sobota, 6 maja 2017

Szesnaście




-Wiem, mamo. Ja ciebie też. Obiecałem ci wtedy, pamiętasz? Dotrzymam słowa. Zadzwonię jak wrócimy, dobrze?

Obserwowałam Marco, który od kilku minut rozmawiał i tłumaczył wszystko swojej mamie. Zadzwoniła do niego przez przypadek, a dowiedziała się dość..niespodziewanej informacji o ślubie swojego syna. Płynęliśmy właśnie motorówką na wyspę, gdzie mieliśmy zwiedzać przez najbliższy czas. Dopóki komórka Marco się nie rozdzwoniła siedzieliśmy w ciszy. Piłkarz wstawił moje zdjęcie na portal społecznościowy, z resztą jak chciał, podpisał je tylko wymownym serduszkiem. Miałam naprawdę dobry humor. Zamiast obserwować widok, cały czas moje spojrzenie tkwiło w Marco. 
Gdy kończył rozmawiać i słuchał czegoś, co mówi jego rodzicielka usiadł koło mnie i objął ręką. Zupełnie odruchowo położyłam swoją dłoń na jego, spoczywającej na mojej talii.

-Tak, ucałuję Rosie. Do zobaczenia. –pożegnał się i rozłączył rozmowę. Schował telefon do jeansowych spodenek a po chwili złożył na moich ustach delikatnego całusa, jak kazała mu mama.
-I jak zareagowała?
-Była zdziwiona. Wiesz, rozmawialiśmy wtedy razem z tatą o tej całej sytuacji…
-Dzięki tej rozmowie ze mną zerwałeś.
-Dzięki tej rozmowie zrozumiałem co czuję. Co ty czujesz i jak się zachowałem. Przejrzałem na oczy. I mimo, że cię straciłem, wiedziałem, że chcę cię odzyskać, choć tak naprawdę wolałem, żebyś była jak najdalej ode mnie.
-Nie udało się.
-Nie. –uśmiechnął się i położył głowę na moim ramieniu. –Ale nie żałuję. Jestem szczęśliwy. Mam nadzieję, że ty też.
-Tak. Jest w porządku.
-To dobrze, że jest w porządku. –zaśmiał się głęboko muskając nosem mój policzek.




***



Kuba była przepięknym, wyspiarskim miasteczkiem. Najpierw przespacerowaliśmy się przez nie, podziwiając wyjątkowe budownictwo. Budynki ozdobione przepięknymi ornamentami, pomalowane na niebiesko i czerwono. Robiliśmy pełno zdjęć, sobie nawzajem i krajobrazom nas otaczającym. Cały czas trzymaliśmy się za ręce, obejmowaliśmy, całowaliśmy. Jak prawdziwe małżeństwo. Nie rozumiem jakim cudem to tak pięknie się nam udawało, byłam przekonana, że nasze wspólne życie będzie bardzo niezręczne, nie będzie się układać. Tymczasem wszystko układało się wręcz idealnie. Może i było zbyt wcześnie na wnioski ale mogłoby tak zostać do końca. Tak, jak teraz.

Gdy nadeszła obiadowa pora znaleźliśmy na rogu ulicy niewielką knajpkę. Zajęliśmy miejsce tuż przy oknie, by móc podziwiać widok zatoki. Z wyborem dań zdaliśmy się na wybór szefa kuchni. Byliśmy spragnieni tutejszych specjałów, ta kuchnia coraz bardziej mi się podobała. Marco dla mnie zamówił czerwone wino, dla siebie herbatę, bo ku mojemu zdziwieniu, zamierzał jeszcze dziś prowadzić.
Na przystawkę dostaliśmy miseczkę zupy ajiaco. Była gotowana na bazie wielu mięs z dodatkiem warzyw. Czułam korzenny smak batatów, odrobinę dyni i jeszcze czegoś, czego nie mogłam wysmakować.
 Danie główne było zrobione z wołowiny z dodatkiem czarnego ryżu, fasoli i manioku, a mój ukochany deser składał się z orzecha kokosowego. Byłam w niebie.

-Rose.-zaczął, gdy dokończył swoje danie  –Masz jeszcze siły?
-Nie, Reus. Nie teraz, w domu! –zbeształam go ze śmiechem, a on przewrócił oczami.
-Ty tylko o jednym. Czy masz siłę na wycieczkę. Chciałbym cię zabrać w głąb wyspy. Wynajmę samochód.
-Jak dla mnie wspaniale. Nie zgubimy się?
-Damy radę. –uśmiechnął się i skinął do kelnera, by zapłacić za posiłek.

Wypożyczalnia samochodu była aż na samym skraju miasteczka. Dobrze, że miałam wygodne buty. Dotarliśmy tam spacerem w pół godziny. Spośród ustawionych samochodów Marco wybrał zielonego Jeepa. Uznał, że będzie najodpowiedniejszy do takiej wycieczki. Siedzenia były naprawdę wygodne, ze skóry i bardzo miękkie. Poradziłam sobie sama z wysunięciem krzesła pasażera do tyłu, aby jazda była przyjemniejsza.  Marco przekręcił kluczyk i włączył wbudowany GPS w panel sterowania.

Ruszyliśmy na północ opuszczając miasto. Zbudowana była naprawdę nowoczesna autostrada tuż przy tropikalnym lesie. Otworzyliśmy wszystkie okna robiąc przeciąg, by się trochę przewietrzyć. Całe szczęście, że związałam włosy, inaczej moje włosy już byłyby w dużym nieładzie. Widoki, które mijaliśmy były przepiękne. Nadawałyby się na zdjęcia, ale przez taki pęd nawet najlepszy fotograf nie zrobiłby dobrego. Jedyne co mogłam zrobić to podziwiać na własne oczy.
Nagle z myśli wyrwał mnie dotyk dłoni Marco na moim udzie. Uśmiechnęłam się pod nosem.

-Jak twoja mama zareagowała? Chyba w końcu mi nie powiedziałeś.
-Była w szoku na początku.-zaśmiał się i spojrzał kontrolnie na wyświetlaną mapę. –Wyjaśniłem jej, że też tego chciałaś i nie zrobiliśmy nic, na co się nie zgodziłaś. Chyba.
-O no właśnie!-zaśmiałam się pod nosem. –Dobrze powiedziałeś. Choć czasem jesteś zbyt natarczywy. Ale.. Da się wycierpieć.
-O dzięki ci. Stópki ucałuję wieczorem, jak je umyjesz.
-Chyba ty!
-No to mamy wspólny prysznic ustalony. –zaśmiał się i zerknął na mnie z chochlikami w oczach, a potem znów przeniósł wzrok na drogę. 
-Mogę cię o coś popytać?
-Eh, musisz, prawda?
-Tak. Nie jesteś wylewny.
-Ostatnio graliśmy w pytania.
-Zbyt mało. –stwierdziłam i przekręciłam się na bok na swoim siedzeniu, by mieć lepszy widok na blondyna. –A propos pytań. Dlaczego na początku tak bardzo trzymałeś mnie na dystans i nie rozmawiałeś ze mną?

-Już ci mówiłem, żebyś mnie nie oceniała.
-Nie tylko po to, prawda? Chciałeś mnie odtrącić. Chciałeś, żebym się od ciebie odsunęła dopóki nie obrałeś innego frontu co do ślubu. Ty wiesz jak zrobić pranie mózgu.
-To nie tak..-zaprzeczył patrząc w dal drogi i zaczął pulsacyjnie ściskać przez materiał kombinezonu moje udo.  –Kiedy cię zobaczyłem na tej górze, wśród deszczu.. Nie ważne .-zrezygnował tak szybko jak zaczął ten temat. Jak zwykle obcinał wszystko. I miałam się o nim cokolwiek dowiedzieć. Powodzenia.
-Nienawidzę, jak mi nic nie mówisz. Nienawidzę. I nie odpuszczę ci, Marco. –westchnęłam zakładając ręce jedna na drugą.
-Po prostu. Spodobałaś mi się, a pojawiłaś się w takim momencie mojego życia, że nie chciałem… Byłem… -zamknął na chwilę powieki i wziął głęboki oddech.
-Spokojnie..
-Mimo, że nie kochałem Scarlett, myślałem, że już z nią zostanę. Z przyzwyczajenia, nie wiem.. Po prostu. I cholera, skończyło się.. W jednym momencie nie chciałem nikogo, z drugiej strony strasznie mnie pociągałaś i byłaś wszędzie, wkradłaś się do mojej głowy szybciej niż do mojego życia na co dzień. Dodatkowo tak bardzo byłaś krnąbrna, wkurzająca i..
-I? –zapytałam pewnie kładąc swoją dłoń na jego udzie.
-I seksowna. –dodał uśmiechając się szeroko.  –Nie liczę na to, że nagle pokocham.. Kogokolwiek. Chcę po prostu, żebym się nauczył.
-Czego?
-Życia, Rosie. –powiedział ściszonym głosem.

Resztę drogi pokonaliśmy milcząc. Każde było pochłonięte swoimi myślami.
Może i dobrze to zdefiniował. Nauka życia. Razem. Przecież nasze życie nie będzie się składało z Karaibów. Praktycznie przez cały czas będzie Dortmund, nie wyspy. Będzie normalne, przyziemne życie. Problemy. Zakupy, pranie, sprzątanie, gotowanie. Jego treningi, zapracowane życie i moje bezrobocie. Sprzeczki, kłótnie, trzaskanie drzwiami. By na końcu wziąć rozwód. Miał skubany rację. Wyjdziemy z lekcją życia. Wyjdziemy dorośli, odważni. Wyjdziemy będąc sobą.
Miałam szczęście napotykając takiego mężczyznę na mojej drodze. Akurat po śmierci Leo, kiedy potrzebowałam kogoś bliskiego, abym nie była sama.

