sobota, 2 grudnia 2017

Trzydzieści jeden



Z Berlina wyjechaliśmy już następnego dnia wieczorem. Upierałam się, żeby wyjechać wcześnie, jednak Marco wiedział swoje, on chciał mi pokazać Berlin. Bałam się nocnej jazdy, nigdy to nie było dobrze widać drogi, przypuszczałam, że do tego blondyn będzie jeszcze zmęczony. Ale z nim czasem nie można było wygrać. Nie znaczyło nie, i tyle.
Nie można było jednak zaprzeczyć, Marco był wspaniałym przewodnikiem. Pokazał mi najpiękniejsze miejsca, popłynęliśmy też na wyspę muzeów, gdzie odwiedziliśmy, zdaniem Marco, dwa najciekawsze. Na mieście zjedliśmy obiad w jednej z licznych restauracji na starówce. Przez to, że usiedliśmy na zewnątrz, zatrzymywali się co jakiś czas kibice i prosili Marco o zdjęcie. Nie wszyscy jednak do niego podchodzili. Siedział tyłem do ulicy, więc tylko ja widziałam, że ludzie się zatrzymują, mówią coś między sobą i robią zdjęcie. Kiedy mu o tym powiedziałam tylko machnął niedbale ręką, był przyzwyczajony do takich rzeczy i nie zwracał na to uwagi. Nawet wolał te zdjęcia z za pleców, bo nie musiał przerywać jedzenia. Coś w tym było. Byłam strasznie zaskoczona, kiedy także mnie poproszono o wspólne zdjęcie. Marco jedynie zaśmiał się pod nosem, widząc moje zakłopotanie. 

Po powrocie do hotelu spakowaliśmy swoje walizki i wymeldowaliśmy się na recepcji. Wrzuciliśmy walizki do bagażnika jego białego, terenowego samochodu i ruszyliśmy w drogę. Wyjeżdżając z miasta kupiliśmy jeszcze dwie, duże, aromatyczne kawy. Dla mnie z dodatkiem karmelu, miałam wzmocnioną potrzebę na słodkie rzeczy. Włączyłam radio i usiadłam wygodnie na miękkim siedzeniu, obserwując mijające drzewa i znikające pasy na ulicy.

Po ponad dwóch godzinach drogi, około godziny dwudziestej drugiej, kiedy już się ściemniło, zjechaliśmy z autostrady. Marco telefon się wyładował, a mój przestał łapać zasięg. Mój mąż jednak był pewien, że jedzie dobrze i wcale nie potrzebował żadnych map. Jechaliśmy praktycznie przez las. I o ile droga była cywilizowana, to po obu stronach znajdywały się ściany lasu. 

-Kochanie, wiem, że siedziałam całą drogę w telefonie ale.. Tej drogi sobie nie przypominam.
-Zjechałem za wcześnie, ale to skrót. 

Nic nie odpowiedziałam. Jeśli to była jego męska duma to nie miałam co dyskutować. Gdybyśmy się zgubili to i tak pewnie by tego nie przyznał. Hoho, przecież był fantastycznym, świeżo upieczonym kierowcą z wieloletnią praktyką!
Zaczęło padać, powoli niewielkie krople spadały na przednią szybę. Wycieraczki co chwila je ścierały, jednak na próżno. Deszcz przybrał na intensywności, krople były coraz większe. 

-Wyłączyłeś kilmę?-zapytałam czując lekki chłód na dłoniach.
-Nie, ale coś chłodno, prawda?-mruknął pod nosem i spojrzał na swój panel sterujący. Przełączał coś jeszcze, starą najlepszą metodą wyłącz i włącz. –Leci coś u ciebie?
Przyłożyłam dłoń do kratki wentylacyjnej.
-Nic. Lekki chłód..
-Cholera, klimatyzacja padła.
-Twój tata pewnie to szybko ogarnie jak dotrzemy na miejsce.
-Sam to powinienem ogarnąć. Jak znajdzie się jakieś ubocze to zobaczę. 

Oczywiście. Mówiłam już coś o męskiej dumie?
Przejechaliśmy kolejny kilometr, a Marco znalazł jakiś kolejny problem w samochodzie. Oh, naprawdę? Udało nam się zjechać koło jakiejś wysepki. Las zaczął się trochę przerzedzać, jednak i to nie sprawiło, że odzyskałam sygnał w telefonie. Deszcz lekko się uspokoił, więc Marco zdecydował się zajrzeć pod maskę samochodu i zlokalizować usterkę. Kilka minut moknął próbując się czegoś doszukać, jednak poddał się zamykając klapę z hukiem i wsiadł z powrotem do środka.

-Trudno, jedziemy póki działa. –westchnął i przekręcił kluczyki w stacyjce.. I nic. Przekręcił raz jeszcze, po czym przeklął, uderzając ze złością dłońmi w kierownicę.
-Spokojnie, może za szybko to robisz.
-Robię to jak zwykle, Rose.
-Spróbuj jeszcze raz.

Posłuchał mnie i przekręcił raz jeszcze kluczyk, tym razem trochę wolniej. Silnik trochę nienaturalnie zawarczał, a potem ucichł.

-No to nie pojedziemy.-westchnął, ściskając dłonie w pięści.
-Rano jak przestanie padać wezwiemy pomoc, siedzenia można rozłożyć, prześpimy się tu, nie będzie aż tak źle.
-Zamarzniemy tu Rose. –stwierdził przeczesując włosy. Zawsze tak robił, kiedy się zastanawiał albo denerwował.
-Mamy w walizkach polary.
-Weźmiemy te polary i pobiegniemy wzdłuż drogi, las się przejaśnia, może ktoś tu będzie miał jakiś dom. 
-Pada deszcz.
-Mamy bluzy z kapturami. Jeśli potem dostaniemy ciepłe herbaty to ja bym zaryzykował.
-To poczekaj, zmienię buty na adidasy i wygrzebię z walizek nasze bluzy.
-W porządku. Pójdę po nie.
-Nie, siedź, nie będziesz na deszcz wychodził. Poradzę sobie. 

Przegramoliłam się z przedniego siedzenia na tylne i otworzyłam nakładkę na bagażnik. W walizkach zaczęłam niezdarnie przerzucać wszystkie ubrania z wierzchu, by dostać się na sam spód, gdzie były buty i nasze bluzy.
Wzięłam trzy, nie wiedziałam w sumie po co, ale z drugiej strony, nie wiedziałam jak długo będziemy iść. Na tylnych kanapach samochodu zdjęłam buty i podałam Marco jego bluzę. Założyliśmy na siebie cieplejsze ubrania i wyszliśmy na zewnątrz. Wcisnęłam wszystkie włosy w kaptur i zasunęłam go najbardziej na czoło. Marco zabrał jeszcze z bagażnika znak awarii i ustawił go w odpowiedniej odległości od bagażnika.

-Wezmę jeszcze inną torebkę, spakuję chociaż wodę, cokolwiek.. –westchnęłam i zaczęłam patrzeć na rzeczy w walizkach. Klapa bagażnika chroniła nas przed deszczem, co było znacznym udogodnieniem.

-Weź moją ładowarkę. Podłączę od razu telefon do prądu. –powiedział, podtrzymując wierzch walizki, żeby się nie zamykało.
-Mam. A potrzymasz jeszcze to, czy należysz do facetów, którzy się boją takich rzeczy?-zaśmiałam się wyjmując z pudełeczka kilka tamponów na wszelki wypadek. Marco widząc je skrzywił się z wyraźną przesadą i wystawił niepewnie rękę. –Spokojnie, zaraz te straszne rzeczy od ciebie zabiorę.
-Wcale się nie boję. Tylko.. To wywołuje niepokój.
-Tak tak. –roześmiałam się wkładając portfel do większej torebki i wyzwoliłam go z trzymania tych okrutnych rzeczy.
-Chyba wszystko mamy.
-No to biegniemy.
-Ja idę a ty biegniesz dopóki nie zobaczysz pierwszego domu. Dojdę po tobie. –powiedziałam. Nie chciałam psuć jego planów, ale nie byłam w stanie.
-Wiesz przecież, że nigdy nie pozwoliłbym ci po mnie dochodzić.
-Marco!
-No co. Zawsze się o ciebie troszczę. Pójdziemy teraz razem, później cię poniosę.
-W porządku. –uśmiechnęłam się, przewracając oczami. Zawsze musiał mieć jakieś aluzje.
Droga dłużyła mi się niemiłosiernie. Szłam najszybciej jak mogłam, Marco rozglądał się dookoła szukając jakiegoś domu. Deszcz lekko ustał, jednak z oddali słyszeliśmy grzmoty. I czas pomiędzy ich uderzeniami był coraz krótszy, co znaczyło, że deszcz dopiero może się zacząć. Blondyn też szukał zasięgu w moim telefonie jednak już zupełnie na marne. Las zamienił się na pole. Moje nogi powoli już odpadały, a deszcz przybierał na sile. 

-Jeśli zaraz nie znajdziemy jakiegoś schronienia, to..
-Jest!-przerwał mi Marco wskazując palcem na niewielką chatę, obok której stała najprawdopodobniej stajnia. Od razu na moich ustach pojawił się uśmiech. Jakbym dostała nowych sił ruszyłam, wyprzedzając przy tym Marco.
Furtka była otwarta. Nie było przy niej dzwonka, więc pozwoliliśmy sobie wejść, zwłaszcza, że w środku paliło się światło.
Zapukałam w stare drzwi, z których prawie już odpadała stara, mosiężna kołatka przypominająca podkowę. Po drogiej stronie usłyszeliśmy ciche rozmowy i szuranie. Chwilę później zaczął szczekać pies. 

-Kto tam?-odezwał się głos za drzwi. Wskazywał na kobietę w starszym wieku. Zaczęłam pocierać ramiona, bluza, którą miałam na sobie kompletnie przemokła, sprawiając, że było mi jeszcze zimniej.
-Dobry wieczór. –zaczął głośniej Marco, żeby kobieta stojąca po drugiej stronie wszystko dobrze usłyszała. –Zepsuł nam się samochód kilka kilometrów stąd, nie mamy jak zadzwonić, potrzebowalibyśmy noclegu. Oczywiście zapłacimy.-dodał, jakby to miało pomóc w podjęciu decyzji staruszce. Może pomogło, bo chwilę później drzwi się lekko uchyliły a w nich pokazała się niska postać starszej kobiety o siwych włosach, spiętych w elegancki koczek. Miała na sobie długi szlafrok i stare, męskie, brązowe kapcie. 

-Dobry wieczór..-zaczęła, jednak przerwał jej na około pięćdziesięcioletnia kobieta.
-Mamo, pójdź do taty, ja zaraz wrócę. –powiedziała odprawiając staruszkę. Ta na nas spojrzała uśmiechając się i ruszyła wolno do środka domu, szurając głośno kapciami.
-Dobry wieczór..-przywitałam się z nową rozmówczynią.
-Dobry wieczór. Z chęcią byśmy państwu pomogli, jednak ta chałupa ma tylko jedną sypialnię, w której teraz jest mój chory ojciec, w salonie jest kanapa, na której śpię z moją starą matką.. Choćbyśmy chciały..
-A jakiś dom w pobliżu?-zapytał Marco, wzdychając z rezygnacją. Cudownie.
-W promieniu dziesięciu kilometrów nie. –powiedziała wzruszając ramionami. Podskoczyłam przerażona, kiedy koło nas rozległ się straszny huk grzmotów. –Oj, niedobrze. –westchnęła i zaczęła się rozglądać z zakłopotaniem. –Wiem, że to może nie jest najlepsza opcja, ale za to sucha… W stajni jest duża hałda siana. Gdybyście sobie na nią położyli prześcieradło, owinęli się kocami? Wiem, że to nie są luksusy ale tylko tak możemy pomóc.
Spojrzeliśmy na siebie z lekkim rozbawieniem, bo żadne z nas nie przypuszczało, że przyjdzie nam nocować na sianie wśród koni. 

-W takim razie chętnie skorzystamy z oferty. –powiedziałam, spoglądając na Marco.
-Poczekajcie, dam wam zaraz koce, naleję do termosu herbaty, pewnie zmarzliście.
-Bardzo dziękujemy.-odpowiedziałam życzliwej kobiecie. Zamknęła za sobą drzwi pozostawiając nas na zewnątrz. 

Spojrzeliśmy po sobie i w jednym momencie roześmialiśmy się głośno.
-Wiesz, zawsze mogliśmy spać w samochodzie.
-Będzie fajnie. W stajni jeszcze nie spaliśmy. Kolejne wyzwania przed nami!-uśmiechnął się szeroko Marco i objął mnie mocno, pocierając ręką o plecy, żeby było mi trochę cieplej. 

Kilka chwil później kobieta wyszła z kocami w rękach, które przekazała Marco, mnie dostał się stary, metalowy termos z nakręcanym kubeczkiem. Nie czułam gorąca, ale nie mogłam się doczekać już, kiedy go odkręcę i ogrzeje mnie para. Kobieta otworzyła duży parasol, który ochronił i ją i mnie przed deszczem. Marco niestety nie załapał się na miejsce, miał za to swój kaptur, jednak przemoczony kaptur. Będziemy musieli zdjąć mokre rzeczy, obyśmy jednak nie wpadli z deszczu pod rynnę i nie zmarzli kompletnie. 

Przeszliśmy przez zamoknięte podwórze. Miałam już tę świadomość, że będę miała buty do solidnego mycia. Oby się wyczyściły, bo były przepiękne i nie były noszone zbyt wiele razy.
Nie zostaliśmy wprowadzeni do środka, naszej wybawicielce się bardzo spieszyło do chorego ojca. Zostaliśmy uprzedzeni, że zwierzaki mogą się bać burzy i trochę hałasować, jednak były zabezpieczone w swoich boksach, przez co nic nam nie groziło. No tak, do samochodu już było za daleko. 

-No to..-zaczęłam, przekraczając próg stajni… I myśląc, że znajdzie się tu kilka koni na krzyż myliłam się. Owszem, były konie, dwa. Były też dwie krowy i pełno owiec.
-Co tu tak śmie..-powiedział wchodząc za mną Marco. Odwróciłam się do niego i spojrzałam z przerażeniem w jego oczy. Zaraz kiedy omiótł spojrzeniem całe nasze schronienie spojrzał na mnie i roześmiał się głośno.

