Leo i my też dziękujemy. –powiedział obejmując mnie. – Chodźmy do ogrodu, dołączymy do reszty. Poszłam za małżeństwem, przez przestronny salon, w którym stało sporo zabawek, a w kuchni przygotowane było już jedzenie.

Kiedy stanęłam na tarasie zobaczyłam pełno roześmianych ludzi, w rogu stał grill, którego pilnowali Marco i Mario. Na środku ogrodu rozłożony był spory kocyk, który na wszystkich czterech bokach miał ustawione ciężarki z przyczepionymi balonami z helem. Każdy komplet balonów składał się z literek imienia małego jubilata i cyferki jeden. Uśmiechnęłam się na widok tylu dzieciaków mających tam dobrą zabawę. Rozpoznałam od razu małą Galę, którą spotkałam na placu zabaw, był też może z trzyletni chłopiec, który wydawał się znajomy, jednak nie mogłam go nigdzie przypasować, kolejny chłopiec o ciemnej karnacji, chyba najstarszy z całego towarzystwa i jeszcze jedna dziewczynka. Wśród partnerek piłkarzy zlokalizowałam jeszcze jedno maxi cosi.
Było coś w tym niesamowitego, że piłkarze, mimo że spędzają ze sobą dużo godzin w pracy to i jeszcze w swoim prywatnym znajdą czas do wspólnego świętowania. I to urodzin dziecka jednego z graczy. Trochę jak taka prawdziwa rodzina. Wcześniej bym nawet nie przypuszczała.

-Wszyscy! –powiedziała głośniej Lisa zwracając uwagę na siebie wszystkich gości. –To jest Rose, żona Marco, nie pomylić z André, rozumiem, że znaki wojenne mogą być łudząco podobne. –zażartowała z siniaków obu panów przez co na twarzach wszystkich pojawiło się rozbawienie. Nikt się o nic nie dopytywał, patrzyli się na mnie z ciekawością, jedni bardziej to ukrywali inni mniej. Czułam, że przed moim przybyciem mogłam być na językach towarzystwa. Jeśli Marco to wytłumaczył w miarę po ludzku to nie miałam nic przeciw.
-Znaaamy! –zaśmiała się Melisa, która siedziała na kolanach Marca obserwując poczynania swojej córki na kocyku. Poderwała się z miejsca i podbiegła do mnie uradowana. Od razu mnie przytuliła mocno ściskając. –Spokojnie, głowa do góry, nie zjedzą cię! –szepnęła mi do ucha dodając jednocześnie odwagi. Pociągnęła mnie za rękę na trawnik ogrodu i wręcz podbiegła do ludzi siedzących na ustawionych plastikowych krzesłach ogrodowych i leżakach. 

-Dobra, teraz zapamiętuj. –powiedziała stając za moimi plecami, o które się oparła. Zaczęła kolejno wskazywać poszczególne osoby palcem.
-To jest Ewa i Łukasz, mała Nel –wskazała na małą dziewczynkę, może troszkę starszą od Leo siedzącą na kolanach mamy  -A na kocu ich starsza córa-Sara.
Przywitaliśmy się podaniem dłoni. Potem poznałam jeszcze Alyshę i Aubę, który szarmancko ucałował mnie w rękę, a następnie roześmiał się tak głośno i w taki sposób, że i ja nie mogłam przestać się śmiać. Ten najstarszy chłopiec, którego widziałam na kocyku okazał się właśnie ich pociechą, mieli także drugiego synka-małego Pierre’a, który był naprawdę przeuroczy. Poznałam też Jenny i Marcela, a także Christinę i Matthiasa. Wszyscy wydawali się bardzo mili i serdeczni. Mario czuwał przy grillu z piwem w ręku i rozmawiał o czymś z Marco, na którego jednak nie zwracałam uwagi. Ann siedziała razem z Christiną i Jenny przeglądając coś w telefonie. Zaprosiła mnie do nich, jednak Melissa pociągnęła mnie dalej przedstawiając rodziców Romana i Lisy, brata Lisy, oraz ich psa-szczeniaka labradora-Charliego. Plątał się co chwila koło dzieciaków, potem wracał do swoich zabawek położonych koło wejścia do domu, skąd też wydobywała się muzyka.

-Gala, pamiętasz ciocię Rose?-zapytała z uśmiechem, kiedy podeszłyśmy do kocyka dzieciaków. Dziewczynka pokiwała z uśmiechem głową i pomachała mi rączką, a następnie wróciła zaabsorbowana do zabawy z chłopcem. Kiedy mały wstał z koca i ruszył przed siebie wołając „wujku” już wszystko było jasne skąd go znałam. Synek Yvonne.
Podbiegł do Marco, który ukucnął przy nim i zaczął go uważnie słuchać. Co jak co, ale to było urocze. Odsunął go od grilla, żeby nic złego się nie stało i podał rękę idąc przed siebie. Zbliżali się powoli w moją stronę. Widząc mnie, blondyn nachylił się do siostrzeńca i wskazał ręką na Lisę, do której powinien podejść. Malec pobiegł do niej z uśmiechem krzycząc głośno „ciociu Liso!”. Nie mogłam się nie uśmiechnąć. Był przeuroczy. 

-Cześć, fajnie, że przyszłaś.-powiedział podchodząc do mnie. Włożył nonszalancko ręce w kieszenie spodenek i przypatrywał mi się niczym zwierzęciu w zoo.
-Tak, też się cieszę. Nico jest uroczy.-wskazałam na malucha, który tłumaczył coś Lisie gestykulując żywo rączkami.
-Możemy pogadać?-zapytał kiwając jedynie głową na moje stwierdzenie odnośnie jego siostrzeńca.
-Chyba żartujesz, jesteśmy na imprezie twoich przyjaciół. –parsknęłam przewracając oczami i spojrzałam mu wreszcie w oczy. Przecież nie mogłam go aż tak unikać.
-Nie żartuję. To ty się nie odzywasz, nie odbierasz telefonów. Wysłałem ci kwiaty.
-Hmm.. Nie odbieram telefonów, nie odpisuje na smsy, nie dzwonię, nie wracam… Czekaj. Może to znaczy,  że jestem na ciebie zła i nie mam ochoty z tobą rozmawiać?
-Jak zwykle uciekasz od problemów?-zapytał marszcząc brwi
-Dalej będziesz na mnie naskakiwać? Naprawdę? Wypchaj się.
-To nie ja robię dziecinne podchody przychodząc tu z André. To słabe.
-Pozwól, że dopracuję mój słaby plan. –wyminęłam go bez słowa i skierowałam się do André, który siedział na fotelu koło Marca Bartry. Oparłam dłonie na jego ramionach i delikatnie je ścisnęłam. Czując się obserwowana przez Marco nachyliłam się do ucha blondyna, bardzo powoli i miałam nadzieję, że w miarę uwodzicielsko.

-Miałam nieprzyjemną wymianę zdań z Marco. Od zawsze był takim palantem?
-Nie okazywał tego zwykle.
-I on jeszcze ma pretensje do mnie! Nawet nie jest zazdrosny.
-Poważnie?-odwrócił się w moją stronę i zmarszczył brwi jakby nie wierząc w to co słyszy. –Zaradzimy. –uśmiechnął się szeroko. Podniósł się lekko z miejsca i złapał mnie w pasie podnosząc wysoko i posadził sobie na kolana. Oczywiście całemu podniesieniu towarzyszył mój przeraźliwy pisk. Tak reagowałam, kiedy ktoś tak znienacka podnosił mnie. Nie potrafiłam tego kontrolować.
-No, dobry ruch. –roześmiał się Marc. -Też bym cię wziął na nóżki ale Melissa, więc chyba to by nie przeszło. Nie jest tak efektowne jak z André.
-Jesteśmy efektowni?-zapytałam ze śmiechem
-No ba. –wzruszył ramionami blondyn stwierdzając oczywistość. –Czekaj, zrobimy sobie razem zdjęcie.
-To taki wyższy level bycia efektownym?
-Pewnie. –stwierdził i ustawił aparat w telefonie. Uśmiechnęłam się do zdjęcia, żeby wyszło ładne. Na drugim André postanowił mnie pocałować w policzek. Cóż, to też się doliczało do efektywności. Marc pokręcił głową udając dezaprobatę. 

-Rudy się wkurzy. Macie to zagwarantowane. –prychnął śmiejąc się –Chcecie coś do picia? Piwo?
-Ja niedługo będę jechać, więc podziękuję.
-Rose? Piwo czy prowadzisz?
-Nawet nie mam prawa jazdy. Może być piwo, najlepiej jakieś cytrynowe, i zimne.
-Fiu, księżniczka ma wymagania. –skomentował ze śmiechem Hiszpan –Zobaczymy, co da się zrobić.
Marc oddalił się do domu szukać dla mnie butelki piwa. Melissa podążyła za nim, żeby pomóc Lisie w przygotowywaniu jedzenia na grill. 

-Czuję się jakbym cię wykorzystywała. Przepraszam, wiesz, że nie chodzi mi o to…
-Wiem, mała.-przerwał mi i potarł dłonią moje ramię pocieszająco. –Nie wiem co w niego wstąpiło. Nie chciałem ci tego mówić, ale nie uważasz, że ten ślub trochę za wcześnie?
-Wyjdziemy na prostą, spokojnie. –zasępiłam się w Nico, który wracał na swój koc dzierżąc w ręku specjalny bidon dla dzieci z sokiem pomarańczowym. Uśmiechnęłam się na jego widok. Był naprawdę podobny do Yvonne, nawet po Marco też miał sporo. 