-Santa Clara.-powiedział tryumfalnie wskazując na znak miejscowości, do której zjeżdżaliśmy.
-To nie powinno być gdzieś koło Kalifornii?-zapytałam rozglądając się po okolicy.
-Są dwie. Tu i w Kalifornii. Musimy zostawić samochód na terenie ośrodka i zapłacić za parking.
-Nie można tu inaczej?
-Można. –wzruszył ramionami –Ale wolę mieć pewność, że będziemy mieli czym wracać. I nie chodzi tylko o spuszczenie benzyny.
-Myślisz?
-Upewniałem się tu i ówdzie. Spokojnie, wiem gdzie zostawić, żeby było bezpiecznie. –uśmiechnął się uspokajając mnie i wjechał na teren dość bogato wyglądającego zajazdu. Zaparkował na jednym z wielu wolnych miejsc parkingowych. –Poczekaj, pójdę zapłacić ochroniarzowi. –uśmiechnął się zabierając z półki okulary przeciwsłoneczne i wsunął je sobie na nos.

Patrzyłam jak odchodzi od samochodu i wita się ze starszym mężczyzną, który siedział w malutkim budyneczku, zbudowanego specjalnie z myślą o ochronie obiektu. Rozmawiali jakiś czas, na koniec Marco wyciągnął z portfela kilka banknotów i wręczył mu je. On uśmiechnięty z błyskiem w oku ukłonił się mu i zasalutował. Marco podszedł do mnie i otworzył drzwi po mojej stronie. Wyskoczyłam z Jeepa i założyłam swoje kocie okulary. Lubiłam ten kształt i podobno było mi w nim naprawdę dobrze.

Blondyn zablokował za nami samochód i wyszliśmy z terenu obiektu. Zostałam złapana za rękę. Marco nas poprowadził przez miasteczko, w którym nie było zbytniego ruchu. Słońce mocno świeciło i nie zamierzało zelżeć.
-Nie smarowałeś się niczym? Spali cię..-westchnęłam patrząc na jego odsłonięte ramiona. Miał zbyt krótki rękawek.
-Przejdziemy niedługo w cień. Tak mi się wydaje. Mam rękaw, więc nie będzie źle.
-Jak wrócimy to cię posmaruję.
-Dobrze. –uśmiechnął się pod nosem i pocałował mnie w czoło.

W centrum miasta stał stary, lekko zniszczony pałacyk. Niektóre cegły już odpadały. Nie było niestety funduszy, by je odbudować. Koło niego stały lepszej jakości domy, w tle widziałam jednak i te biedniejsze, ledwo stojące. Ludzie tu jednak byli uśmiechnięci i przyzwyczajeni do życia na wyspie. Przeszliśmy przez główny rynek z targiem, na którym kupiliśmy kiść świeżych winogron. Opłukaliśmy je w miejscowej studni w centrum miasta i zaczęliśmy je powoli skubać. Były przepyszne. Było czuć, że świeżo zerwane. Obiecaliśmy sobie jeszcze, że w drodze powrotnej wrócimy po jeszcze jedną kiść.

Wyszliśmy z miasta na jego obrzeża, ku zieleni, działkom ogrodowym. Marco kierował nas cały czas prosto jakby pewny gdzie idzie. 
I dotarliśmy. Gdy w końcu przystanęliśmy zauważyłam, że przed nami rozpościerała się dość spora góra.

-Zamierzasz się na to wspiąć?-zapytałam wskazując na ścieżkę prowadzącą do góry ułożoną z beżowych kamiennych płyt.
-Z tobą. Chodź.

Zostałam dość silnie pociągnięta za rękę. Z westchnieniem ruszyłam za blondynem. Nie szliśmy za szybko, jedynie wolnym spacerem podziwiając zieleń dookoła, prawie wcale nic nie rozmawiając. W końcu dotarliśmy na szczyt. Znaleźliśmy dość duży głaz, na którym od razu poszliśmy usiąść.

-Pewnie wszyscy turyści tu siadają.-stwierdziłam patrząc na panoramę miasteczka. Domy, zabytki, rzeźby i pełno roślin. Nawet pole uprawne winorośli.
-O ile tacy są. Wydaje mi się, że rzadko odwiedzają to miasto. A szkoda, bo jest tu ładnie.
-Tak. Dziękuję, że mnie tu przytargałeś. –roześmiałam się i  musnęłam niepewnie jego policzek. Po chwili poczułam jak otacza mnie swoim ramieniem i przyciąga do siebie. –Wiesz? Nie chcę wracać. –mruknęłam pod nosem i wtuliłam się w jego ramię mrużąc oczy za okularami.
-Musimy. Muszę kontynuować treningi. Wiesz, naprawdę mi na tym zależy.
-Wiem. Ja też chcę, żebyś mógł zacząć grać. To chyba dla ciebie ważne.
-Najważniejsze w życiu. Nic dla mnie nie jest ważniejsze, Rose.
-Wiem. –szepnęłam. 
Właśnie wiem. Chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale to, co powiedział zupełnie mnie wybiło z rytmu i dotarło do mnie, że to może to jego właśnie największa wada. Może w tym wszystko tkwi. Może nie umiałby pokochać.. Obdarzyć większą miłością kobietę niż piłkę nożną. Brzmi śmiesznie ale może właśnie było? Zbyt bardzo poświęcał się temu co robi, zbyt bardzo pochłaniało to jego życie, jego samego.

-W porządku?
-Tak. Będziemy się zbierać za chwilę, dobrze? Jeszcze chciałabym tu posiedzieć.

W milczeniu posiedzieliśmy na kamieniu i porobiliśmy sobie jeszcze kilka zdjęć. Marco zrobił też kilka nam. Chyba sam musiał mieć ich niezłą już kolekcję.
Cały czas nie opuszczał moich myśli. Myślałam o nim i naprawdę nasunęło mi się wiele pytań do Mario, który mógłby więcej wiedzieć o zachowaniu Marco. Chociaż może i on nic nie będzie chciał mi mówić, w końcu Mario to Mario. Może też sama to zauważę po jakimś czasie. W końcu cały rok przed nami. Dzieląc z nim praktycznie całą dobę nie było mocnych, bym ani trochę go nie poznała.

Zeszliśmy w dół już szybciej i przeszliśmy miastem naokoło, by więcej zwiedzić. Idąc w cieniu budynków słońce piekło mniej, jednak lepiej, że wzięłam wodę, bo pragnienie nam obojgu doskwierało. Gdy akurat przechodziliśmy koło jednego z domów na jego werandzie dostrzegłam małą małpkę. Pewnie żyła na wolności. Wyglądała naprawdę bardzo przyjaźnie. Nieśmiało podeszłam do niej i wyciągnęłam rękę. Miałam do czynienia z kotami w domu Leo, więc może i małpka też potrzebuje powąchać najpierw czyjąś dłoń. Na taras zauważając nas wyszła starsza pani. Uśmiechnęła się serdecznie, jednak pokiwała przecząco głową, kiedy Marco próbował się przywitać w języku angielskim. Musiała umieć mówić tylko po hiszpańsku, jak większość miejscowych ludzi tutaj. Na chwilę weszła do domu pozostawiając drzwi otwarte. W tym czasie małpka odważniej złapała za mój palec, potem za kolejny. Skończyła się na tym, że przybiła mi piątkę wyszczerzając przy tym imponującej wielkości kły.

Obejrzałam się w poszukiwaniu Marco. Ten stał za mną zaabsorbowany robieniem mi zdjęć. Pokręciłam głowę z niedowierzaniem. Chyba naprawdę się wkręcił ostatnio w fotografię. Przeniosłam wzrok na uroczego małpiszonka, który zaczął mnie zaczepiać szturchając swoją łapką w ramię. W tym samym czasie przyszła starsza kobieta i wręczyła mi banana, zapewne, żebym dała go zwierzakowi.

-Zjedz go, zdziwi się. –usłyszałam głos zza pleców. Mimowolnie się roześmiałam. Podałam małpce owoc i uśmiechnęłam się szeroko widząc jak łapczywie go ode mnie odbiera i doskonale sobie radząc obiera go. Marco podszedł do mnie i położył rękę na moich plecach.
-Teraz zrób jej zdjęcie.-poleciłam wpatrując się w przeuroczy obrazek.
-Podobne jesteście.
-A ty jesteś starym, brzydkim, grubym waleniem. –odpowiedziałam i uśmiechnęłam się do kobiety. Pogłaskałam na odchodne małpkę po głowie. Zrobiłam miejsce Marco, żeby też mógł poczuć się spełniony. Przewrócił oczami i dosłownie położył palec na krótką chwilę na jej głowie lekko czochrając. Wróciliśmy oglądając się jeszcze za siebie na naszą drogę do samochodu.