-Nie wierzę.. –westchnęłam i przekręciłam przełącznik w nadziei, że zapali się światło i po zamknięciu drzwi nie będzie kompletnej ciemnicy. Cóż, nadzieja matką głupich. Po chwili ruszyłam na przód, oświetlając ekranem telefonu asfaltową dróżkę pomiędzy boksami dla zwierząt. Na samym końcu znaleźliśmy kanciapę, o której wspominała kobieta. Znajdował się tam stolik, na którym stało puste wiadro. Na ścianie przyczepione zostały wszelkiego rodzaju grabie, szufle i łopaty. W rogu naprzeciwko usypany został stosik siana, na którym mieliśmy położyć prześcieradło i sobie spokojnie spać. No pewnie. Marco, który wszedł zaraz za mną rozejrzał się z rozbawieniem i ułożył wszystkie koce na biurku. Po chwili zaczął śpiewać.
-Mizerna cicha, stajenka licha…
-Oj cicho. –roześmiałam się, spoglądając na niego. Właśnie pierwszy raz usłyszałam, kiedy śpiewał. Ładnie śpiewał. Odłożyłam termos, który trzymałam w ręku na biurko i wzięłam wielkie prześcieradło, które powinno jakoś ochronić nas przed kłującym sianem.  –Mam nadzieję, że tu nie będzie żadnych kleszczy, czy innych gryzących…Ugh.. Aż boję się pomyśleć.
-Oby nie. Najwyżej w domu cię dokładnie przelecę…wzrokiem.
-Dajcie mi siłę. Czemu ty to robisz?!
-Ale co? –wzruszył ramionami i poprawił prześcieradło. Położył u góry jedną poduszkę, a na to wszystko ułożył trzy grubsze koce.
-Dobrze wiesz co.
-Wysłałaś mnie na przymusowy urlop, czuję się stratny, i to dobre kilka dni.
-Wytłumaczyć ci pojęcie żona raz jeszcze?
-A tobie pojęcie pociągająca, seksowna fantastyczna w łóżku żona?
-Nie bierz mnie pod włos. –powiedziałam używając jego własnych słów z randki, kiedy posadził mnie na swoim czarnym Astonie Martinie. Tęskniłam za tamtym samochodem. Miałam do niego spory sentyment.
-Nie ważne jak, ważne z kim i czy w ogóle.
-Koniec! Idę pić herbatę. Jak chcesz też, to się uspokój. –oznajmiłam ze śmiechem, karcąc go niczym dziecko. Bo naprawdę, czasem tak się zachowywał.
Odkręciłam termos i nalałam z niego trochę parującej herbaty do metalowego kubeczka. Przysunęłam go do policzka, żeby móc poczuć choć odrobinę ciepła. Upiłam maleńki łyk, który wręcz poparzył mój język i przełyk. Nigdy nie sprawdzałam, czy herbata jest zdatna do picia. To była moja nauczka.
-Lepiej zdjąć bluzę, jest cała morka, będzie ci kompletnie zimno. –powiedział ignorując moją niezdarność. Przesunął moje ręce i rozpiął zamek błyskawiczny. Powoli zsunął ją z moich barków i pomógł mi wyciągnąć z niej ręce. Zawiesił ją na rączce grabi i zaczął zdejmować także swoją. –Że też sama nigdy nie chcesz się rozbierać. Zawsze ja muszę.
-Czy chcesz jeszcze na coś ponarzekać, kochanie? –zaśmiałam się –Oczekujesz striptizów?
-Ty to powiedziałaś.
-A ty jak mniemam, pomyślałeś.
-Dobrze mniemasz. –roześmiał się i podszedł do mnie otulić ramionami. Delikatnie zaczęłam dmuchać na herbatę, chcąc choć odrobinkę ją wystudzić.
-Nadal gorąca. –westchnęłam kładąc głowę na jego braku.
-Zawsze będziesz gorąca.
-Co ci się stało?! Kim jesteś i co zrobiłeś z moim mężem?
Marco miał czasami dni, kiedy wyjątkowo wnerwiał. Trafił niestety jeszcze na moje dni, kiedy to mnie wszystko wnerwiało. Zamknięci w tak małym pomieszczeniu… To było niebezpieczne.
Kiedy już wypiłam herbatę, nalał sobie też Marco. Stwierdziłam, że zdejmę przemoczone i ubłocone buty. Też zdjęłam bluzę, którą zawiązałam sobie przy samochodzie na biodrach. Była jego, więc stwierdziłam, że powinien był ją założyć. Zwłaszcza, że ja miałam jeszcze na bluzce sweterek, a on jedynie podkoszulek i cienką koszulę w kratę. Kiedy na chwilę odstawił kubek, rzuciłam nią do niego po ciemku, jednak bez problemów ją złapał. Założył ją i zapiął pod samą brodę.

-Zostalibyśmy w samochodzie.. Suchym, pachnącym. Ale nie. Ty wolałeś iść na deszcz, żeby znaleźć stodołę pełną śmierdzących zwierząt. Super!
-Też się na to zgodziłaś. To był los. Skąd mogłem wiedzieć, że trafimy tu? Poza tym, mamy koce i herbatę. W samochodzie byśmy marzli. –oznajmił spokojnie i zsunął równie zabłocone buty z nóg. Odstawił termos koło naszego tymczasowego łóżka i usiadł koło mnie.
-O, bo na pewno tu jest mi ciepło. –westchnęłam pod nosem i zaczęłam powoli się kłaść. Było całkiem wygodnie.

Marco westchnął pod nosem i zdjął swoją bluzę. Podłożył swoją dłoń pod moje plecy i pomógł mi wstać. Potem sprawnie nałożył swoją wielką bluzę na mnie i podwinął mi za długie rękawy.
-Teraz ci będzie ciepło. –powiedział i musnął mnie delikatnie ustami w czoło. 
Na zewnątrz rozległ się przerażający huk. Ciarki przeszły mi przez całe ciało i od razu wtuliłam się niczym małpka w Marco.

-To tylko burza, maleństwo. –zaśmiał się pod nosem i zaczął powoli rozmasowywać moje plecy, obejmując mnie mocno. W tych całych ciemnościach widziałam jedynie zarys jego sylwetki, ale sam zapach, dotyk, jego obecność tu dodawała mi  odrobiny odwagi. Pewnie gdybym tu była sama, umarłabym na zawał. Leo zawsze mnie chronił, przez co sama czułam się odważna. Byłam pewna siebie, nie znałam strachu. A przy Marco? Byłam niedoskonała, bałam się. O siebie, o niego, o nas. Źródłem samego szczęścia i odwagi był on. To przy nim byłam szczęśliwa. Gdybym była sama pewnie bym tęskniła.. Nie umiałabym znaleźć tej radości.. Jednak czas, w którym powinnam była ją znaleźć nadchodził, powoli, nie ustępował, nie zatrzymywał się ani na chwilę. Z dwunastu miesięcy praktycznie zaraz zostanie dziesięć. Potem dziewięć, pięć, dwa, potem sam tydzień, jeden dzień, godzina.. I wszystko tak nagle miało się skończyć. Taki koniec świata. Nikt nie zna daty i godziny końca świata. Mój świat miał się zakończyć piętnastego sierpnia przyszłego roku. W południe. 

-Przytul mnie. Tak, żeby świat się nigdy nie skończył.
-Kochanie… Nie bój się. –szepnął i położył się, robiąc tym samym miejsce dla mnie. –Przecież wszystko jest w porządku. To tylko burza, żadnego końca świata jeszcze nie ma.
-Jeszcze. –westchnęłam smutno i ponownie się do niego przytuliłam. Był już zmarznięty. Narył nas wszystkimi możliwymi kocami. Oplątaliśmy się nimi szczelnie, chcąc jak najlepiej okryć się przed zimnem. Kolejny grzmot, zaraz za nim błysk, który rozjaśnił nawet całą szopę. Zza naszej kanciapy dochodziły odgłosy przestraszonych koni. Żeby one tylko się nigdzie nie wydostały. Przytuliłam mocniej Marco i spróbowałam złapać sen.

-Cholera.
-Co jest?
-Pada mi na nos. –fuknął naburmuszony i popchnął mnie lekko na bok, żeby schować się przed wodą.
-Lepiej?
-Tak. Chcesz jeszcze herbaty?
-Nie, pójdę już spać.
-Dobranoc. – powiedział i pocałował mnie w policzek na dobranoc. Oby to weszło mu w nawyk, bo to było przecudowne uczucie. Mocniej przytuliłam się do jego klatki piersiowej i zamknęłam oczy. I nawet na cała burza, głośne grzmoty, hałasujące zwierzęta, odrzucający smród, spanie na sianie i zimne powietrze, które dostawało się praktycznie zewsząd, nie zepsuło tego momentu. Kiedy razem zasypiamy, wtuleni w siebie jako mąż i żona.
Kiedy czułam, że łapał mnie już mocny sen, rozległo się przerażająco głośne muczenie krowy. Rety. Miałam nadzieję, że to nie przerwie mojego dobrze zapowiadającego się snu. Marco też zaczął się kręcić i naciągać koc. Pewnie było mu zimno. Ale z całym szacunkiem, to, że miałam na sobie jego bluzę, nie znaczyło, że mogę spać pozbawiona koców.
I jeszcze zaczął śpiewać. No tak, w końcu Boże Narodzenie coraz bliżej.
-Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi… -zaczął cicho uderzając stopami w rytm piosenki o moją łydkę. –Wstańcie pasterze…
-Krowa się rodzi. –mruknęłam pod nosem, pogodzona z bezsenną, zmarnowaną nocą.
-Ty śmieszku. –parsknął blondyn, poprawiając się na poduszce.
-Nie, mówię na poważnie. Widziałam tą krowę jak wchodziliśmy do środka. Ewidentnie w ciąży.
-I co teraz? –zapytał, podnosząc się lekko.
-Będzie mała krówka?
-Ale musimy chyba kogoś powiadomić?
-Ojca dziecka? Masz czerwoną bluzkę, nie próbowałabym. Chcę spać. –mruknęłam pod nosem i odwróciłam się od niego plecami i naciągnęłam na siebie koc, który mi zabrał.
-Rose…
-Cicho. Śpię. –powiedziałam zarzucając ramię na ucho, żeby uciszyć muczenie krowy. Które było coraz głośniejsze. –Oj cicho już!
-To też było do mnie? –roześmiał się blondyn i wstał z naszego łóżka.
-Nie. Gdzie idziesz?
-Do tej kobiety. Chyba powinna się na tym znać? –zapytał wiążąc sznurowadła swoich jeszcze wczoraj nowych Nike’ów. Dzisiaj wyglądały już… Nie wyglądały.
-Ale burza…
-Nic mi się nie stanie. –stwierdził, a ja byłam pewna, że się uśmiechnął.
-A ja?
-Ty jesteś dzielną dziewczynką i na pewno sobie poradzisz. –odpowiedział z pewnością i nachylił się, żeby mnie pocałować. Naprawdę myślał, że jestem dzielna? Zdjęłam z siebie jego bluzę i mu ją podałam, nie chciałam żeby marznął. 

Chwilę później już go nie było. Kiedy wyszedł akurat wróciło światło. Westchnęłam i zczołgałam się z posłania. Założyłam buty, brudząc przy tym swoje ręce. Wytarłam je w jakąś szmatę, mając nadzieję, że ta nie była brudniejsza od czegoś innego. Narzuciłam na siebie duży, gruby koc i ruszyłam w stronę krowy, która wydawała z siebie coraz głośniejsze i żałośniejsze dźwięki. 

-No hej mała. –powiedziałam, kiedy podeszłam do boksu. Akurat nad nim wisiała ostatkami sił spora lampa. W boksie leżała osamotniona, duża, czarna krowa w białe plamki. Spojrzała na mnie swoimi pięknymi, wielkimi, czarnymi oczami. Była przepiękna. Z lekkim wahaniem otworzyłam boks i zbliżyłam się na krok, sprawdzając, jak zwierzę na mnie zareaguje. –Marco poszedł do twojej pani, może ona ci jakoś pomoże. –mówiłam do niej, jakby mnie rozumiała. Zauważyłam, że kiedy do niej mówię, staje się bardziej spokojna i opanowana. –Pewnie cię boli? Ja nie mam dzieci, ale myślę, że to największy skarb. Mieć dziecko, jako owoc miłości. Ten tu obok w boksie to twój mąż? –zapytałam kucając koło jej mordki. Ona jakby mnie rozumiejąc ryknęła głośno i położyła swoją głowę na moich kolanach, sprawiając, że kompletnie straciłam równowagę i wylądowałam pupą na twardym asfalcie. –Poczekam tu z tobą na Marco. Mam cię pogłaskać?

Z odrobiną niepewności położyłam dłoń na jej głowie i powoli zsuwałam ją na jej pyszczek, i znów do góry. Ona przełożyła się już zupełnie do pozycji leżącej, jakby mocniej też wtuliła w mój brzuch swoją głowę. Pociesznie machnęła uszami, a chwilę później sapnęła. Czułam wwiercające spojrzenie pana byka, który przemieszczał się niespokojnie w swojej zagródce.
-Myślisz, że to będzie chłopak czy dziewczynka? Gdybym miała wybierać, to chciałabym mieć córkę. Ubierałabym ją w te wszystkie opaski, kokardki, miałaby tryliony różowych, falbaniastych sukienek w różne zwierzaki. Nawet bym jej kupiła jakieś z małymi krówkami, specjalnie dla ciebie. Ale ja na razie nie jestem gotowa na dzieci. Może jak będę miała z trzydzieści lat? Może trzydzieści dwa. Jak się okazuje, nie jestem też na tyle dojrzała, żeby być w związku. To małżeństwo jest dziwne, naprawdę. Musisz mi uwierzyć. Jestem zauroczona Marco, co utrudni tylko nasze rozstanie. Ale nie wiem, czy kiedyś spotkam kogoś, z kim mogłabym już mieć tą córeczkę. Nie wiem czy jeszcze kogoś tak polubię jak Marco. Bo mimo, że czasami jest rozbrajająco głupi i straszne zboczony, to go uwielbiam. Słyszę głosy, więc chyba już idą. Albo to ze mną źle, bo gadam do krowy o swoim życiu i słyszę głosy… Ale kto nie jest wariatem? Ty też jesteś wariatką. Młode o tej porze roku? Chyba, że nieplanowane, to jeszcze jakoś zrozumiem. 

Ona znów zaczęła muczeć. Zaczęłam głaskać ja też drugą ręką za uchem, głowę delikatnie schyliłam, żeby móc położyć na jej mądrej, cieplutkiej główce. Taka krowa mogła posłużyć za niezły kaloryfer. Szkoda, że szybciej na to nie wpadliśmy. 
Chwilę potem usłyszałam odgłos trzepanych butów o podłogę i skrzypienie zamykających się drzwi.