-Mam nadzieję. Może przez tą spinę z trenerem? Teraz jeszcze przez tą bójkę trafił na dywanik i znów…
-Macie problem z trenerem?
-Marco po prostu się nie dogaduje. Roman i kilku innych zawodników też. Trener jest specyficzną osobą. Można go lubić, można nie, ale szacunek trzeba mieć zawsze.
-To prawda.-westchnęłam. Chciałam, żeby Marco mówił mi co u niego się dzieje w pracy. To, że był na indywidualnych treningach to jeszcze nie było wystarczająco. Mieliśmy się też przyjaźnić, a przyjaciele przecież mówią sobie co u nich w pracy albo cokolwiek innego. I właśnie siedząc na kolanach, możliwe, że chwilowo największego wroga mojego męża, zdałam sobie sprawę jak bardzo tęsknię za Marco. I jak bardzo mi go brakowało. Jego spojrzenia, dotyku, ust… Byłam beznadziejna, nie umiałam mu się postawić, być na niego zła. Chciałam, żeby poniósł konsekwencje, żeby zrozumiał, że to co robił było złe. Przecież taki był cel tego całego małżeństwa. Mieliśmy się uczyć. A na razie nauczyłam się tego, że jak jakiś facet mi się spodoba i zauroczy to nie umiem się na niego długo gniewać. Roman razem z Lisą i Melissą znieśli tace z mięsem i warzywami na grilla. Już miałam na nie chrapkę. 

-Będę się musiał zbierać zaraz, bo nie zdążę na kontrolę.
-Och, faktycznie mówiłeś.
-Pożegnam się z Romkiem i Lisą. Zeskakuj, ciężka kobieto. –zaśmiał się łapiąc mnie w talii i przeniósł na krzesło, na którym siedział kilka chwil temu Marc. Właśnie, gdzie moje piwo? Czekałam aż André skończy żegnać się z małżeństwem, żeby samej móc go uściskać. Kiedy blondyn wracał w moją stronę akurat wrócił Marc trzymając w rękach dwie otwarte butelki piw.

-Wymagania księżniczki spełnione?-zapytałam śmiejąc się i wystawiłam rękę po mój napój.
-Oby. –odpowiedział z uśmiechem – Czekaj, weź na chwilę wstań! –powiedział szybko marszcząc brwi. Podniosłam się z miejsca stając koło piłkarza. On szybko wyminął mnie i zajął swoje dawne miejsce.
-O nie! Co za… -roześmiałam się. Naprawdę dałam się na to nabrać?
-Cóż. –wzruszył ramionami i upił łyk piwa.
Pokręciłam głową niedowierzając i odwróciłam się do André, który jeszcze przybijał piątkę z Aubą i jego synem.
Poczekałam na blondyna i razem poszliśmy na stronę, na taras ogrodu. Stanęliśmy naprzeciwko siebie. Nie czekając na jego „cześć” po prostu go przytuliłam. I nie ze względu na Marco. Po prostu za to, że przy mnie był.

-Cieszę się, że przyjechałeś tu ze mną. A jednocześnie jest mi głupio. To nie był mój pomysł, ja…
-A teraz posłuchaj. Jestem twoim przyjacielem i zawsze możesz na mnie liczyć. Sam chciałem się odegrać jakoś po cichu na Reusie, a plan Ann to dobry plan.
-Dziękuję.
-Nie masz za co, to ja przepraszam, że nie mogę dotrzymać ci dłużej towarzystwa. Naprawdę nie mogę tego przełożyć. Mogę przyjechać potem po ciebie…
-Zabiorę się z Ann i Mario. Ale umówimy się jeszcze na trochę dłużej, w porządku?
-Jak najlepszym. To jesteśmy umówieni. –uśmiechnął się szczerze i pocałował mnie w policzek głośno cmokając. –He, musiałem. –roześmiał się cicho i wszedł do domu pozostawiając mnie roześmianą w przejściu. 
Upiłam łyk mojego piwa i rozejrzałam się po ogrodzie do kogo mogłabym podejść. Mario rozmawiał cały czas z Marco, cóż, będę musiała go wziąć na spytki, czy jemu coś udało się mu przemówić, czy lepiej mój dziecinny sposób na niego poskutkuje. Ann rozmawiała cały czas z Jenny i Christiną, dosiadła się do nich Alysha z synkiem na kolanach, który zajęty był swoją zabawką. Tym razem postanowiłam do nich dołączyć. 

-Hej, jest jeszcze miejsce?-zapytałam podchodząc do dziewczyn i rozglądając się za jakimś krzesłem, które mogłabym sobie przywłaszczyć.
-Weź leżak Pierre’a. –powiedziała uśmiechając się z sympatią do mnie czarnowłosa -W sumie to miał być leżak dla mnie, ale sobie go przywłaszczył…
-Nie mieszaj mojej Rose do twoich porachunków!-broniła mnie Ann śmiejąc się głośno. Christina parsknęła pod nosem i zachichotała cicho.
-..No chyba ty!-odparowała zanosząc się jeszcze większym śmiechem żona Auby, co zupełnie nas wszystkich rozbroiło.
-Jeszcze dobre jest „twoja stara”, Al. Riposta na poziomie twojej ale też na wszystko działa.-stwierdził Marcel, który najwyraźniej musiał przysłuchiwać się naszej rozmowie. Alysha kiwnęła głową na znak, że zapamięta i puściła oko blondynowi.
-Idę po ten leżak. –westchnęłam oddając Ann moją butelkę, żebym mogła w spokoju przenieść krzesło. Ustawiłam je koło Christiny. Akurat w tym momencie dotarł do moich nozdrzy zapach grillowanej karkówki i papryki. Mój brzuch zaczął dawać o sobie znać cichym burczeniem. No cóż, zostało mi cierpliwie czekać popijając zimne piwo, które było moim wybawieniem przed dzisiejszym upałem. Tak, jak wrzesień nie był nigdy ciepły, tak w tym roku czasem zachowywał się jakby był sierpniem. Niektóre dni były wręcz potworne, wietrzne i deszczowe jednak taki jak dziś… Było cudownie. Mogłam założyć krótkie spodenki, podkoszulkę i sandałki pożyczone od Ann. Zapomniałam się posmarować kremem z filtrem przed wyjściem z domu. Obawiałam się, że tu właśnie popełniłam błąd a moje ramiona jutro będą błagać o lód i kremy łagodzące. Ale to jutro. Dziś mogłam się bezkarnie opalać. 

-Właściwie..-zaczęłam zsuwając delikatnie okulary z oczu. –Co jest z tą dietą?
-Nie obowiązuje, jak widać.-odpowiedziała mi ze śmiechem Christina.
-Nie no, nie jest tak, że zawsze tak jedzą. Ale jak są okazje jak dzisiaj to nie mają zahamowań -dodała Jenny. A więc to tak.
-Jutro trening. –dodała Ann –Będą spalać.
-A ja będę leżeć na balkonie i tyć. O tak. –westchnęłam. Chciałam zacząć ćwiczyć. Chciałam, naprawdę. Ale problemy z Marco, trzeba też potowarzyszyć Ann, André, wyprowadzić Mase. Regularne ćwiczenie nie jest możli…
-Jutro idziemy na siłownię. –odezwała się Ann ochoczo a na jej usta wkradł się duży uśmiech.
-Że do mnie to mówiłaś?
-Tak, tak dokładnie. – odpowiedziała mi wyszczerzając ząbki i z powrotem skierowała się twarzą do słońca.
-Ale żeby tak od razu na siłownię?
-Coś mówiłaś? Nie słyszałam.
Argument przywołujący mój brak odpowiedniego stroju i tak by się spalił na panewce, Ann ma ich wystarczająco dużo, a rozmiarem też się nie wykręcę. Czyli siłownia. Dzisiaj musiałam posłuchać serca, z resztą..rozumu też. Musiałam się objeść aż nadto. A to wcale nie takie skomplikowane.


***


Jedzenie było naprawdę pyszne. Roman z Mario, Marco i Łukaszem znieśli duży stół ogrodowy z krzesłami, przy którym zmieściliśmy się wszyscy. Ustawili go w cieniu rzucanym przez dom, także nie piekliśmy się dalej na słońcu. Dzieciaki, poza Curtysem, synem Aubameyanga siedziały na kolanach swoich rodziców. Naprzeciwko mnie siedział Marco na kolanach z Nico. Mały sobie radził, trzeba było mu to przyznać. Miał wszystko już pokrojone i sprawnie pałaszował wszystko widelcem. Co jakiś czas spoglądał na mnie ciekawskim wzrokiem, jednak się nie odzywał. Uśmiechałam się zawsze do niego zastanawiając się, czy wie, że jestem żoną jego wujka. Może lepiej i dla niego by było, gdyby znał wersję z przyjaciółką, albo znajomą..co najwyżej dziewczyną. Jeszcze by się przywiązał a po rozwodzie by się na nim to odbiło.
Potem był przepiękny tort. Śmietanowo-jagodowy z ozdobami w kształcie wózka i błękitnego misia. Był niebiańsko pyszny, a ja nie miałam odwagi w towarzystwie sportowców i jako żona jednego z nich prosić o dokładkę.
Po jedzeniu długo rozmawialiśmy razem. Dzieciaki w tym czasie też poszły tańczyć do muzyki. Wyglądali naprawdę pociesznie.
Pierwsi musieli uciekać Łukasz z Ewą, których mała córcia dawała już we znaki. Cieszyłam się, że mogłam poznać tutaj tylu ludzi. Zawsze trzymałam się na uboczu, cicha, nieśmiała… A tu od razu jakby skok na głęboką wodę. Nagle siedzę w gronie tak naprawdę obcych mi osób, jako żona Marco Reusa na dziwnym układzie i nie boję się. Ani przed ocenianiem mnie ani niczym innym. I to uczucie było dobre.
Pomogłam Lisie poznosić wszystkie talerze do kuchni. Mały jubilat zaczął zasypiać na rękach u swojego taty. Roman przeprosił wszystkich znajomych i udał się ze swoim synkiem do jego pokoiku.
Też powoli zbierała się Christina z Matthiasem i Jenny z Marcelem. Nico jeszcze bawił się z dzieciakami Auby i rysowali coś przy stoliczku dziecięcym. Szukałam Ann i Mario, żeby zapytać kiedy mają w planach jechać. Prawie tak jak w filmach, kiedy szłam wpadłam na Marco. Prosto na jego tors. Złapał mnie za ramiona asekurując, żebym nie upadła. 

-Dzięki.-szepnęłam trochę za długo patrzeć w jego oczy. Rose. Ogarnij się.
-Rose, przejdziemy się?
-Ale ja miałam wracać z Mario i Ann, nie wiem czy już chcą wracać…
-Spokojnie, rozmawiałem przed chwilą z nimi. Zostaną jeszcze chwilę, najwyżej się zabierzesz ze mną i Nico.
-W porządku.-westchnęłam. Nie umiałam się kłócić, gniewać i nie odzywać w nieskończoność. Jeśli ten jego spacer miał być planem na skuteczne przeprosiny, proszę bardzo.
Wyszliśmy z domu małżeństwa i ruszyliśmy drogą wzdłuż reszty domów jednorodzinnych. Wsunęłam na oczy okulary przeciwsłoneczne, słońce nie ustępowało.

