sobota, 13 maja 2017

Siedemnaście




Do domu dotarliśmy jakieś dwie godziny później. Zostaliśmy dłużej w naszym ulubionym miejscu koło wodospadu, by poczerpać z ostatnich chwil przebywania na wyspie i nabrać sił na drogę powrotną. Siedząc objęci w wodzie, sami wśród natury, będąc razem z nią wsłuchując się w śpiew ptaków i szum wody. Czas, w którym uśmiech zupełnie nie schodził mi z twarzy. To był raj w czystej postaci. 

Po wyjściu z wody niespiesznie się ubraliśmy i ruszyliśmy obejmując się w drogę powrotną. Spędziliśmy ją w zupełnej ciszy. Była jak najbardziej na miejscu, była nam potrzebna.
Odetchnęłam widząc nasz dom, za którym z pewnością będę tęsknić. Drewno, którym był obity dawało niesamowitego charakteru budynkowi. Jeśli kiedykolwiek dorobiłabym się takiego domu, zbudowałabym go w podobnym stylu. 

-Mogę iść na plażę czy masz jakieś inne plany jeszcze?-zapytałam, kiedy Marco otwierał drzwi wejściowe.
-Idź, dołączę też do ciebie, jeśli nie masz nic przeciwko.
-Jasne. –uśmiechnęłam się i przechodząc przez salon prosto do drzwi tarasu. Przeszłam przez próg wychodząc ponownie na dwór. Na zewnątrz było już coraz bardziej ciemno. Nie wiedziałam nawet, która może być godzina, jednak mimo zmęczenia nie chciałam jeszcze iść spać.
Wchodząc na plażę ściągnęłam buty zostawiając je w tym samym miejscu. Poszłam wolnym krokiem aż do linii brzegu. Pozwoliłam, by woda zmoczyła moje palce stóp. Usiadłam później jakiś kawałek od linii, do której dopływały spokojne, maleńkie fale, by się nie pomoczyć.
Na horyzoncie słońca już prawie nie było widać. Ja czułam się jak zakochana, zbuntowana małolata. W życiu nie pomyślałabym, że ja i Marco moglibyśmy być razem.. A co dopiero ta sytuacja przy wodospadzie. 

-Masz ochotę? Pomyślałem, że to byłby dobry pomysł… Jeśli..
Odwróciłam się za siebie. Marco stał za mną z dwoma kieliszkami wina.
-Dziękuję, chętnie. Siadaj!-uśmiechnęłam się i czekałam, aż blondyn usiądzie koło mnie. Wzięłam kieliszek do ręki. –Jakiś toast?
-Hmm…-uśmiechnął się pod nosem wpatrując się w morze –W takim razie, żeby nasz rok małżeństwa mimo upadków zawsze był jak ta chwila. Magiczny, niezwykły, wyjątkowy. Za nas.
-Za nas. –uśmiechnęłam się i uderzyłam swoim kieliszkiem w jego. Upiliśmy razem łyk przepysznego wina a zaraz potem Marco przybliżył się i pocałował mnie czule. Przysunęłam się bliżej niego i oparłam głowę na jego barku.
-Wiesz, która jest godzina?
-Prawie północ. Powinniśmy pójść spać. Jutro musimy trochę zmienić nasz grafik i plan dnia. Czeka nas też pakowanie..
-Może jeszcze dziś coś spróbuję wpakować.
-W porządku. Idziemy? –uśmiechnął się spoglądając na mnie. Kiwnęłam głową i czekałam, aż on pierwszy się podniesie i podciągnie mnie.

Gdy szliśmy w kierunku naszej willi zauważyłam, jak Marco utyka na jedną nogę. Lekko skrzywił się, kiedy schylił się, żeby podnieść moje buty z piachu. By się upewnić poczekałam jeszcze jak dojdziemy do domu.

-Włożę naczynia do zmywarki.-stwierdził, kiedy weszliśmy od strony tarasu do środka.
-Nie, ja to zrobię. Mogłabym cię o coś prosić?
-Okeej.-spojrzał na mnie marszcząc brwi i oparł się ręką o blat kuchenny.
-Tylko proszę, nie odbieraj tego dwuznacznie, dobrze?
-Najpierw powiedz.
-Mógłbyś się przebrać w piżamę i poczekać w łóżku na mnie?
-Nie rozumiem, do czego zmierzasz..
-Zaufaj mi.
-W porządku. –kiwnął powoli głową prześwietlając mnie swoim wzrokiem. Chyba nic nie wyczytał, wolnym i ostrożnym krokiem poszedł w stronę schodów.

Wpisałam w wyszukiwarkę telefonu interesujące mnie hasło i zaczęłam przeglądać wyglądające dobrze strony. Przy okazji włożyłam nasze naczynia z kolacji do zmywarki i ją nastawiłam, żeby wszystko było gotowe. Gdy poszłam na górę zobaczyłam, że Marco już wyszedł z łazienki. Przygotowałam się do snu i przebrałam w moją nową piżamę, krótką jedwabną sukienkę z koronkowym wykończeniem. Wzięłam moją oliwkę do ciała z olejkiem kokosowym i masłem shea o cudownym zapachu. Miałam nadzieję, że to nie będzie uwierało w honor Marco.
Kiedy weszłam do naszej sypialni, zobaczyłam, że Marco leży grzecznie pod kołdrą i pisze z kimś przez telefon.
-Przeszkadzam?
-Nie, piszę z Mario. –uśmiechnął się wpisując ostatnią wiadomość i odłożył telefon na szafkę. –To? Co tam moja żona wykombinowała?  
-Bez kołdry. –westchnęłam i odkładając buteleczkę z oliwką na szafkę i zrzuciłam kołdrę na podłogę. Wstrzymałam oddech widząc, że jest w samych bokserkach. Niby to nic ale.. Ughh . Zdziwiona mina Marco na moje zachowanie była bezcenna. –Połóż się trochę niżej ale wygodnie. –poleciłam. Weszłam na łóżko zabierając w ręku oliwkę.

-Rose?-zapytał widząc, że waham się patrząc na niego. –Nie wiem co chcesz robić ale rób śmiało. –roześmiał się szczerze i pogłaskał mnie dłonią po kolanie.
-Mogę?-zapytałam lekko kładąc dłoń na jego łydce. Marco nic nie rozumiejąc pokiwał głową. Przysunęłam się bliżej niego i wzięłam w dłonie jego nogę. Nalałam oliwkę na dłoń i rozsmarowałam pocierając o drugą. Przyłożyłam je niepewnie w okolice jego pachwiny i delikatnie uciskając opuszkami palców uciskałam jego skórę schodząc powoli w dół. Poczułam jak mocno spina się pod moim dotykiem.
 -Rozluźnij się. –szepnęłam i delikatnie pogłaskałam go kciukiem po miejscu, w którym przed chwilą masowałam. Próbowałam sobie przypomnieć dalsze kroki masażu. Nalałam więcej cieczy na jego skórę i zaczęłam ostrożnie pocierać, żeby nie zrobić mu krzywdy. Bałam się, że może bez doświadczenia fizjoterapeuty mogłam zrobić coś nie tak, jednak musiałam mu pomóc jak tylko umiałam. Z tyłu głowy chodziła mi myśl, że to może przeze mnie, bo przecież mnie nosił.  –Jest dobrze?
-Tak, nawet bardzo. –uśmiechnął się patrząc na mnie czule. –Możesz nawet mocniej, jeśli tylko chcesz.
Pokiwałam głową i zmieniłam technikę na uciskanie kostkami palców wzdłuż mięśnia przywodziciela. Cieszyłam się widząc, że jest mu lepiej. Potem delikatnie opuszki palców i całe dłonie.

Mój prawie-profesjonalny masaż trwał jeszcze przez kwadrans. Skupiłam na tym swoją całą uwagę, stwierdziłam nawet, że mogłabym tak pracować. Musiałam i tak porozmawiać Marco o mojej pracy i zarobkach, więc przy okazji musiałabym mu powiedzieć o moim nowym pomyśle.

-Chodź tu. –uśmiechnął się i wyciągnął do mnie obie dłonie. Oparłam się nogami po obu stronach jego ud a łokcie po dwóch stronach jego głowy. –Dziękuję, kochanie. –powiedział i pocałował mnie delikatnie w usta.
-Było dobrze?
-Bardzo. Dziękuję ci. Nie pomyślałbym nawet, że..
-Chciałam pomóc. –przerwałam mu i jak zwykle robiłam położyłam się z jego boku i przytuliłam do jego klatki piersiowej. Marco na chwilę wychylił się za łóżko i nałożył na nas cieniutką kołdrę.
-Pomogłaś. Już nie boli, masz magiczne dłonie, nie pierwszy raz się o tym przekonałem. –uśmiechnął się i pocałował mnie w głowę. –Jesteś wspaniała, Rosie. -z uśmiechem cmoknął mnie w czubek nosa wywołując tym u mnie chichot.



***



Rano obudziłam się we wspaniałym nastroju. Marco jeszcze spał. Blond czupryna w wielkim nieładzie spoczywała na moim ramieniu. Czułam na swojej skórze jego ciepły, równomierny oddech. Zaczęłam zastanawiać się o wczorajszej sytuacji, która doprowadziła mnie do dość przerażających przemyśleń. Kochać go? Nie wiedziałam, czy na pewno. Chyba po prostu bardzo go lubiłam. Może nawet był moim najlepszym przyjacielem? To też nie za dobre określenie. Był dla mnie kimś więcej. I nie chodziło tu o sprawy łóżkowe, bo to nie tylko to wykraczało poza granice „normy”. Całowaliśmy się, trzymaliśmy za ręce… A ja nie czułam, żeby to było sztuczne czy niezręczne. To było..dobre.
Pokusiło mnie, by wpleść palce we włosy blondyna. Przeczesałam je niczym grzebieniem. 

-Mmmm… -do moich oczy dobiegło ciche mruknięcie. Od razu się uśmiechnęłam. –Jeszcze.
-Nie za dobrze?-zaśmiałam się pod nosem i raz jeszcze raz wplotłam palce we włosy piłkarza.
-Za dobrze. –uśmiechnął się otwierając szeroko oczy i pocałował namiętnie moje usta przyciągając mnie mocno do siebie. –Dzień dobry, żono.
-Dzień dobry, mężu. –uśmiechnęłam się i podniosłam do pozycji siedzącej. –Trzeba się pakować.
-Trzeba. Zrobiłabyś śniadanie a ja bym nas zaczął pakować?
-Dobra, tylko kosmetyczka na koniec, sama ją spakuję.
-Jasne. 



W lodówce znalazłam sporo warzyw, ser i szynkę. Z szafki wyjęłam dwie pełnoziarniste bułki o kanciastym kształcie i przecięłam je zostawiając po jednej stronie i rogu złączone, by nie wypadły z niej składniki. Posmarowałam od środka masłem kokosowym, żeby nie były suche w środku i zaczęłam do każdej wkładać sałatę, pokrojone, cieniutkie plasterki marchewki, czerwoną cebulę, paprykę, pieczarki, kapary, ser i szynkę. Wszystko co mi wpadło pod rękę. Włożyłam obie bułki do piekarnika i czekałam, aż ser się przyjemnie stopi a bułka będzie chrupiąca.
Gdy w okienku już widziałam, że wszystko powinno być dobrze włączyłam jeszcze czajnik na herbatę. Wyjęłam nasze śniadanie na talerzyki do środka dodając jeszcze sos ziołowy i gotowe położyłam na wysokim stole. Zaparzyłam herbatę i zawołałam Marco z góry.

