sobota, 22 kwietnia 2017

Czternaście



 "Somewhere over the rainbow, way up high
And the dreams that you dreamed of,once in a lullaby.

Somewhere over the rainbow blue birds fly 
And the dreams that you dreamed of, dreams really do come true..."




Przez piaszczystą plażę zostałam przeniesiona na rękach blondyna. Oszczędził mnie w szpilkach, pewnie bym się nieźle zbłaźniła próbując w nich iść po takim terenie. Postawił mnie dopiero na przyozdobionym białymi chustami, które powiewały na wietrze oraz rozsypanymi płatkami białych róż pomoście. Podał mi swoją dłoń. Zamiast orkiestry szum fal. Zaczęliśmy kroczyć dumnie po pomoście w kierunku urzędnika czekającego na nas przy białym, drewnianym stoliku na końcu.

Przywitaliśmy się z mężczyzną uściskiem dłoni. Był to mężczyzna dość młody, ubrany elegancko. W dłoni trzymał plik dokumentów.

-Witam państwa. Nazywam się Frank White. Mamy przepiękny dzień, panna młoda wygląda jeszcze piękniej, chyba niczego innego nam nie trzeba. –uśmiechnął się. –Możemy zaczynać?
-Oczywiście. –odpowiedział za nas Marco. Ja przeżywałam wewnątrz największe nerwy świata. Spojrzałam na moją sukienkę patrząc, czy aby na pewno dobrze się układa. Jakby to było najważniejsze w tym momencie. Nim zdążyłam świadomie powrócić do rzeczywistości usłyszałam słowa przysięgi wypowiadanej przez Marco.

-Świadomy praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny, uroczyście oświadczam, że wstępuję w związek małżeński z Rosalie Müller, i przyrzekam, że uczynię wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe.
Zapatrzona w jego oczy i wsłuchana w jego przepiękny ton głosu straciłam poczucie czasu. Liczył się dokładnie tylko on. Z delikatnie załamującym się głosem powtarzałam te same słowa przysięgi za urzędnikiem posyłając blondynowi szeroki uśmiech.

-Wobec zgodnego oświadczenia obu stron, oświadczam, że Związek Małżeński pana Marco Reusa i Pani Rosalie Müller został zawarty zgodnie z przepisami. Jako symbol łączącego Państwa związku wymieńcie proszę obrączki.
-Mamy?-szepnęłam cicho mając nadzieję, że urzędnik nie rozumie niemieckiego.
-Spokojnie. –uśmiechnął się i puścił moją dłoń. Z kieszeni spodni wyjął pudełeczko z obrączkami. 

Obrócił się na chwilę spoglądając na chłopca stojącego tuż przy początku pomostu, który oglądał ceremonię z otwartą buzią. Marco uśmiechając się przywołał go gestem ręki. On niepewnie podszedł do nas. Nie wiedziałam czego może chcieć od małego ale byłam do reszty zauroczona tym widokiem. Ukucnął podpierając się o kolana i coś do niego powiedział podając mu swój telefon. Chłopiec ochoczo pokiwał głową i jeszcze o coś się zapytał. Blondyn ponownie się roześmiał. Pokiwał głową i potargał ręką jego czarne, kręcone włoski.

-Co się stało?-zapytałam ciekawa, gdy wrócił do mnie otwierając pudełeczko z dwiema platynowymi obrączkami.
-Wszystko jak najbardziej w porządku.- uśmiechnął się i kładąc pudełko na stolik wziął moją prawą dłoń. Przyjrzał się badawczo, po chwili dopiero odkrywając różnicę. Brak pierścionka od Leo. Pogłaskał kciukiem mój serdeczny palec a po chwili wsunął na niego idealnie pasującą obrączkę.

-Nie zastąpię go, nawet nie śmiem. Nie będę w stanie obdarzyć cię takim uczuciem jakim on to zrobił ale chcę tego samego co on. Twojego szczęścia, dobra i bezpieczeństwa. Obiecuję ci to zapewnić. Nawet jeśli nasze drogi się rozejdą chcę zapewnić ci wszystko, czego tylko będziesz potrzebowała.
To była nasza własna przysięga. Niezgrabnie otarłam wierzchem wolnej dłoni łzy z policzka. Byłam poruszona jego szczerością. Miałam już ochotę go przytulić i ucałować. Drżącą dłonią wzięłam jego obrączkę.


Podał mi swoją dłoń. Chwyciłam ją i zaczęłam wsuwać powoli platynową obrączkę.

-Marco… Ja chcę ci pomóc znaleźć siebie. I przestać się bać podejmować poważnych i przemyślanych decyzji. I stać się lepszym człowiekiem, silniejszym. Wiem, że się boisz, oboje się boimy. Przed nami wiele nauki. Będę wredną żoną, najlepszą kochanką i kiepską kucharką. Chcę ci oddać całą siebie na ten rok, dać nam dom. Ten nienamacalny. Bo mi bardzo na tobie zależy.-wyznałam ze szczerością i spojrzałam w jego oczy.
A zajęło to zupełnie ułamek sekundy.

Tuż po chwili poczułam miękkie usta mojego męża na swoich. Przypomniała mi się sytuacja, kiedy obiecał mi najprawdziwszy pocałunek. Nasz pierwszy jako małżeństwa. Zarzuciłam dłonie na jego szyję a on mocniej przyciągnął mnie do siebie. Intensywność tego pocałunku sprawiła, że się rozpływałam, a moje nogi zaczęły drżeć niczym galaretka. Byłam kłębkiem szczęścia. W niedługim czasie udało mi się wejść do życia tak skrytego mężczyzny i poznać go. Pewnością było, że czymś jeszcze mnie zaskoczy, i że jeszcze musimy się wiele nauczyć, to Marco, chłodny i zachowawczy, zły, nieopanowany z pierwszych dni naszej znajomości, a mężczyzna, który właśnie tak nieziemsko mnie całował to zupełnie dwie różnie osoby. I to było przepiękne. Nie wiedziałam, co do końca stoi za tą zmianą. Większe zaufanie? Rozmowa z rodzicami? Nie ważne. Był idealny taki, jaki był. Z wadami i zaletami. Akceptowałam wszystko i cieszyłam się na nadchodzący rok. Takimi drobnymi gestami jak przygotowanie tak romantycznej uroczystości włączając w to moje ukochane kwiaty, odkupienie naszyjnika…
Mruknęłam pod nosem dając mu sygnał o zupełnym braku oddechu. Chwilę później oderwał się ode mnie i spojrzał naprawdę głęboko w oczy.

-Było dobrze?
-Profesjonalnie… Nieziemsko.. –szepnęłam i oparłam głowę o jego ramię.
-Gratuluję Państwu. Dokumentem, który stwierdza fakt zawarcia Związku Małżeńskiego sporządzony w Księdze Małżeństw, który zostanie z powrotem przesłany do Urzędu Stanu Cywilnego w Niemczech. Proszę państwa o podpisanie.

Marco podprowadził mnie do stoliczka podtrzymując w pasie, abym złożyła swój podpis. Całe szczęście, że miałam oparcie, bo możliwe, że straciłabym równowagę. Miękkie nogi i wysokie szpilki.. Ryzykowne połączenie. On pierwszy ujął pióro w swoją lewą dłoń i złożył swój podpis a następnie podał mi je.Tuż koło jego podpisu w wykropkowane miejsce zaczęłam składać swój podpis. Kiedy zaczęłam pisać pierwszą kreskę od pierwszej litery nazwiska Marco szybko mi przerwał.

-Reus, kochanie. –uśmiechnął się i objął mnie w pasie. Zmarszczyłam brwi. Przecież z Panią Reus nie mogło być na poważnie.
-Nie, nie mogę przyjąć twojego nazwiska. Jestem obca, to małżeństwo… Może twoja rodzina nie życzyłaby sobie…
-Ale ja sobie życzę. Jesteś moją żoną. Rozpoczynasz nową drogę w życiu, właśnie zamykasz okropną przeszłość, do której nie pozwolę ci wrócić. Kiedy spotkasz już tego jedynego wtedy przejmiesz jego. Na razie chcę, żebyś miała te. I reprezentowała je z dumą.
-Dziękuję. –uśmiechnęłam się lekko i pocałowałam go w policzek. Dokończyłam pisanie już poprawnego nazwiska. Rosalie Reus.
-Jeszcze raz moje gratulacje. –uśmiechnął się urzędnik i podał nam rękę. Pożegnaliśmy się i odwróciliśmy do chłopca. On z uśmiechem podał Marco jego telefon.


-Zrobiłem naprawdę dużo zdjęć!-pochwalił się mówiąc płynnym angielskim z dość dziwnym akcentem, możliwe że to jakaś tutejsza naleciałość.
-Świetnie, dziękujemy bardzo.
-Chodźcie do mnie!-uśmiechnął się i łapiąc od razu Marco za rękę zaczął go ciągnąć do domku na nabrzeżu.
-Rose?-zapytał idąc wolno, ciągnięty przez chłopca. Roześmiałam się i kiwnęłam potakująco głową. Młody był naprawdę uroczy.
Gdy dotarliśmy do plaży Marco poprosił chłopca, żeby na chwilę puścił jego rękę. Ukucnął tak, żebym mogła mu się wspiąć na plecy.
-Chyba żartujesz. Nie wejdę. Mam sukienkę…
-Chcesz się ze mną kłócić zaraz po ślubie, pani Reus? Już.

Pomagając ręką sprawił, że poleciałam na jego plecy. W jednej chwili podniósł się gwałtownie a ja straciłam równowagę. W porę złapałam się jego szyi.
Z jednej strony stanowczość i zaborczość, z drugiej słodycz w takim zachowaniu… W dodatku cały czas tak samo piękny wygląd. Schyliłam delikatnie głowę, by powąchać jego perfum. Może i było to dość dziwne, ale zaczynałam być od tego uzależniona. Od męskiego zapachu. Ja. Ohyda!
Gdy dotarliśmy do domku przy plaży, do którego zaprowadził nas chłopiec zostałam postawiona na schody. Weszliśmy na ganek, a nasz mały fotograf pobiegł po rodziców.