-Przynajmniej mają duże ptaki. Największe u zwierząt. Miło mi.
-Co? Kto? –spojrzałam na niego jak na kosmitę. Nie rozumiałam o co mu chodziło, ni stąd ni z owąd.
-No wiesz, walenie. –uśmiechnął się zadziornie.
-Ptaki, hę? –roześmiałam się i uderzyłam go łokciem w bok. On udając obrażonego złapał mnie za uda i przerzucił sobie przez ramię. Nie. Znosiłam. –Puszczaj, słyszysz? Bo cię kopnę gdzieś, gdzie nie chcesz być kopnięty. A akurat na tej wysokości mam nogę, czyż nie? Może lepiej sprawdzę! –narzekałam i zaczęłam drapać go paznokciami po plecach. Nagle pisnęłam głośno na pół okolicy, gdy zrzucił mnie z siebie, a ja prawie upadłam. Prawie. Złapał mnie niczym książę swoją księżniczkę, dupek jeden. Musnął szybko moje usta dając szybkiego buziaka a następnie chwycił w pasie, bym miała nogi po drugiej, bezpieczniejszej stronie. Zacisnęłam mocno powieki. Nie wierzyłam w tego człowieka. Otwierając oczy zobaczyłam jak kilka miejscowych patrzy się na nas z uśmiechem jak na atrakcję turystyczną. W sumie, nie na co dzień przechodzi ulicą tak specyficzne małżeństwo jak my.

Szliśmy chyba naprawdę dość mocno okrężną drogą, bo ta dłużyła mi się niemiłosiernie. Nie miałam co prawda nic do narzekania, bo byłam niesiona jak cesarzowa, jednak i bycie cesarzową kiedyś się nudzi. Moja nuda ogarnęła mnie do stopnia, że zaczęłam czubkami sandałów kopać blondyna w pośladki. Słyszałam, jak cicho zaśmiał się pod nosem, jednak cały czas cierpliwie przed siebie szedł. Włączył mi się alarm.

-Postaw mnie, nie możesz tak dźwigać.
-Spokojnie, jesteś lekka. Nic mi nie będzie.
-Może teraz nic nie czujesz ale potem. Chcę zejść.
-Sza, prawie jesteśmy.
-Jak tak lubisz dźwigać, to jak wrócimy naprawdę mogę cię obładować siatami zakupów, żebyśmy nie mieli pustej lodówki.
-Marudzisz. –westchnął i dałabym uciąć sobie rękę, że przewrócił oczami. Cały czas nie dawał za wygraną i mnie niósł.
-Jak sobie chcesz. Tylko potem się nie skarż. –westchnęłam i wróciłam do mojej zajmującej czynności urozmaicającej podróż-kopania.

Gdy dotarliśmy do samochodu od razu otworzyliśmy wszystkie okna, ponieważ nagrzał się do stpnia, jakbyśmy byli w największych tropikach. Uśmiechnęłam się do ochroniarza, który cały czas zajmował swoje miejsce i miał na uwadze nasz pojazd. Założył sobie kowbojską czapkę, która idealnie mu pasowała. Powinien jeszcze podwinąć swój czarny wąs, wtedy byłby typowym szeryfem wioski.

Słuchając muzyki w radiu przebyliśmy trasę powrotną. Zajechaliśmy z autostrady słuchając się urządzenia GPS, by zjechać do pobliskiego sklepu kupić większą butelkę wody.
-Dziękuję za tą wycieczkę, było naprawdę fajnie.
-Lubię spędzać tutaj z tobą czas. –uśmiechnął się i ucałował wierzch mojej dłoni.



***


-Domek! Wreszcie! –ucieszyłam się i zmęczona zrzucając za sobą niedbale buty pobiegłam rzucić się na kanapę. Wtuliłam się w poduchę i podciągnęłam nogi na oparcie.
-Ooo, ktoś się zmęczył. Wody?
-Błagam. Tak. –westchnęłam
-Mmm, jeszcze dzisiaj będziesz tak krzyczeć!-krzyknął do mnie z kuchni śmiejąc się.
-Niewyżyty. Dzisiaj pójdziemy grzecznie spać.
-Nie rób tak drastycznych zmian z dnia na dzień, kochanie.
-Na kilka dni w miesiącu będziesz musiał się powstrzymać.
-Dam radę, ale ty? –uśmiechnął się i przysuwając się do mnie na kanapie.
-Skończmy ten temat, muszę iść wziąć prysznic. Spociłam się jak świnia.
-Idę z tobą.
-Jeśli mamy na myśli tylko prysznic. –uśmiechnęłam się pod nosem i leniwie podniosłam się z kanapy.
-Mamy?
-Tak. Idziesz?-zapytałam i skierowałam się ku schodom. Chwilę później za sobą usłyszałam powolne człapanie blondyna za mną. Wyciągnęłam rękę, żeby złapać jego dłoń. Przybliżył się do mnie i objął w pasie. Jego usta musnęły z tyłu moją szyję, czułam jak się uśmiecha.

-Wejdziemy jeszcze do sypialni po rzeczy. –oznajmiłam, żeby zabrać wszystkie rzeczy. Gdy nachyliłam się do szafy czyjeś ręce znalazły się na moich biodrach. Parsknęłam śmiechem. –Ja naprawdę.. Marco Reusie..
-Nie marudź. – szepnął a po chwili odwrócił mnie by wpić się zachłannie w usta. Na podłogę wypadł koronkowy kostium kąpielowy od Ann oraz długa sukienka za kostki, która swoim lekkim materiałem  nakryła nasze stopy. Położyłam dłonie na jego barkach i oddałam się całkowicie tej chwili. Bądź konsekwentna! Moja podświadomość aż na mnie krzyczała. Używając ogromnej siły odchyliłam się od niego prawie wpadając na szafę. Gdyby nie on, pewnie poleciałabym jak długa.

-Zmienisz zdanie co do prysznica?-uśmiechnął się. Naprawdę rozbrajał mnie. Choćbym zbudowała stalowy bunkier on swoim urokiem osobistym i tryskającą tęczą i słodyczą nie pozwoliłby mi się sprzeciwić. Miałam niepełny rok, by to naprawić.
Nim cokolwiek powiedziałam do naszych uszu dotarł dzwonek jego telefonu. Uśmiechnęłam się chytrze.

-Twoja mama rozwiązała sprawę. Leć. –zaśmiałam się i ruszyłam do łazienki.
-Nie odbiorę.
-Odbierz albo powiem, że mnie boli głowa i będziesz potem płakał.
-Taka szansa przechodzi mi sprzed nosa. –westchnął ciężko. Uśmiechnęłam się i popatrzyłam na uroczo przybitego blondyna. Gdy już się cofał podbiegłam do niego i przyciągając jego usta do swoich złożyłam na nich delikatny pocałunek.
-A to za co?-spojrzał na mnie spod przymrużonych powiek kładąc swoją dłoń na moim biodrze.
-Na pocieszenie. –zaśmiałam się jak mała dziewczynka i poszłam pozbierać ubrania z podłogi. Kątem oka widziałam jak się uśmiecha i zbiega zaraz później schodami na dół.  


Prysznic był rozwiązaniem idealnym. Włączyłam chłodną wodę, która zbawiennie zadziałała na moje zmęczone i ciepłe ciało. Na zewnątrz musiało być co najmniej trzydzieści stopni. Nałożyłam odrobinę czekoladowego żelu pod prysznic na dłoń i rozprowadziłam go po ciele. Przyjemne strumienie wody z prysznica masowały moje plecy i barki, było naprawdę cudownie.

Kiedy wytarłam się ręcznikiem założyłam nową bieliznę, którą kupiłam na zakupach z Ann i Yvonne. Pożyczona sukienka od Ann była prześliczna. Sięgała mi do kostek, tkanina była lekka, zwiewna, na metce nawet znalazłam, że w składzie materiału znajduje się też jedwab. Sama sukienka była bardzo wzorzysta, zapinana pod piersiami skórzanym, szerokim paskiem. Mokre włosy przeczesałam kilka razy grzebieniem. Ostatnie na co miałam ochotę to suszenie ich gorącym powietrzem. Nie ma mowy.

-Rose? Jesteś? –głos Maco dobiegł zza drzwi łazienki.
-Tak!
-Mogę wejść?
-Tak.-odpowiedziałam zmieszana słysząc jego prośbę. Kiedy ja przespałam ten moment? Uchylił drzwi. Pierwsze co mi się rzuciło w oczy to jego mokre włosy. Miał na sobie inną, czerwoną koszulkę płócienne spodenki do kolana. Wziął sam prysznic? Niesamowite.
-Masz pozdrowienia od Yvonne. To ona dzwoniła z Melanie, bo się dowiedziały o ślubie. Masz siłę po prysznicu jeszcze się przejść?
-Muszę najpierw coś zjeść a potem rób ze mną co chcesz. –westchnęłam patrząc, czy powinnam może zrobić makijaż. Nie miałam ochoty, przykro mi Marco, że będziesz miał widok na nieumalowaną babę. 
-Kusząca propozycja. –uśmiechnął się –Może zróbmy coś z owocami. Mamy ich sporo, trzeba by było zjeść.
-A więc do kuchni. –zarządziłam i opuściliśmy razem łazienkę.

W kuchni wzięliśmy z lodówki owoce i dzieląc się nimi chwyciliśmy za noże. Większość owoców było mi znane, jednak było też kilka, których jeszcze nie jadłam jak marakuja.
Nasze dzieło ostatecznie przedstawiało sałatkę owocową z malutkimi, słodkimi bułeczkami maślanymi. Sama wycisnęłam sok ze świeżych pomarańczy. Postanowiliśmy zjeść na świeżym powietrzu na tarasie, gdzie stał specjalnie przygotowany stoliczek. Było bajecznie. Założyłam długie, blond kosmyki za plecy, żeby mi nie spadały do jedzenia. Uśmiechnęłam się spoglądając spod przymrużonych powiek na blondyna i nałożyłam porcję sałatki.

