sobota, 8 kwietnia 2017

Dwanaście



Lotnisko było naprawdę malutkie i Marco ani trochę nie przesadzał mówiąc tak o nim. W Niemczech dochodziła już północ, a tu cofnęłam się o pięć godzin do tyłu, przeżywałam dzisiejszy dzień raz jeszcze. Dopiero zbliżał się wieczór. To tak jakbym nie leciała aż tylu godzin samolotem. 
Kiedy wyszliśmy na płytę lotniska poczułam uderzenie ciepłego powietrza. Nie chcieliśmy wchodzić do małego budyneczku, woleliśmy poczekać w odpowiednim miejscu, aż obsługa lotniska wyjmie nasze walizki z samolotu. Zajęło im to w sumie niecałe dziesięć minut, przez co naprawdę byłam uradowana. Marco przeprosił mnie na chwilę i odszedł kawałek przykładając telefon do ucha. Może musiał zadzwonić po transport.

Chwilę później przyszedł i zabrał obydwie walizki. Ja nie miałam nic do gadania. Podziękowaliśmy załodze samolotu, która akurat schodziła z pokładu. Weszliśmy na teren małego lotniska, spod którego odjeżdżały taksówki. Marco włożył walizki do bagażnika pierwszego samochodu jaki napotkaliśmy. Oboje usiedliśmy z tyłu. Miałam wreszcie okazję przyjrzeć się przepięknemu krajobrazowi dookoła. Za wzgórzem porośniętym tropikalną roślinnością rozpościerało się miasteczko. Słońce zbliżało się ku zachodowi, więc nie miałam zbyt jak wszystkiego dostrzec. Ledwo co wyjechaliśmy poza teren lotniska a już przed przednią szybą widoczny był ogromny, błękitny ocean i niewielka przystań z kilkoma łodziami.

-Jesteśmy na Kubie. Musimy się przedostać na naszą wyspę, gdzie czeka na nas dom. To dość spory archipelag z mniejszych wysepek.
-A przyjedziemy tu? Jestem ciekawa tego miasta za nami.
-Pewnie, że tak. Co tylko będziesz chciała. –odpowiedział z uśmiechem nie odrywając ode mnie wzroku. –A o czym chciałaś porozmawiać?
-Nie tu.
-Brzmi poważnie.
-Bo takie jest. Dla mnie. Mam nadzieję, że potraktujesz to poważnie.
-Porozmawiamy wtedy jak na spokojnie się rozpakujemy. Usiądziemy i pogadamy.
-Dzięki. –powiedziałam i odwróciłam głowę w inną stronę.

Niedługo po tej wymianie zdań wysiedliśmy na przystani. Tam czekała już na nas pewnego rodzaju motorówka. Czarnowłosy mężczyzna o karmelowej karnacji ubrany w lnianą rozpiętą koszulę i spodnie podwinięte do kolan kiwnął z uśmiechem do Marco i wyszedł na pomost, by pomóc mu z naszym bagażem. Stanęłam na uboczu, żeby nie przeszkodzić. Dopiero, kiedy obie walizki zmieściły się do schowka pod pokładem blondyn odwrócił się do mnie i wyciągnął rękę. Niepewnie ujęłam ją i postawiłam nogę w środku. Akurat nasz sternik przechodził i to na tyle pewnie, że przez zachwianie łodzi straciłam równowagę. Nie chcąc się przewrócić w jednej chwili oparłam się o brzuch Marco. Brzuch? Chyba metalową deskę… Może jako mój przyszły mąż zlituje się nade mną i pokaże kilka skutecznych ćwiczeń, żebym pozbyła się witających mnie entuzjastycznie kompleksów wystrzeliwujących fajerwerki i machających ochoczo jakbym ich miała nie zauważyć będąc w pobliżu Marco.
-Tylko na to czekałaś, hmm?-mruknął tuż przy moim uchu uśmiechając się cwaniacko niczym lis.
-W twoich snach.
-Masz nielepsze.-jego uśmiech powiększył się chyba z dziesięciokrotnie choć to było całkiem niewykonalne. On potrafił.

Zajęłam miejsce przodem do wyspy, którą mieliśmy zaraz opuszczać. Kiedy silniki zostały uruchomione poczułam zapach perfum Marco, które swoją drogą jak na tak długi lot cały czas się utrzymywały. Lubiłam je, swoją intensywnością bardzo przypominały swojego właściciela. Kiedy łódź ruszyła przesiadłam się na ławkę przed nim, próbując się lekko zdystansować. Tego najbardziej potrzebowałam w tej chwili. Zmarszczył lekko brwi nie rozumiejąc mojej nagłej przesiadki.
-Śmierdzisz. –wymsknęło mi się. Czasami nie umiałam zapanować nad durnymi pomysłami wpadającymi mi do głowy.
-Ja? Ja zawsze ładnie pachnę.-roześmiał się wbijając we mnie czułe spojrzenie.
-Po prostu muszę chwilę posiedzieć sama. A to jest w tym momencie jedyne wyjście.
-Czyli nie śmierdzę?
-Nie, ale cicho już. –westchnęłam i złapałam się barierki czując, jak silnik coraz mocniej nabiera rozpędu. Wiatr zaczął rozwiewać moje włosy. Zaczęłam przeklinać w duchu za to, że zdecydowałam się jednak na ich rozpuszczenie przed wyjściem z samolotu. Na początku jeszcze chciałam z nimi walczyć i wyjmować z buzi i odgarniać z oczu, żeby móc jakkolwiek patrzeć, jednak starania te poszły na marne. Po prostu zamknęłam oczy i rozkoszowałam się wiatrem smagającym moją twarz…i włosami. Pięknie. Wiedziałam na przyszłość już, że związane włosy to podstawa. Przeprawa przez ocean motorówką trwała dobre kilkanaście minut. Na sam koniec Marco został zawołany. Poszedł do mężczyzny i o czymś mówili po angielsku, więcej nie byłam w stanie odszyfrować przez szumiący dookoła mnie wiatr. Gdy wrócił przysiadł się do mnie i nachylił do ucha, żebym mogła go usłyszeć.

-Poprosiłem, żeby podpłynął pod nasz dom na nabrzeżu, po drugiej stronie wyspy. Nie będziemy się tułać z walizkami.
-W porządku.-pokiwałam głową. On z powrotem usiadł na swoim miejscu co zupełnie mnie zdziwiło. A przede wszystkim bardzo pozytywnie zaskoczyło.

Dotarliśmy do wyspy, którą zaczęliśmy okrążać. Piaszczysta plaża aż się prosiła, by położyć na niej stopy. A woda.. Jedynie mój lęk powstrzymywał mnie, żeby wychylić się poza łódź. Tak przejrzysta, piękna… Raj. To był właśnie raj.
Za poleceniem Marco nasz prowadzący wjechał na prywatny teren wód, przy których znajdował się nasz tymczasowy dom. Tuż przy plaży z bezpośrednim na nią wyjściem.
Gdy Marco poszedł płacić postanowiłam zdjąć moje buty. Blondyn wyskoczył na plażę i zabrał nasze bagaże nie zamaczając ich nawet w wodzie a ja, nie wybaczyłabym sobie, gdybym tego nie zrobiła, ale wskoczyłam do wody. Ucieszyłam się czując jej ciepło. Już wiedziałam co będę robić całymi dniami. Oddaliłam się, żeby łódź mogła bezpiecznie wypłynąć.

-Chcesz tu zostać czy zobaczymy najpierw razem dom?-zawołał obserwując mnie uradowaną znad brzegu.
-Już idę!-uśmiechnęłam się i wybiegłam z wody na plażę pozwalając nagrzanemu piaskowi oblepić moje stopy. To uczucie było nowe..i wspaniałe.
Szłam za Marco, trochę wolniej niż on, próbując pochłonąć obraz, który rozpościerał się dookoła mnie. Mój telefon chyba będzie zapełniony cały zdjęciami.
-Dopiero przyleciałam a wiem, że będę tęsknić. –westchnęłam i weszłam za blondynem na biały ganek domu.
-To piękne miejsce.-przyznał schylając się do wycieraczki, pod którą czekały już na nas klucze. 
Włożył je do górnego zamka drewnianych drzwi i lekko je przekręcił. Kiedy te otworzyły się ze skrzypnięciem zostałam przepuszczona jako pierwsza. Nie odwracałam się nawet do niego bo zostałam zauroczona przepięknym wnętrzem. Było zupełne nowoczesne skąpane w bielach, beżach i szarościach. Przeszłam do salonu, który był bardzo przestronny. Promienie zachodzącego słońca wpadały przez przeszklone drzwi wychodzące na plażę. Szyby były wysokie -od samego sufitu do podłogi z cienkimi ramami. Po bokach wisiały długie, pudrowo-błękitne zasłony. W salonie zapaliło się światło. Sprawcą tego był Marco, który wszedł zaraz za mną i postawił nasze walizki koło krętych schodów prowadzących na górę. Przeszłam w głąb salonu i rozejrzałam się dookoła. Na samym środku odwrócona przodem do wspaniałego widoku stała olbrzymia kanapa w kształcie litery U. Przed nią stał szklany stolik idealny do położenia książki czy postawienia kubka porannej kawy. Obudzić się rano i patrzeć na fale oceanu a następnie biec na plażę i po prostu cieszyć się życiem. Poza kanapą, kilkoma doniczkowymi mini-palemkami i kilkoma mniejszymi białymi komodami nie znajdowało się tu nic. Ale nie miałam poczucia niedosytu. Było idealnie. Nie potrzeba tu było telewizora ani stołu, który zapewne zniszczyłby piękną symetrię. Na tarasie były ułożone dwa leżaki a koło nich dwa wiklinowe, okrągłe stoliczki. Na lewo od salonu rozpościerała się przestronna kuchnia. Duża lodówka, jasne meble i kuchenna, zaokrąglona wyspa, dookoła której ustawionych zostało osiem wysokich krzeseł. Wszystkie rzeczy na Ziemi mówiły mi, że lodówka jest pełna. Chyba będę musiała zrobić jej zdjęcie i wysłać do Mario.