-Nie masz mi za złe, że no wiesz… Jesteśmy tu a nie zajęliśmy się sobą, nie poszliśmy do żadnej restauracji?
-Nie, jest idealnie. Sprawiłeś temu maluchowi niezwykłą radość. Sam też jesteś szczęśliwy.. Więc i ja jestem.-powiedziałam, choć po tym zdałam sobie sprawę, że może to trochę zbyt dużo. Przecież nie byliśmy prawdziwym zakochanym małżeństwem! Spojrzałam na niego, jednak z jego wyrazu twarzy nic nie wyczytałam, a gdy próbowałam w głowie poskładać coś sensownego, przed dom z piłką w rękach wybiegł chłopiec, a za nim wolno kroczyła starsza pani. Uśmiechnęła się szeroko na nasz widok. Jej delikatne oczy w kolorze hawajskiego oceanu zalśniły radośnie, na wyschniętych ustach pojawił się szeroki uśmiech, a na policzkach szereg mimicznych zmarszczek.

-Widzisz? To on! Przyjechał tu! Mówiłem ci, że kiedyś go poznam!-zawołał radośnie do starszej kobiety nie pozwalając jej dość do słowa.
-Chosé, spokojnie, nie tak głośno! Poza tym to nie miłe tak kogoś obgadywać.
-Ale ja nie obgaduję! Mówię jak było!
-No, już, już. –pokręciła bezradnie głową –Mam na imię Hannah. Bardzo mi miło was gościć. Przepraszam, jeśli mój wnuk coś narozrabiał…
-Nie, był bardzo grzeczny.-od razu wtrącił się blondyn –Sam go poprosiłem, żeby zrobił nam kilka zdjęć. Mi również bardzo miło. Marco Reus. –uśmiechnął się kiwając głową i podał kobiecie rękę. Jakby nagle przypominając sobie o moim istnieniu odwrócił się sprawdzając, czy na pewno nadal jestem tuż za nim. –A to jest moja żona..
-Rose. –przerwałam mu. Jakoś miałam dość jak na dziś swojego pełnego imienia. A „Ruby” już na zawsze została odstawiona i nieuznana przez Marco. Ku mojemu zdziwieniu zostałam mocno uściskana przez kobietę.

-Och, przepraszam. Przypominasz mi córkę w dzień ślubu. Też tak samo promieniała, piękne wyglądała uśmiech nie schodził jej z twarzy. I oboje tak zakochani…
-Nic się nie stało! –uśmiechnęłam się i pogłaskałam po ramieniu wzruszoną kobietę. Zakochani… Może zamiast na prawo powinnam była zdawać do szkoły aktorskiej.
-Babciu! Nie rób mi wstydu! Ja chciałem poprosić o autograf!
-Na piłce to ci się zaraz wytrze, leć po jakąś koszulkę.-oceniła starsza pani –Macie państwo czas? Nie chcemy przeszkadzać..
-Mamy wolny czas i to aż nadto! Jeśli nie przeszkadzamy…
-A gdzież tam. Może usiądziemy tu, jest przyjemnie, daszek rzuca cień. Zrobiłam właśnie lemoniadę, napijecie się?
-Bardzo chętnie!-odpowiedziałam. Usiedliśmy na wskazanych przez nią wiklinowych krzesłach. Chwilę później przyniosła nam cały zapełniony dzbanek i szklaneczki. Przez ten upał tego właśnie mi było trzeba.

Kilka chwil później dołączył do nas Chosé trzymając marker i biały t-shirt. Poprosił Marco o złożenie podpisu na przedzie. On położył ją sobie na kolanie i złożył swój podpis z dedykacją dla chłopca.
Zadowolony usiadł na kolanach babci i papugując zaraz po Marco nalał sobie lemoniady.
-Od kiedy ty lubisz moją lemoniadę, hmm?-zaśmiała się kobieta obejmując wnuka ramieniem.
-Od zawsze, babciu!
-Oczywiście! –roześmiała się. –Przepięknie razem wyglądacie. Chosé zrobił wam dobre zdjęcia?
-Sprawdzałem, wyszły bardzo dobrze.- przyznał Marco chwytając mnie za rękę. Dopiero teraz dochodziło do mnie, że był moim mężem, moim. A ja jego żoną. To było takie nowe… I takie piękne.
-Ślub to taki dzień, w którym kobieta wygląda najpiękniej. Z każdym kolejnym dniem małżeństwa tylko się starzeje i przybywa jej zmarszczek. Przykro mi skarbie, taka jest prawda. Ale jak to się mówi, czego się nie robi dla miłości.. Ja tutaj też przeprowadziłam się dla męża. Jestem hiszpanką. Osiedliliśmy się tu, sam ten dom budował. Urodziły się dzieci, wyjechały w świat… Został tylko syn. Teraz mam tylko jego, pomaga mi szalenie. Właśnie pojechał na Kubę z mamą małego, która nas odwiedziła, zrobić duże zakupy. Powinni niedługo wrócić. Jeśli zostaniecie to złapiecie się na obiad!
-Babcia zrobi dzisiaj pyszny! Zostańcie!-uśmiechnął się szeroko chłopiec wpatrzony w Marco. –Zostaniecie?
-Jeśli Rose się zgodzi…
-Proszę!-przerwał swojemu idolowi chłopiec patrząc na mnie niczym kot ze Shreka.
-No to zostaniemy.
-Dobra odpowiedź!-roześmiała się starsza kobieta i popatrzyła na pomost, na którym braliśmy kilka chwil temu ślub. Ekipa zaczęła sprzątać i zdejmować dekorację.
-Dziękuję. Było naprawdę przepięknie.-powiedziałam do Marco wyrywając go z zamyślenia i pocałowałam w policzek. Uśmiechnął się nieznacznie i pogłaskał mnie po odsłoniętym kolanie. Spojrzałam na chłopca, który zaczął się niesfornie kręcić na kolanach babci. W końcu wygrał sam ze swoimi myślami.
-Możemy razem zagrać? Proszę.. Już przyniosłem piłkę!

Marco spojrzał na niego uśmiechając się.
-Nie ma sprawy. Dawaj piłkę.
Odpiął guziki od kamizelki i położył ją na krześle, na którym siedział. Zupełnie odruchowo zabrałam ją i położyłam sobie na kolana.
-Marco, na pewno możesz grać? A kontuzja…-zreflektowałam się i chwyciłam go za rękę nim odszedł od naszego stołu.
-Spokojnie, nie martw się. To zwykła zabawa. –mrugnął uspokajając mnie i pocałował w czubek głowy. Uśmiechnęłam się delikatnie i odprowadziłam go wzrokiem. Dopiero kiedy on odwrócił się w moją stronę speszyłam się i odwróciłam głowę do Hannah.

-Jaki on jest w ciebie zapatrzony! Aż nie może wzroku oderwać! Pięknie się na was patrzy, pasujecie do siebie.
-Dziękuję. –powiedziałam czując się dość niezręcznie. Nawet nie przypuszczałabym, że ludzie mogliby nas tak odbierać.
-Na długo zostajecie?
-Szczerze pani powiem, że nie mam pojęcia. To niespodzianka, ale Marco też zaczyna treningi indywidualne, więc myślę, że nie będziemy tu specjalnie długo. Korzystam z tego co jest teraz.
-Tak, trzeba korzystać ile się da. –przyznała patrząc na szczęśliwego wnuczka, który właśnie próbował odebrać piłkę Marco. Ten specjalnie się podstawił i dał mu wygrać. Mały pisnął radośnie i zaczął skakać w miejscu oddając pokaz tańca zwycięstwa.

-Widziałyście? Udało mi się!-krzyknął zwracając się do nas uśmiechając się szeroko.
-Widziałyśmy! Brawo, brawo!-zawołała babcia i mrugnęła do niego okiem. Marco przybił mu piątkę z potem znów zaczęli swoją grę od nowa. –Ach, dzieciaki. Cieszę się, że przyjechał. Tak to widuję go bardzo rzadko. Greeta pracuje w Miami jako kelnerka. Ma męża, który ma swoją małą firmę komputerową. Muszą dużo pracować i przez to cierpi kontakt z innymi. Ale nie mam im tego za złe, tu by nie zrobili żadnych karier. Wszystko dla małego. Jak się ma własne dzieciaki zmienia się zupełnie sposób widzenia na świat. Na wszystkich dookoła… Kiedyś, jak się swoich doczekacie to sami zobaczycie. Trudny ale wspaniały okres.
-Trudny?
-A pewnie. –westchnęła i upiła trochę ze szklanki. –Zwłaszcza, gdy rodzi się pierwsze dziecko. Strach o nie, jego zdrowie, odporność… Takie maluszki są najbardziej narażone. Nie umieją się komunikować, a trzeba im wszystko zapewnić. Kiedy już podrosną jest łatwiej. Ja mam czwórkę dzieci. Niespodziewanie zaszłam w ciążę i to wywróciło wszystko do góry nogami. Przechodziliśmy z mężem załamanie, bo obawialiśmy się, że poświęcamy dzieciom zbyt mało czasu. Wytłumaczyliśmy im wszystko i się udało.
-Mi tego rodzice nie wytłumaczyli… Ja po prostu byłam gorsza, i mówili o tym otwarcie… Przepraszam. Nie powinnam.
-Nie szkodzi, skarbie, ale nie warto. Nie w taki piękny dzień. Masz wspaniałego męża, który cię kocha, opiekuje się tobą. Takimi chwilami żyj.
-Postaram się. –przytaknęłam i dopiłam do końca całą zawartość szklanki czując mocne dudnienie mojego serca. Nie wiedziałam zupełnie co mam powiedzieć. Byłam zupełnie zdezorientowana. Do świata żywych przywrócił krzyk chłopca.
-Wujek!- odwróciłam się w jego stronę. Chłopiec pobiegł do nadchodzącego grubszego mężczyzny trzymającego pełno siatek. Za nim kroczyła jeszcze drobna kobieta z lżejszymi zakupami. Kiedy podeszli do domku zobaczyli Marco. Na ich twarzach wymalowało się zdziwienie. Wujek chłopca odstawił siatki z jednej ręki na schodach i podał rękę mojemu mężowi witając się. To samo zrobiła też kobieta. Blondyn pokazał swoje pokłady bycia gentlemanem i wziął od niej siatki. Prowadzony przez Chosé poszedł je odnieść do kuchni.
-Mamo kogo ty do domu zapraszasz? –roześmiała się wysoka dziewczyna o naturalnie czarnych włosach i błękitnych oczach, zupełnie jak Hannah. –Och, przepraszam. Nie zauważyłam pani. –dodała, kiedy jej wzrok spoczął na mojej osobie. Uśmiechnęłam się.
-Twój syn sprowadza. Państwo wzięli właśnie ślub, a młody już idola wyhaczył. Zaprosiłam ich na obiad.
-O jenki… Mam nadzieję, że nie nabroił aż tak bardzo. Przepraszam za syna…
-Ależ nie ma za co!-uśmiechnęłam się wstając z miejsca. –Był bardzo grzeczny, nawet zrobił nam zdjęcia jak Marco poprosił. Grali przed chwilą w piłkę. W ogóle, jestem Rose. –uśmiechnęłam się i podałam jej rękę.
-To całe szczęście. Bardzo mi miło poznać, jestem Rita. No, no, no. Żona Marco Reusa… Nie spodziewałam się.. Mega zaskoczenie ale wydajesz się całkiem fajna. I pięknie wyglądasz.
-Dziękuję! –roześmiałam się i zajęłam poprzednie miejsce pamiętając o leżącej kamizelce Marco. Ten po chwili wyszedł i dołączył do nas zajmując miejsce koło mnie.
-A to nie robisz obiadu?-udałam zdziwioną i spojrzałam na niego poważnym wzrokiem.
-A miałem?
-U nas w domu jest taki zwyczaj! Kto zanosi siatki ten robi obiad.-zawtórowała mi ze śmiechem dziewczyna.
-Mówiłam? Po wzięciu ślubu już jest tylko gorzej… Chodź Rita, zrobimy coś już skoro panowie nas nie wyręczą.
-Może mogłabym pomóc? Wprawdzie nie jestem najlepszą kucharką ale para rąk do pomocy.-zaoferowałam. Naprawdę chciałam poznać je bliżej a także sposób przygotowywania ich posiłków w takim miejscu jak te. Swego czasu bardzo interesowałam się kulturami innych państw. W szkole kiedyś miałam przez pół roku koleżankę z Egiptu, która była członkinią grupy cyrkowej razem z rodzicami, dlatego też często musiała zmieniać szkoły. Sama grupa cyrkowa też była wielonarodowościowa. Esme z zapałem opowiadała mi o ich członkach, ich wierzeniach, charakterystycznej osobowości, czy właśnie tradycjach w żywieniu. Kiedyś nawet chciałam coś upichcić, jednak kuchnia należała do terytorium żerowania macochy, a później, gdy poznałam Leona po prostu stwierdziłam, że gotowanie nigdy nie będzie moją dobrą stroną, więc nim cokolwiek zaczęłam-zrezygnowałam.
Teraz, gdy odgrodziłam się od tego co było grubą kreską, a patrzyłam jedynie w to co będzie pragnęłam robić wszystko to, czego tylko zamarzę. Choćby przez najbliższy rok.