-Jutro w nocy wylatujemy. Na zakupy wybierzemy się przed odprawą, już z walizkami, wpakujemy siatki. Przepraszam Rose, że tak szybko, pewnie nawet nie wypoczęliśmy za dobrze ale praca.. Mówiłem ci dziś.
-Wiem jak ci zależy, żeby wrócić do gry. Cieszę się, że w ogóle udało się nam tu przylecieć.
-Obiecuję, że jeszcze nie raz przyjedziemy tu, albo w jakieś inne piękne miejsce i to na cały tydzień. Zimą będę miał trochę czasu. Możemy wylecieć zaraz po świętach.
-Marco, nie trzeba.
-Chcę, naprawdę. A teraz jedz, pójdziemy w głąb wyspy.
-Jest tu jakaś ścieżka?
-Musi być. Podobno prowadzi do ładnego wodospadu.

Zjedliśmy wpatrując się w przecudowne morze. Puste naczynia zanieśliśmy do kuchni i zaczęliśmy się zbierać do drogi. Tym razem nie brałam żadnej torebki. Telefon i butelkę z wodą włożyłam do małego plecaka Marco.

Z uśmiechami na twarzach, z mocnym uściskiem dłoni ruszyliśmy przed siebie, w stronę lasu. Faktycznie, trafiliśmy na szlak turystyczny, wokół którego rozciągało się pełno zielonych, egzotycznych drzew i krzewów i rosnących na niej kwiatów.

-Orchidee wyglądają niesamowicie. Nigdy nie widziałam ich na drzewach, w naturalnych warunkach.
-Yhym.-przytaknął oglądając krajobraz. Mocniej ścisnął mnie za rękę.
-Widziałeś już takie krajobrazy, prawda? Byłeś na takich wycieczkach ze Ss…
-A teraz posłuchaj. –powiedział przez zęby zaciskając ręce na moich nadgarstkach. –Przestań rozgrzebywać moje stare życie. Nad swoim się nie użalasz, to proszę cię, uszanuj też moje. Zacznij, dziewczyno żyć teraźniejszością. Bądź moją cholerną żoną, najlepszą jaką mogłabyś być. Przełóż łóżko na normalne życie, dobra, pani Reus? Niech będzie na co dzień tak dobrze jak wtedy.

Czerwień na moich policzkach chyba rozlała się po całej twarzy. Naprawdę tak bardzo nie chciało mi się robić makijażu na nowo? Czy Marco Reus właśnie mi przyznał, że jestem dobra w łóżku?!
Zamknęłam na chwilę oczy i odwróciłam głowę w drugą stronę, by uniknąć jego wzroku.
-Rose, jasne?
-Postaram się. –szepnęłam omijając jego spojrzenie i ruszyłam naprzód mając nadzieję, że blondyn pójdzie za mną. Gdy dotarłam do zarośniętych pnączy poczułam jego dłoń obejmującą mnie w talii, drugą odgarnął niewielką przeszkodę. Szedł za mną. Jego dłoń zsunęła się z mojej talii na pośladek i delikatnie go ścisnęła. Wciągnęłam głośno powietrze ale nie przyszło mi nawet na myśl, żeby mu przerwać. Szliśmy w ciszy, kompletnej ciszy. Syciliśmy się świeżym, niesamowicie ciepłym powietrzem i sobą nawzajem.

Moje oczy stały się wielkie i błyszczące, gdy ujrzałam przed sobą niesamowity wodospad, o którym Marco wspominał. Strumień wody spadał z dość mocnym impetem tworząc pianę w momencie, gdy stykał się z taflą wody.Ta była niesamowicie czysta, mogłam nawet się dopatrzeć pływających malutkich, kolorowych rybek. Im dalej wędrował mój wzrok tym woda wydawała się głębsza.
Nie myśląc zbyt wiele chwyciłam ramiączka mojej sukienki, by zsunąć ją po chwili całkowicie z siebie. Stwierdziłam, że nie będę też zamaczać bielizny, więc ją zrzuciłam bardzo szybko i położyłam ją niedbale na sukienkę. Wbiegłam do cieplutkiej, nagrzanej wody i odwróciłam się by spojrzeć na blondyna. On stał w kompletnym szoku. Chlapnęłam go wodą i zaśmiałam się jak mała dziewczynka.

-Idziesz czy będziesz tak stał?
-Poczekaj, zaraz dojdę.-stwierdził ściągając z siebie koszulkę.
-Mogę ci pomóc.-uśmiechnęłam się z niewinną miną . Marco spojrzał na mnie z  początku nie rozumiejąc a po chwili na jego ustach wymalował się typowo koci, chytry uśmiech, a oczy zabłyszczały na intensywny kolor żywej zieleni. Po zrzuceniu z siebie wszystkich ubrań wszedł do wody jak go stworzono. Podszedł do mnie z uśmiechem i przyciągnął do siebie. Zbliżył do moich swoje usta i niespodziewanie, zaatakował je mocnym pocałunkiem. Zaczęłam kolejno oddawać jego słodką pieszczotę jeszcze mocniej przyciągając go do siebie. Wplotłam palce w jego cudowne włosy i delikatnie pociągnęłam. Świeżo umyte były jeszcze bardziej lekkie i miękkie. Czułam, że jego usta zakrzywiają się w uśmiechu. Swoimi pocałunkami wyznaczył ścieżkę w dół, poprzez moją szyję na czuły punkt wgłębi mojego obojczyka. Dość mocno zassał skórę zapewne zostawiając mi uroczy ślad, ale zupełnie się tym nie przejęłam, choć przed ślubem naprawdę przesadził z ich ilością. Całe szczęście, że się wchłonęły, teraz musiałam go nieco pilnować. Spoglądając na swoje dzieło delikatnie dmuchnął na nie, sprawiając mi dodatkowe, okropnie przyjemne uczucie. Postanowiłam się odwzajemnić.

-Wampirzyca.-mruknął do mojego ucha i delikatnie przygryzł jego płatek.
-Nie marudź. –szepnęłam odrywając się na chwilę od jego szyi. –Wiem, że jest ci lepiej niż dobrze.
-Nie jesteś zbyt pewna siebie?
-Kiedy jestem czegoś pewna… Widzę po tobie, czyta się jak w książce. Oh, nie przeszkadzaj. –westchnęłam i wróciłam do poprzedniej czynności. Marco mruknął nieznacznie pod nosem i odchylił głowę na bok dając mi większe pole do popisu.
-Masz może coś może przypadkiem w spodniach?-zapytałam czując kolejną dawkę czerwieni na twarzy.
-Cholera…
-Trudno. Zaradzimy inaczej. Chodź, musimy wyjść na brzeg, bo nie zamierzam nurkować.-uśmiechnęłam się zagryzając dolną wargę, a moja dłoń zaczęła wędrować w dół jego brzucha.
-Kiedy temu aniołkowi wyrosły różki?-westchnął zawijając moje włosy na swoją dłoń. –Chodźmy więc na ten brzeg. Jak bardzo jesteśmy bezpieczni? Sprawdzasz dni? Tak wiesz, jakbyśmy się jeszcze sobą nie nasycili.
-Wątpisz w moje umiejętności?
-Kochanie, nigdy. To ja nigdy nie mogę się tobą nacieszyć. –uśmiechnął się i pocałował mnie w czoło. Czułam, że przy nim wypełniało mnie bezgraniczne szczęście. Mój angaż w nasze małżeństwo z godziny na godziny się zwiększał, moje uczucie…



***



Staliśmy za strumieniem wodospadu. Byłam przyparta do kamienia, a nogami oplatałam biodra Marco. Chłodne głazy dawały ukojenie mojemu rozgrzanemu ciału, nie były ani w najmniejszym stopniu oświetlone przez słońce, gdyż zakrywała je woda spadająca z wodospadu.
Położyłam drżącą dłoń na jego ramieniu a na nią ułożyłam policzek. Byłam wykończona. Najlepszy wysiłek w życiu i najlepsze zmęczenie. Nie ruszałam drugiej dłoni, była w idealnej pozycji, niedbale przerzucona na jego plecach.
-Rose, to było..
-Szalone? Pierwotne? Zwariowane? Dobre? –szepnęłam ledwo uśmiechając się i musnęłam ustami jego skórę na barku, która znajdowała się tuż pod moimi ustami.
-To było piękne Rose, jak ty. –wyznał. Uczucie i szczerość jaka z tego biła zupełnie trafiła do mojego biednego serca. Emocji ile nim targało było zbyt wiele. Dlaczego właśnie w takich momentach musiałam płakać? Byłam bardziej niż pogubiona. On nie ułatwiał sprawy.
-Czy ty płaczesz?
-Nie, przepraszam, to emocje.
-Nie wstydź się ich. Chciałbym jednak, żebyś po czymś tak wspaniałym czuła się lepiej, a nie płakała. –zaśmiał się cicho i przeczesał swoimi długimi palcami moje włosy.
-Jest dobrze, jest lepiej niż dobrze.
-Też tak uważam. Zaskakujesz mnie, maleństwo.
-Nie jestem mała.
-Jesteś niska. –uśmiechnął się czule próbując złapać ze mną kontakt wzrokowy. –Zmieniasz mnie. Czasem w nocy nie śpię i nie rozumiem co się ze mną dzieje..
-To dobra zmiana?
-Jeszcze tego nie wiem. –powiedział patrząc prosto w moje oczy i pogłaskał mnie wierzchem palca po policzku. Zamknęłam oczy. Tak zawsze reagowałam na jego dotyk.
-Jesteś dla mnie tak ważny. Uwierz mi, zajmujesz w moim sercu wyjątkowe miejsce.-wyznałam drżącym głosem mocniej ściskając jego ramię.