-Helgunia! Moja ty księżniczko. –zakrzyknęła kobieta, która dała nam tu schronienie. Tuż za nią szedł Marco, który widząc mnie przytulającą krowę, szeroko się uśmiechnął. –Już widzę oczarowałaś śliczną panią. Zaraz zobaczymy, czy to już. Marcus, możesz położyć tutaj to wiadro. I przynieś proszę ten koc. –poleciła. Zaśmiałam się pod nosem na przekręcenie imienia mojego męża.
-Zna się pani na tym?
-Mój ojciec jest weterynarzem, całe dzieciństwo się tym zajmowałam, moja droga. –stwierdziła i obeszła krowę, żeby sprawdzić postęp akcji porodowej. W tym samym czasie przyszedł Marco ze smutkiem podając kobiecie jeden z naszych koców. Chociaż szczerze wątpiłam, czy w ogóle uda nam się jeszcze zasnąć. –Och, to już blisko! Chodź tu, Marcus! To całkiem podobne do porodu człowieka. Jak nie zdążycie do szpitala to będziesz musiał sobie sam poradzić! –oświadczyła, na co zaśmiałam się, widząc konsternację na twarzy blondyna.
-Nie planujemy z Rose dzieci. –wytłumaczył krótko podchodząc z kocem do kobiety.
-Oj, młode jesteście, na pewno się tam chędożycie! A jak się chędoży, to się prędzej czy później ciąży! Tak było, jest i będzie! No chodź tu, chodź tu. Tylko nie mdlej!
-Widzisz, Helga, co tu się porobiło? –zapytałam spoglądając na krowę i przesunęłam policzkiem po jej czole. Nie wiedziałam, co mnie bawiło bardziej. Starsza kobieta czy mina Marco. Była bardzo sympatyczna, nie chciałam się z nią kłócić, jednak gdyby ktokolwiek z nas, czy ja, czy Marco, chociaż pisnęło słówko o zabezpieczaniu się podczas…chędożenia, zapewne miałaby też swoje zdanie na ten temat. 


Krowi poród się niemiłosiernie przedłużał. Kobieta zagadywała Marco swoimi przeróżnymi opowieściami. On potakiwał od czasu do czasu, zerkał też na mnie z troską. Ja od czasu do czasu przymykałam oko, chociaż świecąca jarzeniówka nad głową wcale mi nie sprzyjała zaśnięciu. Nie przestawałam głaskać Helgi, która często muczała, jakby płacząc. Nie było mi zimno, jednak najcieplej też nie. Całe szczęście, że miałam na siebie narzucony koc. Miałam nadzieję, że i Marco jest w miarę ciepło. Nie chciałam, żeby zmarzł, a zwłaszcza był chory. W końcu z treningu na trening było coraz lepiej. Wierzyłam, że to już kwestia czasu, że zamiast z rehabilitantami zacznie ćwiczyć z drużyną. Mimo to chciałam jeszcze złapać okazję, żeby móc porozmawiać z jednym z nich i móc co nieco poobserwować. 

Na chwilę przysnęłam. W którymś momencie urwała mi się historia pani Estery o chorobie jej męża. Kiedy otworzyłam oczy, temat już zszedł na to, jakie owce potrafią być głupie, jednak kiedy przychodziło co do czego, potrafiły trzymać się stada i słuchać się psa. Podobno jeszcze żadna nie uciekła do pobliskiego lasu.
Podniosłam głowę z krowy i lekko zaspana znów zaczęłam ją głaskać. Wyobrażałam sobie, że jednak to ona była bardziej zmęczona niż ja, a po jej spokoju stwierdziłam, że głaskanie na coś się przydaje. Dowiedziałam się, że to już ostatnie potomstwo Helgi. Krowa była już na tyle stara, że w ogóle cudem okazało się, że będzie miała młode. Małżeństwo nie hodowało zwierząt dla zabijania. Helga była głównie po to, żeby dawać mleko i rodzić młode, które szły na sprzedaż. Owce golili i sprzedawali wełnę, która podobno bardzo się opłacała. Konie były głównie atrakcją dla wnuków pani Estery, które i tak rzadko ją odwiedzały. Zaczęłam się zastanawiać, czy Helga tęskniła za małymi. W końcu to jej dzieci. 

Pani Estera poszła do szafki w naszej małej, sypialnej kanciapie. Stamtąd przyniosła linki, by móc pomóc przy przyjściu na świat cielaka. Marco przesunął się bliżej mnie, sprawiając wrażenie już zmęczonego i trochę zdegustowanego. Krowa była coraz bardziej niespokojna, starałam się za wszelką cenę ją uspokoić głaszcząc, jednak na nic to się zdawało. 

Po długim czasie na świat przyszła przepiękna, malutka krówka. Jednocześnie z Helgą zaczęło dziać się coś złego. Zupełnie osłabła, spojrzała jedynie na pięknego, czyściutkiego, o błyszczącym futerku cielaka. Był taki piękny. Miał takie same czarno-białe łatki i wielkie oczy. Kilka razy językiem polizała jego grzbiet, potem opadła z bezsilności.
-Hej, Helga, co się dzieje, mała?-podeszła do mnie pani Estera, wyraźnie zaniepokojona stanem zdrowia jej ukochanej krowy. Spojrzała na oczy krowy, później wstała szybko i bez słowa wybiegła ze stodoły.
Marco ukucnął koło małej krowy, wyraźnie zaniepokojony. Ja nie przestawałam głaskać Helgi.
-Marco, ona nie umiera, prawda?-zapytałam, jakby on miał mi na to odpowiedzieć. Przecież nie znał się na tym.
-Nie wiem, kochanie.
-Nie możesz umrzeć, kochana. –powiedziałam i ucałowałam ją między uszkami. –Walcz, zobacz, masz prześliczną małą krówkę.
-Rose, ona cię nie rozumie..-powiedział delikatnie, spoglądając ze smutkiem na małą krowę.
-Oczywiście, mało kto mnie rozumie.
-O czym ty mówisz..

Nie odpowiedziałam nic, jednak wyszło to dość naturalnie, ponieważ z powrotem wróciła pani Estera, trzymając w rękach dużą apteczkę. Wyjęła z niej stetoskop i przeciskając się między Marco a cielakiem podeszła do krowy. Chciałam się jakoś przesunąć, jednak stwierdziła, żebym została i robiła cały czas to, co dotychczas. Czekałam, aż coś powie. Jednak wieści nie były dobre.

-Serca zwalnia. Już nic nie zrobimy.
To mnie bardzo dotknęło. Nie wiedziałam dlaczego, jednak poczułam w sobie straszny smutek. Bo dziecko straciło matkę. A matka dziecko. Bo oba te przypadki miały odzwierciedlenie w mojej przeszłości.
I nawet, jeśli to było zwykłe zwierzę, byłam jakoś strasznie poruszona. 

-Śpij, moja mała. Biegaj sobie w niebie po zielonej łączce. –szepnęła smutno Estera, zdejmując stetoskop z uszu.
Moje oczy zaszły łzami. Przytuliłam się do krowy, która właśnie oddała swój ostatni oddech.
-Obiecuję, że przyjadę tu odwiedzić twoją małą krówkę. Może dostanie imię jak ty?
-Skarbie. –usłyszałam obok głos Marco. –Nie płacz. 

Nie chciałam puścić głowy zwierzęcia na podłogę, nie chciałam dotyku Marco. Chciałam uciec. Przez ten las. Biec, bez końca, nie zwracając uwagę na deszcz, błoto. Czasami było tak lepiej, zostać samemu, odciąć się od świata, od wszystkich ludzi, nawet tych najważniejszych. 

-Rosie.. –powtórzył i delikatnie przesunął mnie, prosto w swoje ramiona.
Wstaliśmy i odeszliśmy kilka kroków. Przytuliłam się do niego i szybko pocałowałam. Potem odsunęłam go od siebie i przeprosiłam ich oboje, wracając do kanciapy z sianem i kocem. Wypiłam kolejny kubek herbaty, znów się parząc. 

Okryłam się kocami i usiadłam na środku posłania. Marco nie przychodził jakiś czas, słyszałam jedynie, że rozmawiał o czymś z Esterą. Zamknęłam oczy i znów zaczęłam się pozbywać wszystkich wspomnień z głowy. To było najgorsze. Ale niezależnie, czy powiedziałabym o wszystkim Marco, Ann czy Mario, nic by to nie zdziałało. Nawet jeśli oni by zrozumieli, wybaczyli, to nadal byłam ja. A ja sobie wybaczyć nie potrafiłam.

-Kochanie? Wszystko w porządku?
Blondyn niepewnie przekroczył próg malutkiego pomieszczenia.
-Tak, tak. –powiedziałam ocierając lekko już zasychające łzy z policzków.
-Musimy porozmawiać. –oznajmił, zamykając za sobą drzwi. Przesunęłam się niepewnie na sianie i spojrzałam na niego niepewnie. On był bardzo zdecydowany i zdeterminowany. Nie było już ani śladu po jego przygnębieniu. Przeczesał swoje włosy i zdjął swoje buty, stawiając je tuż koło moich. Usiadł naprzeciwko mnie i spojrzał intensywnie w moje oczy. 
-Coś się stało?
-Jestem cierpliwy, Rose. I obiecałem ci, że nie będę naciskał. Ale widzę, że ostatnio nie jesteś sobą. Są sytuacje, w których po prostu jesteś strasznie smutna. I wiem, że to nie chodzi o to, co się dzieje. Coś siedzi w tobie. A ja naprawdę nie chcę, żebyś była smutna. Chcę ci pomóc w jakikolwiek sposób, jak tylko mogę.
A więc dalej czytał we mnie jak w książce. Podziwiałam jego opanowanie. Światło znów zgasło. To jednak nie przeszkadzało, Marco siedział cały czas patrząc na mnie intensywnie. Nie wiedziałam co mam robić. Może chociaż odrobina prawdy by go zadowoliła?
-Co według ciebie jest najgorsze, co może zrobić człowiek?-zapytałam, przekręcając na bok głowę, oczekując odpowiedzi.
-A co mam ci powiedzieć?
-Prawdę.
-A ty mi też powiesz prawdę? –zapytał nie ustępując. Uśmiechnęłam się delikatnie, jednocześnie przygryzając nerwowo wargę.
-Powiem ci pewną część, która jest prawdą. Nie chcę mówić wszystkiego.
-W porządku. Dobre i to.
-To?
-Zabić. Ale też okłamać. Nienawidzę kłamstwa. Nie lubię zakłamanych ludzi. Też tych, którzy z zimną krwią odbierają życie innym. To ma coś wspólnego?
-Nie. –odpowiedziałam szybko, nawet nie analizując głębiej jego pytania.
Siedzieliśmy w milczeniu. A więc morderstwo i kłamstwo. Tego pierwszego byłam pewna, jednak drugie?
-Nie umiałbyś czegoś takiego wybaczyć?
-Nie wiem, Rose. Nie sądzisz, że to ciężkie pytania jak na trudną, nieprzespaną noc?
-Ty też sobie wybrałeś moment na moje wyznania. –zaśmiałam się pod nosem. –Dlatego widzisz, jak trudne to jest.
-Przykro mi, jednak nie mogę dłużej czekać. Zależy mi na tobie.
-Mówiłam ci, że moja mama chorowała. Wtedy ojciec, widząc ją w coraz gorszym stanie powiedział, że jej nie kocha, że spotyka się z kimś od jakiegoś czasu.
-Mówiłaś, że szybko się pobrali po jej śmierci.
-Marco, nienawidziłam jej. Chciałam, żeby umarła. Za każdym razem jej to powtarzałam, kiedy próbowała bawić się w mamę.
-Przecież byłaś mała. Przeżyłaś tragedię. –powiedział ze zrozumieniem.
-Raz nawet wsypałam jej tabletki przeczyszczające do herbaty. Do teraz przeraża mnie to, co w sobie trzymałam. Przy mamie czułam się kochana, byłam dobrym dzieckiem. Zawsze jej pomagałam, sprzątałam, gotowałam. Ojciec mówił mi, że przez to, jak traktuję swoją nową mamę, mnie nie kocha. A ja mu powiedziałam, że to nie jest i nigdy nie będzie moja matka, a on nie jest już moim ojcem.
Patrzyłam się na moje palce, którymi bawiłam się nerwowo. Po chwili do moich palców dołączyły jego. Z najczulszą delikatnością splótł je z moimi, dodając mi odwagi.
-Potem było już tylko gorzej. Ona chciała ze mnie zrobić typowego Kopciuszka, nastawiała ojca przeciwko mnie, on jej wierzył we wszystko. Mówiła, że nawet próbowałam ją zabić nożem w kuchni, to nie była prawda. Nie byłam kochana. Wtedy, kiedy potrzebowałam, kiedy z dziecka stawałam się nastolatką. Kiedy podobał mi się chłopak w szkole, do którego nawet nigdy nie powiedziałam „cześć”. Bo wiedziałam, że nie pokocha mnie, a ja jego. Bo nie wiem, Marco, nie wiem, co to znaczy miłość.
-Czego się wstydzisz?
-Mojego zachowania, tego, co zrobiłam. Przez moją nienawiść do macochy cierpieli inni. Cierpiałam ja, bo zrobiłam coś złego. Bo ona mi powiedziała, że wolałaby, żebym umarła, razem z moją mamą. Bo byłam barierą dla jej szczęścia. I do końca życia będę.
Po moich policzkach spłynęły łzy. Dużo ciężej było mówić o tym, niż myśleć. Nie mogłam otrzeć policzków, bo moje palce cały czas były wplątane w jego. Siedzieliśmy w ciemności. Marco nadal nie spuścił ze mnie wzroku, ja delikatnie spuściłam głowę, mając przed oczami jego klatkę piersiową.
-Nigdy nie przypuszczałam, że powiem ci tak wiele. Nie chciałam, żebyś o tym wiedział. Wstydzę się tamtej Rose, nie wiem, czy nadal nią jestem. Czy jestem kimś innym, a jeśli tak, to kim. Czy jest jakaś granica między tamtą mną, a obecną. Jeśli nie, to czy zawsze będę tak nienawidzić tej kobiety? Nie chciałam, żebyś mnie znał tamtą, wiesz czemu? Żebyś mógł stwierdzić, kim jestem. Czy jestem dobra.. Czy nie. I boję się, że nie spojrzysz na mnie już nigdy tak jak do teraz. A to nie jest wszystko i… Ja nie mogę, Marco.. Nie chcę, żebyś czuł się okłamany, ale..  Wiem, że to trudne, ale ty nie wiesz co czuję, przypominając sobie o tym. I co czuję, kiedy jestem przy tobie, kiedy się całujemy, kiedy obejmujemy się, ciało przy ciele.. Wariuję, Marco. Czuję się jak psychicznie chora. Powiedz coś, błagam. Bo.. Bo ja nie wiem.. I..
-To uczucie.. –powiedział ostrożnie, jakby zastanawiając się dokładnie nad swoimi słowami. Delikatnie poluźnił uścisk naszych dłoni. W całej tej ciemności, to właśnie dotyk pozwalał mi choć trochę zrozumieć, co myśli. Gdybym choć odrobinę podniosła wyżej spojrzenie, pewnie zobaczyłabym mimo nocy jego mieniące się oczy, słodkie usta.. –To dobre uczucie, Rose?
-Tak, oczywiście, że tak. Ale to mi coraz bardziej robi mętlik w głowie.
-Chcesz przestać? Czysta przyjaźń, żadnego trzymania za ręce, całowania..
-Nie. Potrzebuję tego. To jak narkotyk. Ale ty, jeśli tego właśnie chcesz.. –powiedziałam ciężko, podnosząc wreszcie głowę do góry.
-Rose. Jestem tu dla ciebie. –powiedział cicho, nie zmieniając pozycji, nie przybliżył się nawet odrobinę. –Posłuchaj… -zaczął, znów wolno. –Po tym co mi powiedziałaś..
Moje serce zaczęło walić ze strachu. Bałam się, naprawdę bałam się, co mógłby powiedzieć. Sama ścisnęłam z całej siły jego palce, nie chcąc, żeby uciekł, choć to było niedorzeczne. On uniósł moje dłonie i obie je ucałował. Moje serce chyba naprawdę stanęło.
-Mam przez to pewność, że mając wątpliwości i idąc na tą głupią górę przed ślubem, znalazłem odpowiedź. I niebranie ślubu było dobrą decyzją, ale jeszcze lepszą decyzją, było proszenie o to ciebie. Pozwolenie ci przenocowania, podsłuchiwanie jak głośno krzyczysz w nocy moje imię przez sen. Obserwować cię wtedy i podziwiać, jaka jesteś piękna. A potem wszystko. Każdy jeden dzień. Każda chwila, minuta, sekunda. Każdy pocałunek. Ty. Poznawanie życia z tobą, koło ciebie, poznawanie ciebie. Obiecuję ci, że nie pozwolę ci, żebyś poczuła jakąś zmianę przez to, co mi powiedziałaś. Ale.. Jeśli będzie źle. Jeśli cokolwiek znów będzie wracało.. Przyjdź do mnie. Nic nie mów, po prostu przyjdź i się przytul. Nieważne kiedy, teraz, za pół roku, rok, pięć dwadzieścia. Czy noc, dzień. Przyjdź. Obiecaj mi to. I powiedz, że będzie dobrze. I mnie pocałuj.
-Obiecuję. –powiedziałam zupełnie wzruszona. –Będzie dobrze. –powtórzyłam za jego poleceniem. A potem nachyliłam się i musnęłam delikatnie jego usta.
-Nie. –westchnął. –Nie kryj niczego, Rose. Wyrzuć z siebie wszystko. Macochę, ojca, śmierć Leo, to, kiedy przeze mnie płakałaś, kiedy się mnie bałaś, kiedy chciałaś odejść, kiedy dawałem plamy na każdym kroku, kiedy byłaś na mnie wściekła, że zostawiłem cię na balu, kiedy nie zostaliśmy w wygodnym, czystym samochodzie, kiedy umarła ta biedna krowa. I pocałuj, pokaż mi to, tylko i wyłącznie usta. Jestem cały twój, przecież wiesz.
Westchnęłam cicho i zmieniłam pozycję, siadając na kolanach. Wyplątałam rękę z jego dłoni i położyłam na jego szorstkim policzku. Moja druga dłoń znalazła się po przeciwnej stronie. Marco patrzył na mnie, nawet nie mrugając oczami. Wstałam na kolana, zbliżając się tym do jego ust. Wolno zbliżyłam się do jego ust i chwilę zaczekałam, czując jego oddech na wargach. Odetchnęłam i dotknęłam ustami jego ust. Potem powoli poruszyłam wargami, czekając na jego odpowiedź. Jego usta były chłodne, miałam nadzieję, że nie będzie chory. Raz jeszcze poruszyłam ustami, tym razem odrobinę mocniej. Jedną dłoń zsunęłam po jego policzku aż do szyi. Znów go pocałowałam, delikatnie muskając językiem jego dolną wargę. Na to wreszcie zareagował. Położył jedną dłoń na moim boku, drugą na mojej szyi, chcąc przez to jeszcze intensywniejszego pocałunku. I spełniłam jego życzenie, całując coraz mocniej, za każdym ruchem warg coraz pewniej, namiętniej, czując coraz większe pożądanie, coraz większe uczucie.. Czymkolwiek ono było. Chciałam, żeby ten pocałunek trwał wieczność. Żeby on zrozumiał, że w tym wszystkim, w tym szalonym świecie jest sens, który jest całkiem niedaleko nas. Opadliśmy na małą poduszeczkę. Położyłam nogi między biodrami Marco, nie odrywając się od jego ust. Nie analizowałam co się stało. Nie analizowałam, jak to wpłynie na przyszłą relację. Miałam do wykorzystania ten jeden, jedyny pocałunek, który przerwał się tylko w jednym momencie, kiedy nam obojgu zabrakło już powietrza. Potem natychmiast wróciłam do niego, z kolejnymi siłami, kolejnymi falami namiętności.