-I jak? Zrobiłaś.. Wow! Co to?-uśmiechnął się widząc przyszykowane śniadanie. Założył na siebie jeszcze koszulkę. Całe szczęście, będę mogła skupić się na jedzeniu.
-Kanapki na ciepło z sosem. Nie robiłam ci dwóch, bo stwierdziłam, że są bardzo sycące. Nie wiem ile jesz na śniadania.
-Jest w sam raz, dziękuję. –uśmiechnął się siadając na wysokim krześle i upił łyk herbaty.


Zanim zjedliśmy do końca postanowiłam jeszcze otworzyć szeroko okna prowadzące na taras, żeby wpadło trochę świeżego powietrza.
-Plany?-zapytałam biorąc kęs bułki, która naprawdę dobrze mi wyszła.
-Prysznic, pakowanie i chyba wyjedziemy już na główną wyspę, zostawimy bagaż w schowku, pójdziemy na zakupy, coś zjeść, na spacer i samolot. Coś jeszcze byś chciała?
-Myślę, że to plan idealny, panie Reus. –uśmiechnęłam się obserwując jego uroczy uśmiech. –Musimy też porozmawiać w Dortmundzie na jeden temat.
-Jaki?
-Myślisz, że urobię cię mówiąc o tym, czy lepiej nie niszczyć rajskiej atmosfery?
-To drugie. Poczekam więc na Dortmund. –uśmiechnął się kończąc jeść.



Po zjedzonym posiłku wróciliśmy na górę. Zauważyłam, że do mojej walizki Marco już wpakował kilka sukienek i mój kombinezon. Podziękowałam mu i zdecydowałam, że pójdę wziąć prysznic przez długą podróżą. Zrelaksowałam się i przebrałam w wygodne spodenki i bluzkę z krótkim rękawkiem. Związałam mokre włosy w wysokiego kitka i pomalowałam tuszem rzęsy.
-I jak?-zapytałam, gdy wróciłam z powrotem do sypialni. Marco cały czas siedział przy naszych walizkach.
-Jakoś to idzie. Zastąpiłabyś mnie? Też bym wziął prysznic.
-Pewnie.
Po kolei z naszej szafy wyciągałam kolejno rzeczy wkładając je do naszych walizek. Marco naprawdę nie wziął ich wiele, aczkolwiek było ich w sam raz. To ja wyszłam na tą, co zapakowała pół szafy, w dodatku nie swojej.

Zbiegłam na dół po siatki na nasze buty. Te były ostatnimi co wpakowałam do walizek. Pozostały jeszcze nasze kosmetyczki i z pewnością mogły jeszcze wejść jakieś rzeczy. Nawet nastawiłam się na niewielkie zakupy w centrum.
Chciałam zadzwonić do Ann, jednak po chwili dopiero zrozumiałam, że razem z Mario jeszcze musieli smacznie spać. Głupie strefy czasowe.

Przede mną stało wiele wyzwań, oba trudne do przebrnięcia. Zderzenie się z Marco w sprawie pracy i ewentualnej praktyki oraz André, któremu byłam winna rozmowę i spore wyjaśnienia. Z sypialni przeszłam na balkon, gdzie mogłam ostatni raz popatrzeć na morze. Wzięłam swój telefon i porobiłam jeszcze więcej zdjęć. Chciałam też iść do fotografa i wywołać kilka z nich, głównie tych wspólnych z Marco. 

-Gotowa?-usłyszałam jego głos za moimi plecami. Miał jeszcze obwiązany ręcznik wokół bioder, a drugi leżał przewieszony przez jego szyję. Jego włosy były rozczochrane na wszystkie strony świata, co wywołało u mnie cichy śmiech.
-Tak, jesteśmy spakowani do końca. Chyba jeszcze splądruję lodówkę, myślę, że niedługo mogę zgłodnieć. –odpowiedziałam z szerokim uśmiechem na twarzy. Blondyn przytrzymując swój ręcznik usiadł koło mnie na kafelkach.
-Rose.. Na pewno nie jesteś w ciąży?
-Sto dziesięć procent!-uspokoiłam go i położyłam głowę na jego ramieniu. –Możesz być spokojny. Jak wrócimy do Dortmundu to muszę się zdecydować na coś bezpieczniejszego w razie twojej sklerozy.
-Cudownie. –zaśmiał się i zapatrzył się w widok, który przed nami się rozpościerał. –Chyba będziemy musieli się powoli zbierać. Zadzwonię po transport, żeby był za czterdzieści minut.
-Skąd tu się bierze samochód?
-Po drugiej stronie wyspy kursują promy, nasza prywatna część jest po prostu odgrodzona od tej publicznej, nic straconego, nie ma co nawet ich porównywać.
-To w porządku. Dziękuję, Marco. To były najpiękniejsze wakacje na jakich byłam. A ślub mimo tego, że jego ważność będzie jaka będzie, to…  To ceremonia była niesamowita. Miejsce, wszystko. Nie spodziewałam się, bo przeżyłam to naprawdę emocjonalnie.
-Tylko zbyt emocjonalnie nie podchodź do tego małżeństwa. Ale cieszę się, że udało mi się ciebie pozytywnie zaskoczyć. Idę się przebrać.
-W porządku. 

Mój uśmiech trochę osłabł, ostatnimi czasy naprawdę zaczęłam zbyt bujać w chmurach, a moje życie zaczęło przypominać małą bajkę. Nawet roczną, ale bajkę. Mogłam się chyba tylko łudzić na szczęśliwe zakończenie. Nie byłam księżniczką, a Marco brakowało o wiele więcej do księcia niż mi do tej księżniczki. Wstałam z miejsca i poszłam sprawdzić do środka, czy aby na pewno wszystko zostało schowane. Przeszukałam wszystkie szuflady i półki w szafkach.
Zapukałam do łazienki, żeby jeszcze tam wszystko zobaczyć po raz ostatni.
-Mogę?-zapytałam uchylając drzwi.
-Tak, proszę. Ja już jestem prawie gotowy.

Ubrany był naprawdę podobnie do mnie. W krótkie spodenki i luźny, biały, t-shirt. Przeczesywał grzebieniem włosy, by je przywrócić do ładu.
 -Przeszukałam szafki, chyba mamy wszystko zapakowane.
-Spokojnie, mam wszystko pod kontrolą. Kosmetyczki i możemy uciekać.
-Może włóżmy je teraz. Będziesz potrzebował?
-Włóż swoją, ja później dopakuję.
-W porządku. –westchnęłam i zabrałam z blatu koło umywalki swoją kosmetyczkę.
-Hej, spokojnie. –zatrzymał mnie uśmiechając się uroczo.  –Nie panikuj.
-W porządku. –powtórzyłam kiwając głową, co wywołało śmiech u blondyna.

Z westchnieniem opuściłam łazienkę i poszłam do swojej walizki.
Przed wyjściem z kuchni zabrałam rzeczy do zjedzenia, które by się przydały podczas lotu. Głównie to były owoce, ale te są tutaj naprawdę najlepsze. Ostatni raz jeszcze popatrzyłam na widok za oknem tarasowym. Zdecydowanie jeszcze jeden dzień urlopu więcej byłoby cudownie. Wiedziałam, że będę tęsknić za tym miejscem. Ale też za chwilami tu spędzonymi. Beztroska, radość i odpoczynek. Tyle pięknych momentów z Marco. Od chodzenia za rękę, poprzez cudownie spędzane noce aż do niesamowitej w swojej prostocie ceremonii ślubu. Moja platynowa obrączka przepięknie się mieniła w świetle słońca. Zawsze wolałam złoto, jeśli chodzi o obrączki. Jak kiedyś będę brała taki prawdziwy ślub na pewno takie wybiorę. Były cudowne. Na razie miałam odmianę i byłam na nią na rok skazana. Może i zmiany nie zawsze są takie złe?
Od strony schodów usłyszałam, jak Marco znosi nasze walizki.

-Już?
-Tak, zaraz po nas przyjadą. I tak, uprzedzając twoje pytanie, wszystko mamy.-uśmiechnął się zostawiając walizki w przedpokoju i podszedł do mnie. Na moich biodrach ułożył swoje dłonie a brodą oparł się o moje ramię.

-Cztery dni za mało. Musimy zaplanować gdzieś urlop po świętach. Może weźmiemy jeszcze ze sobą Mario. –zaproponował i musnął ustami mój policzek.
-A co ty na to, żeby na przykład pojechać do Włoch? Rzym, Wenecja..Zawsze o tym marzyłam. Oczywiście, jeśli ty miałbyś ochotę..
-Dobry pomysł. Zawsze jeździliśmy na wyspy. W hotelu też możesz mi zrobić masaż.
-Nie przyzwyczajaj się. Masz wracać na boisko i to migiem.
-Bo?-zaśmiał się pod nosem i podniósł głowę z mojego barku. Znów mogłam czuć na sobie jego intensywne spojrzenie.
-Bo to kochasz.
-Celna uwaga. –zaśmiał się i pociągnął mnie za rękę w stronę wyjścia, jednak postanowiłam ani drgnąć. –Rosie, no chodź. Mamy miliard zdjęć.
-Najpierw mnie pocałuj. –powiedziałam twardo protestując niczym mała dziewczynka.
-Pani Reus. Pani zachowuje się jak mała, naburmuszona dziewczynka. –spojrzał na mnie spod byka i podszedł do mnie powoli. Położył obie dłonie w zagłębieniu mojej talii i z czułością złożył na moich ustach pocałunek. –Zadowolona?
-Yhymm..-mruknęłam pod nosem i uśmiechnęłam się zamyślona. Poszłam już za nim nie robiąc żadnych sprzeciwów. Przed naszą willą stał już samochód, a kierowca, gdy tylko zobaczył nas wychodzących podszedł do nas i poprosił o nasze bagaże, by włożyć je do bagażnika. Spojrzeliśmy ostatni raz na nasz uroczy domek, z którym chyba oboje zostawialiśmy sporo wspomnień. Zajęliśmy tylne siedzenia i czekaliśmy, aż ruszymy. 

-Jest sporo fajnych sklepów w centrum. Pojedziemy najpierw na lotnisko, zostawimy tam bagaże. A potem.. Hulaj duszo. –roześmiał się i oparł o podłokietnik po środku samochodu.
Przeczekaliśmy całą jazdę i przeszliśmy do zatoki, gdzie czekał na nas tym razem trochę inny jacht niż zazwyczaj. Zwykle przedostawaliśmy się na inną wyspę łodzią z napędem, ta jednak miała postawione żagle i więcej miejsc do siedzenia na rufie. 