Największe Marco, bo chyba się zakochałam...






~~~

 WAŻNE OGŁOSZENIE!!!
(dlatego, że rozdział jest krótki i nudny i przesycony sielanką [zaraz się skończy,spokojnie] napiszę tu ważne i niestety nie tak sielankowe ogłoszenie...)
Nie chciałam tego robić i nie zamierzałam na aż tak długi czas..ale niestety muszę.
Poświęcam dla tego bloga bardzo dużo czasu (i nie narzekam, bo uwielbiam dla Was pisać i czytać te cudowne komentarze, od których rośnie serce..i dziękuję, dziękuję, dziękuję za to..) ALE 
Muszę zawiesić bloga na cały czerwiec.. Wiem, że to może jest strzał w kolano, ale mam problemy w szkole z historią i toksyczną nauczycielką, na którą reaguję psychicznie nie za dobrze, też ostatnio moje życie prywatne to jeden wielki młynek wzlotów i upadków,od euforii po dołki i nie jestem w stanie skupić się na pisaniu, aby wyszło tak jakbym chciała i znów sprawiało przyjemność jaką to mi zawsze sprawiało. Rozdziały do końca maja mam gotowe, potrzebują jedynie mojej korekty, więc jeszcze przez miesiąc będą się pojawiać. Nie jestem w stanie jeszcze teraz powiedzieć, czy rozdział 20 (bo tak to wypadnie) pojawi się 24.06 czy już 01.07.. Mogę Wam obiecać, że na pewno wrócę z nową energią i odświeżonymi pomysłami z uporządkowanym..wszystkim.
Mam nadzieję, że zrozumiecie i zostaniecie ze mną mimo wszystko. 
Ściskam Was mocno!
Za tydzień kolejny! 💗

sobota, 29 kwietnia 2017

Piętnaście




-Przepraszam, pozbieram to. –szepnęłam kucając przy popękanej misce.
-Ależ nic się nie stało, zostaw, ja zamiotę.
-Odkupię, naprawdę przepraszam, nie chciałam.
-Wiem i nic nie odkupuj. Odsuń się, kochana, bo jeszcze się zranisz.

Ja już byłam zraniona.

-To moja wina, nie powinnam była pytać. –wyznała ze smutkiem Rita.
-Nie, po prostu zaskoczyłaś mnie. Proszę, nie wierz we wszystko co piszą. Media szukają sensacji, chcą czegoś, czego nie ma. –powiedziałam drżącym głosem. Nie chciałam sama w to wierzyć. Scarlett nie mogła być w ciąży. Marco jej nie kochał, a będzie miał dziecko. A ja właśnie za niego wyszłam. Dla dobra malucha to ona powinna była stać dziś na moim miejscu.

-No tak, też tak przypuszczałam. Przepraszam, że w ogóle o tym zapytałam.
-Nie szkodzi, ale już nie rozmawiajmy na jej temat.
-Właśnie. Chodźcie do naszych panów, nie będziemy ich zostawiać samych.

Musiałam pójść do niego. Spojrzeć mu w oczy i udawać, że wszystko jest w porządku. Każde zadanie było równie ciężkie.
Gdy we trzy weszłyśmy na werandę podeszłam do niego wręcz z walącym sercem. Ze zranienia, bólu i przeogromnej zazdrości. Może nie powinnam być aż tak bardzo przejęta. Ostatnio w moim życiu działo się zbyt wiele rzeczy, których nie rozumiałam.
Usiadłam na krześle, nawet nie patrząc na niego. Nalałam sobie do kieliszka jeszcze białego wina, które stało w specjalnej miseczce z lodem. Zaczęłam przysłuchiwać się opowieści Rity o jej życiu w wielkim mieście. Opowiedziała też z dumą o swoim mężu, którego firma coraz bardziej zaczęła się rozwijać.
Marco widząc, że coś jest nie tak położył dłoń na moim kolanie i zaczął przesuwać ją wyżej, ku udzie. Zacisnęłam nogi i przysunęłam się do stołu, odsuwając się jednocześnie od niego.
Byłam zupełnie zdezorientowana, kiedy usłyszałam, że najbardziej naturalnym głosem zwraca się do Hannah.

-Bardzo dziękujemy wam za gościnę, jednak musimy się zbierać.  Mamy jeszcze na dziś trochę planów.
-Oczywiście, nie zatrzymujemy was! Cieszę się, że mogliśmy się poznać, wpadnijcie, jak kiedyś będziecie się wybierać! –uśmiechnęła się starsza kobieta.
-Nie chcę iść. –zwróciłam się do niego przechodząc na niemiecki. Jednak zupełnie mnie zignorował.
-Zapamiętamy. Oczywiście, jeśli wybierzecie się kiedyś do Dortmundu to też zapraszamy!
-Mam telefon do Rose, więc na pewno się umówimy.

Wszyscy uściskaliśmy się mocno. Marco najdłużej zeszło pożegnanie z małym. Życzył mu odwagi i wytrwałości w dążeniu do celu. Pomachaliśmy im, gdy odeszliśmy. Bez słów szybszym krokiem weszliśmy na drogę prowadzą do przystani łodzi. Wsiedliśmy na łódź, którą też tu przyjechaliśmy.
Nie miałam ochoty już nic mówić. Chyba też do końca nie wiedziałam co. Zajęłam poprzednie miejsce, na którym siedziałam za pierwszym razem. Całe szczęście, że Marco dał mi trochę czasu na oddech. I całe szczęście, że to uszanował. 
Delikatnie wychyliłam się za burtę, wyjrzałam na zostające za nami fale i wypatrywałam sąsiednie wyspy. Żałowałam, że nie wzięłam ze sobą aparatu, bo widoki były niesamowite, a głupia duma nie pozwalała mi poprosić Marco. Nawet nie miałam ochoty wiedzieć, co robił.

Od razu podeszłam do wyjścia z łodzi, gdy dobiliśmy do brzegu. Wtedy Marco wyszedł przede mnie i pomógł mi wysiąść.
Nie mieliśmy tym razem samochodu. Przeszliśmy na plażę i zdjęliśmy buty. Szliśmy w ciszy wsłuchując się w dźwięk oceanu.
Po pewnym przebytym kawałku drogi on pierwszy się odezwał. Jak najbardziej spokojnym i naturalnym głosem.

-Dlaczego jesteś zła?
-Nie jestem zła.
-Widzę, że coś nie tak.-uparł się przy swoim próbując złapać ze mną kontakt wzrokowy. Na próżno.
-Nie, Marco. Jestem smutna, zagubiona, rozżalona, zdezorientowana, rozkojarzona, zawiedziona i zazdrosna. Nie jestem zła.
-W takim razie co się stało, że jesteś… W takim stanie?
-Oszukałeś mnie. Po fakcie. Nawet nie wiem czy zamierzałeś mi o tym w ogóle powiedzieć.-powiedziałam powstrzymując się od choćby podniesienia tonu głosu.
-Byłem z tobą szczery od początku… Nie rozumiem, w niczym cię nie okłamałem.
-Zatajenie faktu to też kłamstwo. Tak ważnego faktu, Marco. Może wcale bym się nie zgodziła na ten cały ślub.
-Możesz mi wreszcie powiedzieć o co chodzi?-zapytał lekko zdenerwowany. Rozglądając się dookoła zauważyłam, że staliśmy już oboje koło naszego domku.
-O Scarlett i o wasze dziecko.

To chyba było coś najcięższego co musiało mi do tej pory przejść przez gardło. Dziecko jego i Scarlett. Tak chciałam, żeby ten obraz był jak najszybciej wyrzucony z pamięci..

-Skąd o tym wiesz?
-Otwórz, proszę drzwi. –szepnęłam. Tylko się nie rozpłacz. Tylko się nie rozpłacz. Nie zaprzeczył. Miał zaprzeczyć! Miał powiedzieć, że wszystko jest dobrze, że mnie koch… Że wszystko jest po prostu dobrze. W cholernym porządku i nie spodziewa się w aktualnym czasie żadnego potomstwa.
On posłusznie otworzył drzwi i wpuścił mnie do środka. Rzuciłam buty, które trzymałam w ręku tuż koło drzwi i weszłam do środka boso nawet nie przejmując się, że wniosę piach. Poszłam od razu do kuchni. Naprawdę nie robiłam nigdy tak, że gdy pojawiają się smutki to razem z nimi alkohol, jednak… Ludzie się zmieniają. Już nie byłam dawną Ruby. Teraz byłam pieprzoną Panią Reus. Nie dziwię się, jeślibyśmy zamienili się w bohaterów „Pan i Pani Smith” i mieli zaraz rozpocząć wojnę między sobą.

Kiedy już stawiałam kieliszek na blacie został mi on brutalnie wyszarpnięty z ręki i odłożony na miejsce. Jak gdybym była pluszową, leciutką jak puch lalką podniósł mnie w talii i usadził na kuchennym blacie. Rozszerzył moje nogi stając między nimi i położył ciepłą dłoń na moim policzku. Dobrze czułam też inne ciepło, właściwie może z lekkim chłodem i przyjemny szlif obrączki.

-Nie ma dziecka. Gdyby cokolwiek takiego albo coś tak istotnego jak to by się miało stać bym ci powiedział, zaufaj mi. Chcę dla ciebie jak najlepiej. Mimo, że nie zawsze wychodzi ale tak jest. I możesz być pewna mojej szczerości co do takich spraw.