-Tu za chwilę jest mały park, usiądziemy gdzieś w cieniu.
-W porządku. –stwierdziłam. Na mojej dłoni poczułam delikatny dotyk jego. Jakby chwilę zastanawiał się czy powinien mnie złapać za rękę. Nasze kostki i palce co jakiś czas się o siebie zderzały. Delikatnie jednak zdecydował się spleść nasze palce. Na jego usta wkradł się delikatny uśmiech. Moje serce od razu zaczęło szybciej bić. Chciałam się do niego przytulić, tak bardzo chciałam. A jednocześnie byłam na niego tak zła i wściekła…
Usiedliśmy na ławce pod drzewem. Zabrałam moją dłoń z jego uścisku. Zerwał się wiatr, a mnie przeszły ciarki. Nawet nie zauważyłam, kiedy słońce zaszło chmurami. Tylko nie deszcz i powtórka z wczoraj. To nie miało prawa tak się skończyć.

-Przepraszam, Rose. To jak się zachowałem wtedy. To było bardzo nie na miejscu i wiem, że mogło cię to dotknąć. Z resztą, co ja gadam, na pewno dotknęło. Nie wiem co mam zrobić, żebyś mi wybaczyła.
-To będzie trudne.
-Będę się starał i naprawdę zrobię wszystko, żeby cię odzyskać, żebyś wróciła do mnie. Bo mi cię brakuje.
-Ale to, że zasypiesz mieszkanie Mario kwiatami i wyślesz liściki, niczego nie zmieni. Poza tym nie tylko o temat tamtego mi chodzi.
-To znaczy?
-Scarlett. Obiecywałeś mi, że ona już nie będzie się mieszać do naszego życia. Tym czasem zaraz po kłótni widzę cię z nią w sklepie zadowolony, spędzasz super czas ze swoją byłą noszącego jej siateczki.
-Spotkaliśmy się przypadkowo, zaczęliśmy rozmawiać co u nas. Opowiedziałem jej o tobie.
-Super! Mam ci podziękować?-zapytałam przewracając oczami i wstałam z ławki. Poczułam pierwsze krople deszczu na moim nosie. Super!
-To nie tak… Ona nie jest zła, gratulowała nam, podpowiedziała mi, żebym ci kupił kwiaty.
-A, to jednak jej mam podziękować. Sorry ale nie. Jeśli to wszystko to wracam.
-Rose, proszę..
-Już lepiej nic nie mów. Nie wychodzi ci to. –powiedziałam i ruszyłam przed siebie nie zwracając uwagi na coraz mocniej padający deszcz. W oddali usłyszałam grzmot. O nie. Tylko nie burza.
Nie zaszłam aż tak daleko, kiedy poczułam jak jestem ciągnięta do tyłu. Znów wpadłam w jego ramiona, Marco zaczął mnie namiętnie całować przyciągając mocno do siebie. Nie wiedziałam co mam robić. Byłam zszokowana, a taki pocałunek był ostatnim czego się po nim spodziewałam. Wolno zaczęłam oddawać jego pocałunki. Zarzuciłam ręce na jego szyję, a on sam zaczął zsuwać dłonie na moje pośladki. 
-Co my robimy?-zapytałam cicho nie odsuwając się ani na krok od niego. Czułam jak moja koszulka przemaka i zaczyna kleić się do pleców. Jego ciepły oddech muskał moją brodę. Nie otwierałam oczu, jedynie stałam zastygnięta z rozchylonymi ustami.
-Całujemy się w deszczu. To podobno romantyczne. –odpowiedział mi i znów zaczął całować, z ogromną pasją i czułością. Uśmiechnęłam się delikatnie i pogłębiłam pocałunek. Wraca mój Marco, ten za którym część mnie strasznie tęskniłam. To był właśnie ten.
Mój oddech był urywany. Otworzyłam oczy i spojrzałam na niego. Obserwował mnie, jego usta były wykrzywione w lekkim uśmiechu.
-Jednak romanse nie są przereklamowane. To fajne uczucie. –zaśmiał się a potem złapał mnie za rękę i pociągnął w kierunku domu Lisy i Romana rzucając się biegiem. Deszcz coraz mocniej przybierał na sile a my biegliśmy jak dzieciaki. Stawiałam, że na miejscu oboje będziemy cali przemoknięci. Ale to nic. Miałam nową nadzieję, że wszystko jeszcze będzie dobrze. A do sprawy ze Scarlett… Nie wiedziałam, czy to dobrze, czy nie ale ufałam mu. Chciałam mojego Marco i to jak najszybciej. 







 ~~~
Dziękuję za wszystkie komentarze!..To jest jednak coś bezcennego💝 Dzisiaj znów dłuuugi rozdział, a ja muszę złapać gdzieś wenę, bo mi kompletnie wszystko ucieka..
Wspaniałej soboty wszystkim!



sobota, 8 lipca 2017

Dwadzieścia jeden




Powietrze w klubie było ciężkie i wilgotne. Specjalne urządzenia wytwarzały charakterystyczną parę, przez którą przebijały się różnokolorowe słupy świateł. Dużo młodych ludzi, studentów korzystało z rozpoczynającego się weekendu a zarazem dla niektórych ostatnich dni wakacji i beztroskiego leniuchowania. Barman już powoli nie dawał rady z wykonywaniem wszystkich zamówień, a jego towarzyszka zmiany nie przejmowała się tym. Była zajęta nowo poznanym brunetem, który nie odstępował jej sztucznych piersi ani na krok. Wbrew moim przypuszczeniom Ann była tu zupełnie nierozpoznawalna, mogła w spokoju cieszyć się anonimowością. Specjalnie wybrałyśmy nie aż tak popularne miejsce na zabawy dla WAG’s i znanych ludzi.
Modelka w swojej asymetrycznej, czarnej sukience przecisnęła się przez roztańczony tłum i westchnęła teatralnie dumna z siebie, że uporała się z tak ciężkim zadaniem. Dzierżyła w rękach dwa Cosmpolitany, z czego jeden trafił do moich rąk.
Posyłając do siebie uśmiechy uniosłyśmy wysokie kieliszki w celu wzniesienia toastu.
Jako pierwsza zauważyłam szukającą nas w tłumie Yvonne, z którą się umówiłyśmy na dzisiejszy wieczór. Zadzwoniłam do niej chcąc wyjaśnić sytuację z poprzedniej nocy, w końcu i ona była zamieszana w moje poszukiwania. Wtedy zupełnie mi wyleciało z głowy, by ją poinformować, że wszystko było ze mną w jak najlepszym porządku.

-Przepraszam za spóźnienie, ale Nico miał swoje wybitne humorki. Bunt trzylatka.. –powiedziała głośniej przekrzykując muzykę.
-Nie szkodzi. Liczy się, że jesteś! –uśmiechnęła się Ann i uściskała ją na powitanie. Ja zaraz potem uśmiechając się szczerze. Było mi głupio, że siostra Marco została wmieszana w nasze problemy i przez to jej relacja z bratem się lekko ochłodziła, jednak obiecałam Ann, że ten wieczór ma być pełen dobrej zabawy i żadnych zmartwień.  
We trójkę przeszłyśmy naokoło do baru, by znów zamówić to samo. Kiedy stawiałam torebkę na blacie poczułam już kolejny raz dzisiejszego wieczora wibracje mojego telefonu.
Dziewczyna Mario jakby wywnioskowała po mojej minie co jest grane.

-Nieźle, nie poddaje się chłopak. –stwierdziła z przekąsem, a potem zamoczyła usta w nowym drinku.
-Mój brat? A niech dzwoni. –zawtórowała jej Yv, a ja próbowałam mieć takie nastawienie jak one. Może i byłam za dobra, może i nie powinnam była się nim przejmować, zwłaszcza w tej sytuacji. Wypiłam swojego drinka za jednym razem i poprosiłam o kolejne napełnienie kieliszka.

-Muszę do toalety. –powiedziała modelka. No to ruszyłyśmy razem. Kolejne przeciskanie się przez ludzi. Moje nogi powoli wystawiały białą flagę dla niebotycznie wysokich sandałków Ann.
Razem z Yvonne stanęłyśmy na uboczu opierając się o chłodną ścianę i obserwowałyśmy tańczących ludzi. Dokończyłam trzeci drink i w spokoju czekałam na efekty, żeby móc bez poczucia winy oddać się tańcu z byle jakimi chłopakami.
 Kiedy Ann już wróciła miała bardzo uśmiechniętą minę. Chytrze uśmiechniętą.

-Co jest?-roześmiała się widząc ją Yvonne i założyła ręce próbując ją rozgryźć.
-Mam pomysł. Czy Marco dalej ci robi z torebki wibrator?-zapytała chichocząc, choć dałabym sobie uciąć rękę, że jest jeszcze trzeźwa na umyśle.
-No można tak ująć. –przytaknęłam. Ta jeszcze bardziej się ożywiła i zabrała mi z rąk torebkę i wyjęła mój telefon. Mała lampka świecąca się na zielono sygnalizowała, że czeka już na mnie sterta nieodebranych połączeń.
We trzy czekałyśmy aż mój telefon się zaświeci pokazując przepełnione do przesady słodkością zdjęcie przedstawiające mnie i Marco w tańcu na plaży z dnia naszego ślubu. Oczywiście kiedy już się pojawiło mimo głośnej muzyki dobiegło do moich uszu westchnienie Yvonne, która jeszcze nie widziała zbyt wielu naszych wspólnych zdjęć.

-Sza!- uciszyła nas Ann i odebrała po chwili połączenie. Przyłożyła wolno telefon do ucha tak, żeby pewnie słyszał grającą w tle muzykę.
Yvonne podeszła z uśmiechem do mnie czując, że coś się kroi.

-Tu nie Rose, tu Ann. –powiedziała na wstępie brunetka z czystym spokojem mówiąc jednak odrobinkę za głośno. –Rose pieprzy się od kwadransa w łazience. Przekazać coś? –dodała dając później chwilę Marco, żeby zrozumiał to co usłyszał, po czym nie czekając na jego odpowiedź rozłączyła połączenie. Roześmiała się, a wtórująca jej Yvonne zabrała jej telefon z ręki i go szybko wyłączyła.