-Podoba ci się dom?-usłyszałam jego głos. Gdy się odwróciłam on oglądał widoki patrząc w dal.
-Jest naprawdę pięknie. Nic więcej nie trzeba. Ma wyjątkowy klimat. Pasuje do wyspy. Minimalizm. Długo tu będziemy?
-Niestety tylko cztery dni. Później mam ważne treningi i końcówkę rehabilitacji.
-Wracasz do gry?-rozpromieniłam się i przysiadłam na stołku kuchennym czekając na odpowiedź.
-Jeszcze nie. Ale chcę wrócić do treningów. Będziemy próbowali większe obciążenie.
-Oh, to chyba dobrze, prawda?
-Tak, to dobrze.-powiedział jakby upewniając się sam o tym co powiedział. -Coś chcesz zjeść?
-Nie, najadłam się w samolocie. Nie lubię jeść dużo na noc. –odpowiedziałam. On kiwnął głową i zbliżył się do mnie. Położył swoje dłonie na moich udach opierając się o nie. Jego wzrok spoczął na moich wargach. Nim do czegoś miało dojść w porę się ocknęłam i odepchnęłam go dłońmi umieszczając je powyżej jego klatki piersiowej.

-Nie. –powiedziałam pewnie i zeskoczyłam z krzesła wymijając go. Zanim postawiłam kolejny krok poczułam ściskającą moje ramię dłoń.
-O co chodzi? Cholera, Rose, w nocy mieliśmy naprawdę wspaniały seks, nie powiesz mi, że ci się nie podobało. Całowaliśmy się w samolocie i nagle mnie odrzucasz. Nie wiem co mogło się stać przez tak krótki czas.
-Po prostu przemyślałam pewne sprawy…-westchnęłam wbijając spojrzenie w parkiet.
-Musisz mi o nich powiedzieć.
-Nic nie muszę. Mogę. Wniesiesz mi walizki do sypialni?
-Nie zachowuj się jak suka, Rose. –moja szczęka opadła. Pilnowałam swoją dłoń, która już korciła, aby uderzyć jego policzek.
-Nic o mnie nie wiesz. Spróbuj choć raz jeszcze tak powiedzieć. Nie pozwolę się obrażać.
-To przestań się tak zachowywać.-oznajmił i zostawił mnie w kuchni. Słyszałam jak zabiera nasze walizki i idzie schodami do góry. Nie miał prawa aż tak mnie nazywać. To nawet nie było adekwatne do sytuacji.
Wzięłam kilka głębokich oddechów i poszłam za nim na górę. W korytarzu było kilka par drzwi jednak wybrałam te ostatnie, które były otwarte. Wchodząc zachłysnęłam się powietrzem. Marco stał nad swoją walizką w samych spodenkach, w których leciał. Bez koszulki. Przez chwilę musiałam się wpatrywać jak głupia ale jak najszybciej starałam się otrząsnąć z tego widoku. Okropnie niesamowitego widoku.

-Wezmę prysznic, jeśli chcesz jest jeszcze jedna łazienka na piętrze. –oznajmił i wyszedł z sypialni zabierając ze sobą jakieś rzeczy i kosmetyczkę. Odprowadziłam go wygłodniałym spojrzeniem dopóki nie zniknął mi z oczu. Nawet nie patrząc na pokój rzuciłam się na ogromne małżeńskie łóżko. Materac był bardzo miękki i wygodny, a poduszki i kołdra puszyste. Pod moim ciałem wszystko się lekko zapadło. Włosy rozsypały się po poduszce. Zamknęłam na chwilę oczy próbując po pierwsze uspokoić się po widzianym widoku, po drugie, nie zapomnieć tego cholernie perfekcyjnego widoku. Niezależnie jak mogłam nie znosić tego faceta nie mogłam zaprzeczyć, że jego ciało, wygląd były…apetyczne. Dokładnie. Zaśmiałam się pod nosem rozkoszując cudowną chwilą. Która została zaraz później przerwana.
Rozejrzałam się dookoła i zlokalizowałam obiekt wydający dźwięk-telefon Marco leżący na stoliku nocnym. Przeturlałam się po łóżku chcąc wziąć telefon i zanieść do Marco, jednak gdy na wyświetlaczu widniało imię „Scarlett” zmieniłam zdanie. Nie rozumiałam czego jeszcze ona od niego może chcieć. Dzwoniła naprawdę długo. Potem kolejny. I kolejny.
Nie wytrzymałam. Za czwartym razem odebrałam.
-Posłuchaj, no. Jeśli naprawdę ktoś nie odbiera to znaczy, że albo nie ma czasu albo nie chce z tobą rozmawiać. W tym przypadku oba wymienione. Więc uszanuj to i daj innym żyć i zajmij się swoim życiem. –warknęłam nie czekając nawet kiedy się odezwie.
-Kim ty jesteś? Gdzie Marco?
-Nie twoja sprawa. Mówię ci, daj spokój i odczep się od Marco. –powiedziałam wyraźnie. Kiedy usłyszałam chwilę milczenia po drugiej stronie rozłączyłam połączenie.

-Co ty do cholery robisz z moim telefonem?!-usłyszałam nagle zza pleców zirytowany głos blondyna…
-Ja..Dzwonił i…
-Kto?-zapytał podchodząc bliżej mnie. Jasna cholera. W pasie miał przewiązany jedynie ręcznik. Jego włosy były wilgotne. Mój oddech przyspieszył. –Kogo tak pięknie spławiłaś, Rose, hmm?
Nie mogłam nic odpowiedzieć. W ustach zrobiło mi się sucho. I naprawdę pragnęłam go pocałować. Niezależnie jak bardzo mnie obraził i jak go znienawidziłam.
-Ktoś kto nie powinien nawet dzwonić. –odpowiedziałam w końcu zachrypniętym głosem. Odchrząknęłam na równi z kolejnym przychodzącym połączeniem. Marco wyciągnął swoją rękę po telefon, który spoczywał cały czas u mnie.
-Nie odbierzesz tego.-stwierdziłam pewnie zaciskając mocniej urządzenie.
-Nie decydujesz za mnie. –rzucił niedbale i wyciągnął dłoń bliżej mnie. Z niechęcią zwróciłam jego własność.
-Albo ona albo…

-Hej, Scar.-zaczął nim dokończyłam to, co miałam powiedzieć.
Poderwałam się z łóżka i wyszłam z pokoju próbując nie zwracać uwagi na jego chytry uśmiech. Zbiegłam na dół po schodach, w przedpokoju założyłam buty, które miałam wcześniej w samolocie i wyszłam na zewnątrz. Pogoda mimo późnego wieczoru była przegorąca. Jak Marco. Moja głupota była większa niż cały kosmos, a sprzeczne emocje jakie ostatnio mną targały nie dawały mi wytchnienia. Kiedy weszłam na moją ukochaną plażę zdjęłam buty i zaczęłam biec przed siebie stąpając stopami po piasku koloru i konsystencji zwykłej mąki. Moje włosy falowały przez wiatr. Czułam się wolna jak ptak. Zupełnie sama, z wszystkimi trzema żywiołami. Niesamowicie przejrzysta woda, miękka, piaszczysta ziemia i powietrze, które ciepłe smagało moje całe ciało.
W bardzo krótkim czasie znalazłam się na końcu plaży, który zastawiały wysokie skały. Przez moment chciałam się na nie wdrapać ale stwierdziłam, że jeszcze mogłabym coś sobie zrobić. Podeszłam do wody. Uśmiechnęłam się szeroko. Pierwszy raz byłam nad morzem. Zwykle bywałam nad jeziorem, na wakacjach zawsze do jakiś miast wycieczki samochodem. Nawet kiedyś mieliśmy jechać do Dortmundu, gdy było jeszcze wszystko dobrze…