-W takim razie, dlaczego… Ona mi powiedziała, że Scarlett jest…
-I co jej odpowiedziałaś?
-Postawiła mnie pod ścianą, bo kompletnie nie byłam przygotowana na takie pytanie… Powiedziałam jej, że to tylko plotki i żeby nie wierzyła w to wszystko, co kreują media…
-A ty wierzysz, głuptasie. –uśmiechnął się i musnął szybko moje usta. –Ale coś w tym jest. Scarlett myślała, że jest w ciąży, spóźniał jej się okres. Przyspieszyło to termin ślubu. Potem jednak ciąża została wykluczona przez lekarza, takie objawy tylko od zmian klimatu i życia w biegu… Było jej potem przykro, bo cieszyła się…
-A ty?-zapytałam z ciekawością. Marco w roli taty?
-Ja nie do końca. Nie jestem gotowy na dziecko. Na pewno nie przez następne kilka lat. Uwielbiam mojego siostrzeńca, siostrzenicę ale własne dziecko to zupełnie co innego.
-Rozumiem cię. Cieszę się, że mamy to za sobą.
-Ja również. –uśmiechnął się i zaczął wolno mnie całować. Przyciągnął mnie do siebie zsuwając dłonie na zapięcie sukienki. Podparłam się rękoma o blat, aby nie stracić równowagi. Poczułam jak powoli zaczął rozsuwać zamek sukienki. Oplotłam go mocniej nogami na wysokości jego ud. Na moich ustach pojawił się uśmiech, gdy poczułam jego ciepłe wargi schodzące pocałunkami wzdłuż mojej szyi. Było naprawdę dobrze. Nawet niebiańsko dobrze. Objęłam ręką jego szyję i przymknęłam powieki oddając się zupełnie przyjemności.

I nagle jak grom z jasnego nieba do głowy zaczęły przychodzić wyrzuty sumienia. Wszystkie. Etyka, moralność. To, co zrobiliśmy, i to, co robiliśmy teraz. Miałam nie myśleć. Marco mnie prosił, żeby tyle nie myśleć, głupia.
I pojawiła mi się przed oczami twarz Leona. O mojej obietnicy, o tym, jak mówił, że seks musi być z odpowiednią osobą, powiązany z silnym, prawdziwym uczuciem. Ile razy uspokajałam się, tłumacząc, że to zwykły eksperyment, jednak coraz bardziej wymykało mi się to z rąk. Coraz silniejsze uczucia żywiłam w stosunku do piłkarza, zbyt bardzo zaczęłam się w to wszystko angażować… Nie potrafiłam. Nie potrafiłam tego w sobie poskromić.


Od razu odepchnęłam od siebie Marco, mimo, że mój gorset sukienki znacznie odstawał już od mojego ciała.

-Co się stało? Zrobiłem coś nie tak?-zapytał opierając się ręką koło mojego uda, na ladzie kuchennej a drugą podtrzymał moją dłoń wplatając swoje palce. Nie narzucał się, nie był nachalny. Był delikatny. Od rozwścieczonego wariata do delikatnego i czułego mężczyzny.

-Przepraszam, to nie twoja wina. To siedzi we mnie. Nie mogę, przepraszam.

Zeskoczyłam z blatu. On nie robiąc mi przeszkód pozwolił mi odejść. Mój Marco. Żaden mój ale..
Właśnie zrozumiałam jak człowiek potrafi być w jednym momencie rozchwiany emocjonalnie i niepewny swoich uczuć.
Pobiegłam na górę do sypialni, skąd zabrałam jeden z kostiumów kąpielowych od Ann. Poszłam z nim do łazienki, gdzie zdjęłam już zupełnie sukienkę, podwiązkę, bieliznę i biżuterię. Włożyłam przecudowny podkreślający idealnie moje wszystkie atuty kostium, który pięknie odsłaniał mój kolczyk i tatuaż. Chociaż tym się mogłam pocieszyć. Moje ciało idealnie wpasowało się w bikini, w którym chętnie dałabym sobie zrobić małą sesję zdjęciową. Czułam się w nim fantastycznie, kobieco. Przewiązałam się na wysokości piersi turkusową chustą. Natarłam się intensywnie pachnącym olejkiem do opalania i zabrałam za duże na mnie klapki Marco, które nadawały się na wyjście na plażę. Zeszłam na dół po schodach. Marco stał w tym samym miejscu, jednak odwrócony w kierunku okna.

-Idę na plażę.
-Potrzebujesz dystansu? Przemyślenia? –zapytał, czego w ogóle się nie spodziewałam. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Nigdy nie wiedziałam co nim kieruje. Może miał swoje przebłyski geniuszu. Podobno dużo osób czasami je ma.

-Dlaczego pytasz?-zdziwiłam się opierając o drzwi prowadzące na taras domku
-Chcę cię zrozumieć, Rose. Nie lubię nie rozumieć co się dzieje. I czy to moja wina.
-Po prostu muszę się oswoić. To wszystko bardzo szybko się stało, to dla mnie zbyt szybkie tempo. Dostosuję się do niego tylko potrzebuję chwili dla siebie.
-Dziękuję. –kiwnął głową i znów przeniósł wzrok przed siebie. Uznałam to za pozwolenie, że mogę wyjść. Nie czekając dłużej wyszłam na taras domu, skąd po piaszczystej plaży dotarłam do samego brzegu oceanu. Nie wiedziałam, na ile prywatna jest ta wyspa, bo chyba źle bym się czuła wiedząc, że jestem tu sama z Marco, choć wszystko na to wskazywało.

Zdjęłam chustę niedaleko brzegu tak, by się nie zamoczyła od fal. Na niej położyłam olejek do opalania, żeby nie odleciała.
Weszłam po kostki do wody. Była tak ciepła jak zapamiętałam wczoraj. Badając grunt pod nogami wchodziłam coraz to głębiej. Gdy woda sięgała mi już do pępka postanowiłam wyciągnąć się na niej leniwie i zacząć przed siebie płynąć. Nie ważne gdzie. Po prostu płynąć i niczym się nie przejmować. Kochałam to. Zaryzykowałam i wpłynęłam na głębszą wodę. Postanowiłam zanurkować zamaczając doszczętnie włosy. Jakoś musiałam przeboleć zniszczenie idealnej fryzury. Gdy zanurkowałam mogłam zobaczyć w przejrzystej wodzie Morza Karaibskiego malutkie, kolorowe rybki. Pływały dość oddalone ode mnie, jednak spokojnie mogłam je oglądać, na tyle na ile nas dzieliła odległość i pozwalało mi powietrze. Wynurzałam się kilka razy by móc zanurkować na dłużej. Naprawdę sprawiało mi to dużo przyjemności. Zupełnie zapomniałam o wszystkim co mnie otacza, wyrzuciłam wszystkie myśli za siebie.






Przestraszyłam się, kiedy nagle poczułam czyjś ruch niedaleko. Zaczęłam wrzeszczeć na wszystkie strony. Byłam prawie przekonana, że to rekin. Dopiero, gdy zobaczyłam mokre blond włosy opadające pasmami na czoło rozpoznałam Marco. Nie rekina.

-Hej, spokojnie! –zaśmiał się i zaczesał mi palcem włosy za ucho. –Nie chciałem cię wystraszyć.
-No nie udało ci się.
-Przepraszam. –szepnął i pocałował mnie w zagłębienie mojej szyi. –Pływałaś ponad półtorej godziny.
-I?
-Stęskniłem się. –powiedział. –Chodź, popłyniemy do brzegu.

Nie dyskutowałam. Nawet nie przyszło mi to do głowy. Przerażało mnie czasem jak potrafił mnie omotać. Do brzegu dopłynęłam pierwsza. Miałam chyba większą wprawę. I chwała Bogu. Naprawdę, widok Marco w samych bokserkach wychodzący z wody. Jego błyszczące, idealnie zbudowane ciało.
Znów się gapiłam.
Zupełnie jak on we mnie. I nawet się z tym nie krył. Moje ciało było opięte przez naprawdę piękny kostium, dzięki czemu czułam się jeszcze piękniej.

-Muszę podziękować Ann.-oznajmił i ruszył w kierunku rozłożonego koca po środku plaży. Pobiegłam za nim i usiadłam koło niego wyciągając nogi przed siebie.
-Za co?
-Za to, że dała ci ten kostium. Cholera, nie wiem, czy lepiej wyglądasz w nim czy bez niego.

Zupełnie nie wiedziałam co powiedzieć. W moim gardle stanęła ogromna gula a na policzkach pojawiły się duże, czerwone rumieńce.

-Przyniosłem ci jakąś bułkę z serem i warzywami, była w lodówce.
-Ktoś nam gotuje?
-Gosposia, ale tylko przygotowała raz na nasz cały pobyt. Nie chciałem też zbyt dużo bo nie wiedziałem czy będziemy jeść zawsze w domu.
-Wątpisz w mój talent?- zaśmiałam wygryzając się w kanapkę. Pływanie naprawdę potrafi zrobić duży apetyt.
-Żeby rozmawiać o talencie, to trzeba go najpierw mieć, kochanie. –uśmiechnął się rozbrajająco i ucałował mnie w czoło.
Przysunęłam się do niego opierając o jego ramię. On objął mnie dłońmi w pasie. Siedzieliśmy wpatrzeni w morze, w ciszy, zupełnie nigdzie się nie spiesząc.