-Jesteście straszne.-stwierdziłam
-Przecież Ann jest pijana, nie wie co mówi. Marco trochę ciśnienie poskacze, czasem to potrzebne.-wyjaśniła druga. Brakowało jej jedynie małych, migających, czerwonych różków na głowie.
-O! Dzwoni do mnie! –roześmiała się jeszcze głośniej Ann wyjmując ze swojej torebki telefon i spojrzała z chytrością na dzwoniące urządzenie.

-Żeby tylko nie zaczynał nas szukać. –uprzedziła Yvonne, nim ta odebrała.
Ann przyłożyła telefon do ucha i chwilę słuchała zapewne zdenerwowanego Reusa. Zaczęła udawać, że ziewa, czym naprawdę udało jej się mnie rozbawić.
-Oj, spokojne. Troszkę za dużo wypiłam. Miało być, że pindrzy się w łazience. Już chyba wychodzi, więc kończę. Na razie! –zakończyła śpiewnym głosem i znów się rozłączyła.

-Uwielbiam cię. –nie mogłam przestać się śmiać i mocno przytuliłam brunetkę.
-Idziemy tańczyć! –zarządziła siostra mojego męża i razem w wybornych nastrojach ruszyłyśmy na parkiet.

Do pełni szczęścia okazało się, że potrzeba mi jedynie było jeszcze jednego Cosmopolitana. Wszystkie blokady puściły, a ja zostawiając wcześniej torebkę za barem pod opieką barmana oddałam się tańcu. Już nawet nie przeszkadzały mi szpilki. Kręciłam biodrami w rytm muzyki. Rozkloszowana, czarna spódnica wirowała podczas obrotów. DJ zaczął grać latynoskie rytmy, które zwykle nie miały na mnie większego wpływu, jednak teraz jeszcze bardziej mi wpadły w ucho. Na parkiecie spędziłam naprawdę dużo czasu, a czas odszedł na boczny tor. Nawet znalazłyśmy się razem z Ann i Yvonne i przez pewien czas tańczyłyśmy same we trójkę śmiejąc się. 
W tym momencie nie było mojego męża, André i żadnych innych problemów. Bałam się stawić temu wszystkiemu czoła. Nie chciałam wracać do ostatnich wydarzeń z Marco. Z jednej strony nie chciałam już go nigdy więcej widzieć, z drugiej chciałam się dowiedzieć, co było nie tak, co go bolało. Co mogło się stać, że tak się zmienił.

Udało mi się pod nieuwagę towarzyszek wymknąć przed klub i tam zahaczyć dziewczyny, które miały papierosy. Podziękowałam jednej z nich, a od jej przyjaciółki pożyczyłam zapalniczkę i mogłam po naprawdę długim czasie uraczyć się dymem. Co prawda palenie nie było moim uzależnieniem ale w kryzysowych sytuacjach niestety do niego uciekałam. A przy moim mężu obawiałam się, że niestety poważny nałóg mi groził. I na nic mi będzie jego gadanie. Jak wtedy, na wzgórzu,..kiedy się spotkaliśmy. Jaki był wtedy? Jak się zachowywał?


W tańcu przeniosłam się w ręce kolejnego partnera. Z głośników popłynęła wolniejsza piosenka, przez co zostałam przyciągnięta bliżej do ciała mężczyzny, choć ten był sporo niższy od Marco, przez co byliśmy prawie na równi ze sobą. Nawet nie zauważyłam momentu, kiedy poczułam, jak jego ręce znalazły się odrobinę niżej, jednak za sprawą czynników niezależnych ode mnie nie sprawiało mi to problemu, nawet nie było mi niezręcznie. Przetańczyliśmy tak prawie całą piosenkę, jednak przeszkodziła nam Ann, która delikatnie pociągnęła mnie na bok. Mężczyzna jakby się ożywił i spojrzał na nas zaskoczony.

-Idziesz? Myślałem, że pojedziemy do mnie..
-Przykro mi! –zachichotałam lekko pijana i wzruszyłam przepraszająco ramionami.
-Może z koleżanką?
-Ta pani ma męża, drogi chłopcze. A z moim to lepiej nie chcesz stanąć w szranki. –stwierdziła stanowczo Ann i pociągnęła mnie mocniej, że omal nie przewróciłam się na tańczącą obok parę. Świat troszkę zaszedł mi mgłą, przez co musiałam zmrużyć oczy, żeby obraz trochę się ustabilizował.
Uwiesiłam się na ramieniu modelki i z trudem stawiałam krok za krokiem.

-Wracamy już?-zapytałam z trudnością. Jeny, naprawdę się upiłam?
-Tak, Mario czeka pod klubem. Yvonne już jest z nim. –odpowiedziała ze spokojem i pociągnęła mnie prosto do wyjścia.
-Czczczz..ekaj!-powiedziałam dość za głośno, kiedy znalazłyśmy się na powietrzu.
-No?-zapytała rozbawiona widząc mnie w stanie, w którym nawet sobie nie wyobrażałam, że mogę być.
-Torebka. Barman.
-Już jest w samochodzie. No chodź, chodź.

Przeszłyśmy przez parking delikatnie się chwiejąc, aż w końcu zobaczyłam opierającego się o swój samochód Mario z założoną śmieszną czapeczką. Z takim daszkiem i taką czerwoną krową na niej. Pocieszna, naprawdę. Podbiegłam do niego ciesząc się, że po mnie przyjechał. Niestety nogi odmówiły mi posłuszeństwa i potknęłam się wpadając prosto na niego.

-Ooo, ktoś tu napił się za dużo soku z gumijagód. –roześmiał się brunet łapiąc mnie w pasie. Zarzuciłam ręce na jego szyję i pocałowała go w policzek. Znaczy, bardziej go obśliniłam niż złożyłam pełny gracji pocałunek. Na szczęście on tylko się uśmiechnął i tuląc mnie podniósł z ziemi i włożył na przednie siedzenie samochodu. Dalej mnie kochał. Drzwi samochodu głośno huknęły zamykając się i ruszyliśmy spod klubu.

-Jedziemy najpierw do Yvonne, w porządku Rose?
Mruknęłam pod nosem wygodnie poprawiając się na siedzeniu. Było mięciutkie jak tors Marco, na którym leżałam na plaży jak… nie ważne z resztą. Przecież Marco był głupi.



***


Rano obudził mnie intensywny zapach omletów. Pociągnęłam mocniej nosem. Tak, to były zdecydowanie omlety i świeżo wyciskany sok. Czułam lekkiego kaca, jednak nie było zupełnej tragedii. Słyszałam też przyciszone głosy Ann i Mario, którzy nie chcąc mnie budzić zawzięcie o czymś dyskutowali. Nie miałam siły zejść z kanapy. Przekręciłam się na bok delikatnie otwierając oczy. Zamknęłam je jednak po chwili, kiedy prosto na nie poświeciło intensywne światło. Mruknęłam pod nosem i nakryłam się mocniej cieniutką kołderką.

-Oo, ktoś tu się obudził!-usłyszałam rozweselony głos Mario. Chwilę później głośne szuranie jego kapci, na koniec ugięła się koło mnie poduszka kanapy a kilka kosmyków włosów zostało pociągniętych jak u lalki.
-Mario..-wycharczałam do poduszki nie chcąc się podnieść.
-Masz siano na głowie. Koń Scarlett by je zjadł.
-Mario!-z kuchni dobiegł niezadowolony głos Ann.
-Oj co, mówię tylko. –bronił się piłkarz i po chwili dał mi już święty spokój schodząc z mojego tymczasowego łóżka. Cudownie. Dźwięk szurania jego kapci cichł, co znaczy, że się oddalił na bezpieczny dla mnie obszar. Oczywiście równało to się dla mnie z beztroskim leżakowaniem.

Mój krzyk przeszył całe mieszkanie, kiedy brunet cichaczem wrzucił mi pod kołdrę Mase. W jednej chwili naprawdę zaczęłam sobie przypominać ze studiów różne sposoby dokonywania zabójstw. Chyba jeszcze nigdy w życiu tak szybko nie wyskoczyłam z łóżka.

-Jak ty mnie wystraszyłeś!-pisnęłam podchodząc do niego i zaczęłam udawać, że go duszę. Mario uśmiechnął się i schylając lekko podniósł mnie za uda i zaniósł prosto do kuchni, gdzie Ann kończyła przygotowywanie posiłku.

-Adrenalina z rana zawsze jest dobra. Ciesz się, że byłem już z nią na spacerze.
-Nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę. Jak mi się chce pić!
-Myślałem, że będziesz miała kaca a ty jeszcze chcesz pić? Rose-Terminator!
-Wody! Soku, herbaty… Czegokolwiek co nie ma w sobie alkoholu. Przesadziłam chyba wczoraj odrobinę.
-Odrobinę.-roześmiała się modelka i postawiła przede mną przepysznie wyglądający  warzywny omlet z jajkiem sadzonym i awokado. Wyjęła też z lodówki sok pomarańczowy. W porę.

-Przesadziłaś to ty z papierosami, moja panno. –stwierdził już poważniej piłkarz odbierając od swojej partnerki śniadanie i usiadł obok mnie.
-Ale jak.. Skąd wiesz?
-Czuć było. Ubrania. Poza tym, nie zaprzeczyłaś.
-Ehh… To wyjątkowa sytuacja.
-Oj, nie. –ciągnął swoje –Na takie dziadostwo nie ma wyjątkowych sytuacji.
-Spokojnie, nie jestem uzależniona.
-A jak się zdenerwujesz to co? Od razu sięgasz. To jest uzależnienie.
-To nie można mnie denerwować.
-Nie można to palić jeśli chcesz się kiedykolwiek ze mną publicznie pokazać. Ja z palaczami się nie zadaję.-stwierdził zakładając ręce niczym obrażone małe dziecko.