-Jesteś naszym gościem, odpoczywaj, to twój dzień.
-Ale ja naprawdę bym chciała…
-Zawiążemy ją szczelnie fartuchem i będzie dobrze, mamo. Widzę jak patrzysz na tą sukienkę. –roześmiała się Rita i pociągnęła mnie do wnętrza domu. Skręciłyśmy od razu w lewo, do niewielkiej kuchni, gdzie stały w rzędzie wszystkie siatki z zakupami.
-Jak zwykle panowie największe minimum robią. –westchnęła kobieta. Rita kucnęła przy nich i wyciągając podawała kolejno produkty mi i swojej mamie. Część z nich zostawiłyśmy na blacie, część schowałyśmy do lodówki. Za zadanie zostało mi przydzielone pokrojenie dużej piersi z kurczaka w kostkę. Zadanie wprost na moim poziomie. Rita zajęła się przyrządzaniem owoców morza, których w ogóle nie znałam. Najstarsza z nas zajęła się obieraniem warzyw i gotowaniem ryżu. Gdy wykonałam swoje zadanie zostałam wtajemniczona w specjalną recepturę. Podzieliłyśmy pokrojone mięso na trzy kupki. Każda z nich została natarta różną mieszanką tutejszych przypraw. Byłam zaskoczona ich doborem i połączeniem. Głównymi było chilli, imbir, gałka muszkatołowa, kolendra i cilantro, czymkolwiek ono było. Listki miały wygląd pietruszki. Dodałyśmy ją niesproszkowaną na patelnię, aby dała pięknego aromatu. Owoce morza zostały wrzucone na parę. Sosem nie musiałyśmy się już zajmować, ponieważ był już przygotowany wcześniej.
Zostałyśmy w kuchni, by mieć wszystko pod kontrolą. Nalałyśmy sobie do kieliszków białego wina. Tak aby przetestować, czy na pewno będzie nadawało się do obiadu.

-Naprawdę pyszne.-przyznałam opierając się o blat kuchenny. Obie kiwnęły głowami zgadzając się ze mną.
-Najbardziej popularne u nas, w Niemczech pewnie by kosztowało krocie. Kupcie na mieście jak będziecie.
-Koniecznie. Jeszcze nigdy takiego nie piłam. Nawet na prezent można kupić.
-Dokładnie. Dziewczyny mi składają zamówienia, jak jadę do mamy. Na szczęście urodziny mają raz w roku. W ogóle, gdzie jest młody? –zreflektowała się. Wszystkie podeszłyśmy do okna kuchennego wychodzącego na werandę. Widok mnie zupełnie rozczulił. Mały siedział na kolanach Marco. Uśmiechnięty jak nigdy. Marco siedział zaabsorbowany rozmową z bratem Rity. Instynkt macierzyński? Oj, oby nie. Nie zamierzam mieć dzieci. Na pewno nie przez następne kilka lat. Nie wiedziałam, jakie ma Marco do tego podejście, ale byłam pewna, że gdy spotka właściwą osobę w swoim życiu będzie wspaniałym ojcem. Jakby czując na sobie moje spojrzenie odwrócił głowę i uśmiechnął się puszczając do mnie oko. Moje policzki się zarumieniły. Chwała makijażowi, że je zakrywał.

-Nie wiem czemu… Marco jest taki.. Normalny. Zawsze miałam stereotyp piłkarza snoba. Pełno pieniędzy, pełno dziewczyn, samochodów, apartamentów. Na przykład jak taki Ronaldo. Nie rozumiem czemu w ogóle ludzie go lubią, zwłaszcza mój syn.
-Lubi też Marco, więc się ciesz!-uderzyła swoją córkę łokciem starsza kobieta i z uśmiechem poszła przemieszać na patelni nasze mięso.
-Cieszę! Fajnie, że zostaliście. Może jeszcze zrobię zieloną herbatę, żeby była poza winem, co myślisz mamo?
-No przynajmniej dla swojego syna zrób, nie będziesz dziecka upijać!
-A no w sumie!

Wszystkie trzy znalazłyśmy wspólną nić porozumienia. Bardzo dobrze się dogadywałyśmy. Cieszyłam się, że miałam szansę poznać takie osoby na pozornym wyjeździe na Karaiby żeby wziąć ślub. 
Razem z zagotowaniem wody w kuchni zjawił się uśmiechnięty Marco.

-Cóż tu panie pichcą dobrego?
-Nie wiem co, ale coś bardzo dobrego jak na mój nos. –odpowiedziałam. Ku mojemu zdziwieniu podszedł do mnie i nie zwracając uwagi na moje towarzyszki przytulił mnie do siebie. Nie wiedziałam, czy służyło to zwyczajnej pokazówce czy zrobił to z własnej, nieprzymuszonej woli. Wolałabym to drugie, jednak spodziewać się czegokolwiek po nim jest niemożliwe.
Na koniec pocałował mnie w czoło i delikatnie się ode mnie odsunął. Dosłownie na krok.

-Dzwonił Mario. Pytał co u ciebie i nie wierzył mi na słowo, że żyjesz.-przeszedł na niemiecki i uśmiechnął się rozbrajająco. –Powiedziałem, że zadzwonisz w ciągu dziesięciu minut. To go przekonało. 

Roześmiałam się. Kochany Mario. Wzięłam od Marco telefon i przeprosiłam dziewczyny na chwilę. Przeszłam przez werandę posyłając uśmiech do brata Rity. Na schodach zdjęłam szpilki i boso weszłam na plażę. Wybrałam  numer do Mario. Kilka sygnałów później usłyszałam już jego głos.

-Hej grubasku, tu Rose!-przywitałam się z nim.
-No, wreszcie dzwonisz! Ann musiała wyjść z Mase, nie moja wina, jeśli będzie chciała mnie zabić. Też chciała z tobą pogadać ale cóż. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam w nocy poślubnej, ale Marco mówił, że czeka aż coś tam ugotujesz? Nie zrozumiałem tego… Przecież ty i gotowanie...
-Przemiła rodzina nas zaprosiła. Pomagałam przy robieniu obiadu.I dziękuję, że wierzysz w mój talent kucharski.
-No mów mi jeszcze. Jestem akurat głodny…
-Kiedy nie jesteś?
-Nazwisko widzę zobowiązuję. Stajecie się tacy sami! Ogólnie to wszystkiego co najlepsze na nowej drodze życia, młoda! Cierpliwości do tego młota.
-On nie jest młotem! –pisnęłam niczym mała dziewczynka w sprzeciwie. –Naprawdę go polubiłam. Może to dziwne po tym wszystkim… Może nie jest idealnie. Mario, nie zrozum mnie źle, ale jest mi dobrze. Nie wiem czy powinnam się tak czuć, może to dziwne, niewłaściwe, ten cały ślub… Ale ja w tym nienormalnym świecie znalazłam w końcu spokój i szczęście…
-Naprawdę nie masz pojęcia jak się cieszę, że to słyszę. Uwielbiam ciebie, Marco jest dla mnie jak brat. Na początku uważałem, że to nienormalne… Ale on już się zmienił. Ze Scarlett był taki zamknięty w sobie, oziębły… Nie wiem, co ty robisz, Rose, nie musisz mi nawet mówić, ale rób to dalej.
-Ja sama Mario nie wiem co się dzieje. To się staje samo… I już.
-Wyślijcie potem mi zdjęcia, naprawdę ciekawy jestem jak wyglądasz. Marco nie umiał się wysłowić i nawet się jąkał.
-Widząc jego ja też bym powiedziała o nim tyle co on o mnie. Wiesz, chyba już powinnam się zbierać, zaraz będzie obiad. Zadzwonię jeszcze, dobrze?
-Bawcie się dobrze. Trzymajcie się tam.
-Dzięki, wy też. Ucałuj Ann.