-Wybierzemy się jutro do miasta?
-Jak tylko chcesz ale jedz szybciej.
-Nie wspomniałeś mi, że to kanapka na czas.
-Po trzech minutach ulegnie samodestrukcji.
-Kanapka czy ty?
-Ja. –przyznał i zabrał mi z rąk jedzenie. Odłożył kanapkę na bok w woreczku i rzucił się na mnie jak cholerne zwierzę. Zachichotałam pod nosem. Niewyżyty. Jego ręce od razu zajęły się rozpinaniem góry mojego kostiumu.
-Chyba powinniśmy wrócić do domu. Tu jeszcze ktoś nas zobaczy…
-Nie zobaczy. Ten widok.. Ciebie.. Należy tylko do mnie. Nie pozwoliłbym oglądać go komuś innemu. –wyjaśnił i sięgnął po przygotowaną wcześniej srebrną paczuszkę.
-Przerażasz mnie czasami.
-Czasami zbyt mocno mnie pociągasz. –szepnął do mojego ucha, by po chwili delikatnie przygryźć jego płatek.



***



-Rose? Chodź już!
-Zaraz!-odkrzyknęłam, gdy wycierałam mokre po prysznicu włosy. Dopiero co owinęłam się ręcznikiem a ten już puka do drzwi. A siłą go wyrzuciłam do osobnej łazienki i sam brał prysznic po kąpieli w oceanie, a uwinął się szybciej.

Zapanował już wieczór. Po naprawdę przepięknych, beztroskich chwilach spędzonych na plaży postanowiliśmy wrócić i wziąć ciepły prysznic, bo chłodny wiatr trochę nas zaskoczył i mimo, że staraliśmy się siedzieć jak najdłużej to w końcu, gdy Marco zobaczył ciarki na moim ciele zarządził powrót. Oznajmił też, że to jeszcze nie koniec naszego wieczoru. Naprawdę byłam ciekawa co mógł wymyślić.

-Kochanie, możesz mnie wpuścić? Muszę coś zabrać. –nie ustępował. Z westchnieniem przekręciłam zamek łazienki mocniej zaciskając wiązanie ręcznika na piersiach. Odsunęłam się, gdy wchodził. Nie patrząc na mnie podszedł do szafki koło umywalki, sam również miał przewieszony na biodrach ręcznik. Nie patrzyłam nawet czego szukał. Oparłam się o ścianę w oczekiwaniu, kiedy wyjdzie przy okazji wpatrując się w jego idealnie umięśnione plecy. Zaczynałam się naprawdę czasem krępować pokazując mu swoje ciało..
W jednej chwili poczułam, jak zostaję unoszona do góry i przerzucona przez jego brak.

-Hej! Puść mnie! Muszę się ubrać! –pisnęłam zaciskając dłonie na jego szyi.
-Nie musisz.
-Muszę! Oczywiście, że muszę!

Moje wierzganie na wszystkie strony nie pomogło. Był zbyt silny i przeklęcie pewny siebie. Dałam mu tę satysfakcję. Nie miałam już siły na nic dzisiaj. Byłam wykończona.
Zostałam poniesiona schodami do góry, tam minęliśmy drzwi do naszej sypialni, łazienek i dwóch innych pokoi, do których nawet nie wchodziliśmy. Na końcu korytarza znajdowały się wielkie, szklane drzwi, które prowadziły na bodajże taras. I był to taras. Zostałam postawiona tam dopiero, gdy wyszliśmy na zewnątrz. Od razu naciągnęłam na siebie ręcznik, który lekko się zsunął przez mój transport.. Później już nie zwracałam na niego uwagi. W oczach zebrały mi się łzy. Na drewnianych barierkach balustrady poustawiane były świece, na podłodze-pełno rozsypanych płatków białych róż. Na środku stało ogromne jacuzzi, na którego brzegu stały dwa kieliszki czerwonego wina na srebrnej tacy a obok nich jeszcze jedna, mniejsza tacka z malutkimi przekąskami. Na bulgoczącej wodzie również unosiły się białe płatki moich ukochanych kwiatów.

-Zapraszam. –szepnął tuż koło mojego ucha i łapiąc za rękę poprowadził mnie do wanny i nawet nie pytając, delikatnie zdjął ze mnie ręcznik. Pomógł mi wejść po trzech stopniach. Wanna była na tyle duża i wysoko ustawiona, że miałam idealny widok na zachodzące słońce. Blondyn dołączył do mnie chwilę później. Przesunął się tak, żebym mogła usiąść między jego nogami. Położył dłonie na moim brzuchu i przyciągnął do siebie abym się o niego oparła. Było dobrze. Wręcz cudownie, chciałam zapamiętać tę chwilę jak najdłużej. Kochałam mieć go tak blisko. Skóra przy skórze, czuć słodki zapach jego ciała… Nie wiedziałam co do niego czułam. Co powinnam czuć. I nie chciałam się nad tym zastanawiać, bo bałam się odpowiedzi i konsekwencji, które mogłabym ponieść.
Na chwilę odwrócił się za siebie, podał mi kieliszek wina, drugi wziął dla siebie.

-Za nas. Tak po prostu. –uśmiechnął się wznosząc toast.
-Za nas.-powtórzyłam i przechyliłam tak mój kieliszek, by delikatnie zderzył się z trzymanym przez niego. Do naszych uszu dobiegł charakterystyczny dźwięk uderzenia o siebie szkła. Kolejne fantastyczne wino. 

-Chyba przywieziemy do Niemiec walizkę win. –zaśmiałam się i upiłam jeszcze jeden łyk.
-Yhym..-mruknął, a po chwili przechylił głowę by musnąć z największą czułością moje usta. Oparłam głowę na jego ramieniu pozwalając mu składać pocałunki na mojej szyi. –Otwórz usta. –polecił. Nawet nie chciałam się sprzeciwiać. Na języku poczułam jakąś lepką substancję, o lekko słonawym, morskim zapachu. –Przełknij.
Pycha. Nie wiedziałam co to ale było naprawdę pyszne.
-Co to?
-Mule. –odpowiedział. Nie wiedziałam czy mam się śmiać czy płakać. Smakowały mi, choć całe życie uważałam, że są okropne. –Chodź tu. 

Pomógł mi odwrócić się do niego przodem. Atmosfera była tak ciężka i gorąca, że aż mi się ciężej oddychało. Zatopiliśmy się w pocałunkach. Żadne nie było drugiemu dłużne. Do utraty tchu. 

-Marco..-szepnęłam w jego rozchylone wargi delikatnie odpychając jego policzek dłonią delikatnie gładząc go kciukiem. –Przepraszam, ale jestem wykończona…
-Kochanie, tylko się całujemy.
-Jeśli to są tylko pocałunki…
-Nic innego nie robimy.
-Jesteśmy nadzy!
-Ale tylko się całujemy!-roześmiał się głośno i zaczesał moje opadające włosy za uszy. –Kiedy całujemy się z wyjątkową osobą.. Wszystko jest niezwykłe. A nasze pocałunki są bardzo niezwykłe, Rose. Kocham je.
-Nie wiem czemu ale chce mi się płakać. –szepnęłam i odwróciłam się z powrotem, przodem do morza.
-Przeze mnie?
-Nie wiem, Marco. Mam straszny jet lag. Czuję się jak zombie. Jestem jednocześnie szczęśliwa, bo przeżyłam tak piękny dzień a z drugiej, zmęczona, senna i wypluta.
-Posiedźmy jeszcze chwilkę. –szepnął i pocałował mnie w czoło i znów położył dłonie na moim brzuchu. –Zobacz, zachodzi słońce.

Obserwując horyzont poczułam jak chwyta moją jedną dłoń i zaczął bawić się moją obrączką kręcąc nią.

-Żona.. Kto by pomyślał.
-Jesteśmy nienormalni…
-Wiesz? Chyba właśnie jesteśmy sobą. Prawdziwi, szczęśliwi…
-Może i masz rację. –przyznałam wtulając się w zagłębienie jego szyi.

Nie wiedziałam nawet jak długo tak siedzieliśmy. Promienie słońca powoli zanikały, sprawiając, że niebo mieniło się na przeróżne kolory. Ciepła bąblująca woda wokół nas dawała nam ogromną frajdę i jeszcze większy relaks. Bańki pękały tuż przede mną, część też była skierowana na mój brzuch i talię, masowały cudownie. Co prawda więcej jej czuł Marco, ja opierałam się o jego tors, przez co traciłam masaż pleców, lecz..czy to naprawdę taka strata?