-Płynęliśmy też tą łodzią na początku. –usłyszałam jego głos zza pleców. Na nos włożył czarne okulary. Nie mogłam się nigdy zdecydować, czy wygląda lepiej w nich czy bez, kiedy mogę wpatrywać się w jego błękitno-złoto-zielone oczy, czy może jednak, kiedy miał te czarne okulary dodające mu pewnego mroku i tajemniczości. W nich czy bez. Był dla mnie najprzystojniejszym mężczyzną na tej planecie.
-Nie zwróciłam na to wtedy uwagi. –odparłam i usiadłam na fotelu plażowym z przymocowanym daszkiem u góry. Przesunęłam się myśląc, że zajmie miejsce tuż obok, jednak on usiadł naprzeciwko. Musiał widzieć moją minę bo zaraz wszedł na jego usta chytry uśmiech, który czasem naprawdę mnie irytował.
-Mam teraz lepszy widok. Uwielbiam cię w krótkich spodenkach.
-W porządku. Ja też mam w takim razie widok.
-Mam lepszy.
-Szczerze wątpię, kochanie. –zaśmiał się. Łódź ruszyła z dość dużym hałasem silnika. Czasem nie dawało się z nim wygrać. Przeniosłam spojrzenie na cudowną, mieniącą się taflę wody. Odbijające się od niej promienie słońca.
-Chodź ze mną. –usłyszałam jego głos niedaleko mojego ucha. Odwróciłam zaskoczona głowę. Może i okulary zasłaniały, ale wiedziałam, że jego oczy muszą mienić się radosnymi iskierkami. Podałam mu dłoń, którą uścisnął mi mocniej, by móc ze mną pójść do przodu łodzi. Kazał mi pozostać trzymając się poręczy łodzi a sam odszedł do naszego kapitana. Ich wymiana zdań trwała krótką chwilę. Oboje spojrzeli w moją stronę. Marco podszedł do mnie i poprowadził do steru. Mężczyzna w średnim wieku skinął głową w moją stronę. Wyjaśnił mi, że jeśli chcemy trzymać kurs powinnam pilnować, żeby igła na kompasie cały czas trzymała się jednej kreski, pomiędzy północnym wschodem. 

Przekazał ster w moje dłonie, a sam usunął się z mojego pola widzenia. Skupiłam się, aby trzymać wyznaczony kierunek. Skutecznie rozkojarzał mnie jedynie Marco, który stanął tuż za mną tak, że opierałam się plecami o jego silny tors. Położył pewnie swoje dłonie na moich. Miałam na tyle małe ręce, że zupełnie zostały nimi okryte. Do moich nozdrzy dotarł silny zapach jego perfum, którego uwielbiałam. Bardzo do niego pasował. Do jego charakteru. Był jednocześnie silny i intensywny i dawał ukojenie. Wzbudzał u mnie zawroty głowy ale też poczucie stabilności, ochrony i bezpieczeństwa. 
Kciukiem delikatnie pocierał powierzchnię mojej dłoni. Uśmiechnęłam się na ten gest jednak nie pozwalając się zupełnie zbić z tropu uważnie obserwowałam igłę kompasu i podziwiałam widoki przed nami. Powoli zbliżaliśmy się do wyspy. 

-Wiesz? Jednak lubię zapach twojego szamponu. Pasuje do ciebie.
-Od kiedy ty taki romantyczny, Reus?
-Staram się, Reus.
Na plecach poczułam drżenie jego klatki piersiowej a już kilka sekund później do moich uszu dotarł jego uroczy, stłumiony śmiech. Miałam nadzieję, że jego bycie uroczym i kochanym z Karaibów zostanie też przetransportowana do Dortmundu. I zostanie na cały rok.

-Usunęli lot normalnych linii, przenieśli nas do prywatnego samolotu.
-Z dopłatą?
-Nie, ich wina przecież. Będziemy mieli więcej miejsca.
-Może łazienka będzie większa..-uśmiechnęłam się chytrze i spojrzałam wilkiem w jego stronę. Jego dłonie mocniej zacisnęły się na moich na sterze żaglówki.
-Czy ty chcesz przez to powiedzieć?
-Interpretuj jak chcesz, skarbie. –odpowiedziałam zadzierając głowę. W jednej chwili poczułam, jak na czubku mojej głowy składa pocałunek.

Gdy na horyzoncie pokazał się ląd przeszkodził nam pan kapitan. Przeprosił nas i wyjaśnił, że musi wykierować tak, by dobrze stanąć w przystani. Podziękowaliśmy mu za taką możliwość i wróciliśmy na swoje miejsca, które zajęliśmy wcześniej. Marco poprawił nasze walizki, żeby się nie przesuwały i usiadł koło mnie biorąc moją dłoń w swoje. Po kilku minutach zaczęliśmy wpływać do przystani. Marco wziął nasze walizki i przeniósł je bliżej wyjścia. Poczekałam do końca, żeby się zatrzymać, wolałam jeszcze posiedzieć na moim foteliku i poopalać się w promieniach słońca.

-Rosie!
Otworzyłam oczy i spojrzałam na niego lekko zła. Naprawdę nie znosiłam jak mnie tak nazywał. Już nie chciałam się z nim kłócić nad Ruby, bo wiedziałam, że nie wygram, jednak Rosie.. Mój Boże.. Rosie.

Wstałam z miejsca i podeszłam do niego. Na początku postawił nasze walizki na drewnianym pomoście i pierwszy wyszedł z łodzi. Podał mi swoją dłoń, dzięki czemu mogłam sobie pogratulować pełnej gracji przy wysiadaniu. Potrzebowałam tylko wiatru we włosach, niebotycznych szpilek i sukienki Merlin.
Marco sam wziął obie walizki i poszedł przodem jakoś nagle zapominając o mnie. Cóż.
Koło przystani wzięliśmy taksówkę i poprosiliśmy o transport na lotnisko. Całą trasę przemilczeliśmy. Oglądałam widoki wyspy, naprawdę było mi ogromnie żal ale wiedziałam, że przecież musieliśmy wracać. Cieszyłam się ogromnie, że też nie wycofał rezerwacji i udało nam się tu zjawić.  Przeniosłam spojrzenie na blondyna. Cholera. Patrzył się na mnie. Jego spojrzenie było tak intensywne, że straciłam oddech na kilka chwil. Uśmiechnęłam się lekko speszona przygryzając dolną wargę i wróciłam wzrokiem na widoki za oknem.
Na malutkim lotnisku wykupiliśmy skrytkę do walizek. Schowałam kluczyk u siebie w torebce, żeby mieć pewność, że Marco go nigdzie nie posieje.
Opuszczając lotnisko złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy do centrum Kuby.

-Jakieś masz plany?
-Sklepy. Jedzenie. Sklepy. Samolot.
-Nie za dużo sklepów?-zapytałam spoglądając na niego. W jego oczach widziałam radosne iskierki. Miałam wielką ochotę się do niego się przysunąć i przytulić. Czasem naprawdę był tak uroczy, że miałam ochotę się do niego przytulić jak do misia.
-Nie. Mam nadzieję, że coś fajnego znajdziemy. –uśmiechnął się i wziął moją dłoń z siedziska samochodu i splatając nasze palce położył ją sobie na swoim udzie.

Przemierzyliśmy sporą odległość do miasta. Minęliśmy małą wioskę i w końcu naszym oczom ukazało się zabudowane, tętniące życiem miasto. Nie było zbyt wiele wieżowców, występowało też stare budownictwo. Byłam zachwycona. Wyglądało na to, że moja tutejsza mania zdjęć jeszcze się nie skończyła.
Marco zapłacił za przejazd i pomógł mi wysiąść. Od razu złapał mnie za rękę i poszliśmy główną drogą przed siebie. Pod jakimś nowoczesnym pomnikiem zebrał się zespół, dookoła którego stała grupka mieszkańców klaszczących i bujających się w rytm. Zbliżyliśmy się do nich i zasłuchaliśmy się w muzykę. 
Po chwilowym staniu w miejscu zostałam pociągnięta w stronę pobliskiego sklepu. Z ubraniami. On naprawdę nie wiedział na co się pisał. Biedaczek.

Ku mojemu zdziwieniu był to zwyczajny butik z ubraniami różnych marek. Marco stanął w miejscu i widząc, że chcę iść na dział męski pociągnął mnie w przeciwnym kierunku. Niczym znawca i zakupoholiczka rzucił się na wieszaki z sukienkami i kostiumami. Zatopił się w nich do reszty. Ja jedynie stanęłam w miejscu jak ten słup soli i nie mogłam sobie zdać sprawy, że widzę to, co naprawdę widzę.
Westchnęłam głośno i sama podeszłam do wyłożonych na blat bezrękawników. W sklepie panował lekki ruch, a z głośników umieszczonych w suficie sączyła się delikatna, latynoska muzyka. Styl utrzymany był w bieli z lustrzanymi, geometrycznymi wstawkami, zeszlifowanymi po bokach.
-Rose, przymierz to. –głos Marco pojawił się tuż przy moim uchu. Kiedy na niego spojrzałam, zobaczyłam, że w ręku trzyma już kilka wieszaków.
-Pokaż, co tu masz. –odebrałam od niego wieszaki i położyłam je na blacie ze spodenkami jeansowymi. –Nie. –powiedziałam od razu widząc króciutką czarną, obcisłej sukienkę.
-Bierzesz ją.
-Nie.
-Źle się wyraziłem kochanie. –westchnął biorąc wieszak do ręki. –Albo ją przymierzasz i wymieniasz na większy albo mniejszy numer albo ją kupuję bez przymierzania.
-A jeśli mi się nie podoba?
-Mi się podoba i podobasz mi się w niej.
-Nie widziałeś mnie jeszcze.
-Kochanie, pamiętam każdy milimetr twojego ciała. Zaufaj mi i weź tą sukienkę.
-Marco…
-Więc?-powiedział uśmiechając się z wyższością. W ogóle nie był przejęty swoimi słowami. Traktował to z największą oczywistością. Jakby powiedział największy banał i nawet nie wyczuwał, jak wprawia mnie w zakłopotanie.
-Przymierzę. –burknęłam pod nosem i zabrałam ze sobą wszystkie ubrania, żeby nie musieć kłócić się o to samo wiedząc, jakie argumenty ma.

W przymierzalni wybrałam największą kabinę i położyłam wszystkie rzeczy na siedzisku , nie miałam siły na wieszanie ich wszystkich. Na pierwszy ogień wzięłam ze stosu czarną sukienkę. Zdjęłam wszystko co miałam na sobie i włożyłam sukienkę. Była naprawdę bardzo obcisła. Dwie tasiemki zdobione srebrnymi nićmi wiązane były za szyją. Była piękna. Bezsprzecznie. Musiałabym do niej trzymać  sylwetkę i ćwiczyć… chyba dwadzieścia cztery godziny na dobę. Pięknie podkreślała moją talię i uwydatniała biust. Już widziałam się w niej na jakiejś imprezie. Może na Sylwestra? Zdjęłam ją i z ciekawością podeszłam do przymierzenia innych rzeczy. Byłam zadziwiona jego gustem, wybrał dla mnie naprawdę wspaniałe rzeczy, choć niektóre miały zbyt wygórowane ceny. Te odłożyłam. Był też kombinezon podobny do tego, który pożyczyła mi Ann. Ten miał jednak więcej zdobnych, drewnianych koralików dookoła trójkątnego dekoltu, które były nawleczone także na cieniutki pasek. Materiał był zupełnie taki sam jak ten u Ann, musiałam go wziąć.

-Rose? Przymierzyłaś już coś?-zapytał zza drzwi przymierzalni.  
-Już większość. –przyznałam i naciągnęłam na siebie mój własny t-shirt. Dość przymierzania.
-Chciałem cię zobaczyć.
-Kiedyś chciałam mieć jednorożca. –westchnęłam z udawanym smutkiem. Włożyłam spodenki i otworzyłam drzwi przebieralni. Marco stał oparty o próg.
-I? Pasują?
-Tak, wezmę sukienkę i kombinezon.
-Ja wezmę resztę. –oznajmił i wszedł do przymierzalni zabrać resztę rzeczy.