Weszłam do wody po kolana. Podciągnęłam trochę wyżej spódniczkę, żeby jakaś fala mi jej nagle nie zalała. Stałam tam chyba z parę dobrych minut. Zupełnie oderwana od rzeczywistości. Gdy stwierdziłam, że czas wyjść na brzeg postanowiłam usiąść na piasku. Pomijając, że piasek zaczął obklejać moje nogi. To było dość fajne uczucie. Mój pierwszy pobyt na prawdziwej plaży. Obserwowałam różowe niebo i zachodzące słońce na horyzoncie.
Odprowadziłam je póki nie schowało się za horyzontem oceanu. Zmęczenie po całej podróży i zmianie klimatu zaczęło mi się dawać we znaki. Powieki stały się ciężkie i zaczęły opadać. Nie chciałam wracać do domu. Nie miałam ochoty znosić humorów Marco i wyzwisk w moim kierunku. Niezależnie jak bardzo głupio się zachowałam nie miał prawa mnie tak nazywać. Położyłam się na piasku nie zważając nawet na to, że będę musiała masę czasu poświęcić na pozbycie się go z głowy pod prysznicem. A z resztą. Nie muszę wyglądać wcale dobrze. Bo co to za ślub? Nie wzięłam ani sukienki, ani szpilek. Pójdę w jakiejś workowatej sukni Ann z poczochranymi włosami. To w końcu jakiś durny papierek i to na rok.
Leżąc nawet doszłam do wniosku, że mogłabym tu nawet spędzić noc słuchając przyjemnego szumu.
Dopóki nie poczułam jego obecności.
Nie musiałam nawet otwierać oczu, by czuć jego przeszywające spojrzenie. Moje ciało nagle zaczęło wrzeć. Od samej jego cholernej obecności! To nie było możliwe, żeby jeden człowiek na mnie tak działał. Cała w środku wrzałam i topniałam. Nie ze złości.

-Przepraszam.-powiedział niedaleko mojego ucha. Czując narastające między nami napięcie nie otwierając oczu mogłam powiedzieć, że leżał koło mnie. –Nie powinienem cię tak nazywać…
-Nikogo tak się nie nazywa.-wtrąciłam.
-Przepraszam. Naprawdę zdezorientowałaś mnie, wiem już, że powinienem wtedy był wziąć cię ze sobą na kanapę i w spokoju wyjaśnić sobie co nam leży na sercu. Dziękuję.
-Za co?-zmarszczyłam brwi i ukosem spojrzałam na niego. Znajdował się zdecydowanie zbyt blisko mnie.
-Dzięki tobie już się czegoś nauczyłem. I wiem, że tego nigdy nie zrobię. –wyznał mi szczerze patrząc wzrokiem cielaka prosto w moje oczy.  Westchnęłam ciężko i przeniosłam wzrok na piękne niebo. Tylko dlatego, że jego oczy były piękniejsze. Poczułam, jak nasze splecione dłonie podnoszą się, a jego usta muskają delikatnie wierzch mojej dłoni. Starałam się okiełznać moje bijące jak młot serce i przyspieszony oddech. Chciałam naprawdę podejść do niego bez uczuć ale nie mogłam.
-Marco?-szepnęłam. Nie czekałam dłużej na jego odpowiedź. Wiedziałam już, że skupia całą uwagę na mnie. –Boję się. Wiem, że oboje się będziemy uczyli..Ja… Nie chcę czuć się jak twoja utrzymanka..
-Nie będzie tak. Zawsze boimy się przed nieznanym. Nie pozwolę ci się źle poczuć. Chcę cię jedynie uszczęśliwić.
-Dlaczego?-zapytałam i spojrzałam na niego z zaciekawieniem. On wbił wzrok w nasze splecione ręce i nie mówił nic przez jakiś czas. Jakby bardzo się zastanawiając nad tym, co chce mi powiedzieć.
-Bo jesteś wyjątkowa, Rose.
Analizowałam, co mogło to znaczyć, jednak starałam się nie myśleć o tym zbyt dużo. W ogóle nie chciałam zbyt wiele myśleć. Bo im bardziej myślałam tym więcej pytań się pojawiało.

-Chciałeś wiedzieć. Dlaczego uciekłam z domu..-zaczęłam głośno przełykając ślinę. –Po śmierci mamy. Dosłownie dwa tygodnie później.. Mój ojciec ożenił się ponownie. Znienawidziłam go za to. Byłam zrozpaczona. Mama była dla mnie najważniejsza na świecie, była moją najlepszą przyjaciółką. –w oczach zebrały mi się łzy. Marco wyczuwając to zbliżył się odrobinę do mnie i położył nasze splecione dłonie blisko swojego mocno bijącego serca. Zupełnie jak moje. –Była jego kochanką. Zdradzał moją mamę, kiedy ona umierała. Kiedy najbardziej go potrzebowała... Kiedy się do nas wprowadziła okazało się, że jest w drugim miesiącu ciąży.. –rozpłakałam się jak małe dziecko. Wszystko do mnie zupełnie wróciło. Nie przypuszczałam, że podejdę do tego tak emocjonalnie. Nie musiał pytać. On po prostu wplótł swoją dłoń pod moje plecy i przytulił mnie do siebie. Przeturlałam się pod jego siłą na bok tak, że mogłam wtulić się w jego umięśnione ciało kładąc głowę koło jego piersi. Objął mnie szczelnie swoimi ramionami i ucałował mnie w czoło. Nic nie mówił. Cisza i zabójcza mieszanka zapachu powietrza wyspy, oceanu i samego Marco. Było mi dobrze. Ale wiedziałam, że nie dam rady Marco powiedzieć całej prawdy. Musiałam kłamać, życie, los nie pozwala mi na bycie szczerym. Sama myśl mnie przerastała. Słowa by zbyt bolały.–Znienawidziłam ją. Powiedziałam jej to wprost. Jako dziecko. Niespełna ośmiolatka. Powiedziałam jej, że nienawidzę jej, jej dziecka, że nigdy nie będzie moją matką, i moja mama nie żyje przez nią… Nigdy jej za to nie przeprosiłam. Nawet jeśli ojciec mi kazał to uciekłam… Powiedział, że mam pokochać Debrę, wtedy on będzie mnie kochał. Powiedział, że na miłość trzeba zasłużyć.-dokończyłam niczym przez sitko przecedzając oszczędnie informacje.
-Nie płacz, kochanie. –powiedział cicho i wplótł palce w moje włosy. –To już wszystko za tobą.
-Nie oceniaj mnie Marco, proszę. Nie byłeś w mojej sytuacji.
-Nie oceniam. Nie mógłbym. Chcesz jeszcze opowiadać czy nie jesteś na siłach?
-Chyba trochę nudzę, nie?
-Przeciwnie.
-Interesuje?
-Wszystko o tobie mnie interesuje. Opowiedz mi coś jeszcze.-uśmiechnął się i ponownie pocałował mnie w czubek głowy.
-W takim razie… Przez to, co powiedział mi ojciec nie chciałam wierzyć. Wiedziałam, że miłość jaką dała mi mama nie wynikała z mojego zasłużenia. Miałam swoje zwątpienia..ale pojawił się on. Zaufałam mu. Dzięki temu poczułam, że ktoś poza mamą potrafi mnie pokochać. Bezinteresownie. Powiedział mi wręczając ten pierścionek..-kilka razy i poruszałam pionowo serdecznym palcem uderzając go kilka razy w te samo miejsce nad piersią.  –Że kocha mnie tylko za to, że jestem. Uwierzyłam mu. Sposób w jaki sposób to powiedział… Dał mi miłość, której brakowało mi przez tyle lat. Prawie zapominałam o tym uczuciu. Ale ja go nie umiałam pokochać. Tamtej nocy powiedział mi, że on widzi, że nie czuję do niego tego samego. Pękło mi serce. Chciałam, żeby był szczęśliwy, zasługiwał na to.
-Nie trzeba zasługiwać na miłość. –powiedział zaraz przerywając mi.
-Wiem. Zmarł mi na rękach. Utuliłam go i głaskałam po głowie. On nawet umierając kazał mi uciekać, cały czas o mnie dbał.. Gdyby nie moja ucieczka.. On by żył. Nie zasługiwał.. –zaczęłam dusić się płaczem. Marco podniósł nas do pozycji siedzących, by było mi łatwiej zaczerpnąć oddechu.
Siedzieliśmy razem objęci na brzegu oceanu. Pozwoliłam płynąć moim łzą. On nawet mnie nie powstrzymywał. Wiedział, że potrzebuję tego. Nie wiem jakim cudem, ale byłam pewna, że wiedział.

-Miałem fajne dzieciństwo. Dużo grałem w piłkę, rodzice i dwie starsze siostry zawsze stali za mną murem. Obie są już mężatkami i mają cudowne dzieci. Yvonne ma Nico, starszego. Melanie, ma małą Mię. Poznasz je niedługo. Nie lubię mówić o sobie. Masz jakieś pytania?
Spojrzałam na niego wielkimi oczami. Chciał, żebym go zapytała o coś. O cokolwiek. Co tylko chcę. O Scarlett, o byłe dziewczyny, o zerwaniu zaręczyn i o to, co jego rodzice sądzą o tym wariactwie.