Cisza w niczym nam nie przeszkadzała. Była bardzo naturalna, intymna. Była naszą ciszą. Naszą chwilą, którą oboje zapamiętamy. Może i nawet na całe życie. Może kiedyś, kiedy będę miała męża i gromadkę dzieci będę przypominać sobie o cudownych chwilach spędzonych na Karaibach. Mąż. Ciekawe jaki normalny facet po historii o ślubie pod wpływem chwili, nie biorąc mnie za wariatkę a kobietę z klasą i na poziomie mnie poślubi? Ciężkie zadanie. Jednak warte tego roku, który był przed nami. Rola pani Reus była wbrew pozorom trudna. Przyzwyczajenie się do fleszy, natarczywych paparazzi, fanów ciekawych każdych pikantnych szczegółów z naszego życia.. Byłam gotowa. Gotowa poświęcić się, całą, zaryzykować dla tak wyjątkowego faceta, dla tylu przeżyć, które czekały na mnie. Przede mną stał świat otworem. Rzeczy nieosiągalne dla zahukanej, wystraszonej dziewczynki, a potem zbuntowanej nastolatki stawały się łatwiejsze dla pewnej, świadomej swojej wartości pani Rosalie Reus. Z ciepłem i czułością obdarowanymi mnie na każdym kroku przez męża. Nie wiedziałam, co działo się wcześniej w jego życiu. Jak wyglądała jego relacja ze Scarlett. I nie chciałam wiedzieć. Tak samo jak nie chciałam wiedzieć, co wydarzy się w przyszłości i jak będzie wyglądało nasze życie. Po co układać plany? Życie jest życiem. Bez planów, bo życie to każda najmniejsza chwila, gest, szept, dotyk, muśnięcie oddechu. Ono czekało na mnie. Na nas. Obiecałam, że zrobię wszystko dla tego małżeństwa. Że odmienię Marco. Ale my sami nawzajem się odmieniamy na każdym kroku. Stajemy się innymi ludźmi. Lepszymi. Nie szukałam powodu, byłam szczęśliwa, że tak się dzieje. Byłam szczęśliwa, że byłam właśnie w tym miejscu, z tą osobą. Z moim Mężem.


Mruknęłam cicho, gdy poczułam, że Marco bierze mnie na ręce i delikatnie osusza moje ciało ręcznikiem kąpielowym.
-Śpij, skarbie. –szepnął prawie niesłyszalnie. Byłam na tyle senna, że nie zastanawiałam się dłużej nad tym, co powiedział, czy nawet nad tym, by jakoś zakryć moją nagość. Mocniej jedynie wtuliłam się w jego pierś. Przeniósł mnie do naszej sypialni. Położył mnie na łóżku i nakrył puchatą kołdrą pod samą szyję. Sam zajął miejsce koło mnie, a zaraz po tym, gdy tylko się nakrył naszą wspólną kołdrą przytulił mnie do siebie pod nią. 



***



Z samego rana obudził mnie zapach kawy. Zamrugałam oczami budząc się i jak zwykle rozejrzałam wokół. Po sprawdzeniu czy wszystko jest na swoim miejscu mój wzrok spoczął na Marco stojącym przy łóżku z tacą ze śniadaniem.

-Dzień dobry. –mruknęłam i głośno ziewnęłam nawet nie zakrywając ust. –Jest wcześnie?
-Obudziłem cię wcześniej, żebyśmy mieli więcej czasu na zwiedzanie. –odparł i musnął czule moje usta. –Mam nadzieję, że się nie gniewasz. W razie czego zrobiłem śniadanie.
-Nie gniewam, ale śniadanie też się przyda. Zjesz ze mną?
-Chętnie. –uśmiechnął się. Pociągnął spodenki dresowe, które sięgały mu do kolan i usiadł na swoim dawnym miejscem. Miał nałożoną na siebie białą koszulkę. I wyglądał w niej naprawdę bardzo dobrze. Włosy jak zawsze ułożył perfekcyjnie, choć były już zbyt długie. Powinien pójść do fryzjera.
W ostatnim momencie przypomniałam sobie, by naciągnąć na siebie kołdrę. Wolałam, by ubrania Marco zostały na swoim miejscu.
Przygotował gofry. Ciepłe, słodkie, parujące gofry. W tubkach  stały trzy polewy-toffie, czekolada i malina. Do tego na talerzyku przygotowane były pokrojone, tropikalne owoce. Od razu się na nie rzuciłam.
Zjedliśmy śniadanie w naprawdę wspaniałych nastrojach. Musiałam go wywalić całą moją siłą perswazji. Udało się. Mogłam wyjść z łóżka i przejść do szafy by wziąć świeżą bieliznę i lniany kombinezon od Ann. Był cały biały z dość grubego, ciężkiego, lejącego materiału, z długimi, rozszerzającymi się rękawami i z niezbyt wielkim dekoltem z przodu ale za to dużym, trójkątnym wycięciem na plecach, po którym opadały dwa sznureczki zakończone drewnianymi koralikami. Przewiewny i chroniący przed słońcem, idealny na taką pogodę. Zupełnie w stylu Ann, nie moim. Co jednak zabrania nam od czasu do czasu zaszaleć? Byłam cholera jasna na wakacjach. I to najprawdopodobniej najlepszych w moim życiu. Dobrałam do kombinezonu zdobione sandałki i moje malutkie kolczyki na sztyfty. Przemknęłam do łazienki, zakrywając się na wszelki wypadek. Umyłam się, wysuszyłam i rozprostowałam włosy prostownicą, robiąc na końcach lekkie fale. Postanowiłam się umalować. Pierwszy dzień małżeństwa. Przed nami jeszcze trzysta sześćdziesiąt cztery. Planowałam je spędzić jak najlepiej.
Gdy schodziłam po schodach on stał na mnie i czekał. Utkwił we mnie spojrzenie, miałam ochotę domknąć mu szczękę, która lekko opadła. 

-Rose.. Wyglądasz...
-Kochanie, nie powtarzaj się. Ślub był wczoraj.
-Codziennie wyglądasz piękniej. Chodźmy. –uśmiechnął się i złapał mnie za rękę. Wyszliśmy razem z domu i zamknęliśmy za nami drzwi. Musieliśmy jeszcze chwilę poczekać na nasz transport do zatoki. Uroki mieszkania na bezludnej wyspie. Może to i dobrze, miałam chwilę, żeby podziwiać piękną ścianę lasu składającego się głównie z palm i drzew tropikalnych, o których nie miałam pojęcia. Zaczęłam robić im zdjęcia. Nie byłam najlepszym fotografem ale lubiłam to robić odkąd dostałam telefon od Marco z dobrym aparatem.  
Gdy się odwróciłam do Marco zobaczyłam, że on też robił zdjęcia. Mnie. 

-Naprawdę tak ciekawy kadr? –zaśmiałam się i podeszłam do blondyna.
-Yhym. Mogę wstawić?-zapytał pokazując mi zdjęcie, gdzie stałam odwrócona tyłem do niego i robiłam zdjęcia pięknym palmom.
-Ludzie pomyślą, że to Scarlett.
-Nie pomyślą. Masz inne włosy.
-Blond. Jak ona.
-Masz złote włosy, Rose. I naturalne, nie farbowane z odrostami. Jesteś wyższa, masz śliczne, delikatne ramiona, delikatne dłonie… Jeny.. Niesamowity tyłek..
-Przestań już i wstawiaj jak chcesz. –roześmiałam się czując przypływ czerwieni na moich policzkach. Naprawdę tak uważał? Czułam jak zaczęło mi się robić słabo.
-Dlaczego mam przestać?
-Bo mówisz to niepotrzebnie. Bo może ty nie chcesz się angażować, ale jeśli będziesz mi mówił takie rzeczy, ja… Będzie mi ciężko, rozumiesz? Mnie. Będzie ciężko odejść. Boję się, że..
-Zakochasz się?-zapytał szepcząc z nutką nadziei. Nie rozumiałam co się działo, czułam, że traciłam grunt pod stopami.
-Nie wiem, co znaczy tak naprawdę kochać, Marco. Nigdy nie kochałam. Po prostu boję się, że kiedy przyjdzie koniec.. Będzie mi ciężko odejść, że..
-Chodź tu. –szepnął i przytulił mnie mocno do siebie. Oplotłam go rękami i położyłam głowę przy jego mocno bijącym sercu. –Wszystko się ułoży. Nie bój się. A ja naprawdę uważam cię za wyjątkową i piękną kobietę. Przecież to, że mówię, że jesteś piękna nie znaczy, że wyznaję ci miłość. Ja naprawdę cię lubię. Bardzo lubię. Lubię z tobą spędzać czas, tak mi dobrze. Mam nadzieję, że ty też.
-Tak. Nawet sobie nie wyobrażałam, że będzie tak dobrze.
Uniósł delikatnie moją głowę i złożył na moich ustach namiętny pocałunek. Czasem przerażało mnie, jak bardzo potrafił na mnie działać. Jak bardzo się przyzwyczajałam. Czasami nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Czasami tak mocno go kochałam.







~~~

Chciałabym z góry przeprosić za błędy. Bałam się, że nie dam rady tego rozdziału wstawić, bo po tak intensywnym tygodniu zaczęłam czuć że coś mnie rozkłada i nie miałam siły na wprowadzanie jakichkolwiek poprawek. 
Ale dałam radę, choć pewnie jeszcze trochę jest-proszę o przymknięcie oka!
Dla mnie jeden z najbardziej emocjonujących tygodni. Był już płacz, załamanie nerwowe, euforia, podtrzymanie na duchu, wspaniałe osoby, które dane mi było poznać i mimo, że odeszły ze szkoły wiem, że znajomość przetrwa i mimo, że będzie wystawiona na próbę kilometrów od października, to warto takie właśnie relacje się angażować, z ludźmi którzy dają nam siłę, i na których zawsze możemy polegać...

A maturzystom życzę powodzenia! Żeby matury okazały się pestką i żebyście zdały jak najlepiej z satysfakcjonującym Was wynikiem! 💕
Za tydzień kolejny rozdział!
Buziaki xx