Po chwili już go nie było. Pomaszerował do kasy nawet się na mnie nie oglądając. Zabrałam swoją torebkę i wręcz za nim pobiegłam. Spotkaliśmy się już przy kasie.
-A jeśli ja nie chcę wszystkich?
-Rose. Czy ty się czepiasz ceny czy faktycznie te rzeczy ci się nie podobają?
-Podobają… Są piękne ale ja nie potrzebu…
Moja wypowiedź została przerwana krótkim buziakiem w usta. No tak. Ryby i Rose głosu nie mają. Jeśli naprawdę chciał wydawać na mnie pół swojego majątku to proszę bardzo. Jego sprawa, ja oddawać mu niczego nie zamierzałam.
Poszłam na męski dział poszukać czegoś dla Marco. Wzięłam jedną lnianą koszulę z podwijanymi rękawami, która bardzo by pasowała do piłkarza i jego oczu. Gdy miałam już odchodzić z koszulą do kasy, póki jeszcze tam stał zauważyłam na wieszaku klasyczny czarny T-shirt z napisami. Uśmiechnęłam się i wzięłam na oko dobry rozmiar dla blondyna. Oby nie takie oko jakie on miał.
Do kasy dotarłam kiedy już odchodził z trzema siatkami. Spojrzał na mnie zaciekawiony.

-Weźmiemy jeszcze te dwie? –zapytałam pokazując na wieszaki.
-To są chyba męskie…
-Owszem. Też chcę, żebyś coś miał. –wytłumaczyłam próbując powstrzymać śmiech. Marco zawrócił do kas odbierając ode mnie koszule. Ściskałam kciuki, żeby nie za wcześnie obejrzał drugiej koszulki. Krok za krokiem. Nie spuszczałam wzroku z twarzy Marco, która niebezpiecznie zaczęła spoglądać w dół. Chciałam już coś powiedzieć, żeby rozproszyć jego uwagę jednak nastał moment, którego się obawiałam.
Spojrzał na nadruk.
-Mierzę wszystko swoją miarą?-zapytał zdziwiony patrząc na napis na plecach. Nic nie mówiłam.
Przekręcił wieszak. Tam widniał kolejny napis. „Świat jest mały”.  Byłam ciekawa, w jaką stronę mogło pójść jego zachowanie. Albo bardzo zły, choć to oblicze miałam nadzieję, że zostawił w Niemczech. Albo się roześmieje i potraktuje to jako żart. Albo się nafoszy i będzie po mnie.
On zamilkł. Na razie.
Podszedł do kasy i podał kasjerce samą lnianą koszulę pozostawiają czarną koszulkę w ręku.
Kiedy kasjerka podała mu zapakowaną koszulę odwrócił się w moją stronę, jednak nie spojrzał na mnie. Odwiesił t-shirt na pierwszym lepszym wieszaku. Poczułam się jak skarcone dziecko, choć tak naprawdę nic nie zrobiłam.
Zaczęłam kierować się do wyjścia z lekko pochyloną głową. Zostałam jednak na krótko przed drzwiami zatrzymana pociągnięciem za ramię. Odwróciłam się do niego i powoli skierowałam głowę do góry, by móc zatopić się w jego zielonych oczach. W nich widziałam szczęście. Ale jakie. One się nie śmiały, nie wykrzywiały tak charakterystycznie, że po bokach oczu pojawiały się małe zmarszczki, które zawsze chciałam pocałować. On był szczęśliwy. Tak po prostu.
Położył dłoń na moim policzku, ale tylko na króciutką chwilę. Zachłysnęłam się powietrzem. Położył dłoń na moich plecach i mocno przyciągnął do siebie. Przytulił mnie. Tak po prostu, na środku sklepu nie zwracając uwagi na innych. On mnie przytulił. Nie pocałował, nie trzymał moich dłoni, nie bawił się włosami. Przytulił.

-Dziękuję ci, Rose.
-Ale za co?-szepnęłam mocniej splatając swoje dłonie na jego plecach by nie przerywał uścisku. Tak po prostu było dobrze.
-Że jesteś. Boże, nigdy nie czułem się tak… Nie wiem jak, Rose.
-To dobre uczucie?-zapytałam lekko drżącym głosem. Może właśnie chciał mi wyznać miłość? A może powinnam zbadać sobie jak bardzo mało IQ posiadam.
Odsunął mnie od siebie i spojrzał prosto w oczy.
-Bardzo dobre. Znamy się tak cholernie mało czasu a mi jest przy tobie dobrze… Nie chcę wymagać od ciebie zbyt dużo, ale… Chciałbym, żebyśmy po naszym rozwodzie byli takimi przyjaciółmi jak jesteśmy teraz. To będzie moje noworoczne życzenie. A potem urodzinowe. –wyznał szczerze podciągając charakterystycznie lewy kącik ust w uśmiechu.
-Jesteśmy przyjaciółmi?
-Jesteśmy małżeństwem. Ale to chyba może iść w parze. Jesteś dla mnie przyjaciółką. Mam nadzieję, że może kiedyś ja też będę mógł być dla ciebie..
-Jesteś, Marco. Mimo, że czasem chciałam cię zabić.
-Zabijasz mnie każdego razu, kiedy widzę cię w bieliźnie. Myślę wtedy, że umieram. To też dobre uczucie.
-Rozmawialiśmy o przyjaźni a teraz weszliśmy w temat łóżka.
-Widocznie to nieodłączne w naszym przypadku. Chodź, pójdziemy na obiad, moja mordercza przyjaciółko.

Uśmiechnęłam się i chwyciłam go za rękę. Dopiero wtedy. Wyszliśmy razem na zewnątrz.
Ciepłe i suche powietrze owiało mi twarz, przez co musiałam na chwilę przymrużyć oczy. Odsunęliśmy się od wyjścia ze sklepu, żeby nie blokować drogi innym i zaczęliśmy się rozglądać w poszukiwaniu jakiejś knajpki, gdzie można by było coś zjeść.
Przy okazji mogliśmy nacieszyć wzrok niesamowitą architekturą. Nawet te najskromniejsze i najprostsze budynki skrywały urok, który niewątpliwie wpasowywał się w ten klimat.
Tu było znacznie więcej turystów. Było miło widzieć tyle twarzy po kilku dniach tkwienia na zupełnym odludziu. Co mnie zdziwiło to, że jedynie nieliczni z nich zwracali uwagę na Marco. Może jedno młode małżeństwo które nas mijało uroczo się obejmując i nastolatek w dredach i czapce w kolorowe pasy zasłuchany muzyką płynącą z ogromnych słuchawek, które omal że nie przerastały jego głowy.

Moją uwagę przyciągnęła półokrągła markiza w czerwono-białe pasy na rogu starego, ceglanego budynku. Pod nią poustawiane były mosiężne stoliki z nóżkami zakończonymi ozdobnymi zawijasami. To miejsce już mnie kupiło.
-Zjedzmy tu. –stwierdziłam i pociągnęłam go za rękę nie czekając na żadną odpowiedź.
Lokal był w środku bardzo klimatyczny, swoim wystrojem ściśle połączony z klimatem i scenerią wyspy. Stare wazy, kolorowe materiały na ścianach i podłoga, na której położone były niesamowite deski. Ich kolor znajdował się pomiędzy rudym a brązem. To jednak taras na zewnątrz mnie urzekł i zaraz po poproszeniu kelnerki tam się przenieśliśmy.
Zamówiłam rybę. Świeża ryba tutaj nabierała naprawdę innego znaczenia. Oczywiście tego lepszego. Dania zostały nam podane z bogatym bukietem surówek i młodymi ziemniaczkami w przyprawach. Byłam w niebie.
Na deser pokusiłam się na miskę owoców z lodami miętowymi, Marco natomiast wybrał dla siebie same owoce podane w melonie. Oczywiście obie potrawy przed konsumowaniem zostały sfotografowane.

-Wyślemy Mario. –stwierdził Marco oglądając zdjęcie w swoim telefonie i nadział na widelec kawałek mango.
-Może w ogóle zrobimy mu mały albumik.
-Albo w złote ramy. Będzie miał swój ołtarzyk. –stwierdził ze śmiechem i włożył owoc do ust.
Byliśmy czasem okrutni. Podczas deseru wymienialiśmy się wspomnieniami o naszym króciutkim wypadzie. Oboje mogliśmy go zaliczyć do udanego. Mimo krótkiego czasu tu spędzonego wykorzystaliśmy go do maksimum. Poznaliśmy się i nauczyliśmy razem funkcjonować. Hipotetycznie, miałam nadzieję, że zbyt wiele nie zmieni się po powrocie do Dortmundu.
Po zapłaceniu za posiłek sprawdziliśmy godzinę i stwierdziliśmy, że mamy jeszcze pełno czasu. Marco chciał pójść kupić nasze ukochane wino, które było specjałem wyspy. Ja pomyślałam jeszcze o malutkich upominkach dla Ann, Mario i Yvonne.
Weszliśmy do miejscowego sklepu z upominkami. Było tam wiele rzeczy robionych własnoręcznie. Małpki z powycinanego orzecha kokosowego, biżuteria. Spodobały mi się kolczyki z malutkimi kamyczkami naturalnymi w kolorze białym. Ann chyba jednak wolałaby nosić dłuższe i nieco lżejsze.

-Wziąłbym dla Yvonne i Ann bransoletki z tymi kamieniami.
-Myślisz, że wystarczą tylko takie rzeczy?
-Pewnie, w ogóle ucieszą się, że o nich pamiętaliśmy. Równie dobrze i nie musimy nic kupować. Dla Ann weźmiemy kamień księżycowy a dla Yvonne biały, myślę że tak będzie dobrze. Co ty na to?
-A dla Mario kubańskie cygara?-zaśmiałam się podchodząc do misy i wybrałam z niej dwie bransoletki.
-Mario jako Ojciec Chrzestny. To jak Kubuś Puchatek na wojnie w Afganistanie, kochanie. –roześmiał się i odebrał ode mnie bransoletki i poszedł zapłacić do kasy. Próbowałam naprawdę wyobrazić sobie Mario w roli Ojca Chrzestnego i sama zaczęłam śmiać się pod nosem.

Po małych zakupach weszliśmy do miejscowej starej winiarni, gdzie odnaleźliśmy nasz obiekt pożądania. Marco wziął od razu cztery butelki. Miałam obawy jak my je zmieścimy do walizek, jednak postanowiłam się nie wtrącać do potęgi umysłu Marco. Potęgi umysłu. Prawie jak z tym Kubusiem Puchatkiem na wojnie.
Przeszliśmy się długim spacerem po mieście. Zjedliśmy trochę owoców, które wzięłam z domu i piliśmy dużo wody przez doskwierający upał. Znaleźliśmy też sklep, w którym kupiliśmy czekoladę ze skórką pomarańczy dla Mario. Takie drobiazgi miały swój urok. Zarówno dla Ann i Mario jak i Yvonne wzięliśmy też pocztówkę.
Po trzech godzinach pożegnaliśmy się z Kubą wsiadając do prywatnego samolotu. Byliśmy przywitani tam niczym para królewska. Wnętrze samolotu było bardzo luksusowe, znajdowało się tam więcej przestrzeni, zarazem z mniejszą liczbą foteli. Te obite były w białą skórę i ustawione po cztery do jednego stolika. Pierwszy raz byłam w tak luksusowym pojeździe. No pomijając Astona Martina Marco.