-To się nie zadawaj.
-W porządku.
-Za bardzo mnie kochasz, żeby przestać się ze mną zadawać, moja drożdżóweczko. –uśmiechnęłam się krojąc kawałek placka. Z ust Ann wydostał się donośny śmiech.
-Czyli jednak przyznajesz, że jesteś palaczką.
-Oh, proszę! –przewróciłam oczami spoglądając na bruneta błagalnie.
-Dobra, dobra. To był ostatni raz. A jak jeszcze raz zobaczę, o cię zamykam na odwyku, jasne?
-Jak frytki. –przytaknęłam kiwając głową. Proste do wykonania. Stawiałam czoła trudniejszym rzeczom.

Zjedliśmy śniadanie w wesołych nastrojach, choć cały czas miałam wrażenie, że było coś na rzeczy. Od czasu do czasu Ann z Mario wymieniali się spojrzeniami świadczącymi, że coś naprawdę ich niepokoiło. Nie wiedziałam, o co mogło chodzić. W końcu para przecież też mogła mieć swoje własne, prywatne sprawy, o których nie musiałam wiedzieć. Jednak znałam też siebie, i wiedziałam, że moja ciekawość każe mi wywęszyć całą sprawę. Pomogłam modelce powkładać naczynia na miejsce i poszłam do salonu dołączyć do piłkarza. On właśnie włączał laptopa na swoich kolanach i zaczął coś wpisywać w wyszukiwarkę. Stanęłam obok niego i zaczęłam składać w kosteczkę swoją pościel.

-Mario. –zaczęłam przysiadając się na oparciu kanapy. On nawet nie spojrzał na mnie tylko zawzięcie coś czytał. Nachyliłam się delikatnie, jednak on nagle przypomniał sobie o moim istnieniu i odwrócił laptopa uniemożliwiając mi zobaczenia czegokolwiek. Zaczesałam opadające włosy za ucho i usiadłam bliżej bruneta.

-Co się dzieje? Coś się złego stało?-zapytałam lekko speszona. Mario nadal czytał artykuł jednak na chwilę wyjrzał zza ekranu obdarzając mnie chwilowym, nic nie zdradzającym spojrzeniem.
-Zależy dla kogo…-mruknął niezadowolony i wrócił do czytania.
-To znaczy? Ja, ty, Ann, Marco, André, Marc Bartra…
-No, wymieniaj, wymieniaj. Zobaczymy ile piłkarzy znasz.
-To w sumie wszyscy. –zaśmiałam się. Borusia chyba liczyła trochę więcej osób. –Znam jeszcze Melissę i małą Galę, jeśli to się liczy. I Yvonne.
-I Scarlett. –dodał z rozbawieniem brunet, a jego powaga sprzed chwili zniknęła. Widać miał ubaw życia.
-Mario!-znów krzyknęła Ann z końca mieszkania. De ja vu. Całą trójką się roześmialiśmy.
-Zamieniłyśmy tylko dwa słowa. To żadna znajomość.
-Ale ona cię zna. A ty ją. I.. –naigrywał się dalej, jednak widząc moją naburmuszoną minę posłał mi w powietrzu buziaka.
-Pokaż już lepiej co masz. Widzę, że coś nie gra. –powiedziałam wskazując na laptopa.
-Nie wiem czy chcesz to widzieć. W sumie to nic się nie stało. –westchnął i odwrócił ekran w moją stronę. Artykuł zaczynał się od zdjęcia Marco i André, które rozcięte zostało czarnym piorunem. Zapowiadało się ciekawie.


„Marco Reus (26l.) i André Schürrle (25l.) uchodzili zawsze za dobrych przyjaciół, jednak jak donoszą informatorzy konflikt między nimi można wyczuć już od miesiąca. Plotki nigdy nie zostały potwierdzone, jednak obecne oświadczenie jakie wydała Borussia Dortmund może potwierdzać, że coś jest na rzeczy. Marco Reus dostał reprymendę od dyrektora klubu oraz karę pieniężną. Z naszych źródeł wiemy, że dwudziestosześciolatek miał być zawieszony, jednak fakt, że jest obecnie w trakcie rehabilitacji sprawia, że taki zabieg nie miałby sensu. Włodarze klubu za przyczynę ukarania utalentowanego piłkarza podają sprawy wewnętrzne, jednak André Schürrle podobno widziany był wczoraj z opatrzonym nosem w ciemnych okularach. Co mogło być przyczyną takiego zachowania? Na razie nie wiadomo, a agenci obu sportowców zachowują milczenie.”


Nie wierzyłam w to co czytam. Wstałam z kanapy i podeszłam do drzwi balkonowych. Gdyby nie Mario i to, że nie mam żadnej paczki papierosów zapaliłabym. Wiedziałam, że to prawda. Nie rozumiałam jednak, dlaczego Marco musi być tak głupi. Pobić niewinnego faceta… André nie może ponosić konsekwencji za to co czuje. A Marco nie ma prawa go bić. To wcale nie jest męskie i dzielne zachowanie. To żenujące. Musiałam wziąć kilka głębszych oddechów.

Weszłam do mieszkania i zaczęłam szukać mojego telefonu. Był jeszcze w kopertówce, wyłączony. Wiedziałam, że jak go włączę to mogła mnie przytłoczyć lawina sms’ów czy też powiadomień o nieodebranych połączeń.
Nie było jednak aż tak źle jak przypuszczałam. 10 połączeń. I to wszystko. Może zrozumiał, że lepiej by było, gdyby się nie odzywał. Nawet nie zastanawiając się wybrałam numer do André. Wyszłam znów na balkon pozostawiając Ann i Mario samych w salonie. Nie czekałam długo, aż blondyn odbierze. Usłyszałam jego ciepły głos, a na mojej twarzy zagościł uśmiech.

-Dzień dobry, Rose. Co u ciebie?
-André.. Tak mi przykro za to, co się stało. Nie będę cię przepraszać za Marco, bo to on cię uderzył ale ja czuję się też winna. To przeze mnie to wszystko. Jak się czujesz? Mogę ci jakoś pomóc?
-Nie miej sobie za złe. To w żadnym wypadku nie jest twoja wina. I nie czuj się tak. Ze mną w porządku. Nos jest złamany ale też wydobrzeje.
-Jest mi tak głupio za tą sytuację.
-Nie mów tak. Mam cię zabrać od Marco? Pójdziemy na spacer…
-Nie mieszkam teraz u Marco. Możemy się spotkać, ale masz czas jutro? Muszę trochę dzisiaj się zdystansować.
-Pewnie. Na spokojnie. Mamy czas.
-Trzymaj się, André. Zdrowiej.
-Taki mam zamiar, kochana. Do zobaczenia.
-Pa.


Przekraczając próg salonu od razu podeszła do mnie Ann i uspokajająco przytuliła. Pogłaskała mnie po plecach i posłała przemiły uśmiech.

-Jest dobrze, Ann. –powiedziałam próbując się samej przekonać co do swojej racji.
-On zrozumie. –pocieszyła mnie. –Zobaczy, że stracił kogoś ważnego.
-Nie wiem, ja raczej nie jestem dla niego ważna.
-Jesteś, Rose. Uwierz, że jesteś. –dołączył się Mario. –Zabieram ciebie i Ann na miasto, musisz się czegoś nauczyć o Borussii. Tylko najpierw się umyj, bo śmierdzisz a twoje włosy jadą papierosami.
-Jak zawsze subtelny i szarmancki. –roześmiałam się pod nosem i poczochrałam go po włosach. –To idę do łazienki.
-Dzięki Bogu! –powiedział spoglądając w górę Mario. Ann uderzyła go łokciem w żebra sama też zanosząc się śmiechem. Za to ich uwielbiałam.



Zabrałam na przebranie materiałowe, luźne spodnie i białą bokserkę. Wrzesień, pogoda powoli się psuła.
Prysznic zdecydowanie mnie ożywił. Pożyczyłam od Ann świeżo pachnący szampon i owocowy żel do mycia. Ręczniki przygotowane były na pralce, jeden duży, kąpielowy, drugi mniejszy do włosów. Byłam wdzięczna Ann i Mario za taką pomoc i gościnę. Przebrałam się w przygotowane rzeczy i pomalowałam oczy swoim tuszem do rzęs. Do ust użyłam jedynie bezbarwny błyszczyk. Usłyszałam pukanie do drzwi.

-Taak?
-Tu Ann. Mogę odratować twoje włosy?
-Jasne, wchodź. –roześmiałam się, a już po chwili zostałam usadzona na brzegu wanny. Ann spryskała moje włosy odżywką i zaczęła je modelować prostownicą w delikatne fale.
-Jakie ty masz piękne włosy. To serio naturalny blond?
-Tak, po mamie. –uśmiechnęłam się na jej wspomnienie. –Była przepiękna. Chciałabym pójść w to miejsce, gdzie chodziłam jako mała dziewczynka.
-Możemy pojechać. W sobotę Mario ma mecz, ale w niedzielę, czemu nie.
-Nie, to niewielka okolica. Ludzie plotkują, a ja nie zamierzam się spotkać.. Z niektórymi osobami.
-Nie pozwolimy cię nikomu skrzywdzić. Możesz być tego pewna.
-Wiem, Ann. Nikomu nie ufam tak jak wam. Dziękuję, że przy mnie jesteście. –powiedziałam i odwróciłam się do modelki, która właśnie odkładała prostownicę na bok. Kiedy jednak na mnie spojrzała zobaczyłam łzy w jej oczach. Momentalnie ją przytuliłam. 
-Jesteś osobą, której nie da się nie kochać. Zawsze byłam trochę zazdrosna o jakieś inne dziewczyny, z którymi rozmawiał Mario.. Tymczasem wy macie taką relację… Jesteś częścią naszej rodziny. Na zawsze. Nie ważne co się stanie z tobą i Marco. Nie ważne, czy się rozstaniecie czy nie, nie ważne czy się pokłócicie. Jesteś i będziesz częścią naszej rodziny. Jeśli twój ojciec jest takim dupkiem, to mów spokojnie, że twój tata to Raimund Brömmel albo Jürgen Götze. Jesteś jedną z nas.
