sobota, 4 listopada 2017

Dwadzieścia dziewięć




Do Berlina dojechaliśmy nad ranem. Marco uparł się, żebyśmy pojechali jego samochodem. Dopiero wtedy dowiedziałam się, że poza czarnym Astonem Martinem miał jeszcze białą terenówkę. Proponowałam mu przejazd do Berlina pociągiem jednak stwierdził, że nie ma ochoty tłuc się pociągami, chociaż ja byłam ich zwolenniczką. Mój mąż celebryta nie lubił wywoływać zbyt wielkiego zamieszania wśród rosnącej z minuty na minutę liczby fanów. A ja odkąd pierwszy raz byłam w pociągu zakochałam się w stukocie szyn podczas jazdy, potrafiłam przesiedzieć przy oknie całą trasę, w ciszy, obserwując szybko przemieszczające się widoki za oknem. Samoloty za to wywoływały zawsze u mnie niepokój, mimo, że były podobno najbardziej bezpieczne.

Moje oczy o mało nie wyskoczyły z orbit, gdy podjechaliśmy pod hotel, który okazał się wielkim apartamentowcem w centrum miasta. Szok nie minął nawet wtedy, kiedy weszliśmy do pięknego, przestronnego apartamentu z widokiem na starówkę. Samo wnętrze urządzone było w jasnych barwach, na samym środku stało małżeńskie łózko z szarą narzutą, drewniane szafki nocne i cudowna, rzeźbiona toaletka, a na niej świeże kwiaty-tulipany. Nie mogłam się powstrzymać i musiałam je powąchać.
Oddzielona niewielką ścianą była część salonowa, z dużą kanapą i średniej wielkości telewizorem na długiej szafce. W łazience była duża wanna z hydromasażem i już wyobrażałam sobie w niej długą, relaksującą kąpiel po całym balu. Było idealnie, Marco zadbał o wszystko.
Z walizki od razu wypakowałam moją suknię na wieczór. Musiała się trochę rozprostować, a ja jeszcze i tak planowałam upolować żelazko. Widziałam, że może nie wypadało w tak prestiżowym miejscu iść na recepcję i prosić o żelazko.. Ale kto bogatemu zabroni? Pójdę tam, i co więcej, zdobędę je. 

Marco z moją niewielką pomocą kupił elegancki garnitur z czarną muchą. I musiałam przyznać, że w garniturach wyglądał nieziemsko. Pierwszy raz widziałam go w białym garniturze na naszym ślubie, i niestety, to też była perfekcja. Czasami mi się wydawało, że nikt nie może być tak perfekcyjny. Ale to mi się tylko wydawało. Już nie mogłam się doczekać balu. Mimo nerwów byłam bardzo podekscytowana. Prawie całą drogę samochodem przeszukiwałam internet szukając nazwisk i zdjęć piłkarzy z reprezentacji. Oczywiście mój mąż stwierdził, że zbyt przesadzam i panikuję, jednak i tak wiedziałam swoje.

-Marco? A tam będą jakieś zdjęcia?-zapytałam przypominając sobie wielkie gale, takie jak Oscary. Zawsze był tam czerwony dywan i masa reporterów przed nim. Czemu ja o tym wcześniej nie pomyślałam? Wiedziałam, że jemu na tym zależało, ale.. Przecież… Ja na takim dywanie?
-To spore wydarzenie. Na pewno zapozujemy na dywanie.-powiedział ze spokojem rozkładając się wygodnie na łóżku.
-Dlaczego jesteś taki wyluzowany? Chcesz tam pójść ze mną!
-Dlatego jestem taki wyluzowany. –oznajmił odwracając głowę w moją stronę.
-Ale ja nie jestem. Zobacz, wzięłam cienie, tusz do rzęs, ale ja nie jestem mistrzem makijażu. Ann tak. Rosalie nie. Widzisz różnicę? Przecież wszyscy mnie skrytykują, wyśmieją i..
-Rose. Dla mnie jesteś śliczna. –powiedział wzdychając i leniwie zszedł z łóżka. Podszedł do mnie wolnym krokiem i położył dłonie na moich biodrach. –Jeśli chcesz poczuć się pewniej to przecież jesteś w stolicy. Jest tu cała masa salonów kosmetycznych, nie wiem, jakieś maseczki, makijaże, fryzjer. Korzystaj.
-Nie.
-Bo?
-Nie bo nie. –stwierdziłam pewnie i wyminęłam go, żeby podejść do okna. Otworzyłam je na oścież i oparłam się o parapet.
-Kochanie. Nie stresuj się tak.
-Wcale się nie stresuję. –odpowiedziałam pewnie, nie zwracając na niego większej uwagi.
-Oczywiście, że się stresujesz. Posłuchaj. Wpakowałem się w to w dniu, w którym wzięliśmy ślub. I jestem świadomy, że mam żonę. Nawet jestem z tego dumny. I jest mi dobrze wiedząc, że będziesz mi dzisiaj wieczorem towarzyszyć.
-Ale jak coś pójdzie nie tak? Jak kogoś pomylę z kimś innym? Jak się brzydko uśmiechnę, albo jak złapię cię za rękę a to będzie niestosowne?
-Rosalie. –powiedział odwracając mnie twarzą do siebie. –Czy ja jestem zdenerwowany?
-Nie. Ja jestem.
-Wiesz czemu ja nie jestem? Bo wiem, że nie mam o co się martwić. Jesteś idealną osobą w odpowiednim miejscu. I idź, proszę do tej kosmetyczki, zrób się na bóstwo. Zrób piękną fryzurę. Ukradnij wszystkim ten wieczór, a przede wszystkim baw się dobrze, w porządku?
-Łatwo ci mówić. Ty masz za sobą tyle gal, występów, jesteś tak przystojny, że niezależnie co założysz..