-Czym jest dla ciebie piłka?-zapytałam ku zaskoczeniu nas obojga. Nie chciałam poruszać tematu jego byłych. Choć wiedziałam, że muszę zapytać o coś jeszcze innego i cięższego. On na samym haśle „piłka” uśmiechnął się.
-Jest moją kochanką. –zaśmiał się i spojrzał na mnie z ukosa. Uśmiechnęłam się. –I będę cię z nią zdradzał. Wymykał się do niej rankiem…
-Stwórzmy trójkąt. –stwierdziłam, a do moich uszu dotarł jego głośny śmiech. Uwielbiałam go. –Nie wiem na ile mogę sobie pozwolić, by wejść w twoje prywatne życie…
-W stu procentach. Pozwalaj się ile da. Po prostu bądź ze mną. –uścisnął moją dłoń i przyciągnął mnie mocniej do siebie.
-Zabierzesz mnie kiedyś jeszcze na mecz? Naprawdę chciałabym ci kibicować.
-Serio?
-Serio. –uśmiechnęłam się. –Muszę jeszcze jedno wyjaśnić.
-Pewnie.
-Nie chcę naprawdę o tym rozmawiać, ani rozwijać się nad tym… Nie podoba mi się..ta cała głupia akcja ze Scarlett. Nie powinnam była odbierać. To twój telefon. Ale ty zamiast uszanować nasz urlop..pozwoliłeś jej się niej w niego wetknąć.
-Chciałem, żebyś była zazdrosna. To było głupie.
-Nie możesz tak…
-Wiem, i przepraszam. Powiedziałem Scarlett, że z kimś jestem, i że wyjechałem. Nie będzie już dzwonić.
-Będziesz z nią utrzymywać kontakt? Wdziałam, że się dobrze dogadujecie. Choć tego zupełnie nie rozumiem.
-Nie wiem co będzie, Rose. Byliśmy bardzo zżyci ze Scarlett mimo tego wszystkiego. Byliśmy blisko mimo, że nie było tej chemii… To ciężko zerwać z dnia na dzień.
-Nie jesteś sam. Masz mnie. Zawsze mi możesz o wszystkim mówić. Nawet o piłce, może się czegoś nauczę. –powiedziałam i odgarnęłam kosmyk włosów opadający mu na czoło. On uśmiechnął się i spojrzał na mnie spod przymrużonych powiek. Delikatnie zbliżył się do mnie i położył dłoń na moim policzku. Otworzyłam delikatnie usta wypuszczając powietrze i jeszcze mocniej je wdychając.
Jego usta były tuż przy moich a po chwili już się złączyły. To był jeden z naszych delikatniejszych, subtelnych pocałunków. Nie zastanawiałam się już co powinnam zrobić. Niektóre rzeczy przychodziły same. Po prostu potrzebowałam tej bliskości. A on to zupełnie wyczuwał. Oddałam w ten pocałunek wszystkie swoje emocje. Objęłam go dłońmi za szyję. Było mi naprawdę dobrze. Na koniec naszego pocałunku pocałowałam go jeszcze w policzek i przytuliłam się jak do dużego misa.