-Rosie..-szepnął oddając kolejne pocałunki w pośpiechu.
Było tak pięknie, czerpałam jak najwięcej z tego pocałunku, bo choć wydawał ciągnąć się w nieskończoność, była to chwila ulotna, która potem będzie należała już do wspomnień.
Od intensywności czułości poczułam aż zawroty głowy. Moim ciałem i umysłem zaczęły kierować zupełne pierwotne rządze, musiałam przerwać to jak najszybciej, bo moje ręce już chciały dostać się pod jego bluzę.
Oderwałam usta od jego, czując, jak bardzo były napuchnięte. Wsparłam się na łokciach i popatrzyłam w oczy mojego męża. On jeszcze ciężko oddychał i co jakiś czas przymykał ze zmęczenia powieki.   
-Jesteś…- zaczął, po chwili przerwał, potrzebując chwili namysłu. –Niesamowita.
Uśmiechnęłam się i przytuliłam do niego, ciągnąc za sobą koc, żeby nas przykryć.
-Będzie dobrze. –powiedziałam, już bardziej wierząc w swoje słowa. Nadal przy mnie był. Nadal patrzył na mnie z czułością, nadal obejmował. Musiało być dobrze.
-Dokładnie tak. –odpowiedział z uśmiechem i pocałował mnie w czoło. –Wiesz, że mało brakowało, a..
-Wiem. Dlatego przestałam. –roześmiałam się i przesunęłam się na naszym sianie w bardziej wygodną pozycję.
-Szkoda.
-Nadrobimy.
-Co do tego, to nie mam wątpliwości. Dziękuję za tą rozmowę. Zawsze jestem dla ciebie, maleństwo. –odpowiedział i wplótł palce w moje włosy, głaszcząc je delikatnie. Kilka chwil później słyszałam już jego miarowy oddech. Zasnął ze spokojem, po jego twarzy nie było widać, żadnych trosk, zmartwień.
 Z mojego serca spadł wielki kamień. Wtuliłam się w niego i zamknęłam oczy. Zasnęłam dużo szybciej niż mi się wydawało. 



***


Rano obudziłam się sama. Marco nie było koło mnie. Założyłam, że wyszedł sprowadzić pomoc. Nałożyłam moje mokre i zabrudzone buty, sprawdziłam, czy nasze bluzy już wyschły. Było odrobinę lepiej, jednak wciąż były wilgotne. Wydawało mi się jednak, że już przestało padać. Usiadłam z powrotem na naszym posłaniu, w szopie i tak było strasznie zimno. Akurat kiedy okrywałam się kocem, do środka wszedł Marco, dzierżący w dłoniach tacę z pięknie pachnącym śniadaniem. Jajecznica z wiejskich jajek z grzybami i cebulką. Do tego napełniony termos ciepłą herbatką. Byłam w niebie. 

-Dzień dobry. –uśmiechnął się promiennie i postawił tacę na niewielkim biureczku. –Wyspałaś się chociaż odrobinę?
-Trochę, ale po przyjeździe do domu biorę super gorącą kąpiel i kładę się pod cieplutką pierzynę.
-Ja kąpiel też chętnie, ale mam dzisiaj trening, więc z przykrością stwierdzam, że nie dołączę do ciebie tym razem.
-Trudno. Wiele stracisz.
-Jestem tego świadomy.. Ale chodź, zjemy teraz, Mario powinien przyjechać za czterdzieści minut.-oznajmił, na co od razu się ożywiłam.
-Udało ci się złapać sygnał?
-Tak. Dzwoniłem też do mojej firmy ubezpieczeniowej, odholują mi samochód od razu do naprawy i nie musimy na nich czekać.
-Cudownie.-odpowiedziałam i cmoknęłam go czule w usta. Wybrałam sobie jeden z talerzy, z na oko mniejszą porcją posiłku, żeby on się najadł, zwłaszcza, że chciał jeszcze iść dzisiaj na trening. –Jak się trzyma Estera?
-Jest jej przykro, ale się z tym liczyła. Helga już była bardzo stara i to było wręcz dziwne, że w ogóle zaszła w ciążę. Jak widać od wszystkiego są wyjątki.
-A mały sobie poradzi?
-Mała. –uśmiechnął się, nabierając kolejną porcję jajecznicy na talerz. –Dostała imię po mamie, przewiesiliśmy jej też na szyję jej dzwonek.
-Och..-westchnęłam. –Poradzi sobie sama?
-Będzie miała tu dobrą opiekę. To dobrzy ludzie, Helgę chcą pochować jak człowieka, w całości, a nie.. Oszczędzę szczegóły.
-Dziękuję. –zaśmiałam się pod nosem i nalałam do kubka herbaty.
Zjedliśmy wszystko ze smakiem, wypiliśmy całą herbatę, tym razem nie parząc się. Złożyłam prześcieradło, koce i ułożyłam je na stoliku, na samej górze kładąc poduszkę. Wzięliśmy wszystkie swoje rzeczy i przeszliśmy przez całą stodołę. Zatrzymałam się przy boksie z malutkim cielaczkiem, który nieudolnie próbował wstawać na nogi. Z tyłu leżała jeszcze Helga, jednak została okryta dużą płachtą. Może to i dobrze. Schyliłam się do malutkiej Helguni i pogłaskałam ją po główce.
-Bądź dzielna, mała. –uśmiechnęłam się. Nigdy nie postrzegałam krowy za tak piękne zwierzę. Miała trochę niewymiarowe uszy, a swoją wielkością przypominała małą pandę. Nie umiałam zebrać myśli, bo owce tuż za mną zaczęły się wzajemnie przekrzykiwać. Marco prychnął i wziął mnie za rękę, chcąc wyprowadzić na zewnątrz. Panorama była zupełnie inna, niż wydawała się w nocy. Działka pani Estery była olbrzymia, otoczona lasem z jednej strony, polem z drugiej. Mimo skromności, oddawała idealne odczucie mieszkania na wsi. Kolory liści powoli przybierały złocistą barwę. Tu można było na nowo odkryć piękno natury, które tysiąc kroć różniło się od tego z miasta. Wszystko miało swój urok, jednak na takich spokojnych odludziach, z dala od cywilizacji, poziom piękna sięgał najwyżej granicy. Marco złapał mnie za rękę i poszliśmy przespacerować się kawałek. Natrafiliśmy nawet na kury, które przechadzały się w dumą i gracją po swoim podwórku.
Milczenie czasem było piękne. Oboje napawaliśmy się ciszą, pięknem natury i swoim towarzystwem. To było zupełnie wystarczające. Niebo było przejrzyste, jakby w nocy wcale nie przechodziła przez nie wielka burza. Słońce delikatnie świeciło, jednak ciepło zelżało już od lata i mogliśmy już na dobre zapomnieć o powrocie do lżejszych ubrań. Wręcz musiałam się przestawić na te jesienne.
Ciszę przerwał dźwięk gaszonego silnika. Marco odwrócił się i uśmiechnął, rozpoznając samochód naszego przyjaciela. Pani Estera także wyszła z domu, chcąc się z nami pożegnać. Podziękowała Marco za pomoc, nazywając go ponownie Marcusem, mnie przytuliła niczym babcia i życzyła wszystkiego dobrego.  


Podeszliśmy do samochodu, w którym czekał Mario. Kiedy nas zauważył od razu się uśmiechnął i wyszedł, żeby nas przywitać.