Nie dane mi było dokończenie zdania, bo mój mąż postanowił mnie pocałować. Powoli, delikatnie ale za to intensywnie. Uśmiechając się, oddałam pocałunek i wtuliłam w niego jak w największego, pluszowego misia świata. Taki był perfekcyjny. Właśnie wtedy, kiedy był sobą. Mimo, że czasem naprawdę chciałam mu coś zrobić, to kiedy zawsze powracaliśmy do momentu, kiedy się chociażby przytulamy.. Wszystko stawało się inne. Lepsze, piękniejsze. Każdy jego dotyk, spojrzenie, uśmiech potrafi zmienić najgorszy dzień w najlepszy w życiu.

-Będzie dobrze. –oznajmił gładząc mnie czule po policzku.
-Wierzę ci na słowo. A teraz pójdę do recepcji zapytać, czy mają jakieś żelazko.
-Chyba nie zamierzasz teraz prasować?
-W sumie, przecież mogę cię puścić w wygniecionej koszuli  a ja pójdę w pogniecionej sukience. Już w ogóle najlepiej we fryzurze po seksie i ze złamaną szpilką. Państwo idealni.
-Nie wiedziałem, że coś planujesz przed balem. –uśmiechnął się szeroko, przez co oberwał ode mnie z łokcia w bok. –No dobra, dobra. Może Lisa ma żelazko, możemy podejść, powinni już być.
-Lisa i Roman? –zapytałam zaciekawiona. Dawno ich nie widziałam, ostatnio naprawdę zawalałam wszystkie przyjaźnie na całej linii. Przecież był jeszcze André, prawdopodobnie był. Nie miałam pojęcia na czym stoję, jednak ostatnio działo się tyle, że nie miałam czasu, by cokolwiek zrobić.
-Nie. Lisa Müller. Może jakaś twoja zaginiona rodzina?-zaśmiał się Marco i ucałował mnie w policzek. Na hasło „rodzina” aż mnie zmroziło. Miałam nadzieję, że jednak przypuszczenie Marco będzie błędne.
-Chyba niezbyt bym się z tego cieszyła. A skąd są?
-Bawaria.
-To raczej nie.
-Skąd jest twoja rodzina?
-Stąd. Głównie obszar Kolonii. Babcia jakiś czas mieszkała we Francji ale była Niemką. Może pójdziemy do tej Lisy?
-Jak sobie życzysz. –uśmiechnął się szczerze i ruszył w kierunku wyjścia z pokoju, pisząc coś w telefonie.

Okazało się, że owi Lisa i Thomas mieszkają naprzeciwko naszego apartamentu. Oboje byli bardzo mili, dziewczyna od razu pobiegła do ich sypialni po żelazko parowe, które używa się bez deski do prasowania. Zaoferowała swoją pomoc, jednak podziękowałam jej, mając nadzieję, że sama sobie z tym poradzę.
Chciało mi się przewrócić oczami, widząc minę Marco, kiedy Lisa zapytała mnie, na którą godzinę byłam umówiona do fryzjerki i makijażystki. Oczywiście, kiedy tylko usłyszała, że w ogóle nie jestem umówiona, postanowiła, że pójdę razem z nią. Nie chciałam być nieuprzejma odmawiając jej. Było to też równoznaczne z tym, że dałam wygrać Marco. Ale tak to czasem bywało.



***


-Robisz mi zdjęcia. –powiedziałam nie odwracając się od szafy. Kontynuowałam ze spokojem prasowanie jego koszuli, testując wynalazek ludzkości-parownicę do ubrań.
-Brawo Watsonie. –zaśmiał się przekręcając na łóżku. Kiedy na chwilę się na niego obejrzałam akurat uniósł telefon trochę niżej, zmieniając perspektywę.
-Co, teraz zdjęcie od dupy strony?-zapytałam próbując pohamować śmiech. Marco za to roześmiał się głośno, odkładając telefon na poduszkę i podniósł się na materacu. Jego śmiech bardzo łatwo zarażał. Poczułam jego dłonie na moich udach. Pociągnął mnie tak, że poleciałam jak długa na materac, upuszczając, na szczęście w porę wyłączone żelazko. Przy okazji zderzyłam się boleśnie z jego brodą. Natychmiast ucałował mnie w czoło i objął mocno ściskając.

-Droga żono. Gdzie się podziała twoja romantyczna dusza? –zapytał śmiejąc się i przeturlał nas tak, że to on znajdował się nade mną, jednak zaoszczędził mi dźwigania jego siedemdziesięciu kilo.
-Może wcale takiej nie posiadam?
-Posiadasz. –oznajmił tonem nie znoszącym sprzeciwu. Popatrzył na mnie tymi swoimi wielkimi, roześmianymi, błyszczącymi oczami i wydął usta w uroczym uśmiechu. Miałam naprawdę wielką ochotę go pocałować.
-Jestem naprawdę dobrym obiektem do fotografowania? Nieuczesana, w szlafroku, prasując twoją koszulę?
-Jesteś bardzo dobrym obiektem, nie tylko do fotografowania. W byle fryzurze, seksownym, krótkim szlafroku, który najchętniej bym zdjął, a moja koszula mogłaby poczekać.
-Jest jakieś ale?
-Pewnie by ci było smutno tak zostawić tą biedną, pogniecioną koszulę. Bo przecież czym sobie na to zasłużyła?
-Słuchaj. –zaczęłam już dość mocno rozbawiona całą sytuacją. –Nie rozumiem cię kompletnie. Z jednej strony chcesz sobie zagrabić na to, żebym już wyszła z tego pokoju i wróciła do Dortmundu, z drugiej chcesz mnie zaciągnąć do łóżka. Z trzeciej, chcesz mnie zaciągnąć do łóżka ale mnie odpychasz jednocześnie. Czego ty chcesz?
-Przecież wiesz czego ja chcę. –uśmiechnął się pokazując swoje świeżo umyte zęby. On czasami zachowywał się jak dziecko. Może był dzieckiem a czasami zachowywał się jak dorosły?
-Chcesz mieć wyprasowaną koszulę. Więc sobie wyprasuj, ja się zbieram do fryzjera. –uśmiechnęłam się schodząc z łóżka i wręczyłam mu upuszczone przed chwilą urządzenie.