-Boże, Ann… -szepnęłam czując spływające łzy po policzkach. Byłam wzruszona, a moje serce dudniło jak szalone.
–Nie pozwolimy cię skrzywdzić. Niezależnie co było. Jesteś nasza. 
-Znamy się tak krótko.
-Miłość nie potrzebuje czasu, żeby zaistniała. A my z Mario cię kochamy.
-A ja was. –szepnęłam załamującym się głosem. –Cholera, Ann. Pomalowałam rzęsy.
-Smoky eyes są jeszcze w modzie.-uśmiechnęła się sama wycierając policzki wierzchem dłoni. Zrobiłam to samo.


-Rosann, chodźcie już, bo mi się nudzi!
Usłyszałyśmy z Ann głos Mario dobiegający z salonu. Roześmiałyśmy się obie. Ann nalała szybko mleczko do demakijażu na dwa waciki i wytarłyśmy sobie dolne powieki z rozmytego tuszu. Posłałyśmy to siebie szczere uśmiechy i wyszłyśmy razem z łazienki.

-Rosann? –zapytała modelka podchodząc do bruneta i musnęła czule jego usta.
-Taka sklejka waszych imion. Rosalie i Ann-Kathrin jest zbyt wymagające.-wzruszył ramionami posyłając do mnie rozbrajający uśmiech. Odpowiedziałam mu tym samym i niczym mała dziewczynka poszłam się do niego przytulić.
-Małe bubu, co ty znów ode mnie chcesz? –zaśmiał się ściskając mnie mocno, a nawet powiedziałabym lekko podduszając.
-Pójdziemy na lody?-zapytałam głosem małego dziecka i spojrzałam mu w oczy.
-Pytasz?
-Stwierdzam.-odpowiedziałam z wymalowanym uśmiechem.
-Moja krew. –rzekł dumnie i puścił mnie z uścisku.

Wzięliśmy kluczyki do samochodu. Ja zabrałam jeszcze z torby jeansową katanę w razie wiatru.
Na parkingu wsiedliśmy do samochodu Mario i ruszyliśmy do centrum Dortmundu. Tam skręciliśmy w stronę stadionu. Nie wiedziałam, gdzie nas zabiera ale cieszyłam się na nasz wspólny wypad. Zbliżając się do mniej więcej znanego mi miejsca Mario zwolnił samochód i otworzył swoją szybę. Wychylił się z uśmiechem i gwizdnął do jakiejś kobiety, która szła z małą siatką z zakupami.

-Pani mamuśka, może panią gdzieś podwieźć? Pani tak zgrabnie przebiera tymi nóżkami. –zawołał do niej. Ann też się uśmiechnęła. Przyjrzałam się kobiecie bardziej. Ubrana w krótkie spodenki, luźną koszulkę i białe koturny z plecionką na obcasie. Włosy miała długie, związane w wysokiego kucyka. Nie miała figury modelki ale i tak była bardzo zgrabna. Odwróciła się do samochodu i roześmiała perliście.

-Pan by lepiej popatrzył na swoje, a potem zajmował cudzymi!-zawołała do niego i podeszła bliżej krawężnika.
-Cóż za charakterek. Podobno jak kobieta jest pyskata za dnia znaczy, że w nocy mało krzyczy. –odparował jej. Nie mogłam już powstrzymywać śmiechu. Nie rozumiałam do końca tej sytuacji, jednak bawiła mnie wyjątkowo.

-Cóż za staromodne powiedzenie. Pan chyba też jest staromodny skoro nie zna różnych metod.
-Staromodny to jest pani mąż. Ile już mu stuknęło? Sześćdziesiąt trzy?
-Trzydzieści sześć, oj wypraszam sobie. –powiedziała z uśmiechem i podeszła do tylnych drzwi samochodu czekając aż jej otworzy. –Oferta aktualna czy rezygnuje pan z haremu w aucie?

Mario prychnął i odblokował drzwi. Kobieta otworzyła drzwi i najpierw wrzuciła swoją siatkę a potem zajęła miejsce obok mnie.
-O! –powiedziała zaskoczona widząc mnie na siedzeniu obok. Uśmiechnęła się niesamowicie przyjaźnie i podała mi rękę. –Cześć, jestem Lisa.
-Rose. –odpowiedziałam uśmiechając się i uścisnęłam jej dłoń. Blondynka pocałowała swoją rękę i pomachała nią w kierunku Ann.
-Cześć piękna. Cóż to za przejażdżka?-zapytała szybko zerkając na mnie z uśmiechem.
-Jedziemy pokazać Rose Borusseum i trochę ją wyedukować, piękna. –odpowiedział jej Mario. Nie wiedziałam skąd się znali, ale musiała to być dłuższa znajomość. Ann też nie wydawała się spięta ani zazdrosna, a wcześniej przecież mi wyznała, że taka bywa w towarzystwie innych kobiet. Lisa musiała należeć do tego grona zaufanych.

-Nie tutejsza?-zapytała mnie z ciekawością.
-Nie. Ale próbuję być.
-Na stałe w Dortmundzie?
-Lisa jest strasznie ciekawska. Ignoruj ją. –powiedział Mario rozglądając się na światłach.
-Ty tam kieruj, Bawarczyku. –odparowała moja rozmówczyni rozbawiona.
-Ała, cóż za obraza.
-Dom wariatów!-parsknęła Brömmel. Roześmialiśmy się całą czwórką.
-Na stałe. –przytaknęłam. –Bardzo mi się podoba to miasto.
-Lisa powiedz, czyją żoną jesteś. –znów przerwał nam Mario patrząc na mnie z kpiną przez lusterko.
-No… Romana.
-Rose lubi Romana, prawda, Rose?
-Śmieszne, Mario. –przewróciłam oczami. Ann widząc konsternację Lisy zaczęła zanosić się jeszcze głośniejszym śmiechem.
-A Papastatopulosa?
-A to imię czy nazwisko?-sama się roześmiałam słysząc dziwacznie brzmiące słowo. Ann dostała już padaczki a z jej ust zaczęły wydobywać się piski przypominające okres godowy orki.
-No… Ej. Bo on ma napisane na koszulce Sokratis. To to jest serio… Ee, nie. –zaczął myśleć głośno Mario. Wybrał po chwili numer w telefonie i włączył zestaw głośnomówiący. Chwilę później po samochodzie rozległ się męski głos.
-Ej, stary, powiedz mi, jak ty masz na imię? –zapytał bez powitania Mario. Śmiech Ann sięgał apogeum. Lisa otarła łezki z kącików oczy i sama zaczęła wachlować ręką modelkę siedzącą przed nią.
-Sorkratis.
-To na cholerę masz imię na koszulce?

Chwilę po wypowiedzianym pytaniu wszyscy  usłyszeliśmy głośne chrumknięcie przez śmiech Ann.

-Götze, co tam się dzieje?
-To tylko moja loszka. Nie przeszkadzam, papa.
-No na razie..

-O niee.. –roześmiałam się głośno i zakryłam oczy dłońmi.
-Götze, wygrałeś. –stwierdziła Lisa. Mario uśmiechnął się skromnie a po chwili już zaparkował pod dużym budynkiem. Próbowałam się uspokoić ale nie wychodziło mi to mając na uwadze rechoczącą Ann. Grunt to rodzinka.
Wysiedliśmy całą czwórką z auta. Byłam pełna podziwu dla budynku. Był masywny, przeszklony i dumnie prezentował logo klubu. Przed wejściem powiewały na wysokich masztach flagi.

-Wow. –powiedziałam tylko nie mając słów, by to opisać.
-No. –Mario stanął koło mnie i odwrócił się do Lisy. –Ona w ogóle nie czai piłki ani klubu, więc wiesz, uczymy nasze ufo życia na ziemi. –wytłumaczył jej.
-Ufo? Serio? –dopytałam się zakładając ręce na siebie.
-Ale jakie kochane ufo. –poprawił się i pocałował mnie w policzek.
-Nie podrywaj jej! –wtrąciła Lisa
-Widzisz Mario? Nie podrywaj mnie. –poparłam dziewczynę stając koło niej.
-Z babami.-mruknął pod nosem udając obrażonego.
-Coś mówiłeś?
-Nic, nic. –uśmiechnął się sztucznie i ruszył przed siebie.
-Oj kochaanie. –znów roześmiała się Ann i podbiegła do niego łapiąc za rękę.

Lisa z chęcią zgodziła się nam towarzyszyć w zwiedzaniu. Zdziwiłam się, kiedy przy wejściu zupełnie minęliśmy kasy, a żadna z kasjerek ani żaden z ochroniarzy nie zwrócił nam uwagi. W sumie, Mario był zawodnikiem Borussii. Z pewnością był trochę inaczej postrzegany. Zawodnicy przecież mieli pewnie w tym mieście specjalne chody. 
Zaczęliśmy od czasów, które przeszły do historii. Stare trykoty, odznaczenia, zdjęcia. Przeczytałam też historię klubu za czasów II wojny i zaczęłam rozumieć ogromne przykuwanie uwagi do kibiców. Mario miał rację mówiąc, że to oni stworzyli ten klub.
Zatrzymałam się na zdjęciu z 2012 roku. I nie mogłam znaleźć słów by je skomentować.

-Tak, kochana. To twój mąż. –roześmiał się Mario stając za mną. Marco zmienił się od tego czasu bardzo. Wtedy jeszcze ta fryzura, z farbowanym pseudo-irokezem. Nawet twarz była bardziej..młodzieńcza? Obecnie przecież miał bardziej doroślejszą, zarysowaną, jego kości policzkowe były bardzo męskie. Niby prawie pięć lat czasu, Marco przecież na tym zdjęciu i tak był po dwudziestce, ale..  Nie zmieniła się jedynie jego przyjaźń z Mario. To zdjęcie było tego potwierdzeniem.

-Rose się podkochuje w naszym Marco? No, no. –podeszła do nas Lisa słysząc wcześniejszą uwagę piłkarza. –Nie mówcie Romanowi, ale moim mężem jest Iglesias. Oj, taak. Chciałam nawet Leo nazwać Enrique, ale by się wydało!-uśmiechnęła się od ucha do ucha i równie ze sporym sentymentem obdarowała zdjęcie Marco i Mario.