-Jak tam survival?
-Wybitnie. –odpowiedziałam śmiejąc się i oparłam głowę na ramieniu Marco. On objął mnie mocno ramieniem i ucałował w czoło, nie robiąc sobie nic z towarzystwa bruneta.
-Nie że coś.. Ale okrutnie śmierdzicie, jakbyście nie wiem.. Spali w oborze czy coś.
-Serio?-udawał zdziwionego Marco, po czym parsknął śmiechem, muskając mnie przy tym delikatnie w policzek nosem.
-No.. Wali owcą. Ale wsiadajcie. Marco, masz wyjątkową, niepowtarzalną okazję, po raz pierwszy usiąść na miejscu pasażera. Wiem, że zawsze chciałeś.. –zaśmiał się i z powrotem usiadł za kierownicą.
-Usiądę z Rose z tyłu. –odpowiedział natychmiast, co wywołało u Mario lekkie zdziwienie, jednak uśmiechnął się i kiwnął ze zrozumieniem. Marco otworzył mi drzwi i pozwolił wsiąść jako pierwszej. Usiadłam na wygodnym siedzeniu koło szyby i zapięłam pasy. Marco dosiadł się na środkowe siedzenie, żeby być bliżej mnie. Tu Mario znów się zdziwił. I ja też. Bo kto lubił siadać na niewygodnym, mniejszym o połowę od normalnego siedzenia środku?
Mario odpalił silnik i włączył cicho muzykę. Czułam, że odrobinę zaczęło mnie zmagać na sen. Nie wiedziałam ile godzin przespałam, wydawało mi się, że przy krowim porodzie naprawdę spędziłam wieki. 
-Mario, wziąłeś koc jak cię prosiłem?
-Bagażnik. Ale jak wyciągniesz rękę i pogrzebiesz to powinieneś trafić. –odpowiedział, spoglądając na nas w lusterku. Blondyn zrobił to, co polecił mu przyjaciel i po chwili wyciągnął już duży puchaty koc. Był na tyle duży, że Marco okrył nim nas oboje. Trochę poluźnił mój pas, żebym mogła wygodnie ułożyć się w jego ramionach, którymi mnie otoczył. Sam położył głowę na moim ramieniu, chcąc choć na chwilę usnąć.
Zanim ja pogrążyłam się w krainie Morfeusza spotkałam się ze spojrzeniem bruneta w lusterku, który wyraźnie rozczulony obserwował naszą dwójkę. Widać było po nim, że był szczęśliwy. Tak jak ja.






~~~

Dzień dobry!:)
Dotrwałyście do końca rozdziału? Kolejny długości Mody na Sukces.. Jak już pisałam, tylko w przyszłym tygodniu nie będzie rozdziału-w kolejne soboty grudnia już tak, więc może tym wam wynagrodzę brak tego 09.12.
Myślicie, że coś po tym rozdziale się zmieni? Planuję na kolejne rodziały trochę emocji i myślę, że jest na co czekać! Ja już jestem po wszystkich maturach próbnych, poszło całkiem nieźle, chociaż matma pozostawiła wiele do życzenia..Dzisiaj przede mną kolejne wyzwanie, bo zostałam laureatką ogólnopolskiego konkursu i odczytuję moją pracę na uroczystej kolacji.. 🙈 Mega wielkie wyróżnienie i mega wielki stres!😃
Zapraszam do komentowania, cieszę się ze wszystkich komentarzy jak z gwiazdkowych prezentów, także będzie mi bardzo miło poznać wasze zdanie na temat mojej roboty😋 Można oczywiście anonimowo!
Wspaniałej soboty i przyszłego tygodnia!
Buziaki xx.



sobota, 18 listopada 2017

Trzydzieści




Wysiadł. Miałam wysiąść za nim czy czekać? I jak wysiąść? Najpierw nogi potem głowa? Czy może najpierw głowa zapominając o nogach, żeby móc się już na początku przewrócić.
Nie miałam czasu na podjęcie decyzji, bo już po chwili Marco schylił się przytrzymując dłonią swoją marynarkę, a drugą wysunął w moją stronę. Ujęłam ją delikatnie i dbając o największą grację, przerzuciłam nogi przez próg limuzyny i wspierając się na jego ręce wysiadłam z pojazdu.
Musiałam kilkakrotnie zamrugać, kiedy zupełnie oślepiły mnie flesze.

-Wow.- wykrztusiłam, będąc lekko zszokowana tym, że było to przygotowane aż w takiej skali. –Kim wy jesteście?! –szepnęłam do Marco, który jedynie uroczo zaśmiał się i przyciągnął mnie do siebie.
-Wkurzające, nie?-powiedział nachylając się do mojego ucha, na co pokiwałam mu głową przytakująco.

Wszyscy chyba oszaleli widząc nas razem. Sami i Adrianna już nie przykuwali do siebie aż takiej uwagi. No pięknie.
Na plecach cały czas czułam dłoń Marco, którą od czasu do czasu mnie gładził. Nie miałam pojęcia jak powinno się pozować. Jedynie stałam prosto, nie garbiłam się i uśmiechałam do aparatów. Prawdopodobnie i tak zobaczę jak to wyszło na portalach plotkarskich. Marco cały czas się uśmiechał i od czasu do czasu spoglądał na mnie. Przeszliśmy też kawałek dalej, umożliwiając innym fotoreporterom zrobienie zdjęć. Tym razem Marco trzymał mnie za rękę, a i ja zaczęłam się trochę przyzwyczajać. Z tłumu padały pytania jak mam na imię, od kiedy jesteśmy małżeństwem i co ze Scarlett. Ugh. Niby uroczysty bal, a tu takie rzeczy. Przy końcu białego dywanu prowadzącego do ogromnego hotelu była transmisja na żywo do internetu, także stała bardziej profesjonalna ścianka do zdjęć. Ustawiliśmy się na niej razem. Marco objął mnie znów w pasie i tym razem mocniej przyciągnął do siebie. Położyłam dłoń na jego boku i uśmiechnęłam się do kolejnego, gigantycznego aparatu. Zdałam sobie sprawę, że takie pozowanie na dłuższą metę to kompletnie nie moja bajka, jednak było przyjemnym uczuciem tak stanąć przez tyloma osobami, które cię fotografują. Trochę czułam się jak gwiazda Hollywood. Na jeden wieczór można się poświęcić. 

Marco został poproszony o krótkie udzielenie wywiadu. Spojrzał na mnie pytająco, nie chcąc mnie zostawić, zaproponował też, żebym stanęła razem z nim, jednak odmówiłam. Akurat, kiedy odszedł na bok z dziennikarką, podszedł do mnie ten sam fotograf, który robił nam zdjęcie na ściance i poprosił, czy mogłabym też sama zapozować. Podobno wszystkie żony piłkarzy miały robione takie zdjęcie. Zapewne, żeby na portalach plotkarskich były jakieś głupie rankingi i ankiety, które tylko wprowadzają młode dziewczyny w kompleksy. Ustawiłam się tak, jak mnie poproszono, a na koniec uprzejmie podziękowałam fotografowi. 
Miałam nadzieję, że to już koniec, jednak Marco cały czas coś mówił do kamery, zerkając czasem na mnie. To było urocze.
Kiedy chciałam już odejść na bok i schować się w środku hotelu zostałam zatrzymana przez kolejną dziennikarkę, która zastawiła mi drogę ze swoim kamerzystą, który już mnie kręcił. Miałam nadzieję, że tę część wytną.
-Pani Reus, możemy zająć chwileczkę? Margaret Bieler z kanału czwartego.
-Witam, jednak chyba nie mam zbyt wiele do powiedzenia, nie gram z zawodu w piłkę. –uśmiechnęłam się do dziennikarki mając nadzieję, że odpuści.
-Jest pani zbyt skromna. Proszę powiedzieć, pani mąż jest tu dzisiaj w charakterze darczyńcy, prawda?
-Tak, to prawda. Myślę, że bal charytatywny zorganizowany na taką skalę z takimi osobami jest idealnym pomysłem, żeby szybko i skutecznie pomóc potrzebującym dzieciakom.
-No i uroczyście rozpocząć też sezon na przyszłoroczne rozgrywki.
-Oczywiście, jednak nie to jest dzisiaj najważniejsze.-powiedziałam utrzymując przy swoim. Nie miałam bladego pojęcia o rozpoczęciu sezonu i wolałam się na ten temat nie wypowiadać. A zapewne, gdyby to była tylko i wyłącznie inauguracja, ja i Marco byśmy leżeli na naszej kanapie w salonie pod kocem i oglądali stare filmy, a nie ziębili się na zimnym dworze uśmiechając się do dziennikarzy.
-Ma pani zupełną rację. Fani Dortmundu się niecierpliwią, kiedy ich ulubieniec wróci na boisko. Wiadomo już coś w tej sprawie?
-Marco robi wszystko, by móc jak najszybciej wrócić do tego, co kocha. W razie czego, mogą państwo zadzwonić zawsze do agenta, on udzieli niezbędnych informacji.
-A propos jeszcze tego, co kocha. Wasz ślub był zagadką, tak naprawdę aż do dzisiejszego wieczoru. Bo to są obrączki, prawda?
-Tak, to prawda. –przytaknęłam, jednak nie zamierzałam mówić nic więcej o naszym życiu. Nigdy nie lubiłam, kiedy popularne osoby rozwijały się nad swoimi problemami w życiu prywatnym. Prywatność to prywatność, nie było tu nic więcej do gadania.
-Uchyliłaby pani rąbka tajemnicy, kiedy się poznaliście? Kiedy miał miejsce ślub? Wszystko idealnie ukryliście przed mediami.
-Taki był plan. Myślę, że to, kiedy się poznaliśmy, czy też… -przerwałam, kiedy zobaczyłam, że podszedł do mnie Marco i mocno objął ramieniem. Uśmiechnęłam się, od razu czując lepiej. –Czy też, kiedy wzięliśmy ślub jest mało istotne… A raczej istotne, ale tylko dla nas i naszych najbliższych. –odpowiedziałam czując lekkie zdenerwowanie. Ścisnęłam dłoń Marco, mając nadzieję, że ten gest zostanie uchwycony poza kamerą. –Ważne jest to, że jesteśmy razem, szczęśliwi i po prostu jest tak dobrze i niech tak zostanie do końca.
-Tego wam życzymy. W takim razie gratulujemy i życzymy wszystkiego, co najlepsze na nowej drodze życia. Cudownie razem wyglądacie.
-Dziękujemy. –powiedział tym razem Marco. Mnie zostało jedynie uśmiechnięcie się do rozmówczyni. 

Na szczęście po tym już przeszliśmy do środka hotelu.
-Poradziłaś sobie? O co pytali?
-Chyba poradziłam, chociaż to oni się wepchali przede mnie. Nie zdradziłam wiele, możesz być spokojny.
-Jestem spokojny. Bardziej martwiłem się, czy sobie poradziłaś. Przyszedłem najszybciej jak mogłem, ale też nie mogłem przerwać w połowie zdania.
-Nie masz się, o co martwić. Twoja żona doskonale sobie radzi.
-Bo moja żona to niezła zdolniacha. –Uśmiechnął się szeroko i rozejrzał po dużym holu, gdzie się wszyscy kierowali.
Sam korytarz był niewyobrażalnie piękny. W samym centrum wisiał kolosalny, kryształowy żyrandol. Na ścianach były gipsowe zdobienia, piękne bluszcze i z resztą całe wnętrze urządzone w kolorze złotym i bordowym. Było niesamowite. Już widziałam schody prowadzące w dół do sali balowej. Te poręcze ozdobione aksamitnym, bordowym materiałem i ciemnoczerwonymi różami… Starałam się nie zwracać uwagi na fakt czerwonych róż, żeby po prostu nie zwariować. Róża po prostu była wspaniałym kwiatem. I tyle.
Zanim weszliśmy do sali, do Marco podeszli kolejni znajomi. No i kolejna przepiękna kobieta. Naprawdę chyba powinnam zacząć częściej chodzić na te maseczki i ćwiczyć na siłowni… Tak nie mogło być. Podobnie jak Toniemu i Jessice zostałam przedstawiona tym razem Bastianowi i Anie. Marco od razu pogrążył się w rozmowie ze swoim klubowym kolegą. Ja trzymana przez niego silnie za rękę nie miałam nawet jak podejść do Any. Na szczęście kobieta od razu odeszła kilka kroków od swojego męża i podeszła do mnie. 

-Pierwszy taki bal?-zapytała uśmiechając się życzliwie.
-Tak. Widać po mnie?
-Właśnie nie, nie widać. Ale tak przypuszczałam, nie byłaś z Marco na poprzednim, więc tak..

Byłam naprawdę wdzięczna Bastianowi i Anie, że powstrzymali się od pytań odnośnie całego ślubu, Scarlett i nie wnikali, kiedy się poznaliśmy i dlaczego ślub nastąpił tak szybko. Nie myślałam o tym zbierając moje największe obawy do dzisiejszego wieczora. Byłoby naprawdę świetnie, gdyby tak pozostało do końca.

Przed zejściem po schodach w dół na chwilę się zatrzymaliśmy, jednocześnie pozostawiając Anę i Bastiana.

-W porządku?
-Pewnie. Będzie jedzenie?
-Będzie. –roześmiał się i przytulił mnie do siebie, kolejny już raz podczas dzisiejszego wieczora. Nie chciałam nic już mu o tym wspominać, ale naprawdę był uroczy.
-I zatańczysz ze mną?
-Zobaczymy..-oznajmił i złapał mnie za rękę ciągnąc ku schodom.
-Albo zatańczysz albo szukaj sobie zastępczej partnerki.
-Nie chcę innej.
-To zatańczysz –powiedziałam, a na znak jakże mojego bycia poważną tupnęłam głośno obcasem o posadzkę. Szczęście, że go nie złamałam.

-To zatańczę..-powiedział z ciężkim westchnieniem, jednak to mnie zadowoliło. Uśmiechnęłam się szeroko i złożyłam szybkiego buziaka na jego ustach. Wszyscy byli zadowoleni.

Sala balowa była jeszcze piękniejsza od tej, którą sobie wyobrażałam. Mogła się równać z tymi pałacowymi. Rzeźby na ścianach, pięknie przyozdobione stoły z długimi, granatowymi obrusami, wykończonymi białą koronką. Na każdym stole czerwona świeca w pojedynczym, wysokim świeczniku i rozrzucone płatki róż. Kolejne kryształowe lampy, wielki parkiet do tańca i mały zespół muzyczny na podwyższeniu, w rogu sali. Chciało mi się tam wbiec i zacząć tańczyć. To miejsce było bajeczne i sprawiło, że pokochałam ten wieczór.

-Jak tu pięknie, widzisz? Dziękuję, że mnie tu zabrałeś! Dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję..
-Ciii! –roześmiał się blondyn i ucałował mnie w policzek. –Cieszę się, że ci się podoba. Zajmiemy miejsce przy stoliku.