Pobiegłam szybko do łazienki zabierając z półki jeansy i bluzkę z długim rękawem. Było już coraz chłodniej, a ja nie do końca miałam w co się ubrać. Nie przepadałam za zakupami, dlatego też odwlekałam to najdłużej jak się dało. Oby mnie nie zastała zaraz zima.

Kiedy wychodziłam zauważyłam Marco czekającego na mnie na łóżku. Gdy mnie zobaczył od razu podniósł się i podszedł do mnie z uśmiechem.
-Nie jesteś zła?
-A skąd. Jesteś najbardziej pociesznymi i uroczym facetem jakiego znam.–uśmiechnęłam się i przytuliłam się do niego. –Ale muszę już iść. Jestem umówiona z Lisą, pamiętasz?
-Nie mów tak, to mało męskie.
-Wiesz, że mnie to nie obchodzi? Uwielbiam każdą taką chwilę z tobą, jak ta w łóżku.. I nie wtrącaj tu proszę nic dwuznacznego o łóżku więcej, bo wiem, że i tak byś zaraz o tym wspomniał.
-Skąd. –zaśmiał się i puścił do mnie oko. Powiedziałby.
-To, że mi zaufałeś jest dla mnie największym wyróżnieniem.
-Tak jak dla mnie, że jesteś moją żoną i powiedziałaś, choć trochę przesadziłaś, że jestem tym, co najlepszego cię w życiu spotkało. Nie mogę się pozbyć tych słów z mojej głowy, Rose.
-Nie przesadziłam. Tak po prostu jest. A jeśli w żaden sposób ci to nie przeszkadza, to nie pozbywaj się.
-Uwielbiam cię, dziewczyno.
-Chyba żono.
-Chyba tak. –uśmiechnął się rozbrajająco. –Wiesz, że jesteś moją pierwszą najlepszą przyjaciółką przeciwnej płci? Oczywiście poza moimi siostrami, ale to rodzina.
-Czuję się zaszczycona.
-A ja czuje, że ten wieczór będzie magiczny. Już nie mogę się doczekać. –odpowiedział głaszcząc mnie po policzku i odsunął się odrobinę, umożliwiając mi wyjście z naszego hotelowego pokoju.
-Ja też.
-I nie martw się już o nic. Będziemy tam razem. Cały czas będę przy tobie i przedstawię ci wszystkim moim kolegom.
-Trzymam za słowo. Do zobaczenia za kilka godzin.
-Baw się dobrze.
-Dziękuję. Ale najlepiej bawię się z tobą.
-Idź już, bo się rozmyślę!



***



 Stanęłam przed lustrem w wielkiej, hotelowej łazience. Nie mogłam uwierzyć, że to co widziałam było prawdziwe. Nie wierzyłam, że zaraz będę szła na bal Reprezentacji Niemiec, na którym miała też być sama pani kanclerz. Nie wierzyłam, że będą pośród mnie setki kamer, głodni najnowszych informacji dziennikarze. W salonie piękności wszyscy obskoczyli mnie niczym królową Elżbietę. Może i widzieli po prostu we mnie spory zarobek? Czułam się jak w zupełnie innym wymiarze. Proponowano mi kawę, herbatę ale i też szampan i wina, podobno bardzo luksusowe, jednak odnośnie win byłam zupełnie zielona. Więc a propos zieleni poprosiłam o zieloną herbatę. Wolałam zostać na trzeźwo, chociaż jeszcze przez chwilę.
Na początku zajęła się mną kosmetyczka prosząc o opis sukni, którą wybrałam na dzisiejszy wieczór. Zaproponowała mi makijaż idący głównie w czerń ale też delikatność jak różowe usta. Z tego jak go opisała był wspaniały. Efekt końcowy prawił mnie w jeszcze większy zachwyt. Sama bym się na taki nie zdecydowała, jednak dziś była wyjątkowa okazja. Włosy postanowiłam spiąć. Chciałam wyeksponować czarną kokardę sukienki, dlatego też fryzjer uplótł mi delikatnego warkocza i uformował w koszyczek u dołu. A kiedy siebie zobaczyłam, nie mogłam już doczekać się, kiedy założę sukienkę i buty.

I teraz, kiedy stałam w łazience nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Byłam jak kopciuszek przed balem, z księciem czekającym tuż za drzwiami. Nie wiedziałam jeszcze, czy było mi z tym dobrze, czy źle. Obudziłam się w zupełnie innym świecie. Miałam na sobie sukienkę za tyle pieniędzy, ile bym zapewne odłożyła w rok. Moja cera po odświeżającej maseczce i krótkim masażu była w znacznie lepszej kondycji. Przepiękna suknia, fryzura, makijaż. Chyba mogłam siebie nazwać właśnie perfekcją.
Ale to nie byłam ja. W żadnym centymetrze z tej sukienki. Jeszcze jakiś czas temu określiłabym perfekcyjną moją talię, którą wyćwiczyłam na wf na pierwszym roku studiów. Nazwałabym przepiękną sukienką tę, którą znalazłabym w second handzie za korzystną cenę. Czułabym się jak księżniczka nie przez to, że ubiorę się w najdroższe materiały świata i pomaluję jak na wybieg Victoii Secret. Ale przez to, że byłam tak traktowana. Przez to, że żyłabym z mężczyzną, który obdarzyłby mnie takim uczuciem… Takim uczuciem, jakim obdarzył mnie Leo. Wtedy naprawdę byłam księżniczką. W brudnych, zachlapanych błotem ubraniach, rozmytym makijażu, potarganych włosach. W brudnej, zagrzybiałej kawalerce, pełnej kurzu i pająków. Zdecydowanie byłam wtedy księżniczką. Za każdym spojrzeniem Leo. Za każdym jego dotykiem, uśmiechem, pocałunkiem. Za każdym razem, kiedy mówił, że mnie kocha. Bardzo mi brakowało bycia księżniczką.