-Jest mi z tobą dobrze, Rose. Naprawdę. Cieszę się, że jesteś obok.
-Ja też. Nie będzie zawsze jednak jak w niebie.
-Wiem. Ale będziemy razem temu stawiali czoło. To będzie naprawdę dobry rok.
-Tak. –uśmiechnęłam się i przemieściłam na swoje poprzednie miejsce obok.
-Wracajmy do domu. Dość już wrażeń na dziś.
-To prawda. Tobie też chce się spać?
-Z tobą.
-Oczywiście, że ze mną. Piłka będzie zawsze przeze mnie wykopana w tych sferach.
-Moja pani piłkarka.-zaśmiał się uroczo i wyciągnął do mnie rękę, by pomóc mi wstać. „Moja”. Byłam jego. Może i tylko na rok. Ale miał racje. To będzie niezapomniany rok, bo spędzony z naprawdę wyjątkową osobą.







~~~


Dziękuję za wszystkie komentarze pod poprzednim rozdziałem! <3 Jesteście niesamowite! Dzisiaj też krótki ale stopniowo, wszystko będzie;) Ostatnio w ogóle nie mam siły na pisanie, szkoła mi daje ostro w kość, ludzie, życie..świat...wszechświat..wszystko! :D
Mam nadzieję, że to minie i wena wróci ze zdwojoną siłą!
Za tydzień kolejny!
3majcje się! xx

sobota, 1 kwietnia 2017

Jedenaście



Dortmundzkie lotnisko naprawdę robiło ogromnie duże wrażenie. Podłużne, miało kilka wejść. Akurat przeszklone ściany było myte przez specjalną ekipę asekurowaną na linach. Weszłam przez najbliższe rozsuwane drzwi. Skierowałam się w kierunku odpraw mając nadzieję, że tam właśnie zastanę Marco. Była już za pięć druga, także powinien być na miejscu. Co chwila mijali mnie jacyś ludzie w pędzie, nieustannym biegu. A ja uśmiechałam się ze świadomością, że za kilkanaście godzin ten pęd nie będzie mnie dotyczył. Palmy, ocean i jeden z przystojniejszych mężczyzn na świecie. Może nawet nadarzy się okazja, że zobaczę go bez koszulki. Aż przyspieszyłam kroku.

-Dzień dobry. Miło panią widzieć ponownie. –usłyszałam dobrze znany mi głos. Na ustach pojawił mi się jeszcze większy uśmiech. Odwróciłam się w jego stronę i z być może przesadnym entuzjazmem rzuciłam się mu na szyję.
-Mnie również. Naprawdę cieszę się na nasz wyjazd. –powiedziałam z zapałem i spojrzałam prosto w jego roześmiane oczy.
-Ja też. Chodź, lecimy do odprawy nim ludzie, którzy robią nam z ukrycia zdjęcia nie podejdą do nas i stracimy bez sensu czas. I zamkną nam barierki. –uśmiechnął się i chwycił mnie za rękę. Ja ją jednak lekko przestraszona cofnęłam i zaczęłam rozglądać się dookoła.
-Może lepiej zachowujmy się jak znajomi czy coś…
-Daj spokój. Prędzej czy później wszyscy się dowiedzą. Musisz się przyzwyczaić, że jestem zawsze pod ostrzałem aparatów a niestety ty będąc moją żoną będziesz na to jeszcze bardziej narażona. 
-Nie pomyślałam o tym.-westchnęłam.
-Nie pozwolę już ci się wycofać. –oznajmił i chwycił pewnie moją dłoń. Miał taką cudowną, miękką skórę, lekko szorstką w kostkach i długie palce.
-Dlaczego?-zapytałam cicho. On jednak patrzył w stronę miejsca odpraw i skierował się ze mną w tamtą stronę. Wyjęłam swój dowód osobisty z portfela i podeszłam do kobiety przy stanowisku. Moja walizka wjechała na specjalną taśmę, chwilę później dołączył też bagaż Marco.

-Bramki uruchomią się po odczytaniu kodu kreskowego z biletu. Wejście dwudzieste ósme. Życzę miłej podróży. –uśmiechnęła się do nas firmowo. Tę regułkę musiała pewnie powtarzać kilkadziesiąt razy dziennie przez kilka dni w tygodniu. Tak jak mówiła każde z nas przyłożyło bilet do czytnika i przeszliśmy do strefy oczekiwania na samolot.

-Poczekasz na mnie? Chciałabym kupić wodę.
-Pójdę z tobą. –odpowiedział zamyślony i ruszyliśmy do jednego ze sklepów. Przypuszczałam, że cena przekąsek w samolocie będzie jeszcze droższa niż tu, więc wolałam się ubezpieczyć na długie godziny lotu. Marco też wziął jedną butelkę wody. Kiedy jednak przyszło do płacenia blondyn wyrywał się ze swoją kartą i nie pozwolił mi zapłacić za swój zakup.
-Stać mnie na wodę i ciastka, uwierz. Nawet dwie wody. –powiedziałam dość surowym tonem po wyjściu ze sklepu.
-A ja jestem mężczyzną i będę płacił za swoją kobietę. –odparł ze stoickim spokojem otwierając swoją butelkę.
-To powiedz, że zapłacisz a nie wyrywasz się z kartą! Poczułam się jak idiotka i twoja utrzymanka za razem.
-Wiesz, że tak nie jest. Poza tym mam też dla ciebie kartę do konta w banku. Przyzwyczaj się, że nie musisz już liczyć każdego grosza i możesz kupować to, czego tylko potrzebujesz i chcesz.
-Marco..-chciałam już coś powiedzieć jednak on zirytowany nachalnie naparł swoimi ustami moje zupełnie mnie rozbrajając w namiętnym pocałunku. Położył na moich biodrach swoje dłonie i delikatnie mnie nimi ścisnął. Kilkanaście sekund później lub może i całą wieczność oderwaliśmy się od siebie, by zaczerpnąć tchu.

-Nie chcę nic więcej słyszeć na temat pieniędzy, jasne?
-Miałabym jeszcze dużo argumentów.
-Nie wątpię.- uśmiechnął się cwanie idąc przed siebie z naszymi walizkami.
-A Scarlett…-zaczęłam jednak chwilę później wpadłam na tors Marco, który raptownie odwrócił się i zatrzymał. Chwycił moją brodę i podniósł do góry nakierowując mnie na swoje ogniste oczy.
-Nie ma Scarlett. Od teraz ten wyraz jest wyrzucony z twojego słownika.
-Zluzuj, Reus. –zaśmiałam się pod nosem idąc dalej do przodu. –Bo ci żyłka pęknie. –dodałam próbując w dalszym ciągu się nie roześmiać na całe lotnisko. Był apodyktyczny, i to okropnie. Nienawidziłam tego, jednak czasem…On w takiej odsłonie.. Był seksowny.

-Już w nocy zauważyłem, że masz pazurki. Moje plecy wystarczająco się z nimi zapoznały. –odparował przygryzając wargę.
-Wiesz? Mario określił nasze małżeństwo jako najbardziej fejkowe w historii. Miał rację. Jeśli się nie pozabijamy przez rok to będzie cud.
-Najwyżej któreś z nas dostanie niezły spadek. Podwyższymy stawkę w ubezpieczalni na wypadek śmierci współmałżonka. –wzruszył ramionami powstrzymując śmiech. Jego oczy aż się świeciły.
-Jesteś chory!
Roześmialiśmy się razem. Blondyn oberwał ode mnie dłonią w ramię, co jeszcze bardziej spotęgowało nasz śmiech. Dopiero po chwili zorientowaliśmy się, że przyciągnęliśmy tym spojrzenia większości zebranych podróżnych w pobliżu nas.
Otarłam kąciki oczu, które zdążyły się napełnić małymi łezkami i prostując plecy przywróciłam...miałam nadzieję, że przywracam, swój dobry wizerunek. 

-Cóż. –odchrząknął i usiadł na siedzenie przed naszą bramką wskazując mi miejsce obok. Poza nami jeszcze nikogo nie było czekającego na nasz lot. Za oknami przed nami widać było niesamowitą pogodę. Słońce, uniesione wysoko na błękitnym, bezchmurnym niebie, bardzo rzadko przelatujące ptaki, no i zgrzani pracownicy lotniska, piloci i stewardessy, którzy zmuszeni byli chodzić w specjalnych mundurach. Ciekawe co dopiero musiało dziać się tam, dokąd lecieliśmy. Kilka samolotów stało też na płycie lotniska czekając na swoich pasażerów. 

-Tylko my lecimy?
-Nie sądzę. –stwierdził rozsiadając się na krześle i złapał mnie za rękę, by położyć ją splecioną ze swoją na udzie. –Ale tak, Karaiby to nie miejsce, które jest odwiedzane przez wszystkich co wakacje.
-Też racja. Pewnie będziemy mieli prawie pusty samolot.
-Przyleci taki mniejszy, specjalny. Tak to by nie wylądował na malutkiej wyspie.
-Prawda. –uśmiechnęłam się i wlepiłam spojrzenie w nasze splecione dłonie i mój pierścionek od Leo na serdecznym palcu, którego już niedługo miała zastąpić obrączka. Od Marco. 
Widząc jednak nasze ręce, na moich ustach znów pojawił się uśmiech. 
Czasem się gubiłam, bo w końcu od naszej wspólnej nocy zaczęliśmy obdarzać się czułymi gestami, pocałunkami, jak prawdziwa para..którą nie byliśmy. A może byliśmy? Czasem już nawet od myślenia o tym zaczynała mnie boleć głowa.

Przez pół godziny oczekiwania przesiedzieliśmy oboje w milczeniu robiąc coś na telefonach. Za pomocą Marco udało mi się znaleźć profile Mario i Ann na Facebooku. Sama postanowiłam zrobić z nim porządek usuwając wszystkich znajomych, którzy i tak nie zasługiwali na to miano, bo były to jedynie czasem spotykane osoby w szkole a na studiach unikałam zwykle ludzi i nie znałam nikogo.
Przy okazji też na wszelki wypadek ustawiłam konto na prywatne tak, by żadne media przypadkiem mnie nie odkryły. Ani fani, którzy tak jak dziś na lotnisku zamieniali się w paparazzi. Podziwiałam za to Marco, że nie dawał się zwariować. Mogło mu naprawdę być ciężko rozgraniczyć życie prywatne od popularności. Jeśli nasz ślub wyda się w mediach na sto procent rozpęta się burza. Kibice będą go oceniali, jego reputacja będzie zniszczona..

-Ty nie możesz wziąć tego ślubu.-wypaliłam na głos. On spojrzał się na mnie marszcząc lekko brwi nie rozumiejąc. –Jeśli dowiedzą się o tym twoi fani, media nie będziesz miał życia. Ludzie ocenią to, uznają za cholernie głupie i nieodpowiedzialne, przykleją ci łatkę..