-Ale tańczyć!
-Kochanie, masz na pewno dwadzieścia lat?
-Tak! –uśmiechnęłam się szeroko i tym razem zaczęłam sama ciągnąć Marco w kierunku stołów.
-Z tego, co widzę, miejsca są przypasowane do nazwisk.
-Myślisz, że będę koło ciebie?-zaśmiałam się łapiąc mocniej dłoń Marco.
-Myślę, że to bardzo możliwe.

Zwykle to obsługa wskazywała gościom ich stoliki, jednak do nas nikt nie podszedł i musieliśmy sami błądzić między stolikami. Na całe szczęście Marco dojrzał Müllerów, którzy zamachali do nas, przywołując nas gestem ręki. Poszłam jako pierwsza. Ucieszyłam się bardzo widząc, że to właśnie na ich stoliku na pozostałych dwóch miejscach leżą karteczki z naszymi imionami.
Witając się z nimi po raz drugi usiedliśmy na swoich miejscach. Razem z Lisą dzieliłyśmy się uwagami na temat przepięknego wystroju wnętrza. Doszłyśmy obie do wniosku, że to niesamowite miejsce na wesele. Marco chwilę rozmawiał z Thomasem, jednak później zajął się telefonem. Ustawił nasze tabliczki z napisanymi ozdobną, złotą czcionką naszymi imionami i zaczął kadrować, żeby zdjęcie wyszło jak najlepiej. Westchnął po kilku próbach, jednak nie poddał się. Wziął moją dłoń, kładąc ją na stole, przed naszymi plakietkami i splótł z nią swoją, pokazując do aparatu jednocześnie swoją platynową obrączkę.

-Teraz dobrze?-zapytałam nachylając się do jego telefonu.
-Według mnie tak. A ty, co sądzisz?
-Ładne.
-Wstawione na dwadzieścia cztery godziny –oznajmił, blokując swój telefon.
-Na co teraz tak właściwie czekamy?
-Przemowa Angeli i Jogiego. –odpowiedział za Marco Thomas.
-Jeszcze sobie poczekamy do jedzenia –westchnęła smutno Lisa, bawiąc się płatkiem róży między palcami.
-Czy tylko ja we wszystkich widzę Mario? Jego tu nawet nie ma..
-Obsesja, zakochanie, tęsknota… Co ty byś zrobił bez Mario? –zaśmiałam się pod nosem. –A tak poważnie, kto nie lubi jedzenia? Jeśli ma być też tak wykwintne jak ten cały bal to ja czuję się szczęśliwa. Przyznaj, też czekasz na jedzenie.
-I taniec z tobą.
-Awww, jakie słodziaki!-pisnęła Lisa przekręcając na bok głowę.
-On tylko udaje.
-Nieprawda!
-Prawda. –przewróciłam oczami i posłałam mu w powietrzu buziaka. Marco pokręcił z niezadowoleniem głową i zaczął obserwować inne stoliki, od czasu do czasu kiwając głową do swoich znajomych i się uśmiechając.

Wkrótce na sali rozległy się głośne brawa, kiedy przy mikrofonie na podeście dla muzyków zjawiła się sama pani Kanclerz w eleganckiej, czarnej sukni i czarnych rękawiczkach. Pierwszy raz mogłam ją zobaczyć na żywo, co było nie lada wyróżnieniem. Wsłuchiwałam się w jej przemowę, zapominając o towarzyszach przy stoliku.

Gdy już powoli kończyła poczułam dłoń Marco na swoim ramieniu. Nachyliłam się do niego, nie spuszczając wzroku od mówczyni.

-Muszę wyjść na kilka minut. Zaraz wrócę.-zakomunikował i nie czekając na moją reakcję wstał od stołu. Stało się coś? Mogłam jednak tylko pytać o to samą siebie. Mój mąż zwiał.

Zaraz po zejściu z podestu pani Merkel na mównicy pojawił się, jak to określił Bastian, Jogi. Coś jak ten miś. Dowiedziałam się, że był trenerem całej reprezentacji i to od niego zależały powołania. Czyli jak Marco nie dostanie to już wiedziałam, komu powinnam wydrapać oczy. Albo też uprzejmie porozmawiać.

-Bardzo się cieszę, że przybyliście tak licznie. Im nasza coroczna akcja zostanie bardziej nagłośniona tym lepiej. Także chciałem ogromnie podziękować darczyńcom za okazane serce. Wszyscy mamy nadzieję, że licytacje osiągną rekordowe wyniki. Nie chcę przedłużać, oszczędzam gardło na zgrupowanie. Także uroczyście otwieram tegoroczny Bal Reprezentacji.

Po sali rozległy się gromkie brawa. Także wszyscy wstali, więc nie chcąc popełnić gafy już na początku, dołączyłam do reszty. Muzycy znacznie się pobudzili. Przed nich wyszedł dyrygent, ubrany w elegancki frak. Po chwili rozpoczęli grać dobrze wszystkim znany utwór „Nad pięknym, modrym Dunajem”.  Trochę różnił się od oryginału, jednak był łatwiejszy do tańczenia walca, bo tak właśnie rozpoczynał się cały bal. Żadna z par jednak nie ruszyła z miejsca. Wszyscy czekali, aż pan Jogi z panią kanclerz zaczną tańczyć. Bardzo elegancko weszli na parkiet i w rytm muzyki zaczęli walca. Chyba na twarzach wszystkich pojawił się wielki uśmiech. Po upływie chwili dołączył do nich Bastian z Aną. Ale też tylko oni. Może byli z jakiejś mafii? Zaśmiałam się do siebie na tą myśl. Na samym początku, kiedy poznałam André i Marco tak właśnie obstawiałam.
Po Bastianie i Anie na parkiet ruszyły już wszystkie pary. Cóż, poza mną i Marco. Obiecał, że wróci, a..nie wrócił. Tłumaczyłam sobie, że „kilka minut” mogło znaczyć „kilkanaście”, oby nie „kilkadziesiąt”, jednak czułam się lekko zawiedziona. Bardzo chciałam zatańczyć, jednak czasami nie mogło się mieć wszystkiego, czego się chce.. Nim zaczęłam rozmarzona obserwować tańczące pary, rozejrzałam się jeszcze po stolikach i wejściu, sprawdzając, czy Marco przypadkiem nie wrócił. Niestety. Za to przy jednym ze stolików siedziało trzech panów w garniturach i partnerka jednego z nich z wyraźnie zaokrąglonym brzuszkiem. Pewnie dlatego nie chciała tańczyć. Może użyczyłaby mi swojego męża na jeden taniec?
Z drugiej strony, przecież mam swojego, który wiedział idealnie, kiedy się zmyć.


W połowie utworu poczułam czyjąś obecność za plecami. Z ożywieniem odwróciłam się, mając nadzieję, że wrócił Marco, jednak stojący obok mężczyzna nie przypominał blondyna za grosz. Spojrzałam od razu na stolik, sprawdzając, czy to jeden z tamtych mężczyzn. I chyba nawet się zgadzało, bo siedziało teraz tam dwóch, a ja byłam pod czujną obserwacją kobiety w ciąży i jej męża. 

-Masz ochotę zatańczyć? –zapytał uśmiechając się szeroko. Miałam przez moment wrażenie, że jego białe zęby aż błysnęły w świetle lampy. Może tylko sprawiały taki wygląd poprzez ciemniejszą karnację, ciemne oczy i kruczoczarne włosy. Zdecydowanie miał korzenie gdzie indziej, przeciętny Niemiec mógł mu pozazdrościć urody. Oczywiście Marco był poza skalą. Zawsze.
-Dziękuję, ale mam męża. –odpowiedziałam mu z uśmiechem. Był całkiem przystojny, jednak jak dla mnie powinien mieć niesamowite, jasne oczy, blond włosy, które latem wyglądały jak rude, mniej proste zęby, ładniejszy uśmiech… Stop obsesji Marco. Jednak czasami się zastanawiałam. Co będzie, jeśli po rozwodzie będę chciała szukać męża, który wygląda i zachowuje się jak Marco, ale nie jest to Marco?
-Nie proponuję ci pójścia na chwilę do łazienki tylko na parkiet, do ludzi. No chodź, nie zjem cię. Widzę jak na nich patrzysz.
-Ale ja naprawdę mam męża.
-Wierzę ci. Inaczej byś się tu nie znalazła. I masz też obrączkę. To tylko taniec, to jak?
-No dobra. –skapitulowałam ze śmiechem. Podałam rękę chłopakowi i dałam się mu poprowadzić na parkiet.
To jak to było z tą ramą?


Piłkarz splótł nasze ręce z boku, a drugą dłoń umieścił pewnie na mojej talii.
-Co mam zrobić z tą ręką?-zapytałam trochę ściszając głos, żeby nikt tego nie usłyszał.
-Na ramię. Ostatni raz tańczyłaś na studniówce poloneza, czy co?-roześmiał się i zaczął powoli prowadzić nas w tańcu.
-Nie, też walca. Na własnym ślubie.
-To jak wyglądał ten walc nie walc?
-Nieetycznie. –poruszałam brwiami i uśmiechnęłam się szeroko.
-Nakręciliście to?
-Pewnie, oglądamy co wieczór –prychnęłam, widząc rozbawienie piłkarza.
-Wpadnę kiedyś z chęcią. W ogóle, Emre jestem.
-Rose.
-Miło.
-Wzajemnie.-uśmiechnęłam się i skupiłam na tym, żeby nie pomylić kroków. W tańcu przemieściliśmy się na drugi koniec parkietu. Emre dwa razy nadepnął mi na but, jednak za każdym razem przepraszał i przeklinał pod nosem, że jest pajacem, używając kilku ciekawych epitetów. Nie umiałam się na niego długo gniewać, był pocieszny.

-W ogóle, to śmieszne. Najładniejszy walc to „Walc rosyjski”. Grany jest na wszystkich balach na całym świecie. Jednak nie, my musimy robić za łabędzie, psia krew.
-Jezioro Łabędzie jest Czajkowskiego.
-Brzmi to wszystko tak samo beznadziejnie.
-Oj, cii.-zaśmiałam się schylając głowę, żeby chociaż odrobinę zamaskować moje rozbawienie. Przecież w każdej chwili mogła się znaleźć obok nas pani kanclerz. To poważny bal…Prawda?

-Wiesz czemu nie grają rosyjskiego? Bo to Niemcy.
-Z tego, co wiem, Strauss był Austriakiem.
-Ładna i mądra. Wiesz, bliżej Niemcom do Austrii..
-Nie podrywaj mnie. Mam męża.
-Ależ nie podrywam. Zobacz, gdzie mam rączki. –wskazał brodą na nasze splecione dłonie w sporym odstępie od nas. Za to drugą rękę z mojej talii, zaczął przesuwać powoli coraz niżej. No i znów się śmiałam. Ręką, którą trzymałam na jego ramieniu, delikatnie go szturchnęłam.
-Uspokój się, jak ty się zachowujesz! –szepnął drwiąco pod nosem, a po chwili okręcił mnie dookoła siebie w dość nieudanym piruecie.
-Chyba ty!
-Ładna, mądra i to jeszcze jaka ostra. Lubię takie.
-Przestań!
-Tylko się droczę. „Chyba ty” to najbardziej żenująca riposta.–wzruszył ramionami i przyspieszył kroku, zgodnie z muzyką. Prawdopodobnie następował już punkt kulminacyjny i utwór powoli się kończył. A szkoda, bo powoli przypominałam sobie odpowiednie kroki, Emre również zaprzestał deptania moich nowych butów. Byliśmy prawie profesjonalistami. Z naciskiem na prawie.
Zatrzymaliśmy się na ostatni, głośny dźwięk utworu Straussa. Wszyscy zaczęli klaskać i powoli rozchodzić się do swoich stołów.

-Dziękuję bardzo za uroczy taniec. –ukłonił się niczym wielki gentelman.
-Ja również.
-Złapiemy się jeszcze.
-Pewnie!-uśmiechnęłam się spoglądając na oddalającego się w kierunku swojego stolika Emre. I akurat w tym samym momencie zauważyłam Marco, który stał oparty o wejście do sali balowej. Jego twarz na dobrą sprawę nie wyrażała nic. Nie był ani zły, ani smutny ani szczęśliwy. Czyli i tak się coś zmieniło. Ale przecież nic takiego się nie stało. Zwykły taniec z jego kolegą z drużyny, czy to naprawdę aż taka wielka zbrodnia? On nie miał zamiaru to sama ruszyłam w jego stronę. Podniosłam delikatnie sukienkę, żeby przypadkiem się nie przewrócić. Kiedy byłam już prawie przy nim, chyba mnie dostrzegł i podszedł te parę kroków do mnie.

-Dobrze, że już jesteś. –zaczęłam, uśmiechając się. I nic. Zero reakcji. Nawet na mnie nie spojrzał! O tym, że się nie zaciął, czy coś podobnego, świadczyło to, że złapał mnie za rękę i powoli zaczął zmierzać do stołu. –Poznałam Emre, jak widział, że siedzę sama i tylko patrzyłam, to zaprosił mnie do tańca. To było miłe z jego strony. –powiedziałam, próbując jakoś rozluźnić sytuację. Z resztą, co to była za sytuacja? Był zazdrosny? Błagam, skoro byłam jego najlepszą przyjaciółką, to powinien był się cieszyć, że byłam zadowolona, prawda? A on odstawiał jakieś sceny zazdrości. To było zupełnie bez sensu. 

I jeszcze nic nie odpowiedział. Usiedliśmy do stolika, nawet nie odezwał się do Bastiana i Any. Aż cisnęło mi się na usta „wal się”, ale powstrzymała mnie obecność naszych towarzyszy. Nie powinni byli być światkami takiej dziecinady.
Niewielka orkiestra cały czas cicho grała wolne utwory, chociaż rozmowy wszystkich uczestników wystarczająco zagłuszały ciszę. Elegancko ubrani kelnerzy zaczęli podawać kolację na srebrnych tacach. Była to pierś z kaczki z syropem malinowym i flambirowanymi warzywami. Uśmiechnęłam się przypominając sobie, że podczas naszej pierwszej, wspólnej kolacji z Marco właśnie jedliśmy kaczkę. Zanim powiedziałam, że decyduję się z nim na małżeństwo. Tamta kaczka, mimo, że też wykwintna, nie była podana aż tak wykwintnie.. No i porcja była większa. Na moim talerzu leżał zaledwie jej niewielki kawałek. Efekt wizualny miał większe znaczenie niż najedzenie gości. Może coś w tym było? Więcej zaoszczędzonego jedzenia? Albo więcej sprzedanych dań. Gdybym tylko umiała gotować. Ile razy przypaliłam naleśniki, zapomniałam o tostach w tosterze, zrobiłam ciasto na gofry konsystencji budyniu… Nawet do zupki chińskiej potrafiłam dać za dużo wody. Ja i własna restauracja? Chyba to nie było nam pisane. 