-O cholera. –szepnęłam do siebie, kiedy zobaczyłam, że jedna łezka, która pociekła rozmyła w jednym miejscu mój eyeliner. Wzięłam szybko wodę na wacik i poprawiłam to jak tylko się dało. W głowie cały czas nachodziły mnie myśli. Z tamtego dnia, kiedy chciałam odejść. Kiedy Marco wniósł mnie do mieszkania z własnej wycieraczki. Kiedy był taki troskliwy. Kiedy poczułam miłość. To było aż nie do zniesienia. Moje serce wtedy bolało, tak mocno, że zapewne jeszcze podsycało mój płacz. Czy byłam wtedy dla Marco księżniczką?

-Kochanie, spóźnimy się zaraz. Jesteś gotowa?

Dlaczego tak uparcie zwracałeś się do mnie „kochanie”? Przecież to było tak bardzo pokrewne z „kochaniem”. Dlaczego tak często mnie całowałeś, przytulałeś. Dlaczego oddawałeś mi całego siebie? Dlaczego mówiłeś, że nie potrafiłeś nikogo pokochać. Skoro… Skoro ja czuję coś innego. Czuję?

-Już zaraz wychodzę.
-Wszystko w porządku? Mogę wejść? –zapytał ostrożnie uchylając drzwi łazienki. Byłam przerażona. Nie wiedziałam co powinnam była powiedzieć. Czy powinnam na niego spojrzeć. Przecież byłam na granicy płaczu.

-Marco, dlaczego ci na mnie tak zależy? Dlaczego tak o mnie dbasz? –zapytałam odwracając się do niego. Nie uszło mojej uwadze, że był trochę zaskoczony.
-Jesteś moją żoną. Czy nie na tym polega związek?
-Związek polega na miłości, Marco. I dobrze wiesz, że nie jestem twoją żoną. Papier i obrączka są najzwyklejszymi w życiu rzeczami. Małżeństwo nie jest materialne. Jest duchowe, cielesne, ale nie jest rzeczą, którą można tak po prostu sobie wziąć. Bycie mężem i żoną nie jest kwestią podpisania papierka. To proces, głęboki, żmudny, ciężki proces. Przepraszam… -szepnęłam, wymijając go w drzwiach łazienki i pozostawiając go tam zupełnie zdezorientowanego. Wyszłam na balkon i oparłam się o przepiękną, kutą, balustradę. 

Łapałam oddech, próbowałam się uspokoić. Miałam nadzieję, że piękny widok na Berlin mi w tym pomoże. Niestety pojawił się piękniejszy widok, który wręcz nie pomagał.

-Rose, to co mówiłaś.. To wszystko prawda. Pewnie prawda. To coś, w co nigdy nie wierzyłem, zawsze było odległym, wyidealizowanym wyobrażeniem. Nie wiem, czy kiedykolwiek coś takiego mnie spotka.
-Oczywiście, że tak. –powiedziałam przerywając mu wypowiedź. –Nikt bardziej nie zasługuje na szczęście niż ty. Jesteś wyjątkowy.
-Ugh, przestań. –westchnął, podchodząc odrobinę bliżej. –Kimś, kto jest wyjątkowy to ty. Nie umiem przemawiać z takim sensem i zaangażowaniem, jak ty to robisz, nie lubię być zbyt wylewny. Myślałem, że wiesz, co do ciebie czuję.


Mój Boże. Czy słyszę już dzwony weselne? Musiałam się mocno złapać barierki, żeby nie stracić równowagi. Niebotycznie wysokie obcasy nie ułatwiały sprawy. Moje głupie zakochanie wręcz krzyczało, żeby wreszcie to powiedział. Mój rozum chciał, żebym mu zatkała buzię i zrzuciła z tego balkonu. Nie byłam gotowa. Och, oczywiście, że byłam. Nie byłam! Przecież taka była umowa. Niepisana ale umowa. Jeśli ktokolwiek z nas się zakocha ma od razu to powiedzieć. Ja nie powiedziałam, to by było zbyt ryzykowne i prawdopodobnie wszystko by zepsuło. Może nawet Marco nie chciałby utrzymywać przyjaźni po roku czasu. Albo rozwiedlibyśmy się po niecałym miesiącu małżeństwa. Myślałam, że byłam głupia, zakochując się w obcym facecie w mniej niż miesiąc od naszego spotkania. Ale to on teraz chciał coś powiedzieć i… I chyba naprawdę potrzebowałam kilka dni na oddziale zamkniętym. Chyba tylko tam, za sprawą magicznych proszków, moje życie byłoby spokojne i bezproblemowe.

-Jeszcze jakiś czas temu, nikt nie wiedział o mnie więcej, niż wiedział Mario. –powiedział spoglądając na mnie spod swoich długich rzęs. –Mam tu też na myśli Scarlett. Nigdy nie przypuszczałem, że coś się w tym temacie zmieni.

Delikatnie ujął moją prawą dłoń w swoje obie ręce i zaczął delikatnie gładzić ją kciukiem, próbując mnie troszkę uspokoić.
-Zmieniło?
-Jeszcze pytasz, Rose?-zaśmiał się leciutko i splótł nasze dłonie. –Pojawiłaś się ty. Wiem, że to krótki czas, za niespełna dwa tygodnie miną równo dwa miesiące od dnia naszego ślubu. Wtedy nie miałem jeszcze pojęcia, jak wielki wpływ będziesz miała na moje życie. Nikomu. Nikomu, Rose, tak bardzo nie ufam jak tobie. Nie masz i nie będziesz miała żadnej konkurencji. Nawet jeśli kiedyś będę brał ten prawdziwy ślub, nie będzie innej opcji, żebyś była moją pierwszą druhną. Będę cię zabierał na wakacje. Jeśli kiedyś będę miał dzieci, obiecuję ci, że będziesz matką chrzestną wszystkich jak leci. I masz rację, że małżeństwem się staje. Ciężką pracą. Widzisz? Zapracowaliśmy na to, gdzie teraz jesteśmy. Staliśmy się małżeństwem najlepszych przyjaciół. Zawsze będziesz w moim sercu, Rose. Zaraz obok Meli, Yvonne, rodziców, Nico, Mii, Mario. Jesteś na równi z nimi. Nie masz prawa myśleć już, dlaczego mi na tobie zależy. Bo to jest wiadome i najprostsze. Nie ma na świecie piękniejszej miłości niż ta do osoby, której możesz się ze wszystkiego zwierzyć, której ufasz. Nie wiem, czy ty też uważasz mnie za przyjaciela, ale..
-Oczywiście, że tak. –uśmiechnęłam się. Czy ten facet właśnie pokazał mi mój życiowy przegryw i w najbardziej chamski sposób wrzucił mnie do pudełka z wielkim, czerwonym, migoczącym napisem „FRIENDZONE”? Znaczy, pewnie powinnam była się cieszyć, że to wszystko do mnie czuje.. Wow.. To było zdecydowanie zbyt wiele na ten dzień.
-A jeśli chodzi o bonusy do przyjaźni, to chyba już ustalaliśmy, że oboje je bardzo lubimy. –kontynuował z jeszcze większym uśmiechem.
-Tak. Przepraszam, Marco. Mam po prostu gorszy dzień. I naprawdę, też jesteś dla mnie bardzo ważny, nawet jeśli nie brzmię zbyt przekonująco, to tak jest.
-Każdy ma prawo mieć gorszy dzień. Mam nadzieję, że jeszcze mi się go uda odratować. Idziemy, piękna?
-Idziemy. 