Przez całą rozmowę odeszłam dość spory kawał od domku. Byłam prawie z powrotem koło pomostu, na którym wzięliśmy ślub. Słońce tak dokuczało, ja jednak zapomniałam zabrać sobie jakiekolwiek okulary przeciwsłoneczne. Nie przypuszczałam nawet, że zatrzymamy się gdziekolwiek po uroczystości. Pewnie i sam Marco też nie. Może byśmy wtedy bardziej o tym pomyśleli, ale niestety niektórych rzeczy nie da się przewidzieć. Ruszając w powolny bieg, mając na uwagę fryzurę, skierowałam się z powrotem do domku. Część talerzy już była powystawiana. Otrzepałam stopy z piasku i założyłam z powrotem szpilki. Zajrzałam do kuchni, żeby upewnić się, czy nie potrzebują pomocy.

-Idź już usiąść. My z Ritą już wszystko przygotowałyśmy. Wszystko w porządku z twoim przyjacielem?-zapytała z uśmiechem Hannah zabierając dwie puste miski.
-Tak, dziękuję. Upewniał się czy żyję i upominał o zdjęcia, żebyśmy mu wysłali.
-Ach, no tak. Zrobimy wam jeszcze kilka zdjęć na plaży. Będziecie wyglądać fantastycznie!
-Dziękuję bardzo.


Gdy wyszłam na werandę zastałam tam wszystkich już siedzących przy stole. Dostawione zostały jeszcze dwa krzesła, ze względu na powiększone grono. Marco trzymał miejsce dla mnie tuż koło siebie. Właściwie trzymała je jego kamizelka. Zdjęłam ją z krzesła i poprawiając wcześniej sukienkę zajęłam miejsce. Kamizelkę przewiesiłam na oparciu krzesła, by się nie poplamiła. Hannah z Ritą przyniosły wszystko włącznie z winem i kieliszkami.

-Proszę, nakładajcie! Najpierw zielone, na to mięso, obok ryż z kaszą. Naprawdę dobre! Do polania sosy. Tutaj jest z odrobiną brandy, tutaj zwykły. –pokazała nam wszystko gospodyni domu i sama wzięła miskę z przygotowaną mieszaną ryżu z jakąś nieznaną mi kaszą. Może troszkę przypominającą pęczak?
Z lekką obawą nałożyłam sobie sałatkę z owocami morza, zwłaszcza, że nigdy ich nie próbowałam. Bardziej byłam pewna do kurczaka w różnych przyprawach, którego przygotowałam.  Wszystko to polałam delikatnie dressingiem, przygotowanym przez Hannah. Gdy wszyscy już mieli potrawę nałożoną na swoje półmiski życzyliśmy sobie smacznego i zaczęliśmy delektować się przepysznym obiadem.
Koło talerza poza sztućcami leżały pałeczki. Duża część z nich skorzystała, włącznie z Marco, ja jednak nie miałam bladego pojęcia jak się nimi posługiwać.
Z dozą niepewności nałożyłam odrobinę sałatki z jakimiś wodnymi żyjątkami. Spojrzałam się na to dość nieufnie.

-Spróbuj. Są naprawdę pysznie przyrządzone, takich nigdy nie jadłaś.-powiedział uśmiechając się Marco dodając mi odwagi.
-To prawda, nigdy nie jadłam.
-Naprawdę?-dołączyła się zszokowana Rita. –Owoce morza to moje dzieciństwo! Musisz koniecznie spróbować, mama jest mistrzem.
-Oj nie chwal tak. –przewróciła oczami starsza pani i spojrzała na mnie uśmiechając się –Spróbuj, obiecuję, że ci zasmakuje. To najlepsze, co człowiek może jeść.

Z dozą niepewności włożyłam widelec do ust i zaczęłam przeżuwać karaibski przysmak. Poczułam naprawdę kulminację wielu smaków. Słonawość morza, lekką gorycz od dressingu z alkoholem i łagodność między innymi rukoli. Byłam zachwycona. Nawet nie zwróciłam uwagi, że wszyscy czekali na moją reakcję. Nałożyłam kolejną porcję tym razem z kawałkiem kurczaka z curry. Rozpłynęłam się. Nic nie musiałam mówić. Tego dania nie dało się zjeść szybko. Całym fenomenem było wyczuwanie i poznanie wszystkich nowych smaków. Cudowne.
Zjedliśmy wszystko z ogromnym apetytem i rozkoszą. Tutejsze wino także zasmakowało Marco.  Zgodził się ze mną, że musimy je koniecznie kupić. Po zjedzonym posiłku skupiliśmy się na rozmowie. Rob, bo tak nazywał się brat Rity przyznał się, że umie grać na ukulele. Hannah postawiła na swoim, by zagrał dla nas, a ja z Marco jak przystoi na ślubną tradycję mieliśmy odtańczyć pierwszy taniec.

Lekko przerażona zeszłam na plażę przed domem. Schodząc ze schodów usłyszałam pierwsze dźwięki instrumentu. Marco wyciągnął do mnie rękę i przyciągnął mnie do siebie.
-Nie umiem tańczyć. –szepnęłam.
-Damy radę. –odpowiedział mi z czułością i zagarnął pasmo moich włosów za ucho.

Do naszych uszu dotarł przepiękny śpiew. Wersja „Somwhere over the rainbow” napisana przez Israela Kamakawiwo’ole. Był wyjątkową osobą dla mieszkańców Hawai, mimo tego, że dwie wyspy dzieliło sporo drogi, to i ludzie z wysp karaibskich, połączeni podobną mentalnością mieli do niego wielki szacunek. 
Nieznacznie zaczęliśmy poruszać się w tańcu. Marco przejął zupełną kontrolę i poprowadził mnie w uroczym walcu. Byłam zaskoczona. Marco umiejący tańczyć. I to jak!
Oparłam brodę o jego ramię i mocno się do niego przytuliłam. Tak prowadzona nawet sama nie gubiłam kroków. Płynęliśmy w tańcu. Ja i on, nie zwracając uwagi na to, co nas otacza. Jego dłonie pewnie spoczywały na mojej talii delikatnie ją ściskając. Mocniej oplotłam palcami jego kark, gdy mnie uniósł w tańcu i zakręcił dokoła siebie. Zaśmiałam się cicho. Korzystając też z okazji zrzuciłam ze stóp uporczywe szpilki. Znów mogłam bosymi stopami stanąć na ciepłym piachu. 
Do ostatnich dźwięków utworu byliśmy zatraceni w tańcu. Było cudownie. On, plaża, szum oceanu, wygrywana piękna melodia na strunach ukulele i niesamowity śpiew. To wszystko przepełniało moje serce przeogromnym szczęściem. Gdy już zatrzymaliśmy się nie mogłam się powstrzymać, by chwycić jego podbródek i złożyć delikatny pocałunek na jego ustach. Wyczułam, że się uśmiechnął. Sam pochylił się i pogłębił mocniej pocałunek. Nie przejmowaliśmy się nawet oklaskami dochodzącymi z werandy domku od naszej publiczności. Tym razem ja jako pierwsza przerwałam pocałunek. Osunęłam się od niego i pochyliłam, żeby zabrać rozrzucone szpilki. Uśmiechnęłam się do niego i wróciłam do reszty. Tuż koło mnie znalazł się Marco.

-Przepiękny taniec! Przepraszam, ale Chosé dorwał się do twojego telefonu. Wyjątkowo mu pozwoliłam, bo taka pamiątka jest bezcenna. –wytłumaczyła go Rita.
-Zupełnie nic złego się nie stało. –uśmiechnął się Marco. –Jak już jesteśmy przy zdjęciach, może ustawimy się wszyscy przed domem, zrobimy razem? –zaproponował. Wszyscy z chęcią przyjęli tę propozycję. Marco ustawił samowyzwalacz na telefonie, oparł go o kubek na grubej, drewnianej barierce werandy, i sam zbiegł do ustawionej uśmiechniętej rodzinki. Stanął tuż koło mnie na środku i objął mnie w pasie. Po jego drugiej stronie stał Chosé, a za nim jego mama kładąc mu ręce na barkach. Uśmiechnęłam się do zdjęcia. Kilka sekund później usłyszeliśmy dźwięk robionego zdjęcia. Blondyn zerwał się, żeby sprawdzić jak wyszło. Z uśmiechem podniósł do góry kciuk patrząc na fotkę. Jeszcze my stanęliśmy sami, Rita stwierdziła, że powinniśmy mieć jak najwięcej zdjęć z dnia ślubu, a wyglądaliśmy oboje pięknie. Posłusznie wykonaliśmy polecenie dziewczyny. Marco objął mnie w talii i oboje spojrzeliśmy się w migawkę aparatu. Przeszliśmy jeszcze na jej polecenie kawałek dalej. Poinstruowała nas jak mieliśmy stanąć. Miała zamiłowanie do robienia zdjęć, i widać było przez to, jak się bardzo wczuła w tą sesję. Marco posłusznie wykonywał jej polecenia. To musiał mnie pocałować, położyć dłoń na policzku, podciągnąć moją nogę do swojego biodra, wziąć mnie na ręce...
Czułam się wspaniale. Niezależnie jak zdjęcia wychodziły, to ta bliskość z Marco była czymś co potrzebowałam. Nie wiedziałam co mógł czuć, z jego twarzy nic nie mogłam wywnioskować.
Po skończonej sesji Rita oddała Marco telefon i ruszyła z powrotem do domu. Marco zatrzymał mnie chwytając mocno za rękę. Wpadłam nagle w jego ramiona. Jego usta nawet nie pytając o pozwolenie, bez żadnej delikatności wpiły się w moje. Objął mnie z całej siły. Nie potrafiłam zupełnie złapać tchu. Czułam, jakbym miała tracić grunt pod stopami. Byliśmy za ścianą domu tak, że nikt nie mógł nas zauważyć. Zupełnie podświadomie z moich ust wydostało się ciche jęknięcie. Uwielbiałam też tą stronę Marco. 

 Na całe szczęście, gdy już prawie nie mogłam zaczerpnąć oddechu Marco jakby wyczuwając to oderwał się ode mnie. Oparłam dłonie na jego pierś oddychając głęboko.
-Cholera, Rose. –wydyszał opierając głowę na moim ramieniu. –Nawet nie wiesz jak na mnie działasz… Ta sesja.. Cholera, nawet nie wiesz co wtedy miałem w głowie. I nie chcesz wiedzieć.
-Myślałam, że zupełnie nic nie czułeś… Twoja twarz była.. Pokerowa. –zaśmiałam się i pogłaskałam go wierzchem dłoni po policzku.
-Kochanie, nie jestem z lodu. Chodźmy już.