Ignorując focha Marco pogrążyłam się w rozmowie z Bastianem i Aną. Dziewczyna także miała podobne zdanie co ja, odnośnie wielkości porcji kolacji. Bastian jedynie śmiał się z wymieniania naszych uwag.
Deser miał być podany dwadzieścia minut po kolacji. Zostało nam na stole pyszne wino. Odbiegało ono jednak od tego z naszego ślubu. Nawet mieliśmy je jeszcze w barku. Miałam nadzieję, że po pijackim incydencie Marco nadal tam było, bo inaczej osobiście nadałabym go paczką na Kubę i kazała kupić dwa razy więcej.
Dowiedziałam się od Bastiana, że był kapitanem reprezentacji przez lata, tego roku zrezygnował z występów, ustępując miejsca innym. Dla kibiców był jednak nadal ważną częścią zespołu, dlatego przypadła mu taka właśnie kolejność w zatańczeniu walca. 

-Przepraszam. –usłyszałam głos Marco. Uśmiechnęłam się spoglądając w jego stronę, szczęśliwa, że wróci do mnie mój kochany mąż. Jednak on nie wrócił. Blondyn jedynie pokazał naszym towarzyszom dzwoniący telefon i podniósł się z miejsca, opuszczając nas chwilę potem, szybkim krokiem wychodząc z sali.
Próbowałam nie pokazać, że się tym przejęłam. Przecież byłam obojętna tak długi czas. Dopóki nie poznałam Marco. Jakby wszystkie uczucia, które zawsze powstrzymywałam, te dobre i te złe, zaczęły wypływać ze mnie ze zdwojoną siłą.

Para zaczęła rozmawiać między sobą, ja obserwowałam wszystkie rzeźby na ścianach i piękne, złote zdobienia. Zastanawiało mnie, ile mogła kosztować jedna noc w takim hotelu. Może jednak wolałam pozostać w niewiedzy. Cieszyłam się po prostu, że mogłam tu być przez ten wieczór i to całkowicie za darmo.
Biorąc kolejny łyk wina zauważyłam, że Marco już nie rozmawiał przez telefon, a stał gdzieś na uboczu i dyskutował z jakimś mężczyzną. Był trochę starszy, więc nie powinien należeć do grona piłkarzy. Może to ktoś z zarządu? Marco chociaż uśmiechnął się na chwilę do niego. Odwrócił głowę w moim kierunku i uśmiech z jego ust kompletnie zszedł. No tak. W końcu Marco, który z uśmiechem trzymał moją rękę na dywanie przed hotelem, czy przytulał w limuzynie już był nieaktualny. To było jakąś ponad godzinę temu.

W końcu blondyn dotarł do naszego stolika. Usiadł pewnie, przysuwając się do stołu. W tym samym momencie muzycy zeszli ze swojego podestu, pozostawiając tam instrumenty, by samemu móc zjeść posiłek. W zamian za to z głośników puszczono muzykę Ray’a Charlesa. Ucieszyłam się, bo trochę miałam już dość muzyki skrzypiec i wiolonczeli.
Spojrzałam na Marco, który obserwował odchodzący zespół. Niepewnie położyłam dłoń pod serwetą na jego nogę, zwracając na siebie jego uwagę.

-Wszystko w porządku? –zapytałam nachylając się bliżej niego. Czułam, że jest cały spięty. Nawet nie trzeba było go dotykać, to było dla mnie wyczuwalne, nawet w powietrzu.
-Wszystko. –powiedział nawet nie zaszczycając mnie spojrzeniem.
-Marco… Co się stało?
-Nic, chyba to, że moja żona coś ostatnio chętnie tańczy ze wszystkimi, tylko nie ze mną.

Na te słowa jedynie mogłam wstać z krzesła i ruszyć w stronę wyjścia. Bo temat Nilsa był już zamknięty. I obiecaliśmy sobie, że tamten felerny wieczór nie miał prawa bytu. To, co się wydarzyło przed nim, czy po nim tak. O wszystkim, co zraniło, nas oboje, mieliśmy zapomnieć. Żyć tak szczęśliwie, jak o tym marzyliśmy.
Nie chciałam płakać. Mój limit łez na płakanie nad tamtym wydarzeniem, dawno już został wyczerpany. Przebiegłam przez schody z sali balowej. Widząc, że na środku korytarza składają swoje kamery dziennikarze, skręciłam w korytarz. Nie był typowym korytarzem z pokojami gościnnymi. Na samym końcu widziałam drzwi prowadzące do kuchni, skąd wydobywały się poddenerwowane głosy kucharzy. Nie wiedziałam, czy powinnam była wyjść, czy zostać, czy poczekać. Nie znałam adresu hotelu, nie znałam też nazwy. Musiałam poszukać Thomasa i Any, żeby się tego dowiedzieć, co wiązało się z powrotem na salę,  ponownym zobaczeniem Marco, ponownej ucieczki, na co nie miałam ochoty. 

-Mogę jakoś pani pomóc?
Jeden z kelnerów zaskoczył mnie, zachodząc cicho od tyłu.
-Dziękuję, chyba się zgubiłam szukając toalety.
-Korytarz naprzeciwko, są oznaczone, powinna pani od razu zauważyć.
-Dziękuję. –uśmiechnęłam się i ruszyłam w kierunku drugiego korytarza. Toaleta była czymś najszybszym, co mi przyszło na myśl, choć może to nie było takie głupie. Można było w niej przeczekać cały bal i bez słowa dołączyć do Marco na sam koniec, kiedy będzie wsiadał do taksówki.
I to był plan.

I tak, jak cieszyłam się przypływem mojego geniuszu, tak Marco zastawił mi drogę. Chciałam go wyminąć, jednak on przesunął się razem ze mną. I znów.
-Marco… Próbuję przejść.
-A ja ci nie pozwalam.
-O jeny, o jeny. –westchnęłam i kolejny raz próbowałam go minąć, jednak on w porę złapał mój nadgarstek, skutecznie mnie zatrzymując. Spojrzałam na niego próbując zrozumieć jego nagłe zachowanie. Ręka szybko się przesunęła z mojego nadgarstka na moją dłoń. Uważnie obserwował nasze dłonie. Jakby odkrył coś zupełnie nowego, splótł nasze palce, mocno je ściskając. Aż sprawił mi delikatny ból.
-Rosalie.
-Marco, nie powinieneś był tego mówić, ani tym bardziej tak się zachowywać. To dziecinne, głupie, niedojrzałe..
-Bo ty zawsze jesteś dojrzała i nie popełniasz błędów!
-Popełniam! I to na każdym kroku. Do teraz zastanawiam się, czy większość decyzji jakie podjęłam nie okażą się błędami!
-Chodź..-szepnął patrząc mi prosto w oczy.
-Nie chcę jeszcze stąd iść.-powiedziałam patrząc prosto w jego oczy, mając nadzieję, że zrozumie.
-Zatańczyć. Ze mną.
-Muzycy poszli. Nikt już nie tańczy.
-My zatańczymy. –powiedział uśmiechając się lekko, jednak wciąż w jego oczach znajdowałam niepewność i niepokój. Poprowadził nas z powrotem na salę.
Będąc na jednym z ostatnich schodów z głośników zaczęła płynąć kolejna piosenka. Piosenka, przy której zwykle się wzruszałam i nawet w największych marzeniach nie myślałam o tym, że do niej zatańczę.
-Ta piosenka… -zaczęłam słysząc pierwsze takty „When the man loves a woman” Michaela Boltona.
-Jest idealna. –dokończył ruszając pewnie na sam środek pustego parkietu. Zapewne zwróciliśmy na siebie spojrzenia większości zgromadzonych, jednak starałam się tym w zupełności nie przejmować.
Tym razem już nie myślałam, gdzie powinnam położyć dłonie, żeby wypadało. To był nasz taniec, taki jak nasz pierwszy. Równo z rozpoczęciem piosenki i wywołanymi przez to ciarkami na moich plecach, Marco zaczął tańczyć. Tak delikatnie, lekko i spokojnie. Nasze kroki współgrały w idealnej harmonii.


„Kiedy mężczyzna kocha kobietę,
nie potrafi myśleć o niczym innym.
Sprzedałby świat
za odrobinę dobra, którą by w niej odnalazł.”

Przesunęłam dłonie z jego ramion, zakładając je za jego szyję, niepostrzeżenie gładząc ją kciukiem. Wkrótce znowu jednak znów przeniosłam je na ramiona, czując, że Marco naprawdę zaczął tańczyć walca. I to nie byle jakiego! Płynnie i swobodnie poruszaliśmy się po parkiecie. W tył, w bok, do przodu, do boku i znów to samo. Byłam w niemałym szoku, ale za to pełna podziwu. Bo jak to.. Piłkarz tańczyć? Spojrzałam w jego oczy, które cały czas były utkwione we mnie. Uśmiechnęłam się szczęśliwa widząc, jak się starał. Delikatnie przybliżył usta do mojego ucha, przez co moje serce kompletnie oszalało. Jednocześnie chciało się zatrzymać, a z drugiej strony uderzać coraz mocniej.

-Wszyscy ciebie podziwiają. Mówiłem.
-Oni podziwiają ciebie, Marco. –odpowiedziałam, pozwalając sobie na delikatne dotknięcie zewnętrzną stroną dłoni jego policzka. Obciach nie obciach. Byłam jego żoną i miałam do tego najświętsze prawo.
-Nas. –powiedział po chwili namysłu, jednocześnie mocniej ściskając moją talię. Po chwili poczułam, że unosiłam się w powietrzu, a Marco zaczął mną kręcić, jakbym była najlżejszą osobą na świecie… Jakbym… Jakbym była księżniczką.


„Kiedy mężczyzna kocha kobietę
poświęci dla niej wszystko,
próbując dać jej to czego oczekuje.”


-Puść się, kochanie. -uśmiechnął się patrząc do góry, cały czas na mnie. Zaśmiałam się cicho i jeszcze mocniej ścisnęłam jego barki. Bałam się, że spadnę i zrujnuję nasz cały, piękny taniec. Tak jak bałam się, że mogę zrobić jedną, głupią rzecz, krok za daleko, niszcząc naszą całą, niewyobrażalnie piękną relację. –Zaufaj mi. Pokaż mi to teraz. –dodał.
Ufałam mu. Jak nikomu innemu. Więc puściłam obie ręce, puszczając je wzdłuż ciała, przez co Marco jeszcze bardziej przyspieszył swoje obroty. Wszyscy przy stołach zaczęli głośno bić brawo i gwizdać.
I nagle straciłam dotyk Marco na kilka sekund. Wstrzymałam powietrze w płucach, czując, jak wysoko zostałam podrzucona. Jedna chwila zamieniła się w milion pojedynczych, które ciągnęły się wieczność. Wszystko dla mnie ucichło, włącznie z głosem Michaela Boltona. A kiedy już poczułam grunt pod stopami i mojego męża, który tulił mnie do swojej piersi bujając się na boki wróciłam do rzeczywistości. Wzięłam głęboki oddech, próbując uspokoić myśli i kręcenie w głowie. Zamknęłam oczy i oplotłam kark Marco, poddając się jego pewnym krokom.


„Kiedy mężczyzna kocha kobietę
daję Ci wszystko, co posiadam,
próbując zatrzymać,
Twoją drogocenną miłość.”


Otwierając oczy, zrobiłam sobie najpiękniejszy prezent, jaki tylko byłam w stanie. Napotkanie jego oczu. Lśniących i emanujących bezgranicznym szczęściem. Nie musiałam nawet patrzeć, czy jego usta wykrzywiają się w uśmiechu, czy jego policzki się charakterystycznie marszczą. Tylko jego oczy. Wszystkie te żyrandole z kryształami nad nami, przez pryzmat których przechodziło światło, całe błyszczące złoto z tego wielkiego hotelu pełnego przepychu, wszystkie światła świec, nie mogły się równać z tymi oczami. Kolejna różnica? One były moje. One dawały mi spojrzenie na świat, którego dotąd nie znałam, one dawały mi szczęście, nadzieję i bezpieczeństwo.
Roześmiałam się jak mała dziewczynka, kiedy delikatnie mnie od siebie odepchnął i zaczął kręcić ręką, sprawiając, że raz za razem zaczęłam obracać się wokół własnej osi. Tak, czułam się jak księżniczka. Zwłaszcza wtedy, kiedy znów mogłam zostać otoczona jego ramionami i ponownie wpaść w rytm walca.


„Kiedy mężczyzna kocha kobietę
głęboko w swojej duszy,
ona może przynieść mu tak wiele cierpienia
jeżeli bawi się nim robiąc z niego głupca.
On jest ostatnim, który się o tym dowiaduje.
Kochające oczy nigdy nie potrafią widzieć..”


Taniec z nim należał do takich, który będę wspominać jak nasz na piaszczystej, karaibskiej plaży w słoneczny dzień. Wtedy liczyliśmy się tylko my i nic innego. Przez krótką chwilę właśnie do tego wróciliśmy. Ja, on i nic poza nami. Nasze uczucia, nasze oddechy, dotyk. Pusta sala balowa, muzyka znikąd i tańczący księżniczka z księciem na jej środku.
Obserwując Marco wsłuchiwałam się dokładnie w słowa piosenki, którą prawie już znałam na pamięć. Była wyjątkowa, tak szczera, autentyczna, płynąca prosto z serca. I patrząc w oczy Marco, potrafiłam sobie wyobrazić, że te wszystkie słowa kieruje do mnie. Otaczając mnie swoimi silnymi ramionami, kładąc swoje delikatne dłonie na moich odsłoniętych plecach, obdarzając mnie najczulszym spojrzeniem na świecie.
Aż w końcu pocałunkiem.
Czułym jak uścisk dziecka, delikatnym jak skrzydła motyla, spokojny jak fale oceanu, wypływające na brzegi plaży, nasz…
Uśmiechnęłam się, zupełnie ignorując kolejną porcję oklasków skierowanych w naszą stronę i musnęłam delikatnie jego policzek. Położyłam głowę na jego ramieniu, wsłuchując się w ostatnie wyśpiewane słowa piosenki. Marco miał rację. Była idealna.




„Tak, kiedy mężczyzna kocha kobietę…
Wiem dokładnie jak się czuje.
Ponieważ kochanie,
ja jestem mężczyzną.”



***


Moment zejścia z parkietu nie był aż tak zawstydzający, głównie dlatego, że na salę wjechały dwa ogromne torty z zapalonymi fontannami zimnych ogni. Na bok wjechał duży stół z czekoladową fontanną i owocami, które można było pod nią podłożyć. Chciałam już tam być.
-Marco, ja tam chcę!
-Zdążysz. Chodź na tort najpierw, wszyscy siadają do stolików.
-Macusiu, Marcusieńku, Marcosieniunieczku… -ciągnęłam swoje patrząc z wielką miłością na płynącą, niekończącą się czekoladę.