Trzymając się za ręce wyszliśmy przed hotel i wsiedliśmy do wcześniej zamówionej taksówki, która miała nas zawieźć pod sam Westin Grand Hotel.
Chyba trochę straciłam radość. Czułam się zawiedziona? Chyba nie. Po prostu coś wewnątrz, sprawiało, że ciężko mi było się uśmiechnąć. Magiczna bańka pękała? Nie chciałam nawet tego przyjmować do wiadomości.
-Przytulisz mnie?-zapytałam spoglądając na swoje świeżo pomalowane paznokcie. Beż był bardzo interesujący.
-Oczywiście. Nie stresuj się, słońce. –uśmiechnął się i odpinając pas zbliżył się do mnie. Już chwilę potem mogłam położyć głowę na jego ramieniu i wsłuchiwać się w jego spokojny oddech. Uwielbiałam znajdować się w jego ramionach. Chyba czyniła się wtedy zawsze jakaś magia, która sprawiała, że zaczynałam czuć spokój i szczęście.

-Uwielbiam cię w tym garniturze.
-To dobrze się składa, bo ty wyglądasz nieziemsko w tej sukience.
-Dziękuję. –uśmiechnęłam się i pocałowałam go w policzek. Kiedy akurat upewniałam się, że po pocałunku nie został żaden ślad, samochód zatrzymał się na miejscu. A właściwie nie na miejscu.
-Podjeżdżamy na miejsce limuzyną. –oświadczył Marco wysiadając pierwszy z taksówki. Jednak to on nie otworzył mi drzwi, tylko taksówkarz, życząc nam dobrej zabawy.

-To tak zawsze się odbywa?-zapytałam wtulając się w jego ramię. Pogoda była trochę lepsza, jednak taka sukienka na wrześniową pogodę nie była zbyt idealna.
-Taki zwyczaj. Chodź, podejdziemy do kilku osób.

Dotarliśmy pod jeszcze inny hotel w Berlinie, który miał dość duże zadaszenie. Część par właśnie pod nim stało i o czymś żywo dyskutowało. Niektóre spojrzenia przeniosły się na nas, albo może też na mnie. W końcu byłam tą „nową”, czy też jak kto wolał „obcą”. Wszystkie małżonki piłkarzy wyglądały niesamowicie. Niektóre miały suknie rodem z bajek. Bufiaste, szerokie, z trenami. Rzuciłam spojrzenie na swoją sukienkę, upewniając się, czy aby na pewno pasowała do tego stylu. Chyba pasowała. Dużo osób, chroniąc się przed chłodnym wiatrem, zatrzymała się w środku hotelu. Na ulicy był wręcz korek czarnych limuzyn, które podjeżdżały pod daszek hotelu i zabierały po dwie, czasem trzy pary. W sumie wszystko szło dość sprawnie. Po drugiej stronie ulicy zgromadzeni byli fani, którzy z zapałem robili zdjęcia. Było też kilkoro fotografów, jednak cały rój dopiero zapowiadał się na miejscu.
Podeszliśmy do jednej pary, która stała pod drzwiami hotelu, czekając na swoją kolej. Mężczyzna był jasnym blondynem o mocno niebieskich oczach. Jego ukochana zaś, była ciemnooką brunetką. Wyglądała na odrobinę starszą od niego, co oczywiście niczemu nie przeszkadzało. Postawiła na klasyczną, długą, koronkową, czarną sukienkę, na którą nałożyła czarne futro. Najprawdopodobniej sztuczne. Ale chociaż była mądra, że ubrała się stosownie do pogody. A nie to co ja.
Marco przywitał się z nimi serdecznym uściskiem, a później przedstawił mnie, przyciągając bliżej siebie.
-To jest moja żona Rosalie. A to Toni i Jessica.
-Bardzo mi miło was poznać. –uśmiechnęłam się podając każdemu dłoń.
-Nam również. Ale czujemy się urażeni, że nie zaprosiliście nas na ten ślub.

Ten? A na jaki inny.. Ach.. Ten o tydzień wcześniejszy ze Scarlett.. No tak. Jeśli ci wszyscy byli zaproszeni na ślub ze Scarlett to chyba mogłam już sobie podarować moje towarzystwo Marco w tej jakże wspaniałej imprezie.
-To była bardzo kameralna ceremonia. Nie chcieliśmy szumu i przepychu. –powiedziałam próbując utrzymać fason.
-Szum i przepych macie teraz! –zaśmiała się głośno Jessica. Miała naprawdę głośny śmiech… Ajć, moje uszy.
-To prawda. –przyznał Marco.