Wróciliśmy do domku. Żeby jakoś się zdystansować i zlikwidować uczucie, które mnie zaczęło obezwładniać zaangażowałam się w znoszenie naczyń razem z Ritą i jej mamą. W kuchni najstarsza z nas zaczęła zmywać naczynia, a ja i Rita zadeklarowałyśmy pomoc.
-Wyglądacie naprawdę pięknie razem. Zobaczycie potem zdjęcia, to będziecie zachwyceni.
-Na pewno są przepiękne. Dziękuję. Nie chcesz być profesjonalną fotografką? –zapytałam z ciekawością.
-Niee, co ty. Po prostu lubię czasem pstrykać zdjęcia. To wszystko. Jako zawód raczej nie.
-Zawsze masz jakąś alternatywę.
-A ty? –zapytała przewieszając ściereczkę przez ramię –Oczywiście jeśli mogę wiedzieć, pracujesz?
-Studiuję prawo.
-Naprawdę? Nie powiedziałabym, że ty i prawo..
-Widzisz. –zaśmiałam się i wzięłam kolejny talerz z suszarki na naczynia –Wzięłam na razie rok przerwy. Chciałam zmienić uczelnię przede wszystkim, poza tym chciałabym być przez ten czas z Marco. Chcę, żeby wrócił do dawnej formy a nawet jeszcze lepszej. Nie chcę, żeby się załamał.. Rozumiecie.
-Taka żona to skarb! –westchnęła starsza. Zakręciła wodę kończąc zmywanie i zaczęła chować wytarte naczynia do szafek.
-Tak, wiesz, miałam nie pytać, ale…
-Rita, daj już spokój. Mówiłam ci…-przeszkodziła córce siwowłosa zakładając ręce.
-Zapytaj, nic się nie stanie, najwyżej nie odpowiem!-zaśmiałam się trochę nerwowo, bo nie wiedziałam, czego miałam się spodziewać.
-No dobrze… Po prostu.. Widzę jak się kochacie, ale zaczęłam się zastanawiać jak to wpłynie, czy coś się zmieni między wami, kiedy Scarlett urodzi?
Jej pytanie zszokowało mnie na tyle, że stanęłam wmurowana, a do moich uszu dobiegł dźwięk tuczącej się porcelany, która wypadła mi z rąk. Spojrzałam na popękaną w kawałki miskę na podłodze. Wyglądała dokładnie jak moje serce.




 ~~~

*melodyjka reklamowa* Już dziś o dwudziestej w Polsacie Dancing with the stars!😆😆😆😆
Ja wiem, ja naprawdę wiem, że wy lubicie moje polsatowskie zakończenia, rozumiem Was bez słów. Ale spokojnie, na razie jeszcze chwilkę sielanki będzie. (Chwilkę!) 
Tutaj jakoś niewiele się dzieje, ale...czuję, że burza nadciąga. (U mnie za oknem cały czas deszczowo..więc tak..zainspirowało mnie do burzy) i zamierzam trochę tu namieszać, żeby za uroczo nie było! 
Dziękuję dziękuję za wszystkie komentarze! Uwielbiam je czytać💗💗💗
Za tydzień kolejny!
Buziaki! xx

sobota, 15 kwietnia 2017

Trzynaście




-Idziemy spać czy jesteś głodna?-zapytał, gdy przekroczyliśmy próg naszego tymczasowego lokum. Puściłam niestety jego dłoń, by odłożyć na miejsce baleriny, których w drodze powrotnej w ogóle nie założyłam.
-Nie, dziękuję. Jeśli jesteś głodny to jedz, ja pójdę się wypłukać z piachu.
-Pokazać ci gdzie łazienka?
-Trafię. –uśmiechnęłam się i ruszyłam skocznie po schodach. On sam ruszył zaraz za mną. W sypialni otworzyłam moją walizkę i spojrzałam na to, co Ann mi wpakowała. Nie mogłam znaleźć naprawdę nic zdatnego i w kształcie piżamy. Sama, świadomie nie chciałam brać koszulki Leo. Jeśli miałabym zaczynać nowe życie, nie chciałabym jeszcze aż tak bardzo utrzymywać starych nawyków. Marco pewnie i tak nie czułby się komfortowo widząc, że noszę koszulkę obcego mu mężczyzny.

-Zabiję Ann.-westchnęłam przegrzebując się przez większość rzeczy.
-Ja uważam, że jest fajna. Można ją oszczędzić.-powiedział spoglądając na mnie spod brwi wylegując się na łóżku. Fajnie, że chociaż ktoś z nas dobrze się bawi.
-Sam sobie noś koronki i kłujące druty do snu i obciskające gorsety.
-Myślisz tylko o sobie.-fuknął zakładając ręce patrząc na wyjętą przeze mnie bieliznę.
-Następny do odstrzału. Masz jakąś koszulkę?
-Może.
-Poproszę?
-E-em. –pokiwał przecząco głową i wskazał palcem na swój policzek. Wykorzystuje sytuację. Cwaniak. Westchnęłam i wstałam z kolan sprzed walizki. Stanęłam naprzeciw niego i dałam mu szybkiego całusa w lekko szorstki policzek. Czekałam aż coś zrobi. No tak. Wskazał drugi policzek.
-Naprawdę chcę iść się już umyć. –westchnęłam i pocałowałam go ponownie. –Więc?
Tym razem jego ręka powędrowała na nos, a ja roześmiałam się na całą naszą posiadłość.
-Ty, może ci nie potrzeba żony tylko po prostu mamusi!-parsknęłam i odeszłam od niego na parę kroków. Otworzyłam szafę i sama obsłużyłam się i zabrałam jeden z jego t-shirtów. Gdy się odwróciłam on tuż za mną stał, z wielkim, wymalowanym uśmiechem.
-Z mamą nie pójdę do łóżka i nie będzie mi tak dobrze.
-A to tu cię boli!-roześmiałam się gorzko i wyminęłam go lekko zdenerwowana. Oczywiście. Jeny… Myślałam..
-Rose..
-Nie, daj spokój. Wiedziałam, że to wszystko… -nie do kończyłam, bo poczułam jak lecę na ścianę korytarza. Koszulka i kosmetyczka wypadły mi z rąk. Moje całe ciało zostało przygwożdżone do ściany. Ręce splecione wysoko nad głową zostały trzymane mocno przez jego dłoń. Druga ręka oplatała mnie w talii a jedna jego noga stała pomiędzy moimi nie pozwalając mi na ruch.

-Rosie… Nie myśl wiele. Tyle razy o tym mówiliśmy. Naprawdę, gdyby mi było potrzeba tylko kobiety do łóżka uwierz, stać mnie na wynajęcie jakieś z burdelu. Nie chcę jednak tego. Pragnę ciebie. Nie tylko jako kobiety, z którą mi jest dobrze w łóżku ale na co dzień. Której na mnie zależy, i cenię to, choć nie umiem w to uwierzyć. Potrzebuję cię. Ciebie. Nie łóżka, nie twojego ciała. Ciebie całej. –powiedział i pocałował mnie za uchem w moje czułe miejsce.  –I nie myśl, że zaślepiam cię miłymi słowami.
-Przytul mnie.-szepnęłam. On nawet w mniej niż ułamku sekundy przytulił mnie do siebie i ucałował w głowę.
-Boisz się, prawda?
-Boję. –wyznałam –Póki nie dostanę w domu własnej szafy, a w dłonie nie złapię ścierki i odkurzacza i nie wpadniemy w rutynę…
-My nigdy nie wpadniemy w rutynę. Chodź, spróbuję cię zrelaksować, idź do łazienki. –oznajmił z lekkim uśmiechem. Pomógł mi pozbierać wcześniej opuszczone rzeczy i cofnął się do naszej sypialni. 

Wchodząc do łazienki położyłam wszystkie rzeczy na murku koło olbrzymiej wanny. Usiadłam też na jej brzegu i nerwowo zaczęłam skubać spódniczkę czekając na niego.
Może minutę później do łazienki wkroczył Marco, bez koszulki…z pewnym małym, specyficznym, pudełeczkiem w dłoni.

-A ten wszystko jedno…-zaśmiałam się i schowałam twarz w dłoniach.
-Jedno, to ty mi wytłumacz. Miałaś czas, a jeszcze się nie rozebrałaś. Co ja mam z tobą zrobić?
-No nie wiem, rozebrać?-zapytałam z uśmiechem i wstałam naprzeciwko niego obserwując bacznie jego ciało.
-Nie tylko ty chcesz tu się popatrzeć. Nie mówiłem, że myślisz o sobie?
-Więc działaj. Na co czekasz?-rozpromieniłam się i rzuciłam mu wyzywające spojrzenie.

Jemu nie trzeba było dwa razy powtarzać. W mig zrzuciliśmy z siebie swoje ubrania. Marco odkręcił wodę w prysznicu i poczekał, aż ciepło będzie dla nas idealne. 
Dołączyłam do niego i wpadliśmy od razu w jeden wielki maraton pocałunków. Aż do utraty tchu. Spragnieni siebie, swojej bliskości.
Letnia woda ogrzewała się na naszych wrzących ciałach splecionych w jedno. Czas stał w miejscu. 
Byliśmy oboje pokonani przez palący żywioł. Byłyśmy jednym płomieniem ognia. Skąpani w niesamowicie silnych, towarzyszących nam uczuciach. Mogli nam zarzucać trefne małżeństwo, związek, udawaną miłość… Ale nigdy, przenigdy, nie zostanie nam odebrana nam pewna prawdziwość i naturalność, która nas połączyła. Staliśmy się jednością. I nie tylko fizycznie, tu, pod prysznicem, ale zwłaszcza mentalnie, bo niewidzialna, bardzo cienka ale silna, biała, jedwabna nić porozumienia połączyła nas. Na rok. Już się nie bałam. On sprawił, że czułam się pewniejsza, odważniejsza i kobieca. To, w jaki sposób obchodził się z moim ciałem, z uwielbieniem…

Jego ramiona silnie mnie trzymały. Nie pozwalały mi upaść, nawet, gdy nie czułam ani kawałka swojego ciała i byłam bezwładna. Mimo, że on czuł to samo dawał mi poczucie bezpieczeństwa. Był silnym mężczyzną i w takich sytuacjach naprawdę to się przydawało. Przypierając mnie do szklanej ściany prysznica przyłożył swoją głowę do mojego ramienia. Położyłam niepewnie stopy na śliskiej powierzchni brodzika i wplotłam palce w mokre kosmyki jego włosów. Na naszych ustach gościły słodkie uśmiechy. Pocałował mnie kilka razy w jednym miejscu koło obojczyka, gdzie miał usta.