Mieliśmy ponadto własną obsługę. Bogaci ludzie naprawdę żyli inaczej. Stewardessa zaprosiła nas na  miejsca oznajmiając, że podczas startu musimy zapiąć pasy, a sygnał dźwiękowy oznajmi, że pasy mogą zostać odpięte. Mieliśmy do dyspozycji barek, przekąski i także gotowe dania.
-Pamiętasz co mi obiecałaś, że będziemy robić w samolocie?-zapytał, kiedy złapaliśmy już dobrą wysokość. Odpięłam pas i zarzuciłam zmęczone nogi na podłokietnik fotela obok. Nachodziłam się i to naprawdę nieźle.
-Pamiętam, ale odpadają mi nogi, myślę, że mamy tyle czasu podczas lotu, że się wyrobimy.
-Nie mówisz nie.
-Bystrzacha. –uśmiechnęłam się pod nosem i przymknęłam powieki relaksując się.


Lot mimo, że trwał długo nie dłużył nam się. Obejrzeliśmy kilka odcinków serialu, który oglądają razem z Mario ostatnimi czasy. Nie wciągały mnie nigdy seriale, jak było i z tym. Był dla mnie bardziej zapychaczem czasu, niż bez czego nie mogłam się obejść. Po czwartym odcinku zasnęłam opierając się o zagłówek fotela.
Łazienka była taka o jakiej myślał Marco. Jak sam stwierdził była bardzo funkcjonalna i praktyczna. Można było wyładować w niej emocje, a my akurat mieliśmy coś ostatnio dużo emocji uzbieranych. Wyrzucenie ich z siebie okazało się zupełnie wyczerpujące. Po wypiciu wody z cytryną i dosunięciu do siebie foteli przykryliśmy się kocem i zasnęliśmy. Ja zupełnie już tradycyjnie ułożyłam się w jego ramionach.



***



Dortmund. Mimo, że to miasto było dla mnie nowe bardzo się do niego przywiązałam. Było nowe, zupełnie jak moje życie. Jako pani Reus. Już nie mogłam się doczekać spotkania z Mario i Ann, Yvonne i André. Stało przede mną pełno wyzwań ale też niesamowitych i niezapomnianych przeżyć, byłam tego pewna.

Na lotnisku było sporo osób. Marco z kilkoma zgodził się zrobić zdjęcie, jednak szybko wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do mieszkania.
Mimo spania w samolocie i tak czułam zmęczenie zwłaszcza po drastycznej zmianie klimatu. Niestety pod blokiem sobie uzmysłowiłam, że do zrobienia były jeszcze zakupy, bo z pustą lodówką nie zaszlibyśmy daleko, nawet małżeństwo z największym stażem i darzące się bezgraniczną miłością.. Bez lodówki? Mario Götze przyznałby mi  w tym momencie rację.
Kiedy weszliśmy do mieszkania od razu położyliśmy walizki w salonie. Marco wziął je do sypialni, żeby tam móc je w spokoju wypakować. Oznajmił mi, że idzie wziąć prysznic.
Położyłam się na kanapie i rzuciłam nogi do góry. Musiałam je rozprostować po takim czasie podróży. Mój brzuch na domiar złego zaczął burczeć.

Odczekałam dopóki w łazience nie skończy się lać woda. Kilka minut później Marco zbiegł po schodach w nowych ubraniach i niewysuszonych włosach. Wziął z szufladki szafki kluczyki do samochodu i okulary przeciwsłoneczne.