Dowiedziałam się, że pierwszeństwo mieli piłkarze, którzy powołani byli do tegorocznych meczów. Jako pierwszy pojechał trener z małżonką i sztab szkoleniowy. My z Marco musieliśmy jeszcze chwilę poczekać na swoją kolej.
-Dlaczego nie ma Mario i Ann? André? –zapytałam Marco, kiedy pozostaliśmy już sami. –Przecież tu jest sporo osób.
-Nie wiem, Rose. W tym roku organizacja tego balu to jakaś klapa. Nie zaprosili tych, co byli długo kontuzjowani ale tych, co nie byli długo powoływani to już tak. Ja tu jestem tylko dlatego, że jestem darczyńcą w akcji charytatywnej, która będzie prowadzona.
-Co właściwie dałeś?
-Czterodniowy pobyt w Dortmundzie na mój koszt, oprowadzenie po SIP, muzeum, podpisaną koszulkę i spotkanie ze mną.
-No, no, ładnie. Myślisz, że ktoś będzie chciał?
-Myślę, że tak. Bogaci tatusiowie zrobią wszystko dla swoich dzieci, który tylko powiedzą „ja chcę”. A cały dochód przejdzie dla chorych dzieciaków na nowotwór. Nie wszystkich stać na leczenie, dlatego takie okazje jak ta są ważne.
-To prawda.
-Nie lubię takich rzeczy, i uwierz mi, że gdyby to był zwykły bal to bym ciebie tu nie ciągał, zapewne bym też sam nie jechał, menager by wystosował przeprosiny, że zmagam się z jakże ciężkim przeziębieniem czy coś.
-W takim razie od razu czuję się lepiej. Nie chciałam ci mówić, ale chyba nie zbyt komfortowo się tu czuję. I w tym stroju…
-Och, Rosie. –uśmiechnął się i objął mnie nie zważając na całą resztę osób. –W tej sukience wyglądasz nieziemsko. I nie czuj się w niej niekomfortowo. Powinnaś się w niej czuć tak jak wyglądasz. Cholernie seksownie i pięknie. A ten wieczór? Może jest trochę kiczowaty, ale to tylko jeden wieczór. I jesteśmy tu z nie byle jakiego powodu.
-Wiem, dlatego postaram się dobrze bawić i prezentować.
-Dziękuję. –uśmiechnął się i ucałował mnie w czoło. Chwilę później podszedł do nas elegancko ubrany kamerdyner, zapraszając nas do limuzyny.

Z lekkiego zdenerwowania zaczęły mi się pocić dłonie. Chciałam już przenieść się do momentu, kiedy mijam ten cały oblężony przez fotoreporterów dywan i wchodzę do pełnej jedzenia sali. Poza śniadaniem nic nie jadałam, a pora obiadowa też już minęła.
Trasa była bardzo krótka. Zamiast takiego czekania na swoją kolej, prędzej bym dotarła na miejsce w moich szpilkach. Ale cóż. Trzeba było zrobić wielkie wejście.
Razem z nami jechał Sami Khedira ze swoją przepiękną partnerką Adrianną. Brazylijka o niesamowitej urodzie założyła przepiękną, białą suknię z trenem, byłam nią naprawdę zachwycona. W duchu jednak skakałam z radości, że Marco ani na chwile ode mnie nie oderwał wzroku, a z modelką wymienił tylko uśmiechy w geście przywitania. Ona i tak była zbyt zajęta rozmową z Samim, żeby zwracać na nas uwagę.