-Stop. Rose, spokojnie. –przerwał mi z uśmiechem. –Nie musisz się o mnie martwić…
-Ale się martwię! Zależy mi na tobie. –tym razem i ja nie byłam mu dłużna. Może zabrzmiało to dość głupio ale taka właśnie była prawda. Zależało mi na nim. Nikt nie był tak mi bliski jak on. I nie chodziło mi tu o naszą relację w sypialni tylko o tą mentalną. Mogłam mu ufać, liczyć na niego i zawsze mu o wszystkim powiedzieć. W prawdzie to samo mogłam powiedzieć o Mario, jednak mimo tego jak oboje byli dla mnie ważni, każdy miał dla mnie inne znaczenie. Każdego z nich darzyłam dużym uczuciem, lecz każde miało inny rodzaj.

-Ludzie są jacy są. Wiem, że spotkasz się z wieloma raniącymi opiniami. Od razu mówię, że nie pozwolę ci się nigdy nimi przejmować. Taka jest ludzka natura oceniania. Ciekawości, czasem nawet wścibstwa. Prawdziwy fan jednak nie ocenia tego z kim jestem, tylko to kim jestem, jakim jestem piłkarzem, co mogę wnieść dla drużyny, jaki mam kontakt z kibicami i czy robię coś charytatywnie czy nie. Bardziej jest mi miło, kiedy ktoś podejdzie do mnie i pogratuluje dobrego meczu, życzy powrotu do zdrowia a nie mówi, że jestem przystojny i czy za niego wyjdę a raczej nią, chociaż to też różnie bywa.
-To co powiedziałeś jest mądre, ale nad kontaktem z kibicami musisz popracować.
-To znaczy?
-Wtedy w sklepie. Gdybym była twoją fanką nie podeszłabym widząc cię w takim nastroju. Jeszcze bym zarobiła w twarz, albo gorzej. –zaśmiałam się pod nosem co udzieliło się też blondynowi.
-Dokończymy tę rozmowę, tylko musimy wchodzić już na pokład. –powiedział uśmiechając się i kiwnął głową wskazując na stewardessy wchodzące już do tunelu prowadzącego do samolotu. Wzięliśmy nasze bilety i wyjęliśmy dowody, by pokazać je znów pracownicy lotniska i móc wejść na pokład. Maszyna różniła się od poprzedniczek stojących na lotnisku. Była dość mniejsza i smuklejsza. W środku panował bardzo elegancki klimat. Siedzenia ustawione po dwa w dwóch rzędach. Wszystko czyste, zadbane.

-Witamy na pokładzie. Mogą państwo tak naprawdę usiąść gdzie chcą, bo nikt więcej nie leci. –uśmiechnęła się do nas serdecznie stewardessa. Niska, szczuplutka dziewczyna o jasnych, złotych włosach spiętych w precyzyjnego koka, który musiał być spryskany sporą ilością lakieru, nawet najmniejsze pasemko nie wychodziło poza niego.
Podziękowaliśmy jej i przeszliśmy do wyboru miejsc. Zauważyłam, że siedzenia były rozstawione w tak komfortowy sposób, żeby można było dogodnie rozprostować nogi. Wybrałam siedzenia mniej więcej na środku przy dobrze ułożonym oknie, przez które wszystko będzie dobrze widać. Nie musieliśmy chować bagaży podręcznych, bo wszystko zapakowaliśmy do walizek.

Marco puścił mnie na miejsce przy oknie, które z ucieszeniem zajęłam. Stewardessa podeszła do nas po kilku minutach i przedstawiła nam zasady bezpieczeństwa i zachowania w przypadku ewakuacji. Na koniec oznajmiła nam, że mamy dobre warunki pogodowe i odlecimy za kilka minut. Sama podróż miała trwać koło siedemnastu godzin, co w jej mniemaniu było nad wyraz krótkim czasem. Zapowiada się cudownie długa wyprawa..Lecz z takim towarzyszem niezmiernie ciekawa.

-A więc? Dlaczego uważasz, że zarobiłabyś w twarz?-uśmiechnął się i podparł brodę na zaciśniętej pięści wbijając we mnie ciekawskie spojrzenie.
-Bo byłeś zły i pokazywałeś to wszystkim naokoło. Nie uśmiechałeś się do nikogo, a wszystko co robiłeś wyglądało na największą łaskę życia.
-Bo byłem zły. Za to jak się zachowałem w parku, jak cię potraktowałem wcześniej, za to, że cię skrzywdziłem.
-Nie poznałeś nawet mojego głosu. –uśmiechnęłam się słabo.
-Nie myślałem jasno. –odpowiedział i spojrzał się na mnie z czułością. To spojrzenie zupełnie mnie rozbroiło. Objęłam dłońmi jego ramię i położyłam na nim głowę. Żadne z nas nie musiało nic mówić. 
Raptem poczułam coś dziwnego. Wbijającego w fotel.

-Podnosimy się. Zobacz.-powiedział wskazując palcem na okienko. Faktycznie.
-Nie będziesz zły, że zapomniałam ci powiedzieć o tak ważnej rzeczy?-zapytałam chichocząc pod nosem wspominając rozmowę z rana. Marco od razu chwycił aluzję szczerząc swoje bialutkie zęby.
-Nigdy nie latałaś?
-Nie. –westchnęłam czując zatykające się uszy. Szlag by to.
-Uszy? To tylko chwilowe. Daj rękę. –polecił i nawet nie czekał a złapał mnie za dłoń i położył nasze splecione ręce na podłokietniku. Zajęło mnie to do takiego stopnia, że zapomniałam nawet o nabieranej wysokości przez samolot. Dopiero sygnał oznajmujący możliwość odpięcia pasów przywrócił mnie do teraźniejszości.
-Już?
-Tak. –uśmiechnął się i cały czas trzymając moją rękę drugą rozpiął swój pas. Nim się zorientowałam rozpiął też mój.
-Nie chcę nawet znać przyczyny, dlaczego twój oddech przyspieszył.  –zaśmiał się chytrze.
-Nie przyspieszył.
-O tak, przyspieszył. Ale spokojnie, w miejscu publicznym jesteś bezpieczna. To znaczy.. W samolocie jesteś.
-Zboczeniec…
-Marzy mi się plaża.
-Spacery o zachodzie słońca, może nawet zjemy śniadanie trzymając stopy w wodzie.
-Nie o plażę w tym kontekście mi chodzi, kochanie. –uśmiechnął się cwaniacko i położył głowę na moim barku.
-Kochanie?-pomyślałam głośno.
-Yhym. W końcu jesteśmy parą.
-Nie jesteśmy.
-Oczywiście, że jesteśmy.
-Mamy zachowywać się jak para?
-Jak tylko chcemy, dlaczego nie? Z reguły małżeństwa tak się właśnie zachowują. A ja cholernie lubię cię całować. –zupełnie znienacka musnął moje usta i wrócił do poprzedniej pozycji.





-Chcesz ciasteczka?-zapytałam próbując przerwać dość krępującą mnie ciszę. Otworzyłam torebkę i wyjęłam z niej paczkę ciastek Oreo. A może dieta piłkarza na nie nie zezwalała?
-Dzięki, ale dostaniemy kolację za czterdzieści minut, także myślę, że poczekam. Może ty też, bo nie zjesz i będziesz głodna.
-Tak, mamo. –zachichotałam i włożyłam z powrotem paczkę do torebki.
-Po prostu się troszczę. Przynajmniej próbuję.
-Dziękuję. –uśmiechnęłam się i pocałowałam go w policzek. Po prostu musiałam. –Chcesz kupować kolację?
-Już jest wliczona w bilet jak i śniadanie i lunch. I nawet nie pytaj o cenę biletu, bo ci nie odpowiem.
-W porządku. Kiedyś pójdziemy na zakupy i będę testować twoją granicę wytrzymałości.
-Prędzej zamkną galerię i nas wyproszą niż ja ci coś powiem.
-Dlaczego? Jestem obca. A ty tyle dla mnie robisz, chciałeś mi nawet kupić mieszkanie. I nadal chcesz póki nie wyrzucę ci z głowy tego pomysłu… Nie wkupisz się w łaski pieniędzmi. Tu trzeba coś innego.
-Nie jesteś obca. Obcy to ktoś, kogo widziałaś raz, może dwa. Nie rozmawialiście, jedynie minęliście się gdzieś na mieście. Ty jesteś kimś znacznie więcej. Znam cię pod względem cech. Upór, determinacja, uległość, dobro… Dzielimy ze sobą życie, w sumie dopiero zaczniemy to robić. I uwielbiam ciebie w moim łóżku. I chcę cię uwielbiać nie tylko tam. Chcę cię bardziej poznać ale to nie znaczy, że jesteś obca. –uśmiechnął się lekko czerwieniąc na policzkach. Jego oczy jak zwykle cudownie zabłyszczały jak dwa diamenty.
-Chcę ci coś powiedzieć o sobie…ale nie tu. Muszę trochę się uspokoić choćby w tym samolocie.
-Czym się stresujesz?
-Wszystkim. Ślubem, nowym życiem, powrotem do przeszłości, oceną mnie, przyszłością..
-Rose. –przerwał mi pewnym głosem. Podciągnął do góry dzielący nas podłokietnik i przysunął mnie do siebie obejmując mnie ręką w ramionach. –Nie masz co się bać ślubu. Nie będziemy od razu wspaniałym, przykładnym małżeństwem. Będziemy popełniać mnóstwo błędów i na nich się będziemy uczyć. Oboje. Razem. Nie jesteś w tym sama i zawsze możesz się ze wszystkim do mnie zwrócić jako do męża, najbliższej ci osoby, którą chciałbym być. Nie mów, proszę, że będę cię oceniać, bo mnie to boli. Wiem, że mnie nie znasz a jak znasz, to z tej niezbyt dobrej strony.. Nigdy nie będę oceniał twojej przeszłości, niezależnie jak może być beznadziejna. Wiem jaka jesteś teraz, kim jesteś. Nie interesuje mnie nic poza tym, choć chciałbym po prostu cię bardziej poznać, wiedzieć coś o swojej żonie.
-A ja o tobie.
-Dobrze, też coś ci opowiem jak będzie dobra chwila.
-Będzie. –odparłam pewnie.
-Skoro tak mówisz. Nie stresuj się już. –uśmiechnął się i pogładził mnie zewnętrzną częścią dłoni po policzku.


Wzięłam telefon i postanowiłam zrobić zdjęcie widoku z samolotu…czyli samych chmur. Skąd one się nagle wzięły? Może tylko w Dortmundzie było przejrzyste niebo, głupia...
Zawsze to nowe przeżycie. Uwielbiałam robić zdjęcia, a ten telefon miał wyjątkowo świetny aparat. Kiedy już miałam chować telefon blondyn go przejął i odwrócił kamerkę. Objął mnie i przytknął swój policzek do mojego a kiedy oboje się uśmiechnęliśmy zrobił nam zdjęcie.