-Muszę umyć włosy. –szepnęłam odzyskując normalny oddech. Blondyn podniósł głowę i spojrzał na mnie z błyskiem w oku.
-Ja to zrobię. –uśmiechnął i wyszedł spot prysznica, by wziąć mój szampon. Sama stanęłam pod prysznicem i pozwoliłam wodzie obmyć moje ciało i włosy. Marco dołączył do mnie chwilę później. Poczułam jak wplata palce w moje włosy z moim ulubionym, owocowym szamponem. Opuszkami palców zaczął rozmasowywać go po skórze mojej głowy. Zamknęłam oczy, a z moich ust wydobył się cichy pomruk.
-Podoba ci się?
-Rozpieszczasz mnie.
-Liczę na rewanż.-zaśmiał się tuż przy moim uchu. Schylił się po butelkę szamponu i nałożył sobie więcej żelu na dłoń. Tym razem rozprowadził go na całej długości moich włosów i zaplątał je sobie wokół swojej dłoni.




Ku niezadowoleniu Marco również moim „babsko pachnącym” szamponem umyłam jego włosy. Upierał się, że to nie jest męski zapach. Udobruchałam go przekonaniem, że na ślub będzie miał lepsze włosy…no i jeszcze bez krótkiego całusa się nie obyło.

Po najdłuższym prysznicu w życiu zostałam otulona przez niego puchatym ręcznikiem. On sam też przewiązał się w pasie drugim nie zwracając uwagi, że na reszcie ciała była mokra. W szafeczce pod umywalkami znaleźliśmy jeszcze dwa mniejsze-do włosów.

-Piżamka, zęby i spać. –mruknął ze śmiechem pod nosem Marco zabierając z umywalki swoją szczoteczkę do zębów. –Moja mama tak zawsze mówiła jak byłem mały. Obowiązkowa formułka każdego wieczora-zaśmiał się zapatrując przez chwilę w kafelki.
-Myślisz, że będzie chciała mnie poznać?
-Myślę, że tak. Opowiadałem jej o tobie. –uśmiechnął się i zaczął myć zęby.
-Będę się musiała pewnie tłumaczyć…
-Szpokojnie.-powiedział z zapienionymi od pasty ustami. –Polubi sze.
-W sensie mnie polubi?
-Mówię.-stwierdził po wypluciu pasty. Nie wiem jakim cudem ale ta znalazła się też na jego nosie. Roześmialiśmy się oboje. 
Ten widok naprawdę był uroczy. On, piękny, przystojny piłkarz odziany jedynie w miękki ręcznik na biodrach, z białą plamą na nosie od pasty do zębów. Takie chwile były najpiękniejsze. Wspólny śmiech. Zwłaszcza nasz-splatał się idealnie.

Wytarłam się i założyłam koszulkę Marco, którą wzięłam. Uśmiechnięci położyliśmy się do naszego łóżka. Marco założył jedynie bokserki, choć jak na niego to i tak dużo. Położył się i zrobił dla mnie miejsce koło siebie. Z uśmiechem wtuliłam się w jego klatkę piersiową. Moja głowa podnosiła się i opadała razem z jego oddechem.

-Ulubiony kwiat?
-Biała róża.-odpowiedziałam z uśmiechem. Gra w dziesięć pytań? Pamiętałam jak Yvonne mi ją proponowała na naszej pierwszej rance… Było już trochę dużo po pierwszej rance i kilku incydentach… Fifa z przyjaciółmi czy seks z żoną?
-Jedno i drugie!-roześmiał się głośno. Kochałam ten dźwięk.-Ulubiony deser?
-Lody kawowe. Szarlotka na ciepło z bitą śmietaną i z gałką lodów karmelowych. Zawsze trzymasz dietę?
-W życiu. Ulubiona restauracja?
-Nie mam. Po trochu z każdej. Spagetti i pizza wygrywa. Zapytasz o coś innego niż o żarcie?
-Tak. Co jest najważniejsze u faceta, z którym miałabyś być na stałe?
-Musiałby być zabawny, odpowiedzialny. Powinien dawać mi poczucie stabilizacji i mnie kochać. Pieniądze nie są najważniejsze. Miejsce na ziemi?
-Nie wiem. Nie mam takiego. Lubię przebywać czasem sam… Pójść pobiegać do lasu. Sam i natura. Dużo ćwiczysz?
-Nie ćwiczę..-przyznałam się. On spojrzał na mnie zszokowany.
-Nie mówisz serio.
-To nie było pytanie.
-Masz tak piękne ciało… Myślałem…
-Geny. Teraz ja pytam. Ile razy w roku idziesz do fast foodu?
-Jeśli pizza to fastfood to trochę by się uzbierało. Lubię pizzę. Burgery… Melanie robi naprawdę dobre, wegetariańskie i zdrowe. Szczerze? Lepsze od zwykłych. Ma knajpkę, zabiorę cię tam. Co zamierzasz robić w przyszłości?
-Skończyć prawo. No i pracować w zawodzie. Czy wygląd liczy się u kobiety? Powiedzmy, umówiłbyś się z grubą, piegowatą okularnicą, czy piłkarzowi nie przystoi?
-Nie ma czegoś takiego, że nie przystoi. Każdy piłkarz jest normalnym człowiekiem. Ma prawo się zakochać w kimkolwiek chce. To jego życie. Ostatnie, o czym myśli to co gazety napiszą o jego partnerce. Ulubiona pora roku.
-Lubię każdą. Wiosna jest piękna, kiedy się wszystko odradza. Lato, mam wakacje, można nosić fajne ciuchy.-zaśmiałam się i mocniej wtuliłam się w mężczyznę. –Jesień, siedzenie pod kocem z kubkiem gorącej czekolady…Zima.. bitwa na śnieżki i lepienie bałwana. Nigdy nie jest się na to zbyt starym. Co zawsze robisz przed meczem?
-Odpoczywam. Kiedyś spałem ale to było bez sensu. W domu po prostu jem lekki posiłek a potem posiedzę, poczytam coś w internecie. Słucham muzyki w drodze. A propos. Jaką muzykę lubisz?
-Chyba taką normalną, radiową. Głównie pop, ale często też mi się podobają utwory innych gatunków. Jestem otwarta. Gdyby nie piłka to…
-Bym był pilotem samolotów. Hobby?
-Lubię pływać, nurkować, jeździć na rowerze. Wyobrażałeś sobie Scarlett jako partnerkę na całe życie, matkę swoich dzieci?
-Nie myślałem nigdy o niej w takich kategoriach-przyznał po chwili zastanowienia. Przejechał dłonią po moim ramieniu. –Ale byliśmy razem tak na poważnie. Kto wytoczył rozprawę w sądzie? Wiesz, mówiłaś, że masz obowiązek mieszkania z rodzicami aż do dwudziestu lat…
-Żona ojca. Rodzice Leona byli świadkami, też na moją niekorzyść. Nie byłam święta. Nie oceniasz mnie przez to, co ci wyznałam? Zawiodłam cię?
-Koch… Cenię cię taką, jaką jesteś teraz. To co za nami się nie liczy. Właśnie dobiliśmy do dziesięciu. Nawet chyba do jedenastu.. Możemy iść spać, na razie wystarczy.-uśmiechnął się i musnął ustami moje czoło. 
Zamknęłam oczy w celu zaśnięcia jednak w pomieszczeniu było zbyt ciepło. Myślałam, że Marco już spał, bo był cicho, a jego oddech się unormował, jednak on chwilę później zdjął mnie wręcz z siebie i poszedł do okien, by jedno z nich uchylić. Z szafy zamiast kołdry wyjął duże, białe prześcieradło. 
Gdy zbliżył się do naszego łóżka teatralnie zdjął ze mnie kołdrę puszczając ją. Poleciała na drugi koniec pokoju.

-W innej sytuacji już byś nie żył.-pogroziłam mu ze śmiechem. Odpowiedział mi z niewinnym uśmiechem. Usiadł koło mnie i narzucił na nas prześcieradło.
-Powinno być lepiej. –uśmiechnął się i zrobił tradycyjnie miejsce dla mnie. Zajęłam je. Było mi tak naprawdę dobrze.
-Posłuchaj.. Jeszcze jedno.-powiedziałam nieśmiało kładąc dłoń na jego klatce piersiowej.
Spojrzał na mnie lekko sennie aczkolwiek z bystrością.
-Kiedy rozmawialiśmy… Ja nie powiedziałam ci wszystkiego. Też skłamałam. Nie we wszystkim ale myślę, że powinieneś wiedzieć.
Czekałam na jego odpowiedź. Jak to przyjmie.
-Kiedy zdecydujesz mi się powiedzieć będę czuł się zaszczycony. Dobranoc, Rosie. –powiedział ciepło i pocałował mnie we włosy. Odetchnęłam. Wszystko już było na miejscu. Mogłam zasnąć i odpocząć przed niezwykłym, uroczystym dniem.




***



-Czas wstać, śpiochu.-jego lekko ochrypły głos usłyszałam tuż przy moim uchu. Uśmiechnęłam się i leniwie przeciągnęłam. Nawet nie chciało mi się otwierać oczu. –No już. Spóźnisz się na swój ślub.

Tym razem jego dłonie pociągnęły mnie na wysokości kostek za obie nogi.

-Nie! Nienienienie! –pisnęłam jak poparzona rozbudzając się do reszty. Zaczęłam wierzgać nogami modląc się, żeby nie przyszło mu do głowy zrzucenie mnie z łóżka.
-W porządku.-roześmiał się i stanął obok dając mi trochę przestrzeni. Podniosłam się z łóżka i podeszłam do niego. Na dzień dobry wtuliłam się w niego i złożyłam delikatny pocałunek na jego ustach.
-Mmmm. Podoba mi się to. Mamy ślub za cztery godziny.
-Obudź mnie za trzy i pół.-zaśmiałam się i przygryzłam wargę.
-Nie będę się żenić z potworem. Kosmetyki masz na szafce w łazience, suknia wisi na drzwiach kabiny, buty stoją koło niej. Nie myśl tylko o sobie, musimy mieć ładne ślubne zdjęcie.
-Potworem, to jesteś ty. Mam nadzieję, że założysz chociaż garnitur i się ogolisz. –pogroziłam mu palcem i raz jeszcze pocałowałam go w usta. Na naszych twarzach zagościły uśmiechy.