Na dywan to właśnie oni wyszli jako pierwsi. Od razu mogłam zobaczyć flesze, które aż się od nich odbijały. Też ten charakterystyczny dźwięk pstrykania wielkich aparatów i przekrzykiwanie się wzajemne fotografów, którzy konkurowali miedzy sobą na najlepsze ujęcie pary był bardzo charakterystyczny, a mnie przyprawiał o mdłości.
-Gotowa?
-Jeśli ty gotów. –uśmiechnęłam się ciepło do Marco, który gładził uspokajająco moje udo.
-Oficjalnie zostaniesz przedstawiona jako moja żona.. Ale Rose, obiecuję, że niezależnie co się stanie będziesz bezpieczna. I w razie jakiś ataków mediów teraz, czy później. Masz mnie, mój agent też jest na to przygotowany. Nie masz się o co bać.
-W porządku, ufam ci. –uśmiechnęłam się i przesunęłam się bliżej otwartych drzwi.
-Cieszy mnie to. Zatem zapraszam panią na bal, pani Reus. 







~~~

Przepraszam za takie polsatowe zakończenie, ale musiałam w którymś momencie jednak przerwać, ten rozdział miał 10 stron, kolejny z samego balu ma aż szesnaście, razem by było aż zbyt wiele. Poza tym, z uwagi na mój sentyment do okrągłych liczb, chciałam, żeby 30-stka była wyjątkowa. I chyba to mi się udało, mam nadzieję, że też będziecie z niej zadowolone. 😍 A tutaj.. Proszę, nie zabijcie mnie za ten czysty, chamski, kipiący friendzone.. Ja wiem.. Ja już czuję wasz oddech na plecach😆 Obiecuję poprawę, kiedyś tam...może...:) 
I dziękuję za wszystkie życzenia urodzinowe💕💕💕, (chociaż to dopiero w środę!😉)
Dziękuję, że jesteście, komentujecie, to dodaje skrzydeł, wiatru w żagle i ogromną ilość weny!💖Jesteście przekochane! Drobne ogłoszenie-chyba na plus, w grudniu poza 09.12 rozdziały będą się pojawiały w każdą sobotę, na rozpisce umieszczony został już grafik do końca roku, jest też tam mała niespodzianka;)
Wspaniałej soboty!
Ściskam mocno! xx

sobota, 21 października 2017

Dwadzieścia osiem



W jednej chwili poczułam się jak ośmiornica. Miałam dokładnie cztery ręce i cztery nogi. To, ile kursów zrobiłam między sypialnią a łazienką, było nie do zliczenia. Rozczesałam na szybko włosy i przeciągnęłam je nie do końca nagrzaną prostownicą. Myjąc zęby wybielającą pastą grzebałam w szafie, w moim starym pokoju, żeby znaleźć idealną sukienkę. Jedna, pożyczona jakiś czas temu od Ann, w paski z rękawkami na ramionach wpadła mi w ręce. Wydawała się odpowiednia. Stając przed lustrem spojrzałam na swoją twarz i zastanawiałam się, co by mogło jej pomóc. Najszybszy okazał się podkład i puder. Nie chciałam też przesadzać z makijażem, więc użyłam do tego tuszu do rzęs i różowego błyszczyka. Włosy też spięłam w koczek. Spojrzałam na zegarek. Równo piętnaście minut.
Pokonałam życiowy rekord.  

Musiałam jednak zmierzyć się z czymś jeszcze gorszym.

Do dopełnienia stroju założyłam jeszcze czarne baleriny. Nie chciałam przesadzać ze szpilkami. Przejrzałam się jeszcze przed zejściem w lustrze. Upięte włosy, nie za krótka sukienka w paski, delikatny makijaż. Prawie jak pilna uczennica. Jednak po tym, co się wydarzyło musiałam jakkolwiek nadrobić.
Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam schodami na dół. Ku mojemu zdziwieniu, Marco zabrał wszystkie rzeczy, włącznie z deską i koszem na pranie. Zapewne wstawił to wszystko do łazienki, żeby nie przeszkadzało. Siedzieli wszyscy w salonie. Marco na jednej kanapie, państwo Reus zajęli razem drugą z boku. Oboje mieli z trochę ponad pięćdziesiąt lat. Ubrani byli zwyczajne, w spodnie jeansowe, pani Reus założyła zwykłą bluzkę z długim rękawem, na którą założyła szary sweterek. Pan Reus natomiast miał na sobie koszulę w kratę i narzuconą na nią kamizelkę. Mimo, że oboje wyglądali na zadbanych i byli schludnie ubrani, nic nie wskazywało na to, że żyją w wielkim bogactwie. Nie wszyscy mają przecież takie potrzeby. Po mamie Marco nie widać było wieku. Była bardzo zadbana, nie miała prawie wcale zmarszczek. Tata Marco był dość otyły jednak dość wysoki. Jego twarz w prawdzie odzwierciedlała wiek, jednak przez to biło od niego takie ciepło i entuzjazm. Byłam ciekawa, czy moje przypuszczenie od niego się sprawdzi. Chciałam mieć dobry kontakt z obojgiem rodziców mojego męża.W końcu byli oni dla niego niezwykle ważni.
Kiedy weszłam do salonu, od razu zwrócili na mnie uwagę.

-Przepraszam, że tak długo.
Tak naprawdę to nie było długo. Ale to byli rodzice Marco. Trzeba było mówić, że długo.
-Nie było długo, pięknie wyglądasz.-uśmiechnął się Marco łapiąc mnie krzepiąco za dłoń i pociągnął w swoją stronę, żebym mogła koło niego usiąść.
-Przepraszam, jestem bardzo zaskoczona państwa wizytą, Marco mnie nie uprzedzał. –powiedziałam spoglądając to na ojca, to na rodzicielkę mojego męża. On cały czas trzymał mnie za rękę. Z całego stresu moja noga zaczęła się niewyobrażalnie trzęść.
-Cały Marco. –westchnęła kobieta. –Chyba przez to wszystko nie przedstawiliśmy się. –powiedziała wstając z kanapy. To samo zrobił też tata Marco. No i ja. –Manuela Reus. –powiedziała podając mi rękę. Ścisnęłam ją mocno uśmiechając się, a w głowie kodując imię oraz, że nie jesteśmy ani na "ty" ani na "mów mi mamo". Podobnie przywitałam się z tatą Marco. Miał na imię Thomas.

Czułam się strasznie zagubiona. Marco nie powiedział mi ani słowa o pracy rodziców… Przecież jedyne co wiedziałam o jego rodzicach to to, że odradzili mu małżeństwa ze mną. Cudownie.

-Bardzo mi miło państwa poznać. –uśmiechnęłam się w głowie dodając „Marco wiele o państwu mówił”. To by było całkiem zabawne.
-Dzwoniłem do ciebie i pisałem.-powiedział Marco, broniąc się.
-Myłam okna i chyba zostawiłam telefon w kuchni. –westchnęłam i przepraszająco wzruszyłam ramionami. W głowie układałam sobie pytania, jakie mogłabym zadać w razie niezręcznej ciszy. Pogoda, kariera Marco, uroczość Nico. Na razie tylko na to wpadłam.
-Właśnie widzę, że tak tu jaśniej! –uśmiechnęła się pani Reus, rozglądając się po salonie. Było w miarę czysto, kiedy już Marco pozbył się hałdy swoich ubrań.