-Jedna. Truskawka. –westchnął przez zaciśnięte zęby. Zaraz potem roześmiał się pod nosem widząc, jak rzucam się w ich stronę prawie, że biegiem. Powinni mi byli wręczyć Oscara za bieganie w takich butach. Kiedy już docierałam do fontanny, dołączyła do mnie kobieta w ciąży, którą widziałam siedzącą przy stoliku Emre.

-Jak cudownie, że nie tylko ja wpadłam na pomysł napaści na fontannę przed wszystkimi!-zaśmiała się biorąc wykałaczkę i nadziała na nią dwa winogrona.
-Niby nie zając, ale… Czasami po prostu trzeba posłuchać wewnętrznego głosu.
-Zgadzam się! Mój wewnętrzny głos ma już szósty miesiąc na karku.
-Och, gratuluję. Ja takiego wewnętrznego głosu nie mam, ale po prostu kocham czekoladę.
-Oj, patrząc na was, niedługo będziesz miała i taki wewnętrzny głos. –roześmiała się, spoglądając na piłkarzy, który byli zajęci fotografowaniem tortu, a nie nas. Mogłyśmy spokojnie pałaszować. Zamknęłam oczy z rozkoszy, czując rozpływającą się czekoladę na podniebieniu i słodki smak truskawki.
-Nie, nie planujemy.
-Żebym to ja planowała.. W ogóle, jestem Cathy Hummels.
-Rosalie Reus. –podałam dłoń nowopoznanej WAG. Ann byłaby ze mnie dumna za posługiwanie się takimi pojęciami.
-Popłakałam się, kiedy na was patrzyłam, to przez hormony, ale… To było tak przepiękne. Jesteście od teraz moją ulubioną parą.
-Dzięki –roześmiałam się, zjadając kolejną truskawkę. O rety.
-Oho, rozchodzą się. Czas na nas!
-Stawiam, że spotkamy się tu po torcie.
-Oj zdecydowanie!-przytaknęła mi niska brunetka. –Do zobaczenia zatem!


Kiedy dotarłam do stołu, Marco przy nim stał, czekając, aż będzie mógł odsunąć dla mnie krzesło. Uśmiechnęłam się w podzięce i zajęłam miejsce. Blondyn chwilę później zajął miejsce koło mnie.

-No, nie stawiałem, że tak potraficie tańczyć. –powiedział pełen podziwu Bastian. Ana przytaknęła kiwnięciem głowy.
-Dzięki, chociaż to dzięki temu, kto pięknie prowadził. –odpowiedziałam z uśmiechem, spoglądając na Marco. On jakby ocknął się i wziął swoją chusteczkę spod sztućców. Zbliżył ją do moich ust i potarł z największą delikatnością.
-Czekolada, łasuchu. –zaśmiał się szczerze i złapał mnie za rękę, kładąc je splecione na stole.
Kelnerzy podjechali do nas z dwoma tortami, cytrynowym i truskawkowym. I to się nazywały dylematy życiowe. Marco jednak je rozwiał, prosząc dla niego cytrynowy, dla mnie malinowy. Stwierdził, że zawsze możemy się podzielić po połowie albo trzy czwarte.
Reszta wieczoru upłynęła bardzo miło. Stałyśmy jakiś czas z Cathy i Marco przy fontannie jedząc owoce, dopóki nas nie zemdliło całkowicie. Okazało się, że mąż Cathy też jakiś czas temu grał w Borussii, jednak spojrzenie i zachowanie Marco utwierdzały mnie w przekonaniu, że nie był to jego najlepszy kolega.

Zostałam też przedstawiona trenerowi reprezentacji, który na szczęście miał na imię Joachim, a nie Jogi. To było bardzo pokrzepiające. Jego żona okazała się bardzo miłą i ciepłą kobietą. Sam pan Löw ucałował mnie szarmancko w rękę i pogratulował nam wraz z żoną Danielą, życząc szczęścia na nowej drodze życia. Rozmawialiśmy też z wieloma piłkarzami, kilkoma osobami ze sztabu szkoleniowego… Nie umiałam zapamiętać wszystkich. Wszyscy wydawali się mili, witali mnie serdecznie. Nie wiedziałam, czy to przez grzeczność, czy naprawdę wszyscy byli tacy mili.. Jednak jak na pierwsze i zapewne ostatnie spotkanie wszystko wyszło zgodnie z planem. Jedynie raz złapałam spojrzenie z Emre, z którym nie mieliśmy już więcej okazji porozmawiać. Postanowiłam, że po powrocie do domu poproszę Marco o jakieś namiary na niego, chociażby po to, żeby przeprosić za brak pożegnania się.
Już więcej nie tańczyliśmy. Sama też nie czułam takiej potrzeby, tamten taniec był zbyt idealny, by kilkanaście minut później zatańczyć kolejny, który tylko zaćmi piękne wspomnienie. W okolicach godziny dwudziestej trzeciej wszyscy zaczynali się powoli zbierać. Na naszą taksówkę czekaliśmy w holu hotelu. Głównie przeze mnie, nie miałam żadnego okrycia wierzchniego, przez co bym znacznie zmarzła. Nadszedł kres pięknych, ciepłych, gwieździstych nocy.
Na przejście przez odcinek, który na początku miał funkcję dywanu, Marco założył na moje ramiona swoją marynarkę, żeby mnie nie przewiało. Uśmiechnęłam i zacisnęłam dłonie na jej bokach i dałam się objąć przez Marco, z którym szybko przeszliśmy przez chłodny dwór. Mimo godzin, cały czas kilka fotoreporterów cały czas stało pod hotelem, mając nadzieję na jakieś najświeższe sensacje. Chyba do takiej z Marco się zaliczaliśmy, bo niektóre flesze ponownie rozbłysnęły. Szybko jednak weszliśmy do taksówki i odjechaliśmy do naszego hotelu. Mimo późnej, wieczornej pory, ulice nie były takie puste, miasto nabierało drugiego życia. Dużo osób stało pod klubami, do restauracji nawet na ulicy były kolejki.

Pierwsze co zrobiłam po wejściu do hotelu to zdjęłam szpilki. Czułam już, że na kilku palcach będę miała odciski. 

-Chcesz jeszcze wyjść na miasto?-zapytał Marco wyjmując muchę z kieszeni swojego garnituru, którą zdjął w połowie balu.
-Ja bym poszła spać, jestem wykończona podróżą, nie spałam w samochodzie i cały ten bal.. Jeśli ty chcesz iść i się spotkać z kolegami to przecież ci nie zabraniam..
-Oj przestań, nie gadaj głupot. –zaśmiał się i zaczął rozpinać swoją białą koszulę. Przytłumione światło lampki nocnej dawało niesamowity klimat. Oparłam się o ścianę na wprost mojego męża i zaczęłam po prostu podziwiać, jak z kolejnym guzikiem odsłania się kolejny kawałek jego pięknej skóry. Aż w końcu zdjął ją całą, wtedy spojrzał na mnie, przez co jego usta wykrzywiły się w dużym uśmiechu. Chciał rozpiąć pasek od spodni, jednak zatrzymałam go kiwając przecząco głową.

-Wiesz?-zaczęłam zbliżając się powoli do niego. –Gdybym umiała malować to bym kazała ci tak stać, a ja bym malowała. To słabe światło, ty… -szepnęłam i z największą delikatnością położyłam dłoń nad jego prawą piersią. Ta chwila zupełnie nie miała charakteru przyjacielskiego. Miała bardziej charakter erotyzmu, fascynacji, pożądania, miłości..
-Rosie-szepnął cicho, obserwując mnie. Jego lewa dłoń znalazła się na moim policzku. Zaczął pocierać nią z największą delikatnością. Mogłam jedynie zamknąć oczy i rozkoszować się jego dotykiem. Jego dłonie były takie delikatne, miękkie. Nachyliłam się i delikatnie zaczęłam składać pocałunki w miejscu, w którym trzymałam rękę. Tą przesunęłam odrobinę niżej. Chciało mi się czasem płakać. Płakać przez cholerne zakochanie, utratę głowy, rozumu serca… Płakać przez uczucie, które mnie przerastało, w którym ani trochę sobie nie radziłam, którego wcale nie rozumiałam. Bo czemu tak łatwo było zakochać się w tym mężczyźnie, a czemu tak trudno jest być w nim zakochaną.
Jego dłoń uniosła moją brodę ku górze. Przez moment patrzyliśmy sobie w oczy, nawet nie zanotowałam chwili, kiedy jego usta z wielką czułością dotknęły moje w przepełnionym czułością pocałunkiem. Oddałam go z jeszcze, próbując w niego włożyć wszystkie uczucia. Marco objął mnie, mocno ściskając w talii i jeszcze mocniej pogłębił pocałunek. Zaczął powoli zmierzać w stronę wielkiego łóżka, nie przerywając jednak naszej pieszczoty. Kiedy wreszcie mogłam zaczerpnąć trochę oddechu, delikatnie odepchnęłam blondyna od siebie.
-Pójdę się wykąpać –szepnęłam i nim odeszłam, musnęłam ustami jego delikatnie zarośnięty policzek.
-Ale..
-Nie dziś. –uśmiechnęłam się delikatnie i wzruszyłam przepraszająco ramionami. Czasem była jeszcze siła wyższa. I chwała jej za to. Miałam nadzieję, że gorąca kąpiel z jakimś aromatycznym olejkiem coś poradzi na moje skołatane nerwy.


Założyłam na siebie swoją długą piżamę, posmarowałam twarz kremem, mokre włosy związałam w kitkę i stwierdziłam, że byłam gotowa do snu. Wychodząc zauważyłam Marco siedzącego na łóżku w samych bokserkach, który rozmawiał z kimś przez telefon. Odwrócił się do mnie i bezgłośnie oznajmił, że idzie do łazienki. Przeprosił swojego rozmówcę i słuchając czegoś jeszcze zamknął się w środku.
Usiadłam w siadzie skrzyżnym na łóżku, opierając się o jego ramę. Korciło mnie, żeby sprawdzić wszystkie strony internetowe, które mogły pisać na nasz temat. Jednak nie. Przecież piłkarze nie czytają ani nie przejmują się artykułami na swój temat… Ale ja nie byłam piłkarzem. Praktycznie cały czas patrzyłam na swój telefon leżący na szafce nocnej. Prawie przeniosłam go spojrzeniem niczym mistrz Yoda.
Na całe szczęście moją wewnętrzną walkę przerwał Marco, który wyszedł z łazienki przebrany w koszulkę i bokserki.
-Wtedy, kiedy wyszedłem na balu…-zaczął się tłumaczyć, przyglądając mi się uważnie. –Na sali obok odbywała się aukcja mojej oferty. Chciałem być tam osobiście, powiedzieć też kilka słów. Usłyszałem muzykę i chciałem być najszybciej jak się dało. Przeprosiłem wszystkich podczas licytacji i zacząłem po prostu do ciebie biec i… -wzruszył ramionami nie chcąc już roztrząsać tego tematu. Moje serce zaczęło bić mocniej. On do mnie biegł i kiedy już przybył na salę tańczyłam z kimś innym. Mój Marco.. –Potem dostałem telefon, że licytacja się skończyła, poszedłem porozmawiać z kupcem, domówić szczegóły.
-Jaka suma?
-Kosmiczna!-roześmiał się siadając po swojej stronie łóżka. –Sto dwadzieścia pięć tysięcy euro.
-Żartujesz?
-Nie. –odpowiedział. Jego szeroki uśmiech zupełnie mnie zaraził. Pisnęłam szczęśliwa i mocno go do siebie przytuliłam.
-Gratulacje! O jeny… Przecież to tak dużo pieniędzy! To może uratować komuś życie..
-Wiem, Rosie, wiem. –powiedział dumny i mocno objął mnie rękoma. –Przyniosłaś mi dzisiaj szczęście.
-Czemu nie powiedziałeś mi, że to dzisiaj jest licytacja?
-Wystarczyło, że ja się stresowałem. Ty miałaś być dzisiaj tylko piękna i szczęśliwa.
-Tak było. Ten wieczór był magiczny. Uratowałeś go tym tańcem, a potem już tylko ta fontanna z czekoladą..
Uśmiechnięty blondyn ucałował mnie w czoło i położył się na łóżku. Sama tradycyjnie ułożyłam się przy jego klatce piersiowej, obejmując ręką brzuch.
-Przykro mi Marco, że to wszystko tak wyszło.-powiedziałam delikatnie zadzierając głowę. Na potwierdzenie moich słów pocałowałam jego bark.
-Już jest w porządku. Powiesz mi coś?
-Coś.-odpowiedziałam uśmiechając. Marco też się lekko uśmiechnął, jednak po chwili znów był poważny.
-Powiedziałaś, że większość decyzji jakie podjęłaś mogą okazać się błędami.. Co miałaś na myśli?
-Nic konkretnego. Byłam po prostu zła. –powiedziałam, a w myślach przywoływałam sobie wszystko to, co zrobiłam i będę tego w przyszłości możliwie żałować. Pierwszą myślą, również bardzo zajmującą było to, że nie powiedziałam Marco o swoich uczuciach. Nie miałam pojęcia, czy to błąd czy nie. Potrzebny był czas, żebym mogła uznać to za dobrą czy złą decyzję.
-Rose, jeśli chodzi o nasz..
-Nie. –powiedziałam szybko przerywając mu w połowie. Podniosłam się na łokciu i wplotłam dłoń w jego mokre włosy. -Nasze małżeństwo nigdy nie będzie czymś, czego będę żałować. Nigdy. Nawet tak nie myśl, dobrze? Jestem szczęśliwa. Tu i teraz. I dziękuję ci za dzisiaj. –powiedziałam i nachyliłam się, by go pocałować. –Dobranoc, kochanie.
-Dobranoc, moja Rosie. –uśmiechnął się i mocniej przytulił mnie do siebie. Oplótł mnie dłońmi najmocniej jak mógł, dając mi kolejne minuty szczęścia w moim życiu. Te najpiękniejsze minuty. I zasnęliśmy razem, w zupełnej ciszy, spokoju, harmonii. Bez kłótni, bez mętliku w głowach. Tak po prostu szczęśliwi, ciesząc się swoim dotykiem, naszymi oddechami i biciem serc.






~~~
Mamy jubileuszowy 30 rozdział!💗
Dziękuję, dziękuję, dziękuję, że jesteście! Bez Was by mnie tu nie było. Dziękuję za Wasze wsparcie, wszystkie komentarze, przez które chcę jeszcze więcej pisać... Są dla mnie niesamowicie ważne. Mam nadzieję, że wytrwamy tu w tym składzie (a nawet większym jeśli jeszcze nowe osoby tu zawitają💖) Nie chcę zapeszać, ale przed nami jeszcze z dwa(albo połtora) takie jubileusze, zobaczymy😎
Kto dotrwał do końca rozdziału? Czekam na wasze opinie!
Wspaniałej soboty jak i tygodnia i dnia..zależy kiedy czytacie😁
Buziaki! xx