-To będzie dobry dzień, skarbie. –oznajmił i mocno mnie do siebie utulił. –Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć cię w tej sukience. Wybrałaś naprawdę piękną… Zrobię nam śniadanie. Zejdź za chwilę.

Wyszedł z sypialni pozostawiając mnie w fantastycznym nastroju. W łazience umyłam zęby i przepłukałam twarz. Wróciłam do sypialni po białą bieliznę, którą kupiłam w galerii z Ann i Yvonne i białą podwiązkę-jej braku Ann by mi nie wybaczyła. Zamieniłam ją z koszulką Marco, która służyła mi za piżamę. Na wierzch założyłam szlafrok, który już wisiał przygotowany obok drugiego, męskiego, dla Marco.

Boso zbiegłam na dół, do kuchni, gdzie Marco wystawiał już na stół nasze śniadanie. Niezauważalnie przemknęłam się i usiadłam przy krześle barowym. Czekałam aż mnie zauważy. I nastąpiło to. O mało nie upuścił miski z jakąś zieloną sałatką.

-Nie strasz, kobieto.
-Daj jeść i nie marudź, mężczyzno. –odpowiedziałam z uśmiechem. Dzisiaj miałam naprawdę dobry dzień, dokładnie jak mi obiecał.
-Zaraz będzie herbata. Podpiszesz przy okazji umowę? Leży koło ciebie razem z długopisem?-powiedział zajęty wyjmowaniem sztućców i talerzyków dla naszej dwójki. Zmarszczyłam brwi nie do końca rozumiejąc o jaką umowę chodzi.

Faktycznie, papier leżał kawałek ode mnie. Przysunęłam go lekko do siebie. Umowa określała tak naprawdę warunki naszego małżeństwa. Na dobrą sprawę była bardziej przydatna na rozprawę rozwodową. Mówiła o dobrowolnym wstąpieniu w związek małżeński na dokładnie rok. Utrzymaniu dyskrecji w stosunku do mediów, nie udostępnianiu im informacji. W wynagrodzeniu za rozwód miałam otrzymać…

-Nie pomyliło ci się coś z tą kwotą? Na pewno nie wezmę od ciebie tyle.
-Rose, nie ma tu nic do dyskusji.
-Właśnie, że jest. Miałeś mnie pytać o zdanie. Obiecałeś, więc teraz wyrażam swoją opinię. Po zakończeniu małżeństwa z tobą zamierzam wynająć małą kawalerkę na przedmieściach Dortmundu. Skończyć studia i zarabiać na siebie. Nie potrzebne jest mi do tego aż pięć milionów! Nie przyjmę tyle, niezależnie ile zarabiasz i masz na koncie. To tak jakbyś mi płacił za prowadzenie domu czy…
-Teraz ja chcę coś powiedzieć. –podszedł do mnie niezadowolony. Przerwał specjalnie wiedząc, co chciałam znów powtórzyć. -Zrobimy potem poprawkę, że uzgodnimy sami kwotę. Dostaniesz pieniądze. I przestań do cholery mówić, że będę ci płacił. Bo możemy zaraz spisać drugą umowę, gdzie oświadczę, że nawet będziemy spać osobno i nie tknę cię palcem. Udowodniłem ci jednak, że sama mnie pragniesz i potrzebujesz. Więc równie dobrze ty powinnaś mi za to płacić.
-Oboje tego chcemy…
-Dokładnie. I nie próbuj wyolbrzymić niektórych rzeczy. Masz do tego talent, ale proszę cię, skarbie… To po prostu zwykły papier. Podpisz go i zapomnij o jego istnieniu.
-Dlaczego myślisz, że mogę wydać wszystko mediom?-zapytałam jeszcze. –To mnie dość zraniło. –dodałam z lekką skruchą. –Wiem, że możesz mi nie ufać, ale nigdy nie zrobiłabym tego.
-Gdzie to jest?-zdziwił się i sam się nachylił do kartki.
-Nie ty to pisałeś?
-Nie. Mój prawnik. Nawet nie sprawdzałem, konsultował ze mną tyko niektóre rzeczy. Ufam ci Rose. Nie przejmuj się tym. –jego usta troskliwie musnęły moje czoło i odszedł, żeby wyłączyć czajnik.
-W porządku. Podpisuję. –westchnęłam i w wykropkowanym miejscu, tuż nad podpisem Marco złożyłam swój. To tylko głupi papier.
Marco zabrał umowę, żeby się nie zabrudziła i odłożył ją na stolik w salonie.

-Jemy?-zapytał i zajął miejsce koło mnie. Kiwnęłam głową i z wielką ochotą nałożyłam sobie rewelacyjnie wyglądającej sałatki.

Podczas śniadania wcale nie odzywaliśmy się do siebie. Zupełna cisza. Chyba oboje byliśmy zachwyceni smakiem niektórych potraw i ich niekonwencjonalnych a jednocześnie zaskakujących połączeń. Pierwszy raz w życiu jadłam kawior, w którym się na własne nieszczęście rozsmakowałam. Zbankrutuję.
Zawsze mogłam przyjąć pięć milionów od piłkarza i kupić tyle kawioru ile mi się zamarzy.
Razem wstawiliśmy wszystkie naczynia do zmywarki.

-Nie uwierzę, że zrobiłeś to sam.
-Nie. –przyznał się z uśmiechem. –Śniadanie już na nas czekało, żebyśmy nie musieli latać nie wiadomo gdzie. Potem znajdziemy gdzieś tu restaurację.
-Albo sklep i zrobimy obiad sami.
-Nie umiesz gotować.-wypomniał mi, jednak zmiękł pod moim twardym spojrzeniem – Dobra, sałatka grecka ci wychodzi, okej?
-Bardzo. Idę się przygotować.



Wchodząc do sypialni akurat zastałam dzwoniący mój telefon. W dość dziwny sposób. Dopiero po chwili odkryłam, że nadchodzi wideorozmowa z Ann. Kliknęłam odbiór połączenia. Zobaczyłam uśmiechniętą twarz modelki. Tło przypominało mi balkon, jednak nie dałabym sobie uciąć ręki.

-Hej kochanie! Jak tam u ciebie? Dzwonię w porę?
-Chyba tak, jeśli chciałaś złapać mnie przed ślubem.
-Idealnie. Jak pogoda? Podoba ci się?
-Raj, nie wyobrażałam sobie piękniejszego miejsca. Zabiorę cię do okna!-roześmiałam się i poszłam z telefonem do przeszklonych drzwi prowadzących na malutki balkon. Odwróciłam telefon, żeby umożliwić modelce choć odrobinę poczucia tego magicznego klimatu.
-Ahh.. Dobra, już wystarczy, bo zaraz kupię bilet, żeby do was dołączyć! Zabieraj mnie do łazienki, coś ci doradzę, bo teraz naprawdę wyglądasz jak potwór.
-Ej, bez takich! Bo się rozłączę.
-Tylko spróbuj, blondi.-fuknęła przewracając oczami. Zaśmiałam się pod nosem i posłusznie przeniosłam się do łazienki. Ustawiłam Ann na półce koło lustra. Jednak po chwili położyłam telefon ekranem do dołu, ponieważ musiałam zdjąć szlafrok i założyć moją sukienkę.
-Ej! Bez takich! Rose, słyszysz? Światło! Światło!
-Nie drzyj się, głupia, sąsiedzi cię słyszą, a słońce świeci ci wprost na twarz.-usłyszałam głos Mario. 

Dopięłam sukienkę do końca i wzięłam telefon. Koło Ann na leżaku właśnie rozkładał się i szanowny Pączuś.
 -Heeej! –uśmiechnęłam się promiennie. On zmrużył oczy próbując mnie dojrzeć. Prosto w niego świeciło słońce.
-Rosiaczek! Pokaż sukienkę!

Jego optymizm zarażał. Nawet już na sam widok człowiek się uśmiechał. Zabrał od Ann laptopa i postawił sobie na kolanach. Ann musiała przesunąć się bliżej niego, żeby też mnie widzieć.
-Pokażę, jak będę już cała gotowa. Kurczę, nie mam chyba toczka. –westchnęłam rozglądając się po łazience.

-Zwiąż w warkocz dookoła głowy i wpleć jakiś kwiat. –poleciła do razu modelka. Kwiat, kwiat… Skąd wziąć kwiat?! Salon! Chyba tam stał wazon ze świeżo ciętymi białymi różami. Właśnie. Białe róże? Były tam wczoraj?

-Poczekajcie, mam pomysł. Muszę tylko zlokalizować mojego przyszłego męża.
Zostawiłam telefon w łazience i wyjrzałam przez drzwi. Nie chciałam, żeby zobaczył mnie aktualnie w sukience. Przesądy to przesądy. Nawet jak ten ślub i tak nie ma trwać długo.

-Marcoo? Gdzie jesteś?-krzyknęłam najgłośniej jak mogłam.
-Sypialnia, coś się dzieje?-odkrzyknął nawet nie wychodząc z pokoju.
-Nic, po prostu tam zostań przez chwilę i nie wychodź.
-Okej!-odkrzyknął. Biegiem puściłam się schodami na dół. Kwiaty stały nienaruszone. Znalazłam w jednej z kuchennych szafek nożyczki. Wybrałam najładniejszego kwiatka i obcięłam na odpowiedniej długości, żeby można było go łatwo wpiąć.

Brakowało mi jakiejkolwiek druhny, która by mi pomogła w ogarnianiu tego wszystkiego. Bez niej naprawdę było ciężko. A jeszcze ktoś spróbuje powiedzieć, że druhny są zbędne.
Razem ze wskazówkami Ann, gdy wróciłam do łazienki, zaczęłam pleść warkocza dookoła głowy, pozostawiając też luźno włosy. Efekt był przepiękny. Sama kilka kosmyków poluzowałam. Różę wpięłam maluteńką spinką, która schowała się pod moimi włosami. Wszystko utrwaliłam lakierem, z obawy, że przy mocniejszym powiewie wiatru mogło się wszystko rozsypać. Mario wyciągnął sobie na ten czas książkę i oddał Ann laptopa, bo jak to oznajmił –prędzej zaśnie, niż się doczeka, kiedy kobieta się ogarnie.

Makijaż też był wykonany z największą precyzją. Oczy pokreślone za pomocą piaskowych cieni z delikatnym, złotawym brokatem.  Delikatnie zaróżowione policzki i usta muśnięte malinową pomadką. Z lekkim trudem założyłam wysokie szpilki, jednak kiedy zrobiłam kilka kroków opanowałam sztukę chodzenia w nich.  