-Jadę do Mario. Będę za kilka go..
-Co przepraszam?-roześmiałam się mając nadzieję, że moje spojrzenie wystarczająco mówiło mu, że uważam go za kosmitę świecącego na wszystkie kolory tęczy ze stadem owiec z kocimi ogonami biegającymi dookoła niego.
-Idę do Mario.
-Nie idziesz. –oznajmiłam i wstałam z kanapy zakładając ręce przybierając waleczną pozycję.
-Nie złapałem momentu, kiedy decydujesz za mnie.
-Ani ty za mnie. Na przykład wracam na studia.
-To osobny temat.  –powiedział zdenerwowany i przeczesał włosy palcami. Zawsze tak robił.
- Ach tak. W takim razie ty idziesz na zakupy. Bo to też osobny temat.
-Weź sobie samochód i jedź zrób zakupy. Ja nie mam najmniejszej ochoty.
-Och nie zachowuj się jak dziecko! –odparowałam.  –Nie mam prawa jazdy. A z Holandii chyba długo trwa wysyłka, co nie Reus?
-Nie twój biznes. –powiedział zaciskając dłonie w pięści. A tu cię boli.
-Spokojnie, pójdę sobie zrobić, może pamiętasz jeszcze pytania…
-Chodź, bo naprawdę… -westchnął nieźle wkurzony. Podeszłam do niego z pośpiechem i pocałowałam zupełnie go tym zaskakując.
-Poczekaj, jeszcze się odświeżę i przebiorę. Lekcja numer jeden. Kompromisy, kochanie.
-Kompromisem nazywasz to, że mam robić to co chcesz? Kochanie?-naśladował mnie z kpiną a jednocześnie ze śmiechem. –Chyba za bardzo coś wczuwasz się w rolę żony. –ał, zabolało.
-Kompromisem jest to, że najpierw obowiązki, których nie możemy przełożyć a po sklepie możemy wprosić się do Mario i Ann na kolację.
-Nie wymądrzaj się już tak.
-To nie marudź.
-To nie będę.
-To dobrze. –roześmiałam się i zeszłam mu z pola widzenia wchodząc na piętro. Właśnie przeszłam pierwsze starcie. Wygrałam. Mamy 1:0. A nawet remis. Oby takie remisy były zawsze. A uparty, wkurzony Marco jak najrzadziej. 





~~~~ 

Jeszcze raz przepraszam za dzisiejszy poślizg!! Teraz jeszcze muszę dalej pędzić, mam nadzieję, że nie ma zbyt wielu błędów, w trakcie będą poprawiane!
Dziękuję za tyle miłych słów pod poprzednim rozdziałem, dziekuję za zrozumienie! 
Za tydzień kolejny!
Buziaki!xx

sobota, 6 maja 2017

Szesnaście




-Wiem, mamo. Ja ciebie też. Obiecałem ci wtedy, pamiętasz? Dotrzymam słowa. Zadzwonię jak wrócimy, dobrze?

Obserwowałam Marco, który od kilku minut rozmawiał i tłumaczył wszystko swojej mamie. Zadzwoniła do niego przez przypadek, a dowiedziała się dość..niespodziewanej informacji o ślubie swojego syna. Płynęliśmy właśnie motorówką na wyspę, gdzie mieliśmy zwiedzać przez najbliższy czas. Dopóki komórka Marco się nie rozdzwoniła siedzieliśmy w ciszy. Piłkarz wstawił moje zdjęcie na portal społecznościowy, z resztą jak chciał, podpisał je tylko wymownym serduszkiem. Miałam naprawdę dobry humor. Zamiast obserwować widok, cały czas moje spojrzenie tkwiło w Marco. 
Gdy kończył rozmawiać i słuchał czegoś, co mówi jego rodzicielka usiadł koło mnie i objął ręką. Zupełnie odruchowo położyłam swoją dłoń na jego, spoczywającej na mojej talii.

-Tak, ucałuję Rosie. Do zobaczenia. –pożegnał się i rozłączył rozmowę. Schował telefon do jeansowych spodenek a po chwili złożył na moich ustach delikatnego całusa, jak kazała mu mama.
-I jak zareagowała?
-Była zdziwiona. Wiesz, rozmawialiśmy wtedy razem z tatą o tej całej sytuacji…
-Dzięki tej rozmowie ze mną zerwałeś.
-Dzięki tej rozmowie zrozumiałem co czuję. Co ty czujesz i jak się zachowałem. Przejrzałem na oczy. I mimo, że cię straciłem, wiedziałem, że chcę cię odzyskać, choć tak naprawdę wolałem, żebyś była jak najdalej ode mnie.
-Nie udało się.
-Nie. –uśmiechnął się i położył głowę na moim ramieniu. –Ale nie żałuję. Jestem szczęśliwy. Mam nadzieję, że ty też.
-Tak. Jest w porządku.
-To dobrze, że jest w porządku. –zaśmiał się głęboko muskając nosem mój policzek.




***



Kuba była przepięknym, wyspiarskim miasteczkiem. Najpierw przespacerowaliśmy się przez nie, podziwiając wyjątkowe budownictwo. Budynki ozdobione przepięknymi ornamentami, pomalowane na niebiesko i czerwono. Robiliśmy pełno zdjęć, sobie nawzajem i krajobrazom nas otaczającym. Cały czas trzymaliśmy się za ręce, obejmowaliśmy, całowaliśmy. Jak prawdziwe małżeństwo. Nie rozumiem jakim cudem to tak pięknie się nam udawało, byłam przekonana, że nasze wspólne życie będzie bardzo niezręczne, nie będzie się układać. Tymczasem wszystko układało się wręcz idealnie. Może i było zbyt wcześnie na wnioski ale mogłoby tak zostać do końca. Tak, jak teraz.

Gdy nadeszła obiadowa pora znaleźliśmy na rogu ulicy niewielką knajpkę. Zajęliśmy miejsce tuż przy oknie, by móc podziwiać widok zatoki. Z wyborem dań zdaliśmy się na wybór szefa kuchni. Byliśmy spragnieni tutejszych specjałów, ta kuchnia coraz bardziej mi się podobała. Marco dla mnie zamówił czerwone wino, dla siebie herbatę, bo ku mojemu zdziwieniu, zamierzał jeszcze dziś prowadzić.
Na przystawkę dostaliśmy miseczkę zupy ajiaco. Była gotowana na bazie wielu mięs z dodatkiem warzyw. Czułam korzenny smak batatów, odrobinę dyni i jeszcze czegoś, czego nie mogłam wysmakować.
 Danie główne było zrobione z wołowiny z dodatkiem czarnego ryżu, fasoli i manioku, a mój ukochany deser składał się z orzecha kokosowego. Byłam w niebie.

-Rose.-zaczął, gdy dokończył swoje danie  –Masz jeszcze siły?
-Nie, Reus. Nie teraz, w domu! –zbeształam go ze śmiechem, a on przewrócił oczami.
-Ty tylko o jednym. Czy masz siłę na wycieczkę. Chciałbym cię zabrać w głąb wyspy. Wynajmę samochód.
-Jak dla mnie wspaniale. Nie zgubimy się?
-Damy radę. –uśmiechnął się i skinął do kelnera, by zapłacić za posiłek.

Wypożyczalnia samochodu była aż na samym skraju miasteczka. Dobrze, że miałam wygodne buty. Dotarliśmy tam spacerem w pół godziny. Spośród ustawionych samochodów Marco wybrał zielonego Jeepa. Uznał, że będzie najodpowiedniejszy do takiej wycieczki. Siedzenia były naprawdę wygodne, ze skóry i bardzo miękkie. Poradziłam sobie sama z wysunięciem krzesła pasażera do tyłu, aby jazda była przyjemniejsza.  Marco przekręcił kluczyk i włączył wbudowany GPS w panel sterowania.

Ruszyliśmy na północ opuszczając miasto. Zbudowana była naprawdę nowoczesna autostrada tuż przy tropikalnym lesie. Otworzyliśmy wszystkie okna robiąc przeciąg, by się trochę przewietrzyć. Całe szczęście, że związałam włosy, inaczej moje włosy już byłyby w dużym nieładzie. Widoki, które mijaliśmy były przepiękne. Nadawałyby się na zdjęcia, ale przez taki pęd nawet najlepszy fotograf nie zrobiłby dobrego. Jedyne co mogłam zrobić to podziwiać na własne oczy.
Nagle z myśli wyrwał mnie dotyk dłoni Marco na moim udzie. Uśmiechnęłam się pod nosem.

-Jak twoja mama zareagowała? Chyba w końcu mi nie powiedziałeś.
-Była w szoku na początku.-zaśmiał się i spojrzał kontrolnie na wyświetlaną mapę. –Wyjaśniłem jej, że też tego chciałaś i nie zrobiliśmy nic, na co się nie zgodziłaś. Chyba.
-O no właśnie!-zaśmiałam się pod nosem. –Dobrze powiedziałeś. Choć czasem jesteś zbyt natarczywy. Ale.. Da się wycierpieć.
-O dzięki ci. Stópki ucałuję wieczorem, jak je umyjesz.
-Chyba ty!
-No to mamy wspólny prysznic ustalony. –zaśmiał się i zerknął na mnie z chochlikami w oczach, a potem znów przeniósł wzrok na drogę. 
-Mogę cię o coś popytać?
-Eh, musisz, prawda?
-Tak. Nie jesteś wylewny.
-Ostatnio graliśmy w pytania.
-Zbyt mało. –stwierdziłam i przekręciłam się na bok na swoim siedzeniu, by mieć lepszy widok na blondyna. –A propos pytań. Dlaczego na początku tak bardzo trzymałeś mnie na dystans i nie rozmawiałeś ze mną?

-Już ci mówiłem, żebyś mnie nie oceniała.
-Nie tylko po to, prawda? Chciałeś mnie odtrącić. Chciałeś, żebym się od ciebie odsunęła dopóki nie obrałeś innego frontu co do ślubu. Ty wiesz jak zrobić pranie mózgu.
-To nie tak..-zaprzeczył patrząc w dal drogi i zaczął pulsacyjnie ściskać przez materiał kombinezonu moje udo.  –Kiedy cię zobaczyłem na tej górze, wśród deszczu.. Nie ważne .-zrezygnował tak szybko jak zaczął ten temat. Jak zwykle obcinał wszystko. I miałam się o nim cokolwiek dowiedzieć. Powodzenia.
-Nienawidzę, jak mi nic nie mówisz. Nienawidzę. I nie odpuszczę ci, Marco. –westchnęłam zakładając ręce jedna na drugą.
-Po prostu. Spodobałaś mi się, a pojawiłaś się w takim momencie mojego życia, że nie chciałem… Byłem… -zamknął na chwilę powieki i wziął głęboki oddech.
-Spokojnie..
-Mimo, że nie kochałem Scarlett, myślałem, że już z nią zostanę. Z przyzwyczajenia, nie wiem.. Po prostu. I cholera, skończyło się.. W jednym momencie nie chciałem nikogo, z drugiej strony strasznie mnie pociągałaś i byłaś wszędzie, wkradłaś się do mojej głowy szybciej niż do mojego życia na co dzień. Dodatkowo tak bardzo byłaś krnąbrna, wkurzająca i..
-I? –zapytałam pewnie kładąc swoją dłoń na jego udzie.
-I seksowna. –dodał uśmiechając się szeroko.  –Nie liczę na to, że nagle pokocham.. Kogokolwiek. Chcę po prostu, żebym się nauczył.
-Czego?
-Życia, Rosie. –powiedział ściszonym głosem.

Resztę drogi pokonaliśmy milcząc. Każde było pochłonięte swoimi myślami.
Może i dobrze to zdefiniował. Nauka życia. Razem. Przecież nasze życie nie będzie się składało z Karaibów. Praktycznie przez cały czas będzie Dortmund, nie wyspy. Będzie normalne, przyziemne życie. Problemy. Zakupy, pranie, sprzątanie, gotowanie. Jego treningi, zapracowane życie i moje bezrobocie. Sprzeczki, kłótnie, trzaskanie drzwiami. By na końcu wziąć rozwód. Miał skubany rację. Wyjdziemy z lekcją życia. Wyjdziemy dorośli, odważni. Wyjdziemy będąc sobą.
Miałam szczęście napotykając takiego mężczyznę na mojej drodze. Akurat po śmierci Leo, kiedy potrzebowałam kogoś bliskiego, abym nie była sama.

-Santa Clara.-powiedział tryumfalnie wskazując na znak miejscowości, do której zjeżdżaliśmy.
-To nie powinno być gdzieś koło Kalifornii?-zapytałam rozglądając się po okolicy.
-Są dwie. Tu i w Kalifornii. Musimy zostawić samochód na terenie ośrodka i zapłacić za parking.
-Nie można tu inaczej?
-Można. –wzruszył ramionami –Ale wolę mieć pewność, że będziemy mieli czym wracać. I nie chodzi tylko o spuszczenie benzyny.
-Myślisz?
-Upewniałem się tu i ówdzie. Spokojnie, wiem gdzie zostawić, żeby było bezpiecznie. –uśmiechnął się uspokajając mnie i wjechał na teren dość bogato wyglądającego zajazdu. Zaparkował na jednym z wielu wolnych miejsc parkingowych. –Poczekaj, pójdę zapłacić ochroniarzowi. –uśmiechnął się zabierając z półki okulary przeciwsłoneczne i wsunął je sobie na nos.

Patrzyłam jak odchodzi od samochodu i wita się ze starszym mężczyzną, który siedział w malutkim budyneczku, zbudowanego specjalnie z myślą o ochronie obiektu. Rozmawiali jakiś czas, na koniec Marco wyciągnął z portfela kilka banknotów i wręczył mu je. On uśmiechnięty z błyskiem w oku ukłonił się mu i zasalutował. Marco podszedł do mnie i otworzył drzwi po mojej stronie. Wyskoczyłam z Jeepa i założyłam swoje kocie okulary. Lubiłam ten kształt i podobno było mi w nim naprawdę dobrze.

Blondyn zablokował za nami samochód i wyszliśmy z terenu obiektu. Zostałam złapana za rękę. Marco nas poprowadził przez miasteczko, w którym nie było zbytniego ruchu. Słońce mocno świeciło i nie zamierzało zelżeć.
-Nie smarowałeś się niczym? Spali cię..-westchnęłam patrząc na jego odsłonięte ramiona. Miał zbyt krótki rękawek.
-Przejdziemy niedługo w cień. Tak mi się wydaje. Mam rękaw, więc nie będzie źle.
-Jak wrócimy to cię posmaruję.
-Dobrze. –uśmiechnął się pod nosem i pocałował mnie w czoło.

W centrum miasta stał stary, lekko zniszczony pałacyk. Niektóre cegły już odpadały. Nie było niestety funduszy, by je odbudować. Koło niego stały lepszej jakości domy, w tle widziałam jednak i te biedniejsze, ledwo stojące. Ludzie tu jednak byli uśmiechnięci i przyzwyczajeni do życia na wyspie. Przeszliśmy przez główny rynek z targiem, na którym kupiliśmy kiść świeżych winogron. Opłukaliśmy je w miejscowej studni w centrum miasta i zaczęliśmy je powoli skubać. Były przepyszne. Było czuć, że świeżo zerwane. Obiecaliśmy sobie jeszcze, że w drodze powrotnej wrócimy po jeszcze jedną kiść.

Wyszliśmy z miasta na jego obrzeża, ku zieleni, działkom ogrodowym. Marco kierował nas cały czas prosto jakby pewny gdzie idzie. 
I dotarliśmy. Gdy w końcu przystanęliśmy zauważyłam, że przed nami rozpościerała się dość spora góra.

-Zamierzasz się na to wspiąć?-zapytałam wskazując na ścieżkę prowadzącą do góry ułożoną z beżowych kamiennych płyt.
-Z tobą. Chodź.

Zostałam dość silnie pociągnięta za rękę. Z westchnieniem ruszyłam za blondynem. Nie szliśmy za szybko, jedynie wolnym spacerem podziwiając zieleń dookoła, prawie wcale nic nie rozmawiając. W końcu dotarliśmy na szczyt. Znaleźliśmy dość duży głaz, na którym od razu poszliśmy usiąść.

-Pewnie wszyscy turyści tu siadają.-stwierdziłam patrząc na panoramę miasteczka. Domy, zabytki, rzeźby i pełno roślin. Nawet pole uprawne winorośli.
-O ile tacy są. Wydaje mi się, że rzadko odwiedzają to miasto. A szkoda, bo jest tu ładnie.
-Tak. Dziękuję, że mnie tu przytargałeś. –roześmiałam się i  musnęłam niepewnie jego policzek. Po chwili poczułam jak otacza mnie swoim ramieniem i przyciąga do siebie. –Wiesz? Nie chcę wracać. –mruknęłam pod nosem i wtuliłam się w jego ramię mrużąc oczy za okularami.
-Musimy. Muszę kontynuować treningi. Wiesz, naprawdę mi na tym zależy.
-Wiem. Ja też chcę, żebyś mógł zacząć grać. To chyba dla ciebie ważne.
-Najważniejsze w życiu. Nic dla mnie nie jest ważniejsze, Rose.
-Wiem. –szepnęłam. 
Właśnie wiem. Chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale to, co powiedział zupełnie mnie wybiło z rytmu i dotarło do mnie, że to może to jego właśnie największa wada. Może w tym wszystko tkwi. Może nie umiałby pokochać.. Obdarzyć większą miłością kobietę niż piłkę nożną. Brzmi śmiesznie ale może właśnie było? Zbyt bardzo poświęcał się temu co robi, zbyt bardzo pochłaniało to jego życie, jego samego.

-W porządku?
-Tak. Będziemy się zbierać za chwilę, dobrze? Jeszcze chciałabym tu posiedzieć.

W milczeniu posiedzieliśmy na kamieniu i porobiliśmy sobie jeszcze kilka zdjęć. Marco zrobił też kilka nam. Chyba sam musiał mieć ich niezłą już kolekcję.
Cały czas nie opuszczał moich myśli. Myślałam o nim i naprawdę nasunęło mi się wiele pytań do Mario, który mógłby więcej wiedzieć o zachowaniu Marco. Chociaż może i on nic nie będzie chciał mi mówić, w końcu Mario to Mario. Może też sama to zauważę po jakimś czasie. W końcu cały rok przed nami. Dzieląc z nim praktycznie całą dobę nie było mocnych, bym ani trochę go nie poznała.

Zeszliśmy w dół już szybciej i przeszliśmy miastem naokoło, by więcej zwiedzić. Idąc w cieniu budynków słońce piekło mniej, jednak lepiej, że wzięłam wodę, bo pragnienie nam obojgu doskwierało. Gdy akurat przechodziliśmy koło jednego z domów na jego werandzie dostrzegłam małą małpkę. Pewnie żyła na wolności. Wyglądała naprawdę bardzo przyjaźnie. Nieśmiało podeszłam do niej i wyciągnęłam rękę. Miałam do czynienia z kotami w domu Leo, więc może i małpka też potrzebuje powąchać najpierw czyjąś dłoń. Na taras zauważając nas wyszła starsza pani. Uśmiechnęła się serdecznie, jednak pokiwała przecząco głową, kiedy Marco próbował się przywitać w języku angielskim. Musiała umieć mówić tylko po hiszpańsku, jak większość miejscowych ludzi tutaj. Na chwilę weszła do domu pozostawiając drzwi otwarte. W tym czasie małpka odważniej złapała za mój palec, potem za kolejny. Skończyła się na tym, że przybiła mi piątkę wyszczerzając przy tym imponującej wielkości kły.

Obejrzałam się w poszukiwaniu Marco. Ten stał za mną zaabsorbowany robieniem mi zdjęć. Pokręciłam głowę z niedowierzaniem. Chyba naprawdę się wkręcił ostatnio w fotografię. Przeniosłam wzrok na uroczego małpiszonka, który zaczął mnie zaczepiać szturchając swoją łapką w ramię. W tym samym czasie przyszła starsza kobieta i wręczyła mi banana, zapewne, żebym dała go zwierzakowi.