-Dzięki. Tylko tego już mi brakowało do autografu.
-Marzenia się spełniają. –zaśmiał się i oparł się o zagłówek swojego fotela. Wyjął z kieszeni słuchawki i zaczął bawić się w rozplątywanie kabelków. Odwieczny problem ludzkości.
Kiedy w końcu zwycięsko wyszedł z tej potyczki wpiął do swojego telefonu i wybrał coś ze swojej playlisty.

-Chcesz?-zapytał podając mi jedną słuchawkę. Kiwnęłam głową ciekawa czego słucha. 
Piosenki naprawdę były przeróżne, część w zupełnie innym stylu, którego nie znałam, ale nawet były do polubienia. 
Nim się spostrzegliśmy stewardessa przywiozła nam na specjalnym wózku przygotowane dania. Do nich dostaliśmy ciepłe, zaparzone jaśminowe herbaty. Wysunęliśmy stoliczki i postawiliśmy na nich talerze. Była to ryba, której nie do końca umiałam zidentyfikować przez moje wielkie umiejętności kulinarne. Ale była naprawdę dobrze upieczona, skórka przyjemnie chrupiąca. Do niej podane pureé i sałatka z zieleniny z malutkimi krewetkami skropiona delikatnym dressingiem. Nawet nic nie mówiłam, nie traciłam czasu tylko doszczętnie zajęłam się moim daniem. Jeśli na Karaibach też mają być takie dania to ja tam zostaję! Nawet jeśli miało to znaczyć rozstanie z Reusem.. Chociaż.. Chyba jednak wybrałabym jego.

-O czym myślisz?
-O wymianie ciebie za takie posiłki.
-Jeszcze pomyślę, że jesteś rodziną Mario.
-Nie, ale nazwał mnie siostrą. –uśmiechnęłam się na jego wspomnienie. Marco na początku wydawał się lekko zdumiony, lecz chwilę późnej i na jego usta wkradł się uroczy uśmiech.
-Musiał cię polubić, skoro tak. Smakuje ci?
-Bardzo. Mogę tym się żywić do końca życia. A tobie?
-Nie przepadam za rybami, ale ta jest świetnie przyrządzona, trzeba przyznać. –odpowiedział i nałożył kawałek ryby na swój widelec.
-Jak można nie lubić ryb… Są lepsze niż mięso.
-Wolę mięso ale i tak jem ryby ze względu na zawód. Muszę się dobrze odżywiać. W Breckel, gdzie mamy treningi podają nam posiłki i co jakiś czas mamy właśnie ryby, choć nie takie jak ta tu.
-Jeśli kiedyś zrobię rybę na obiad to ani mi się waż choć mruknąć, że coś ci się nie podoba, okej?-wycelowałam w niego widelcem, na co on przybierając przerażony wyraz twarzy uniósł dłonie w geście kapitulacji.

Z uśmiechami dokończyliśmy nasz posiłek i oddaliśmy puste talerze stewardessie. Ja jeszcze poprosiłam o jeszcze jedną herbatę, zawsze mój żołądek domagał się ciepłego picia po obiedzie, inaczej czasem świrował.

Weszłam ponownie na telefon podłączając się do samolotowej sieci internetu i od razu wyskoczył mi dymek czatu z Facebooka ze zdjęciem André. Nie wiedziałam, czego mogłam się spodziewać po nim, jednak nie chciałam być wobec niego nie w porządku, przecież wiele mu zawdzięczałam a sam był materiałem na naprawdę dobrą znajomość. Koleżeńską oczywiście.


„Rose, dzwoniłem kilka razy ale chyba masz wyłączony telefon. Przepraszam, zawaliłem. Nawet nie widziałem momentu, w którym wyszłaś. Chyba byłem zbyt bardzo spięty naszym pierwszym spotkaniem, zbyt bardzo mi zależało, żeby było perfekcyjnie zapominając przy tym o Tobie. Jest mi wstyd, zwłaszcza, że upiłem się zapominając o całym świecie, poniosłem już konsekwencje w klubie, mam nadzieję, że mi wybaczysz i dasz się zaprosić na jeszcze jedno spotkanie, bardzo mi zależy Rose, chcę się poprawić, nie skreślaj mnie. Proszę, odezwij się.”


Przeczytałam kilka razy napisany przez blondyna tekst. Zrobiło mi się go żal. Zwłaszcza, że miał problemy w Borussii, i to po części przecież przeze mnie.

-Hej, wszystko w porządku? Posmutniałaś…
-Po prostu.. André napisał. Przeprasza i prosi o drugą szansę.
-Powiedz, żeby spadał na drzewo.-burknął pod nosem i wrócił do zajmowania się swoim telefonem
-Nie bądź taki, to twój przyjaciel. Nie zasłużył sobie w niczym, żebyś tak o nim mówił.
-Rose, mam prawo tak mówić. I nikomu nic do tego.
-Właśnie, że nie. Gdybyśmy się nie umówili dalej by było jak zwykle. A powinieneś być na mnie zły, bo to ja z nim tam poszłam.
-Dopiero co rozstaliśmy się a on już wykorzystał szanse!
-Nie, on nawet nie miał pojęcia o naszym układzie! Przestań usprawiedliwiać nim swoją chorą zazdrość. Kiedy tylko będę chciała umówię się z nim raz jeszcze.
-Nie możesz.
-Mogę. Będę twoją żoną a nie niewolnicą. Zastanów się nad sobą, bo widzę, że masz ze sobą jakieś problemy. A teraz idę do łazienki a jak wrócę, masz się naprawdę ogarnąć, bo ten samolot pewnie będzie miał powrotny kurs do Niemiec. –warknęłam i podniosłam się z siedzenia. 
Stanęłam czekając aż Marco przesunie nogi dając mi przejść. Nawet nie chciałam z nim łapać kontaktu wzrokowego, bo możliwe, że bym wtedy przegrała. Odliczyłam w myślach do pięciu i właśnie wtedy jego nogi się przesunęły. W ostatnim momencie zgarnęłam jeszcze mój telefon z mojego fotela, żeby w żadnym wypadku nie przyszło mu do głowy jeszcze odpisywać mu w moim imieniu. W tym momencie nie umiałam nic przeczuć do czego mógłby się posunąć. Byłam wściekła jego zachowaniem i nagłą zmianą nastawienia. A już w ogóle nie pozwolę rządzić sobą. I nie zamierzałam go przepraszać za to, co powiedziałam, bo może zbyt ostro. To po prostu było szczere. Przeszłam pewnie przez cały pokład na sam koniec do toalet.

Kiedy myłam ręce spojrzałam na wystający telefon z kieszeni mojej jeansowej spódniczki. Z westchnieniem wytarłam dłonie w papierowy ręcznik, który wyrzuciłam do małego śmietniczka i wyjęłam telefon. Otworzyłam wiadomość od André i spróbowałam coś napisać.


„Hej, nie mogłam odbierać, bo jestem w samolocie. Mam nadzieję, że będzie wszystko w porządku z twoją karierą. Nie gniewam się…no, trochę się gniewam ale mi przejdzie, jesteś w końcu moim przyjacielem:). Kiedy wrócę na pewno umówimy się na kawę!”


Przeczytałam napisaną wiadomość raz jeszcze. Może nie była zbyt górnolotna lecz jak na teraz w sam raz. Miałam wkładać właśnie telefon do kieszonki kiedy usłyszałam pukanie do drzwi. Nie wiedziałam co się dzieje, może stewardessa?
Przekręciłam zamek i ledwo co otworzyłam drzwi a zostałam wepchnięta głębiej do łazienki. 
Marco. 
Zamknął za sobą drzwi i przyparł mnie do ściany napierając śmiało na moje usta. Byłam oszołomiona. Po kilkunastu chwilach zaczęłam oddawać coraz bardziej śmiałe pocałunki. Jego dłonie pewnie i mocno ścisnęły moje pośladki. Podziałało to na mnie lekko trzeźwiąco. Na tyle, że potrafiłam choć na chwilę oderwać się od jego ust.

-Chcesz coś powiedzieć?
-Tak. –westchnął i raz jeszcze natarł na moje usta. Pociągnął wolno moją dolną wargę zębami, a dłoń położył na mojej szyi. –Że jestem zazdrosny. Nie jako kobietę mojego życia ale jako osobę, z którą będę je dzielił, jako kochankę. I nie pozwolę ci spotykać się z innymi mężczyznami. –powiedział i znów mnie pocałował nie dając mi dość do słowa.  –I jestem beznadziejnie beznadziejny.
-Nie pozwolę sobie na takie traktowanie. Niezależnie jak bardzo jesteś beznadziejny. Nie pozwolę ci takim być. Żądam szacunku i…Przestań. –upomniałam go, kiedy zaczął składać mokre pocałunki na mojej szyi i opuszczać rękaw t-shirtu.  –Słuchaj mnie.
-Pragnę cię.
-Przestań. Przestań patrzeć na mnie jak na zabawkę do łóżka, kobietę, z którą sobie możesz robić co chcesz. Przestań mnie całować i patrzeć na mnie takim wzrokiem, kiedy wszystko idzie źle!-powiedziałam odpychając go od siebie. On wychodząc z obłędu przeczesał nerwowo włosy i spojrzał na mnie.
-Nie jesteś zabawką. Seks traktuję na poważnie. Szanuję cię. Wzrok? Nie poradzę, że robisz ze mną coś, czego w ogóle nie pojmuję. I patrzę tak na ciebie, bo jesteś piękna. Twoja osobowość i ciało, uroda łączą się w idealne piękno. –wyznał z czułością, która poruszyła moje serce.
-Żaden pieprzony mężczyzna…-powiedziałam ciężko czując zbierające mi się łzy w oczach. W tym momencie mojego nastroju, a bardziej jego wahań nie dało się opisać –Nigdy mi tego...że jestem piękna.. Lubię siebie, naprawdę, ale nie uważam się za piękną, ładną co najwyżej. A ty to mówisz takim tonem jakby to była największa oczywistość świata!
-Bo tak jest. I tak jak ty chcesz sprawić, że ja nie będę beznadziejny tak ja zrobię wszystko, żebyś poczuła się piękną damą.
-Spotkam się z André. Już mu to obiecałam. Pójdziemy na kawę. A ty nie masz prawa mi tego zabronić. Podkreśliłam, że jest moim przyjacielem. Będę wtedy już twoją żoną. A ja ci mówiłam. Nie toleruję zdrady. Masz mi ufać. To wiele ale tego wymagam. Nie chcę, żebyś mnie na siłę kochał. Ale na siłę masz ufać.