-Ale Rose i Marco to tak trochę bardziej jak ty i Roman, niestety. –stwierdziła Ann dołączając się do rozmowy. A już chwilę temu zaczęłam się za nią rozglądać i nie mogłam pojąć, gdzie się schowała.
-Nie rozumiem…-zmarszczyła brwi nasza towarzyszka spoglądając pytająco na modelkę. Ann przewróciła tylko oczami i pociągnęła mnie za prawą rękę, na której widniała obrączka. Podsunęła ją dokładnie pod oczy Lisy prawie wyrywając mi rękę.
-Że…
-Uwaga ludzie, Lisa będzie myśleć! –śmiał się Götze i odszedł na chwilę, żeby włączyć film na rzutniku z kolejnymi wspominkami.
-Potrzebujesz zielonej karty czy coś? Karta pobytu? –zapytała lekko zszokowana po chwili milczenia i próby wyczytania czegokolwiek z mojej obrączki.
-Nie. Jestem Niemką. I chyba też mnie nie ścigają.
-To że tak dobrowolnie? –zapytała jeszcze bardziej otwierając oczy. Pokiwałam głową. Zbyt wiele do tłumaczenia. Powiedzmy, że tak. Nie chciałam wszystkim przecież opowiadać historii jak się poznaliśmy i tak naprawdę co stoi za naszym małżeństwem. Chyba by nas wyśmiali. Jednak skoro Ann i Mario nie ukrywali tej informacji przed Lisą znaczy, że kobieta jest z bliskiego środowiska pary. A Roman… Żeby nie palnąć, to pracuje gdzieś tam sobie w Borussii.
-Tak.
-Osz ty w mordę. Dziewczyno, jak lubisz survivale to powinnaś była się nadać paczką na Syberię. Reus to naprawdę ostateczność. Wow! Boże! –klasnęła w dłonie a potem spojrzała mi w oczy. –Znaczy przepraszam, to nie, że nie życzę wam szczęścia, bo wręcz przeciwnie. Ale znam długo Marco. Przecież on miał brać ślub ze Scarlett… Jesteś w ciąży? Bo w sumie ja podejrzewałam u siebie…ale…
-Lisa. –przerwała zszokowanej blondynce Ann i położyła jej dłoń na ramieniu. Mario był bardziej bezpośredni i lekko przytykając dziubek swojej butelki kciukiem, chlusnął nią w twarz kobiety. Ta od razu się ożywiła i spojrzała z nienawiścią w oczach na Götzego.

-Kiedy dwoje ludzi się widzi, wtedy się zakochują i tak ich do siebie ciągnie, że nie wyobrażają poza sobą świata. –zaczęła modelka. Niezła historyjka. Musiałam się powstrzymać od śmiechu, żeby chociaż coś tu zabrzmiało wiarygodnie. –Potem wyjeżdżają na wspólne wakacje, mają tam taki raj, nie wychodzą z łóżka, całymi dniami…
-Ann. –weszłam jej w słowo spoglądając na nią znacząco. Trochę za daleko!
-Całymi dniami patrzą sobie w oczy i dochodzą…-zatrzymała się odwzajemniając spojrzenie i znacząco poruszała brwiami. –do wniosku, że biorą ślub. No to papier, długopis, obrączki, szach mat. Jesteście mężem i żoną. Takie buty.
-Serio…
-Serio, serio. –wyszczerzyła się modelka klepiąc Lisę po plecach i ruszyła przed siebie.
-I nie jesteś w ciąży?-dopytała cały czas niedowierzając.
-Nie.-zaprzeczyłam już dość rozbawiona zaistniałą sytuacją. Jeśli tak będzie się powtarzać u reszty znajomych z klubu Mario to ja podziękuję.
-Marco jest w cholerę ciężkim facetem do ogarnięcia.
-Nie musisz mi tego mówić. –westchnęłam starając się wyrzucać napływające obrazy kłótni z Marco z pamięci.
-Musieliście mi z taką rewelacją wyskakiwać? –skierowała do Mario i Ann a następnie podeszła do mnie i mnie mocno przytuliła. –Gratuluję, naprawdę życzę wam szczęścia, cierpliwości i wytrwałości. Z resztą, jak jest miłość to nie ma co nawet tego wszystkiego życzyć, bo po prostu jest.
-Dziękuję.
-Jej, mamy nową, śliczną WAGs w składzie! –zapiszczała uradowana delikatnie podskakując na swoich koturnach.
-WAGs… -powtórzyłam lekko zgubiona. Naprawdę, całe życie myślałam, ze jestem mądra, szkoła mnie uczy, ja się uczę, ba, studiuję. Przyjechałam do Dortmundu i ludzie mnie mają za największą życiową niedorajdę. O losie.
-WAGs. Akronim stworzony i używany przez brytyjską prasę bulwarową do określenia żon i dziewczyn angielskich piłkarzy. Obecnie stosowany również dla sportowców o innych specjalizacjach jak też piłkarzy niekoniecznie narodowości angielskiej. –przeczytała Ann ze swojego telefonu na koniec posyłając mi swój firmowy uśmiech.
-Akro-co?-zmarszczył brwi Mario spoglądając na swoją ukochaną.
-Akronim, inaczej skrótowiec. Coś jak BBC. Wasze BVB też można raczej podciągnąć.-wytłumaczyłam
-Patrzcie, na czymś się jednak zna. –zaśmiał się brunet
-Mario, proszę cię. Nawet nie wiesz jaka ja przy was czuję się głupia.
-Dlatego cię teraz edukujemy. Po filmie przejdziemy do innej sali. Tam będzie aktualny skład z poprzednich lat. Dopóki do obrazka nie dołączysz nazwiska bez pomyłki to stąd nie wyjdziemy.
-Ale Jenny nie może zostać na noc z Leosiem, będę musiała wcześniej wyjść…-westchnęła smutno Lisa próbując ukryć rozbawienie.
-Wiesz co? Dzięki.
-Proszę! –roześmiała się i usiadła na żółtej pufie przed rzutnikiem czekając na film.
Obejrzeliśmy krótką projekcję, która na przekroju lat ukazywała wszystkie najważniejsze momenty dla klubu. Także te z Mistrzostw Niemiec, gdzie Mario trzymał koszulkę nieobecnego Marco. Zawsze się uśmiechałam widząc szaleńczą radość drużyny przy każdej wygranej, wzniesieniu pucharu. I tysiące gardeł kibiców wiwatujących na ich cześć. Będąc na jednym meczu nie miałam aż takiego pojęcia o co w tym wszystkim chodzi. Teraz już nawet zaczęłam rozróżniać ligi, w których grają. Piłka powoli skradała część mojego serca.



***


-Roman.
-Jest dwóch. Oboje bramkarze. Niemiec i Szwajcar. Bürki i Weidenfeller. Trzydzieści osiem i jedynka.
-Zaliczone. –kiwnęła Ann odhaczając w swoim telefonie.
-Prawa obrona.
-Ej, ej. Nie umawialiśmy się na prawą i lewą. To zbyt zaawansowane.
-Jesteś żoną piłkarza.
-To zaraz nią nie będę. Obrońcą jest Bartra, Marcel-kapitan, ten Portugalczyk..
-Nazwisko.-upomniała Lisa spoglądając na listę nazwisk napisanych w telefonie Ann.
-Piszczek?
-Boże, to Polak. Nie Portugalczyk.
-Lisa, nie tak brutalnie. –wstawił się za mną ze śmiechem Mario. I tak musiał docenić, że zgodziłam się na ich robienie wody z mózgu po dwugodzinnym zwiedzaniu obiektu.
-Ale on też jest z obrony.
-To zaliczyłam. Ale Portugalczyk.
-Guerreiro.
-Hasta la vista! –zaklaskała Lisa sama klikając moje zaliczone nazwisko. –Numer?
-Jeny, czternaście?
-Jeden w dół.
-Trzynaście.
-Zdolna bestia. Dawaj obrońców jeszcze.
-Sokratis.-spojrzałam z lekkim rozbawieniem na Mario przypominając sobie wcześniejszą sytuację z udziałem Greka.
-Nazwisko? –zapytał ze śmiechem spoglądając na dziewczyny.
-Sokratis. Na koszulce jest Sokratis to nie wymagaj więcej. –obroniłam się
-Dawaj trzech napastników. Nad pomocą musisz popracować jeszcze, jutro rano będziesz miała egzamin.
-Ja chcę być przy tym obecna, bo nie uwierzę.
-Możemy do ciebie zadzwonić. Wpadniesz na egzamin z przypasowywaniem do zdjęć. –zatarł ręce brunet już się ciesząc. Nie wierzyłam, że zgodziłam się w to wrobić.
-Mam lepszy pomysł. Jutro są urodziny Leo, miałam do was dzwonić, czy chcecie wpaść na grilla. Będą też chłopaki ze swoimi dzieciakami, więc zobaczymy umiejętności Rose.
-Świetnie!-uśmiechnęła się szeroko Ann. –Oczywiście, że będziemy!
-A ile lat skończy?-zapytałam spoglądając na Lisę. Ona uśmiechnęła się i rozczuliła spoglądając na tapetę swojego telefonu.
-Roczek.. Mój mały skarb.-rozczuliła się pokazując mi swój telefon.
-Cudny!-uśmiechnęłam się szeroko widząc prześlicznego chłopczyka o dużych, ciekawskich oczach.
-Właśnie kupiłam mu takie słodkie samochodziki do łączenia ze specjalnym torem. Roman mnie wyśmieje, bo to od trzech lat, ale jak zobaczyłam i pomyślałam, ze niedługo mój synek…
-Lisa, nudzisz.-próbował ją wkurzyć Mario, jednak tym razem nie udało to mu się.
-Nie nudzi. To przekochane. –uśmiechnęłam się i podeszłam do Lisy oddając jej telefon. –Jest prześliczny.
-Oj wiem! Zobaczysz jutro jaki mądry.
-Rose, napastnicy.
-Auba siedemnaście, Dembélé siedem iii… Ten młody, przystojny.
-Zaraz pod paragraf to podejdzie. On nie jest pełnoletni.
-Oj cicho. Isak, ale numer? Nie wiem.
-Czternaście, ale zaliczone.
Ann z Lisą zaczęły mi klaskać, na co się roześmiałam. Coś już wiedziałam, miałam niewielkie szanse, że na meczu rozpoznam po numerze na koszulce o ile nie dojrzę nazwiska umieszczonego wyżej.