-Zjedz go, zdziwi się. –usłyszałam głos zza pleców. Mimowolnie się roześmiałam. Podałam małpce owoc i uśmiechnęłam się szeroko widząc jak łapczywie go ode mnie odbiera i doskonale sobie radząc obiera go. Marco podszedł do mnie i położył rękę na moich plecach.
-Teraz zrób jej zdjęcie.-poleciłam wpatrując się w przeuroczy obrazek.
-Podobne jesteście.
-A ty jesteś starym, brzydkim, grubym waleniem. –odpowiedziałam i uśmiechnęłam się do kobiety. Pogłaskałam na odchodne małpkę po głowie. Zrobiłam miejsce Marco, żeby też mógł poczuć się spełniony. Przewrócił oczami i dosłownie położył palec na krótką chwilę na jej głowie lekko czochrając. Wróciliśmy oglądając się jeszcze za siebie na naszą drogę do samochodu.

-Przynajmniej mają duże ptaki. Największe u zwierząt. Miło mi.
-Co? Kto? –spojrzałam na niego jak na kosmitę. Nie rozumiałam o co mu chodziło, ni stąd ni z owąd.
-No wiesz, walenie. –uśmiechnął się zadziornie.
-Ptaki, hę? –roześmiałam się i uderzyłam go łokciem w bok. On udając obrażonego złapał mnie za uda i przerzucił sobie przez ramię. Nie. Znosiłam. –Puszczaj, słyszysz? Bo cię kopnę gdzieś, gdzie nie chcesz być kopnięty. A akurat na tej wysokości mam nogę, czyż nie? Może lepiej sprawdzę! –narzekałam i zaczęłam drapać go paznokciami po plecach. Nagle pisnęłam głośno na pół okolicy, gdy zrzucił mnie z siebie, a ja prawie upadłam. Prawie. Złapał mnie niczym książę swoją księżniczkę, dupek jeden. Musnął szybko moje usta dając szybkiego buziaka a następnie chwycił w pasie, bym miała nogi po drugiej, bezpieczniejszej stronie. Zacisnęłam mocno powieki. Nie wierzyłam w tego człowieka. Otwierając oczy zobaczyłam jak kilka miejscowych patrzy się na nas z uśmiechem jak na atrakcję turystyczną. W sumie, nie na co dzień przechodzi ulicą tak specyficzne małżeństwo jak my.

Szliśmy chyba naprawdę dość mocno okrężną drogą, bo ta dłużyła mi się niemiłosiernie. Nie miałam co prawda nic do narzekania, bo byłam niesiona jak cesarzowa, jednak i bycie cesarzową kiedyś się nudzi. Moja nuda ogarnęła mnie do stopnia, że zaczęłam czubkami sandałów kopać blondyna w pośladki. Słyszałam, jak cicho zaśmiał się pod nosem, jednak cały czas cierpliwie przed siebie szedł. Włączył mi się alarm.

-Postaw mnie, nie możesz tak dźwigać.
-Spokojnie, jesteś lekka. Nic mi nie będzie.
-Może teraz nic nie czujesz ale potem. Chcę zejść.
-Sza, prawie jesteśmy.
-Jak tak lubisz dźwigać, to jak wrócimy naprawdę mogę cię obładować siatami zakupów, żebyśmy nie mieli pustej lodówki.
-Marudzisz. –westchnął i dałabym uciąć sobie rękę, że przewrócił oczami. Cały czas nie dawał za wygraną i mnie niósł.
-Jak sobie chcesz. Tylko potem się nie skarż. –westchnęłam i wróciłam do mojej zajmującej czynności urozmaicającej podróż-kopania.

Gdy dotarliśmy do samochodu od razu otworzyliśmy wszystkie okna, ponieważ nagrzał się do stpnia, jakbyśmy byli w największych tropikach. Uśmiechnęłam się do ochroniarza, który cały czas zajmował swoje miejsce i miał na uwadze nasz pojazd. Założył sobie kowbojską czapkę, która idealnie mu pasowała. Powinien jeszcze podwinąć swój czarny wąs, wtedy byłby typowym szeryfem wioski.

Słuchając muzyki w radiu przebyliśmy trasę powrotną. Zajechaliśmy z autostrady słuchając się urządzenia GPS, by zjechać do pobliskiego sklepu kupić większą butelkę wody.
-Dziękuję za tą wycieczkę, było naprawdę fajnie.
-Lubię spędzać tutaj z tobą czas. –uśmiechnął się i ucałował wierzch mojej dłoni.



***


-Domek! Wreszcie! –ucieszyłam się i zmęczona zrzucając za sobą niedbale buty pobiegłam rzucić się na kanapę. Wtuliłam się w poduchę i podciągnęłam nogi na oparcie.
-Ooo, ktoś się zmęczył. Wody?
-Błagam. Tak. –westchnęłam
-Mmm, jeszcze dzisiaj będziesz tak krzyczeć!-krzyknął do mnie z kuchni śmiejąc się.
-Niewyżyty. Dzisiaj pójdziemy grzecznie spać.
-Nie rób tak drastycznych zmian z dnia na dzień, kochanie.
-Na kilka dni w miesiącu będziesz musiał się powstrzymać.
-Dam radę, ale ty? –uśmiechnął się i przysuwając się do mnie na kanapie.
-Skończmy ten temat, muszę iść wziąć prysznic. Spociłam się jak świnia.
-Idę z tobą.
-Jeśli mamy na myśli tylko prysznic. –uśmiechnęłam się pod nosem i leniwie podniosłam się z kanapy.
-Mamy?
-Tak. Idziesz?-zapytałam i skierowałam się ku schodom. Chwilę później za sobą usłyszałam powolne człapanie blondyna za mną. Wyciągnęłam rękę, żeby złapać jego dłoń. Przybliżył się do mnie i objął w pasie. Jego usta musnęły z tyłu moją szyję, czułam jak się uśmiecha.

-Wejdziemy jeszcze do sypialni po rzeczy. –oznajmiłam, żeby zabrać wszystkie rzeczy. Gdy nachyliłam się do szafy czyjeś ręce znalazły się na moich biodrach. Parsknęłam śmiechem. –Ja naprawdę.. Marco Reusie..
-Nie marudź. – szepnął a po chwili odwrócił mnie by wpić się zachłannie w usta. Na podłogę wypadł koronkowy kostium kąpielowy od Ann oraz długa sukienka za kostki, która swoim lekkim materiałem  nakryła nasze stopy. Położyłam dłonie na jego barkach i oddałam się całkowicie tej chwili. Bądź konsekwentna! Moja podświadomość aż na mnie krzyczała. Używając ogromnej siły odchyliłam się od niego prawie wpadając na szafę. Gdyby nie on, pewnie poleciałabym jak długa.

-Zmienisz zdanie co do prysznica?-uśmiechnął się. Naprawdę rozbrajał mnie. Choćbym zbudowała stalowy bunkier on swoim urokiem osobistym i tryskającą tęczą i słodyczą nie pozwoliłby mi się sprzeciwić. Miałam niepełny rok, by to naprawić.
Nim cokolwiek powiedziałam do naszych uszu dotarł dzwonek jego telefonu. Uśmiechnęłam się chytrze.

-Twoja mama rozwiązała sprawę. Leć. –zaśmiałam się i ruszyłam do łazienki.
-Nie odbiorę.
-Odbierz albo powiem, że mnie boli głowa i będziesz potem płakał.
-Taka szansa przechodzi mi sprzed nosa. –westchnął ciężko. Uśmiechnęłam się i popatrzyłam na uroczo przybitego blondyna. Gdy już się cofał podbiegłam do niego i przyciągając jego usta do swoich złożyłam na nich delikatny pocałunek.
-A to za co?-spojrzał na mnie spod przymrużonych powiek kładąc swoją dłoń na moim biodrze.
-Na pocieszenie. –zaśmiałam się jak mała dziewczynka i poszłam pozbierać ubrania z podłogi. Kątem oka widziałam jak się uśmiecha i zbiega zaraz później schodami na dół.  


Prysznic był rozwiązaniem idealnym. Włączyłam chłodną wodę, która zbawiennie zadziałała na moje zmęczone i ciepłe ciało. Na zewnątrz musiało być co najmniej trzydzieści stopni. Nałożyłam odrobinę czekoladowego żelu pod prysznic na dłoń i rozprowadziłam go po ciele. Przyjemne strumienie wody z prysznica masowały moje plecy i barki, było naprawdę cudownie.

Kiedy wytarłam się ręcznikiem założyłam nową bieliznę, którą kupiłam na zakupach z Ann i Yvonne. Pożyczona sukienka od Ann była prześliczna. Sięgała mi do kostek, tkanina była lekka, zwiewna, na metce nawet znalazłam, że w składzie materiału znajduje się też jedwab. Sama sukienka była bardzo wzorzysta, zapinana pod piersiami skórzanym, szerokim paskiem. Mokre włosy przeczesałam kilka razy grzebieniem. Ostatnie na co miałam ochotę to suszenie ich gorącym powietrzem. Nie ma mowy.

-Rose? Jesteś? –głos Maco dobiegł zza drzwi łazienki.
-Tak!
-Mogę wejść?
-Tak.-odpowiedziałam zmieszana słysząc jego prośbę. Kiedy ja przespałam ten moment? Uchylił drzwi. Pierwsze co mi się rzuciło w oczy to jego mokre włosy. Miał na sobie inną, czerwoną koszulkę płócienne spodenki do kolana. Wziął sam prysznic? Niesamowite.
-Masz pozdrowienia od Yvonne. To ona dzwoniła z Melanie, bo się dowiedziały o ślubie. Masz siłę po prysznicu jeszcze się przejść?
-Muszę najpierw coś zjeść a potem rób ze mną co chcesz. –westchnęłam patrząc, czy powinnam może zrobić makijaż. Nie miałam ochoty, przykro mi Marco, że będziesz miał widok na nieumalowaną babę. 
-Kusząca propozycja. –uśmiechnął się –Może zróbmy coś z owocami. Mamy ich sporo, trzeba by było zjeść.
-A więc do kuchni. –zarządziłam i opuściliśmy razem łazienkę.

W kuchni wzięliśmy z lodówki owoce i dzieląc się nimi chwyciliśmy za noże. Większość owoców było mi znane, jednak było też kilka, których jeszcze nie jadłam jak marakuja.
Nasze dzieło ostatecznie przedstawiało sałatkę owocową z malutkimi, słodkimi bułeczkami maślanymi. Sama wycisnęłam sok ze świeżych pomarańczy. Postanowiliśmy zjeść na świeżym powietrzu na tarasie, gdzie stał specjalnie przygotowany stoliczek. Było bajecznie. Założyłam długie, blond kosmyki za plecy, żeby mi nie spadały do jedzenia. Uśmiechnęłam się spoglądając spod przymrużonych powiek na blondyna i nałożyłam porcję sałatki.

-Jutro w nocy wylatujemy. Na zakupy wybierzemy się przed odprawą, już z walizkami, wpakujemy siatki. Przepraszam Rose, że tak szybko, pewnie nawet nie wypoczęliśmy za dobrze ale praca.. Mówiłem ci dziś.
-Wiem jak ci zależy, żeby wrócić do gry. Cieszę się, że w ogóle udało się nam tu przylecieć.
-Obiecuję, że jeszcze nie raz przyjedziemy tu, albo w jakieś inne piękne miejsce i to na cały tydzień. Zimą będę miał trochę czasu. Możemy wylecieć zaraz po świętach.
-Marco, nie trzeba.
-Chcę, naprawdę. A teraz jedz, pójdziemy w głąb wyspy.
-Jest tu jakaś ścieżka?
-Musi być. Podobno prowadzi do ładnego wodospadu.

Zjedliśmy wpatrując się w przecudowne morze. Puste naczynia zanieśliśmy do kuchni i zaczęliśmy się zbierać do drogi. Tym razem nie brałam żadnej torebki. Telefon i butelkę z wodą włożyłam do małego plecaka Marco.

Z uśmiechami na twarzach, z mocnym uściskiem dłoni ruszyliśmy przed siebie, w stronę lasu. Faktycznie, trafiliśmy na szlak turystyczny, wokół którego rozciągało się pełno zielonych, egzotycznych drzew i krzewów i rosnących na niej kwiatów.

-Orchidee wyglądają niesamowicie. Nigdy nie widziałam ich na drzewach, w naturalnych warunkach.
-Yhym.-przytaknął oglądając krajobraz. Mocniej ścisnął mnie za rękę.
-Widziałeś już takie krajobrazy, prawda? Byłeś na takich wycieczkach ze Ss…
-A teraz posłuchaj. –powiedział przez zęby zaciskając ręce na moich nadgarstkach. –Przestań rozgrzebywać moje stare życie. Nad swoim się nie użalasz, to proszę cię, uszanuj też moje. Zacznij, dziewczyno żyć teraźniejszością. Bądź moją cholerną żoną, najlepszą jaką mogłabyś być. Przełóż łóżko na normalne życie, dobra, pani Reus? Niech będzie na co dzień tak dobrze jak wtedy.

Czerwień na moich policzkach chyba rozlała się po całej twarzy. Naprawdę tak bardzo nie chciało mi się robić makijażu na nowo? Czy Marco Reus właśnie mi przyznał, że jestem dobra w łóżku?!
Zamknęłam na chwilę oczy i odwróciłam głowę w drugą stronę, by uniknąć jego wzroku.
-Rose, jasne?
-Postaram się. –szepnęłam omijając jego spojrzenie i ruszyłam naprzód mając nadzieję, że blondyn pójdzie za mną. Gdy dotarłam do zarośniętych pnączy poczułam jego dłoń obejmującą mnie w talii, drugą odgarnął niewielką przeszkodę. Szedł za mną. Jego dłoń zsunęła się z mojej talii na pośladek i delikatnie go ścisnęła. Wciągnęłam głośno powietrze ale nie przyszło mi nawet na myśl, żeby mu przerwać. Szliśmy w ciszy, kompletnej ciszy. Syciliśmy się świeżym, niesamowicie ciepłym powietrzem i sobą nawzajem.

Moje oczy stały się wielkie i błyszczące, gdy ujrzałam przed sobą niesamowity wodospad, o którym Marco wspominał. Strumień wody spadał z dość mocnym impetem tworząc pianę w momencie, gdy stykał się z taflą wody.Ta była niesamowicie czysta, mogłam nawet się dopatrzeć pływających malutkich, kolorowych rybek. Im dalej wędrował mój wzrok tym woda wydawała się głębsza.
Nie myśląc zbyt wiele chwyciłam ramiączka mojej sukienki, by zsunąć ją po chwili całkowicie z siebie. Stwierdziłam, że nie będę też zamaczać bielizny, więc ją zrzuciłam bardzo szybko i położyłam ją niedbale na sukienkę. Wbiegłam do cieplutkiej, nagrzanej wody i odwróciłam się by spojrzeć na blondyna. On stał w kompletnym szoku. Chlapnęłam go wodą i zaśmiałam się jak mała dziewczynka.

-Idziesz czy będziesz tak stał?
-Poczekaj, zaraz dojdę.-stwierdził ściągając z siebie koszulkę.
-Mogę ci pomóc.-uśmiechnęłam się z niewinną miną . Marco spojrzał na mnie z  początku nie rozumiejąc a po chwili na jego ustach wymalował się typowo koci, chytry uśmiech, a oczy zabłyszczały na intensywny kolor żywej zieleni. Po zrzuceniu z siebie wszystkich ubrań wszedł do wody jak go stworzono. Podszedł do mnie z uśmiechem i przyciągnął do siebie. Zbliżył do moich swoje usta i niespodziewanie, zaatakował je mocnym pocałunkiem. Zaczęłam kolejno oddawać jego słodką pieszczotę jeszcze mocniej przyciągając go do siebie. Wplotłam palce w jego cudowne włosy i delikatnie pociągnęłam. Świeżo umyte były jeszcze bardziej lekkie i miękkie. Czułam, że jego usta zakrzywiają się w uśmiechu. Swoimi pocałunkami wyznaczył ścieżkę w dół, poprzez moją szyję na czuły punkt wgłębi mojego obojczyka. Dość mocno zassał skórę zapewne zostawiając mi uroczy ślad, ale zupełnie się tym nie przejęłam, choć przed ślubem naprawdę przesadził z ich ilością. Całe szczęście, że się wchłonęły, teraz musiałam go nieco pilnować. Spoglądając na swoje dzieło delikatnie dmuchnął na nie, sprawiając mi dodatkowe, okropnie przyjemne uczucie. Postanowiłam się odwzajemnić.

-Wampirzyca.-mruknął do mojego ucha i delikatnie przygryzł jego płatek.
-Nie marudź. –szepnęłam odrywając się na chwilę od jego szyi. –Wiem, że jest ci lepiej niż dobrze.
-Nie jesteś zbyt pewna siebie?
-Kiedy jestem czegoś pewna… Widzę po tobie, czyta się jak w książce. Oh, nie przeszkadzaj. –westchnęłam i wróciłam do poprzedniej czynności. Marco mruknął nieznacznie pod nosem i odchylił głowę na bok dając mi większe pole do popisu.
-Masz może coś może przypadkiem w spodniach?-zapytałam czując kolejną dawkę czerwieni na twarzy.
-Cholera…
-Trudno. Zaradzimy inaczej. Chodź, musimy wyjść na brzeg, bo nie zamierzam nurkować.-uśmiechnęłam się zagryzając dolną wargę, a moja dłoń zaczęła wędrować w dół jego brzucha.
-Kiedy temu aniołkowi wyrosły różki?-westchnął zawijając moje włosy na swoją dłoń. –Chodźmy więc na ten brzeg. Jak bardzo jesteśmy bezpieczni? Sprawdzasz dni? Tak wiesz, jakbyśmy się jeszcze sobą nie nasycili.
-Wątpisz w moje umiejętności?
-Kochanie, nigdy. To ja nigdy nie mogę się tobą nacieszyć. –uśmiechnął się i pocałował mnie w czoło. Czułam, że przy nim wypełniało mnie bezgraniczne szczęście. Mój angaż w nasze małżeństwo z godziny na godziny się zwiększał, moje uczucie…



***



Staliśmy za strumieniem wodospadu. Byłam przyparta do kamienia, a nogami oplatałam biodra Marco. Chłodne głazy dawały ukojenie mojemu rozgrzanemu ciału, nie były ani w najmniejszym stopniu oświetlone przez słońce, gdyż zakrywała je woda spadająca z wodospadu.
Położyłam drżącą dłoń na jego ramieniu a na nią ułożyłam policzek. Byłam wykończona. Najlepszy wysiłek w życiu i najlepsze zmęczenie. Nie ruszałam drugiej dłoni, była w idealnej pozycji, niedbale przerzucona na jego plecach.
-Rose, to było..
-Szalone? Pierwotne? Zwariowane? Dobre? –szepnęłam ledwo uśmiechając się i musnęłam ustami jego skórę na barku, która znajdowała się tuż pod moimi ustami.
-To było piękne Rose, jak ty. –wyznał. Uczucie i szczerość jaka z tego biła zupełnie trafiła do mojego biednego serca. Emocji ile nim targało było zbyt wiele. Dlaczego właśnie w takich momentach musiałam płakać? Byłam bardziej niż pogubiona. On nie ułatwiał sprawy.
-Czy ty płaczesz?
-Nie, przepraszam, to emocje.
-Nie wstydź się ich. Chciałbym jednak, żebyś po czymś tak wspaniałym czuła się lepiej, a nie płakała. –zaśmiał się cicho i przeczesał swoimi długimi palcami moje włosy.
-Jest dobrze, jest lepiej niż dobrze.
-Też tak uważam. Zaskakujesz mnie, maleństwo.
-Nie jestem mała.
-Jesteś niska. –uśmiechnął się czule próbując złapać ze mną kontakt wzrokowy. –Zmieniasz mnie. Czasem w nocy nie śpię i nie rozumiem co się ze mną dzieje..
-To dobra zmiana?
-Jeszcze tego nie wiem. –powiedział patrząc prosto w moje oczy i pogłaskał mnie wierzchem palca po policzku. Zamknęłam oczy. Tak zawsze reagowałam na jego dotyk.
-Jesteś dla mnie tak ważny. Uwierz mi, zajmujesz w moim sercu wyjątkowe miejsce.-wyznałam drżącym głosem mocniej ściskając jego ramię.

Największe Marco, bo chyba się zakochałam...