-Rosie? Jesteś?
-Tak. Chyba właśnie się wzruszam.-powiedziałam spoglądając w lustro. Usłyszałam pukanie do drzwi.
-Rose? Jesteś gotowa? Musimy wyjść za piętnaście minut.
-Zaraz wyjdę!-odpowiedziałam mu. Wzięłam głęboki oddech dla uspokojenia.
-Rose, jesteś?

Wzięłam z półki telefon i spojrzałam na wyświetlacz-zaciekawieni Mario i Ann.
-Przepraszam, muszę kończyć. Musimy iść.
-Wyślijcie nam zdjęcie jak wyglądacie. Zadzwonimy za dwie godziny. Chyba, że będziemy przeszkadzać w nocy poślubnej czy czymśtam.-uśmiechnął się na swój sposób Mario zarażając mnie zupełnie tym uśmiechem.
-Jasne, odezwiemy się, pa. Dzięki za pomoc.
-Nie ma za co! Idźcie, trzymamy za was kciuki!-pomachała mi Ann a po chwili się rozłączyli. 

Odłożyłam telefon na półkę i otworzyłam zamek w drzwiach. 
O ścianę naprzeciwko opierał się on. W białym garniturze. Białej koszuli, rozpiętej na guziczek u góry, białych spodniach i kamizelce z jasnymi, satynowymi dekoracjami. Zaparło mi dech w piersiach. I naprawdę nie mogłam złapać tchu. Wyglądał tak cholernie perfekcyjnie, bajecznie. Ułożone włosy jak prosto od fryzjera, czarne kolczyki i ten przepiękny, mieniący się wzrok z czułością patrzący w moją stronę. Chciałam ten obraz zachować jak najdłużej. Chciałam zapamiętać jego spojrzenie, które było we mnie wpatrzone z podziwem.

-Wyglądasz…-zaczęliśmy oboje w tym samym czasie, zupełnie jak w scenie filmowej. Na naszych twarzach pojawiły się uśmiechy.
-Naprawdę dobrze.-dokończyłam pierwsza.
-Ty też. –odpowiedział i sprawdził coś w swoim garniturze. –Chodź na chwilę. –pociągnął mnie za dłoń do naszej sypialni.

Odwrócił mnie tyłem do siebie a po chwili poczułam opadający na moją szyję chłodny naszyjnik. Marco sprawnie go zapiął i złożył pocałunek na karku, tuż przy zapięciu biżuterii.

-Jest i będzie twój. Ode mnie. –powiedział. Moja urodzinowa kolia, którą oddałam do lombardu. Nie wiem jakim cudem ją odkupił… Musiał za nią płacić raz jeszcze. Czy to ważne? Raczej nie do opisania, że dbał o takie szczegóły.

Stanęliśmy przed lustrem. On właściwie za mną, obejmując mnie i przyciągając do siebie jedną ręką, a drugą wybrał w telefonie aparat. Oboje uśmiechnęliśmy się do zdjęcia. Zrobił ich całą sesję.

-Mogę na chwilę?-zapytałam wskazując na telefon. On lekko zdezorientowany podał mi go. Odwróciłam się i sama zaczęłam robić mu zdjęcia.
-Ej, ej, wystarczy!-roześmiał się i próbował mi wyrwać telefon z ręki. Skutecznie.
-Przecież masz pełno sesji. Jak nie Borussia to chyba marka twojego kolegi.
-Jak ty wszystko o mnie wiesz! Tak poważnie, ciężej pozować tak wiesz, przed kimś, kogo znam. Też mi zapozujesz to zobaczysz jak to jest. Teraz już chodźmy. –wziął mnie za rękę i poprowadził w stronę schodów.
-Mario prosił o zdjęcie.
-Wyślę w drodze.


Wyszliśmy przed dom. Tam czekał na nas już samochód. Marco zamknął za nami drzwi i podając mi ramię zaprowadził do samochodu. Blondyn przywitał się z kierowcą. Nawet nie mówił kierunku, a ruszyliśmy w drogę. Cały czas czułam na sobie jego spojrzenie. Ja jeszcze jakimś cudem się trzymałam, choć z chęcią pożerałabym go bezczelnie wzrokiem.

-Kłamałem.-powiedział nagle nie zdejmując ze mnie swoich oczu.
-Odnośnie?
-Nie wyglądasz dobrze. Wyglądasz niesamowicie, Rose. Odebrało mi mowę, gdy zobaczyłem cię pierwszy raz. Widziałem tą suknię ale ty w niej…
-Ty też wyglądasz wspaniale, Marco. –uśmiechnęłam się i delikatnie musnęłam ustami jego policzek. Opiekuńczo starłam kciukiem pozostawiony delikatny ślad po szmince.




Zatrzymaliśmy się koło zatoki. Po pomoście przeszliśmy do łodzi. Kapitan wyszedł i z uśmiechem przywitał się z Marco, również mnie się ukłonił. Chciał mi także pomóc dostać się na pokład, jednak Marco w manifeście zazdrości odchrząknął niezadowolony i chwytając mnie w talii wprowadził na pokład. Usiedliśmy na zadaszonej ławeczce w obawie o moją fryzurę. Byłam z niej naprawdę zadowolona i mogłam sobie robić milion zdjęć, żeby udokumentować moje dzieło.
Łódź odpłynęła, włączając dość mocny motor. Marco objął mnie dłonią. Uśmiechnęłam się na ten gest.
Mknęliśmy przez ocean na jedną z wysp, na której mieliśmy wziąć ślub.

-Twoja mama… Na pewno by się wzruszyła, gdyby cię teraz zobaczyła. Byłaby z ciebie dumna. –powiedział nagle. Byłam zupełnie zaskoczona. Nie wiedziałam co powiedzieć. Moje serce zaczęło mocno walić, a oddech stał się urywany. –Przepraszam, nie powinienem.
-Nie, w porządku. Chyba tak. To znaczy, myślisz, że…
-Cii…-słysząc mój załamujący się głos przytulił mnie do siebie. Nie chciałam płakać. Nie teraz. -Przepraszam, skarbie. Nie płacz, nie czas dziś na to. –szepnął uspokajająco ściskając moją dłoń.
Po chwili odetchnęłam.
-Jest w porządku. –powiedziałam odchrząkując.
Resztę drogi przepłynęliśmy  w ciszy. Objęci niczym zakochana para. I było naprawdę dobrze.

Kiedy przybiliśmy do brzegu Marco pierwszy wstał i podał mi dłoń. Jednak zanim wyszliśmy Marco mnie zatrzymał i położył dłoń na moim biodrze.

-Jeszcze jedno, Rosalie. Jeśli kiedykolwiek, któreś z nas się zakocha…- powiedział przełykając głośno ślinę.  –Mówimy sobie o wszystkim, dobrze?
-Ale nie ma zdrad. Jak mamy się zakochać?
-Od pierwszego wejrzenia? Albo sami w sobie.
-Chciałbyś, Reus. –zaśmiałam się, jednak w środku gdzieś poczułam jakieś ukłucie bólu.
-Więc chodźmy. –powiedział bez emocji przybierając dość uśmiechniętą minę.
Wysiedliśmy z łodzi. Wyszliśmy z przystani, skąd odbiliśmy w prawo w stronę plaży. Wyspa była pusta. W oddali widziałam niewielki domek, typowo hawajski. Nie byłam nawet pewna z czego wykonany, jednak mieszkać w tak uroczym domku, na wyspie, nad brzegiem bajecznie czystego oceanu…spełnienie marzeń. Sama mogłabym spędzić tak resztę życia.
-Jest jakaś liga karaibska?-zapytałam spoglądając na skupionego Marco kroczącego w zamyśleniu tuż koło mnie. Spojrzał na mnie jak na wariatkę a po chwili roześmiał się głośno. Objął mnie ramieniem i pocałował w czoło. 
-Przykro mi, chyba nie. Też chciałbym tu zostać.
-Będzie mi się trudno rozstać z tym miejscem. Na starość bym sobie tu wybudowała domek…
-Wrócimy tu jeszcze kiedyś.
-Kiedyś nie będzie już nas.-westchnęłam hamując jednocześnie jego zapał.
-Cieszmy się po prostu chwilą, dobrze kochanie?
-Oczywiście.-zgodziłam się czując napływające rumieńce. Zaczynało mi się naprawdę podobać, gdy tak się do mnie zwracał.




Zatrzymałam się nagle w miejscu widząc to, co na nas czeka. Jeśli on wszystko to przygotował… Poczułam płynące łzy po moich policzkach. Postarał się. Poczułam się jak księżniczka. Wyjątkowa.

-Marco.-szepnęłam ściskając mu mocno dłoń.
-To wszystko dla ciebie, moja Rose. Jestem dumny, że będę miał tak wspaniałą żonę. Mówiłem ci, że jesteś wyjątkowa. Zamierzam ci to udowodnić, od dziś przez cały rok. Będę się starał. Dam w nasze małżeństwo całego siebie. I nie pozwalam już ci płakać.
Otoczył mnie swoimi silnymi ramionami. Odetchnęłam. Czułam, jak wielki kamień spada mi z serca.
-Jesteś naprawdę wspaniałym facetem… I jestem dumna że będę mogła być twoją żoną. –szepnęłam, gdy on z dbałością ocierał moje łzy z policzków, by nie zepsuć makijażu.
-Zatem chodźmy pani Reus wziąć ślub.








~~~

Kochane!
Z okazji Świąt Wielkanocnych życzę Wam dużo dużo zdrowia, spokoju, wiary i mnóstwo miłości. Żeby otaczały Was same wspaniałe osoby i byście wytrwale dążyły do swoich celów i przezwyciężały wszelkie przeciwności losu. Dużo dużo uśmiechu, wspaniałych chwil, wszystkiego co najlepsze!💛 

Nie będę pisać o ostatnich wydarzeniach. Jedynie mogę powiedzieć, że kamień spadł mi z serca wiedząc, że wszyscy uszli cało i są już bezpieczni. Podziwiam ich, że mimo niechęci weszli na boisko i zagrali jak na taką sytuacje dobry mecz. Jestem z nich niesamowicie dumna. 

Ślub w kolejnym rozdziale, i kilka nowych spraw też... Będzie też sielanka! ;)
Zmykam, u mnie święta "last minute" więc od razu lecę do kuchni!
Za tydzień kolejny!
Buziaki! xx