-W porządku.-kiwnął głową i przyciągnął mnie do siebie, bym mogła zatopić się w czułym uścisku. –Może dokończymy..
-Nie zabezpieczam się, powtarzam. Poza tym, nie powinno się tego robić przed ślubem.
-Nie masz welonu, więc nie będziesz kłamać.
-Ale uznaję zwyczaj. Nastawiłam się już poza tym na plażę. My, nadzy, otuleni światłem księżyca, przy szumie fal…
-Wystarczy, Rose. –odsunął się ode mnie i spojrzał prosto w oczy. –Bo zaraz pretekst braku zabezpieczenia nie będzie się liczył. Chodźmy już. Zamknięte, małe pomieszczenia… -westchnął rozglądając się po łazience.

Otworzył nam drzwi i jak gdyby nigdy nic wyszliśmy oboje z damskiej toalety. Kiedy szliśmy między siedzeniami stewardessa spojrzała się na nas znacząco uśmiechając się lekko pod nosem.

-Szkoda, że to o czym myśli się nie spełniło. Ale naprawdę narobiłaś mi ochotę na plażę, więc możesz być spokojna. –szepnął mi do ucha i przepuścił, gdy stanęliśmy koło naszych siedzeń.
Siadając od razu spojrzałam się na widok za okienkiem. Cały czas lecieliśmy nad jakimiś państwami. Może to już Francja? A może Hiszpania. Zupełnie straciłam poczucie czasu odkąd wsiadłam do samolotu. Zapatrzyłam się na widok zupełnie odcinając od rzeczywistości.

-Żelka?-uśmiechnął się Marco podsuwając mi pod nos paczkę żelek-misiów.
-A mogę kilka?
-Ile chcesz. –odpowiedział patrząc na mnie z czułością. Akurat dostał powiadomienie na telefonie, że oddał mi na chwilę całą paczkę. Może naprawdę miałam coś z żarłocznego Mario.
-Ej, czekaj.. co.. –zmarszczył brwi zaglądając do paczki żelek. –Gdzie są czerwone i białe?
-Pozwoliłeś mi się poczęstować…
-Bez przesady! Co ja mam jeść?
-Ymm..Zielone i żółte?-uśmiechnęłam się wachlując przy tym rzęsami i włożyłam kilka żelek do buzi.
-Nie żartuj sobie. Oddawaj. –pokręcił z rezygnacją głową i zabrał z mojej dłoni mniejszą część.
-Kto daje i odbiera… -nie dokończyłam, bo do moich ust została wpakowana garść zielonych miśków.
-Smacznego. –uśmiechnął się zadowolony z siebie i wybrał sobie trzy spośród tych, które mi zabrał.
Kiedy już obojgu nas zmuliło od słodkiego sięgnęliśmy po nasze butelki z wodą. Marco zaczął opowiadać mi o jego ostatnich wakacjach na Ibizie, na których był z dwoma przyjaciółmi –Marcelem i Robinem, których obiecał mi przedstawić. Z tego to co się dowiedziałam, Scarlett nie mogła mu towarzyszyć, że względu na nową kampanię z siecią odzieży jeździeckiej. Nie opisał zbyt szczegółowo na szczęście fragmentu, gdy dołączyła do nich na dwa dni. Jakoś była ostatnią osobą, o której chciałabym słuchać. Zauważyłam wiele sprzeczności w nim. Był bardzo towarzyski, lubił ludzi jednak ja? Z początku nie miał zaufania do mnie, traktował chłodno… A raptem się zmienił. Już wiedziałam, że jeszcze przed ślubem czeka nas naprawdę długa rozmowa. I nie pozwolę mu znów nade mną przeważać, nie pozwolę znów na manipulację z jego strony.

-Marco. Nie chcę, żebyś mnie traktował jak na początku. Jeśli taka sytuacja się zdarzy… Dla mnie to oznacza koniec. Nie dam sobą pomiatać, ani nie będę robić wszystkiego czego będziesz chciał, ani…
-Wiem, Rose. Przykro mi za tamtą sytuację. Miałem ciężki czas w życiu.
-Nie obchodzi mnie to. Choćby się waliło i paliło żądam szacunku, który mi się należy.
-Dobrze. Jeśli chcesz możemy się przespać kilka godzin. Są tu koce, jeśli chcesz się przykryć.
-Jakiś cienki jeśli jest. Bez koca nie zasnę.
-W porządku. –podniósł się z miejsca i otworzył luk nad nami Wyjął z niego dwa koce i jakąś płaską poduszeczkę pod głowę. Ja w tym czasie rozłożyłam swój fotel na najbardziej leżąco jak mogłam. Na całe szczęście nikt za nami nie siedział, więc mieliśmy tę komfort i swobodę, że mogliśmy wygodnie się zdrzemnąć.
-Dzięki-powiedziałam odbierając od niego pled. Podłożyłam sobie też poduszeczkę pod głowę i przykryłam się po same ramiona.  –Dobranoc. –powiedziałam odwracając się w wygodną pozycję na bok, tyłem do niego. O uszy obiło mi się ciche odburknięcie. Ewidentnie miał okres.





***



 
-Rose, obudź się. –usłyszałam jego głos przy moim uchu. Potarł delikatnie dłonią moje odsłonięte ramię.
 -Co się dzieje? Lądujemy?-zapytałam ziewając i nieprzytomnie zaczęłam rozglądać się dookoła siebie.
-Za dwie godziny. Zaraz podadzą nam śniadanie. Jeśli chcesz możesz iść jeszcze do łazienki.
-W porządku. –podniosłam oparcie fotela na bardziej pionowe i przetarłam oczy. 
Dopiero później, kiedy poczułam lekkie pieczenie przypomniało mi się, że miałam je pomalowane tuszem do rzęs. Wzięłam z torebki paczkę chusteczek i skierowałam się w stronę samolotowej łazienki.
Na ile to możliwe umyłam się za pomocą kranu z wodą i chusteczek higienicznych, i zmyłam też zatarty tusz, z którym najdłużej walczyłam, bo jeszcze mocniej się rozmazał.

Gdy wróciłam na miejsce parujące śniadanie właśnie zostało postawione na nasze stoliki. Przecisnęłam się między nogami Marco a otwartym stoliczkiem. Nie ominął mojej uwadze wzrok Marco skupiający się na moim tyłku. 
Tylko o jednym. 
Pokręciłam głową i zajęłam swoje miejsce. Wzięłam sztućce i zaczęłam jeść śniadanie. Jajecznica na mleku z pieczarkami, boczkiem i szczypiorkiem i chleb z twarogiem. Jajecznica przypominała tę, którą przygotował dla mnie piłkarz po naszej pierwszej nocy. Nie komentowałam tego jednak chcąc jak najszybciej już wylądować i poczuć grunt pod stopami. Jak na pierwszy lot samolotem ten zdecydowanie był zbyt długi. Choć skoro zajmuje tyle godzin to też sporo musiałam przespać.

Kiedy stewardessa odebrała od nas naczynia skupiliśmy się na widokach za oknem. Były niesamowite, pełno małych wysepek i jedna większa w kształcie banana.
Niedługo potem usłyszeliśmy jej głos przez interkom, że za kilka minut będziemy podchodzić do lądowania i wymagane jest zapięcie pasów. Ucieszyłam się, miałam dość tak długiego lotu. Uczyniłam tak jak poleciła. Spojrzałam przez okienko na to, co pod nami i zupełnie odjęło mi mowę. Właśnie zmierzaliśmy ku największej z wysp, na której odznaczało się pełno zieleni i kolorowych dachów budynków. Zrobiłam szybko serię zdjęć, nim samolot zaczął manewrować.

-Jesteś jakaś cicha.
-Zmęczona podróżą. –odpowiedziałam nie chcąc wszczynać dłuższej i niepotrzebnej dyskusji. Chyba przechodziłam jakiś wewnętrzny kryzys, załamanie i wątpliwości w to wszystko, to, co chcę zrobić i czy nadal naprawdę tego chcę. Moje uczucia chwiały się i były zmienne z godziny na godzinę. Z jednej strony nie umiałam sobie wyobrazić codzienności spędzanej z nim, a z drugiej bez niego.
Inną sprawą było to…właśnie. To coś między nami. Nie umiałam tego nazwać. Ale nie podobało mi się to. Potrzebowałam określonych warunków, granic. Potrzebowałam po prostu poczucia przynależności, stabilizacji i bezpieczeństwa. A co by było, gdyby któreś z nas spotkało nagle choćby na ulicy miłość swojego życia? A gdybyśmy się zakochali w sobie?
Tak wiele pytań bez odpowiedzi chodziło po mojej głowie i uporczywie nie chciało mi dać spokoju. Bałam się. Bałam się rozmowy z nim. Wiedziałam, że coś we mnie się zmieniło. Jakaś cząstka mnie umarła, przepadła na zawsze. W przeciągu kilku dni we mnie zaszła cała rewolucja.
Bycie świadkiem śmierci najważniejszej osoby w życiu, rozsypanie się wszystkich planów i poznanie najbardziej ciężkiego i intensywnego mężczyzny na świecie, którego jednocześnie chciałam wyrzucić i wykreślić ze swojego życia a jednocześnie być przy nim i nie pozwolić mu się oddalić, bo jakaś siła, której nawet nie umiałam nazwać mi na to nie pozwalała. I nie był to tylko pociąg fizyczny. To było coś więcej. I wiedziałam, że on też to czuł nie pozwalając mi odejść, zapraszając mnie wtedy do parku. A przerwa, którą było mieszkanie u Ann i Mario jeszcze bardziej namieszała mi w głowie. No pięknie. Zanim wszystko zdążę przemyśleć będę już mężatką i będzie zbyt późno na zmianę decyzji.
A najbardziej zastanawiało mnie wypowiedziane przez niego zdanie. „Nie pozwolę już ci się wycofać”. Jemu naprawdę na tym zależało. Do cholery kupił specjalnie dla nas drogą wycieczkę na Karaiby a ja myślę o ewentualnej ucieczce.

-Musimy porozmawiać.-szepnęłam spoglądając niepewnie w jego oczy...








~~~

11 stron Worda o tym, jak dwoje ludzi leci samolotem... Ten rozdział to jakiś żart😂Tym bardziej mi głupio Wam coś takiego wstawiać, jak doprowadziłyście mnie do łez komentarzami pod ostatnim rozdziałem.. Naprawdę dziękuję z całego serca 💗 Zawsze chcę napisać dla Was jak najlepiej, jednak czasem wychodzi to bardzo niesprzyjająco i nieudolnie...
Stanę na rzęsach, żeby 12 była mniej przynudzająca! ...Kto się stęsknił za Scarlett? 😇
Wspaniałej soboty!
Ściskam! xx