~~~

 WAŻNE OGŁOSZENIE!!!
(dlatego, że rozdział jest krótki i nudny i przesycony sielanką [zaraz się skończy,spokojnie] napiszę tu ważne i niestety nie tak sielankowe ogłoszenie...)
Nie chciałam tego robić i nie zamierzałam na aż tak długi czas..ale niestety muszę.
Poświęcam dla tego bloga bardzo dużo czasu (i nie narzekam, bo uwielbiam dla Was pisać i czytać te cudowne komentarze, od których rośnie serce..i dziękuję, dziękuję, dziękuję za to..) ALE 
Muszę zawiesić bloga na cały czerwiec.. Wiem, że to może jest strzał w kolano, ale mam problemy w szkole z historią i toksyczną nauczycielką, na którą reaguję psychicznie nie za dobrze, też ostatnio moje życie prywatne to jeden wielki młynek wzlotów i upadków,od euforii po dołki i nie jestem w stanie skupić się na pisaniu, aby wyszło tak jakbym chciała i znów sprawiało przyjemność jaką to mi zawsze sprawiało. Rozdziały do końca maja mam gotowe, potrzebują jedynie mojej korekty, więc jeszcze przez miesiąc będą się pojawiać. Nie jestem w stanie jeszcze teraz powiedzieć, czy rozdział 20 (bo tak to wypadnie) pojawi się 24.06 czy już 01.07.. Mogę Wam obiecać, że na pewno wrócę z nową energią i odświeżonymi pomysłami z uporządkowanym..wszystkim.
Mam nadzieję, że zrozumiecie i zostaniecie ze mną mimo wszystko. 
Ściskam Was mocno!
Za tydzień kolejny! 💗