Kiedy wychodziliśmy z Borusseum akurat trafiliśmy na grupę zwiedzających fanów, którym na widok Mario oczy powiększyły się pięciokrotnie. Brunet zaśmiał się wręczył Ann klucze do samochodu i poprosił nas o chwilę cierpliwości.
W efekcie to ja sama poszłam do samochodu, bo i Ann i Lisa zostały poproszone o zapozowanie. Miałam nadzieję, że mnie to ominie. Nie chciałam być sławna ani rozpoznawalna jako żona Marco Reusa. A jeśli, to chciałam być po rozwodzie z Marco anonimowa. Może potem nie zwracano tak uwagi na partnerki piłkarzy.
Odwieźliśmy Lisę pod sam dom dziękując jej za wspólnie spędzony czas. Zapraszała nas na obiad, jednak Mario stwierdził, że już mamy plany i musimy jechać w jedno miejsce.
Ann uśmiechnęła się i ucałowała Mario w policzek.

-Co zaplanowałeś, hmm?-zapytała kładąc dłoń na jego kolanie.
-Mase trzeba wyprowadzić, bo nam zaraz dywan zasika. –wzruszył przepraszająco ramionami i posłał Ann rozbrajający uśmiech. –Wypuszczę was pod centrum kupicie coś młodemu na urodziny.
-No to nieźle sobie zaplanowałeś. –westchnęła Ann śmiejąc się sama z siebie. Było prawie romantycznie. Prawie.
Wysiadłyśmy pod ogromną galerią w centrum miasta. Kręciło się tam naprawdę dużo ludzi, Mario mógł mieć później problem, żeby zaparkować. Choć Ann była przekonana, że to będzie jego najdłuższy spacer z Mase, podczas którego wiele się wydarzy, by ominąć łażenie po sklepach. Były duże szanse, że tak się stanie.

Znalazłyśmy się w dziecięcym sklepie. Od razu zachwyciły mnie maleńkie buciki. Zwłaszcza te dla dziewczynek. Różowe ze ślicznymi kokardkami. Małe śpioszki dla niemowlaków, puchate kubraczki w kształcie misia z uszkami na kapturze. Zupełnie się rozczuliłam.

-Ann… Widzisz to? –zapytałam patrząc na kolejne rzędy cudownych ubranek.
-Widzę, że albo powinnaś mieć dziecko albo nie mieć go wcale, bo byś zwariowała na jego punkcie i nawet byś potrafiła na to wydać całą kasę Reusa. –zaśmiała się i pociągnęła mnie na dział dla chłopców.
-Nie chcę mieć teraz dzieci, coś ty. Ale te śpioszki…
-Oh, Rose. Zobacz. Jeden Reus w domu to już za dużo. A gdybyś miała jego kopię?
-Kto mówi, że akurat jego kopię?-parsknęłam. Dzieci z Reusem? Za nic w świecie. –Mój książę z bajki gdzieś na mnie czeka. A ja się muszę użerać jeszcze rok ze Shrekiem.
-Nie chcę ci przypominać jak skończyła Fiona.
-Ja nie jestem Fioną. Ja po prostu należę do innej bajki. Może misia?-zapytałam chwytając puchatą maskotkę o przepięknych oczkach.
-Leo woli smoki. Na wystawie widziałam takiego jednego. Zaraz go znajdę, Śpiąca Królewno. –posłała mi rozbawione spojrzenie, a potem ruszyła pewnie do przodu namierzając upatrzonego wcześniej pluszaka. Sama zaczęłam rozglądać się po regałach. Dla dzieci w późniejszym wieku było znacznie łatwiej coś wybrać. Ostatecznie postanowiłam wybrać drewniany box, do którego trzeba wrzucić klocki w odpowiednim kształcie. Z każdego boku były inne figury. Zwierzaki, kształty, literki i kwiatki. W dodatku wszystkie klocki były pomalowane, a to raczej dla dziecka jest ważna sprawa.

-I co tam?
-Ja wezmę mu klocki. I paczkę skarpetek. Są antypoślizgowe, na pewno się przydadzą. Smoczków pewnie mają aż nadto.
-Ja wzięłam smoczki. –roześmiała się Ann. –Mam smoka, smoczki i butelkę ze specjalnym niekapiącym korkiem też w smoki.
-O proszę. Myślisz, że powinnam coś jeszcze dorzucić do prezentu?
-Wiesz ile Lisa nakupowała małemu? Ona już jest teraz na etapie pociągów dla trzylatka. Jeśli chcesz kupić coś, czego nie ma, to coś dla czterolatka. Ale wtedy Roman się załamie. A to bardzo fajny gość, więc lepiej mieć go po swojej stronie. –zaśmiała się modelka i poszłyśmy do wieszaka, gdzie były pozawieszane różnej wielkości kolorowe torby prezentowe. Mnie od razu w oczy rzuciła się błękitna w wypukłe, białe baranki. Zdjęłam ją szybko, żeby nie wyprzedziła mnie na pewno Ann.

-Skubana. –mruknęła pod nosem i zaczęła przebierać w siatkach. Wybór padł na Myszkę Miki.
To był pierwszy raz, kiedy płaciłam na siłą wciśniętą przez Marco kartą płatniczą. Przynajmniej cel dobry. Miałam nadzieję, że mały Leo będzie zadowolony.

Wyszłyśmy z Ann obładowane torbami ze sklepu dziecięcego i postanowiłyśmy się jeszcze przejść po galerii korzystając z tego, że Mario zachowawczo długo spacerował z Mase.
Wszystko byłoby w najlepszym porządku, tyle że na drugim końcu korytarza zauważyłam niestety niedawno poznaną mi postać. Spojrzałam na Ann upewniając się, że też ją zobaczyła. Modelka przewróciła oczami.

-Zaczynam żałować, że nie wzięłam ze sobą krzyża i czosnku.-mruknęłam pod nosem, kiedy blondynka także nas zauważyła i uśmiechnęła się do Ann. No raczej nie do mnie.

-Minęłyśmy spożywczy przed chwilą jeśli chodzi o czosnek. Ale to mogło by być za mało.
-Zgadzam się z…-nie dokończyłam, kiedy zobaczyłam, że do Scarlett dołącza podbiegając Marco uśmiechając się i odebrał od niej siatki. –No fajnie. Są tu gdzieś wyjścia ewakuacyjne?
-Nie wiem, niech oni ich sobie lepiej poszukają. –powiedziała zdenerwowana i przyspieszyła kroku nie mając zamiaru schodzenia im z drogi. Wzięłam głęboki oddech i podążyłam za modelką. Ann pewnie szła jak po wybiegu, ja ewentualnie kuśtykałam za nią jak jakiś giermek.  –A teraz mała proste plecy, cycki do przodu i chamski uśmiech. Mówimy cześć nie zatrzymując się i idziemy cały czas przed siebie. –poinstruowała mnie, kiedy byli już blisko. Nie patrzyłam na Marco. Nie chciałam, nie miałam siły, nie byłam gotowa. Nie chciało mi się nawet przypominać dokładnie naszej rozmowy na temat Scarlett z podróży poślubnej. Coś w stylu „Scarlett nie ma”? Czy może „Scarlett to przeszłość”?.

-Mogę zamiast „cześć” powiedzieć „pieprz się”?-szepnęłam patrząc na Ann. Modelka się perliście roześmiała i pokiwała przecząco głową. W tym momencie właśnie mijałyśmy uroczą Parę Miesiąca.
I tu właśnie poznałam trzy rodzaje przywitań.

„Cześć by Ann” – które w swoim wybrzmieniu miało więcej jadu niż wszystkie razem wzięte węże na świecie.
„Cześć by Scarlett” – słodkie, urocze „cześć” mówiące „Idę sobie z Marco! Idę sobie z Marco!”.
No i ostatnie.
„Cześć by Marco” – cichy szept jakby witał się ze swoim bratem z kosmosu a za rogiem stali Faceci w Czerni, przed którymi oboje uciekali. 

Ja nie powiedziałam nic. Chyba był wybuchła prędzej niż cokolwiek powiedziała.

-Ej, nie pędź tak. Nie gonią nas, ani jedno ani drugie. –podbiegła do mnie lekko Ann. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak przyspieszyłam kroku.
-Ann… Nie skomentuję, ok? I proszę, ty też nic nie mów, bo inaczej złamię obietnicę daną Mario.
-W porządku. Muszę ci powiedzieć jednak o czymś innym.
-Jest jeszcze coś gorszego?
-Zależy dla kogo. –powiedziała uśmiechając się chytrze, a jej oczy błysnęły.
-Mów. –zatrzymałam się koło ławek i położyłam na jednej z nich siatki. Spojrzałam zupełnie nie wiedząc czemu w stronę Marco i Scarlett. Szli dalej o czymś dyskutując, a obok i za nimi już ludzie robili im zdjęcia. Miałam już odpowiedź, czy stare WAGs się zapomina. Chyba, że to już coś się zmieniło i wcale to nie była stara WAGs.
-Nie będziesz mogła przyjechać jutro ze mną i Mario na urodziny.
-Czemu…
-Przyjedziesz lekko spóźniona z Schürrle. –rzekła dumnie uśmiechając się niczym Kot z Cheshire. 







~~~

 
 Dziękuję za wszystkie komentarze, że dzielnie czekałyście! Miałam już chwilę zwątpienia, że może nie będzie żadnego odzewu, w końcu Blogger odchodzi w odstawkę na rzecz Wattpada, myślałam, że może już nie ma sensu tego pisać, coraz mniej wyświetleń... A tu takie kochane komentarze. I trochę zmieniłam zdanie. Dziękuję za tyle pięknych słów z całego serduszka💗 Dziękuję, że jesteście, że mam dla kogo pisać. Naprawdę, cieszy mnie chociaż najmniejsza kropka w komentarzu, bo wiem, że za nią stoi jakaś osóbka💛
A tak zupełnie z innej beczki-w rekompensacie za poprzedni-ten jest dość dłuugi. I chyba jeden z moich ulubionych, a wy co myślicie?
Ja zaraz będę polować na bilety Eda na koncert w Warszawie, oby się udało złapać!💪 
Przemiłego weekendu kochane!
Buziaki!❤