-Nie wiem czy Marco państwu zaproponował coś do picia? Kawy, może herbaty?-zapytałam bawiąc się nerwowo obrączką na palcu Marco.
To nie tak, że ich nie polubiłam, bo wydawali się całkiem mili, ale mimo wszystko, mogliby sobie już pójść. Za dużo stresu jak na ostatnie dni.

-Ja z chęcią się napiję herbaty.-powiedziała mama Marco
-Ja jakąś kawę. Marco ma ekspres więc cokolwiek. Możesz mnie zaskoczyć. –uśmiechnął się życzliwie tata Marco. Był bardzo miły i ciepły. To chyba właśnie jego żony bardziej się bałam.
-W porządku. A pani jaką herbatę? Czarną, owocową?
-Zieloną, jeśli macie.
-Rose ma swój cały zapas. –powiedział Marco śmiejąc się ciepło. –Ja pójdę zrobić, zaraz będę.
-Nie, Marco. Ty odpoczywaj. Nie powinieneś się pewnie przemęczać, hę?-uśmiechnęłam się i wstałam z kanapy. Zrobienie kawy i herbaty to żaden wysiłek, jednak naprawdę potrzebowałam uciec chociaż na chwilę. Przy okazji jego rodzice zaczęli swoje przesłuchanie odnośnie stanie zdrowia syna. Idealnie.

Przygotowałam trzęsącymi się dłońmi zieloną herbatę dla mamy Marco. Wiedziałam, że się stresuje, ale nie że aż tak. O mało co nie przewróciłam elektrycznego czajnika, kiedy stawiałam go na miejsce.
Zanim zabrałam się za nalewanie mleka do ekspresu postanowiłam potrząść dłońmi, mając nadzieję, że może od tego się rozluźnią. Niestety byłam w tym na tyle nieporadna, że uderzyłam z całej siły dłonią w szafkę, a dokładnie jej metalowy uchwyt. Aż syknęłam z bólu a w oczach delikatnie pojawiły się łzy.

-Rose, w porządku? –zawołał Marco z salonu.
-Tak, nic mi nie jest!

Prawie nic. A ręka strasznie bolała. No ale nic. Wzięłam mleko z lodówki i zaczęłam je wlewać w odpowiedni otwór w ekspresie. Chociaż ta kawa nie miała prawa się zepsuć. O herbatę też by było trudno, zwłaszcza, że w parzeniu zielonej byłam mistrzem.

No dobra. Podłączyłam ekspres do kontaktu i zaczęłam patrzeć, gdzie i co powinnam wcisnąć. Nie pierwszy raz robiłam w nim kawę, ale za każdym razem na nowo musiałam go rozpracować. Postanowiłam zrobić dla pana Thomasa americano. Nie znałam się do końca na kawach, ale tą pił Marco, więc stawiałam, że jego tata też ją wypije.
Najprawdopodobniej uruchomiłam ekspres, jednak nie chciał zaskoczyć. Chciałam jeszcze sprawdzić jeden włącznik z tyłu, ale dokładnie w tamtym momencie buchnęła na mnie gorąca para.
Krzyknęłam aż z szoku i nagłego bólu. Skuliłam się lekko, a wtedy poczułam dłoń Marco na moich plecach. 

-Chodź tu, kochanie. –powiedział czule łapiąc mnie w pasie i podprowadził do kuchennego zlewu, z którego puścił zimną wodę i podłożył pod nią moją oparzoną rękę.
Syknęłam czując ból i powstrzymując napływające łzy. Zderzenie tych temperatur nie należało do najprzyjemniejszych uczuć.

-Masz lód?-odezwała się zza moich pleców pani Manuela.
-Pierwsza szuflada zamrażarki. –odpowiedział Marco przytulając mnie do siebie. –Lepiej?
-Trochę. –westchnęłam. Blondyn zakręcił kran i spojrzał na moją lekko zaczerwienioną rękę. Podniósł ją trochę wyżej i złożył wzdłuż niej, obok siebie trzy pocałunki.
-A teraz?
-Prawie idealnie. –odpowiedziałam rozczulona. To był mój mąż. Wszystkie kobiety świata, zazdrośćcie mi.
I on nie przestał na tej słodkości. Pocałował mnie czule w usta.
-A teraz?
-Idealnie. –zachichotałam czując wypływające rumieńce na moje policzki.
Nie stawiałam, że pocałuje mnie tuż przy swoich rodzicach. To było naprawdę urocze z jego strony. I odprężające dla mnie.
-To już nie trzeba lodu?-zapytała mama Marco odrywając mnie od pięknych oczu mojego męża.
-Daj, zawsze się przyda. –powiedział blondyn, odbierając od niej przygotowane kostki lodu zawinięte w ręcznik. Przyłożył mi je do ręki i polecił usiąść w salonie. Oczywiście wyszło na jego i to on zrobił kawę.

-Nie martw się, to jeszcze pikuś. –powiedział tata Marco siadając z kawą na fotelu obok kanapy, na której siedziałam.  –Ja się poparzyłem raz nagrzanym silnikiem, to było dopiero coś.  Trzeba uważać gdzie się łapki kładzie. –roześmiał się serdecznie i upił łyka kawy. –Mm, pyszna. Dobry wybór.
-Dziękuję, bardzo się cieszę. A samochód to chyba już następnym razem oddał pan do mechanika?
-Ja jestem mechanikiem! –roześmiał się, wywołując u mnie zażenowanie. Spojrzałam na Marco. Oby zrozumiał przekaz: "już nie żyjesz"
-Przepraszam, nie wiedziałam.
-Marco, chyba twoja żona powinna wiedzieć, kim są twoi rodzice…
-Dokładnie, kochanie. Marco na pewno będzie opowiadał swojej żonie każdego dnia, każdej nocy i przed zaśnięciem o jej teściach. Rose na pewno już się nie może doczekać.

W duchu dziękowałam panu Thomasowi. Był cudowny. On ratował mnie dzisiaj przed każdym kolejnym załamaniem i dodawał większej odwagi. Zaraz po Marco, który non-stop trzymał moją rękę.
Pani Manuela przewróciła oczami i upiła łyk herbaty.

-A propos mechaników! Wiesz Marco, że dzwonił ostatnio do mnie Jürgen? Nie umiał naprawić swojego samochodu, poprzesyłał mi zdjęcia, bo się nie mógł niczego dopatrzeć. Nie chciał głupot robić to zadzwonił do profesjonalisty.-roześmiał się ponownie. Kim był Jürgen?
-O proszę. Miałem ostatnio do niego pisać ale coś się nie udało. Muszę w końcu się zebrać.
-Pytał co u ciebie, to mu przekazałem wielkie wieści. Masz krechę u niego, że nie był twoim świadkiem. 

Marco roześmiał się szczerze razem ze swoim ojcem. Chyba naprawdę lubili tego całego Jürgena. Był kimś więcej niż Mario, że tak od razu na świadka?

-Więc jak ci się mieszka w Dortmundzie?-zaczęła mama Marco. O, rozmowa. To będzie coś.
-Bardzo dobrze, to piękne miasto. Bardzo podobne do Köln w budownictwie, ale tam nie ma aż tak pięknego stadionu.
-To prawda. Interesujesz się piłka nożną?
-Już tak. Chyba nawet powinnam. –odpowiedziałam na kolejne pytanie, przenosąc moją splecioną dłoń z Marco na moje udo. To nie była zdecydowanie rozmowa.To było przepytywanie teściowej.
-Pracujesz?
-Chciałabym. Na razie jak najszybciej musze zrezygnować ze studiów. Potem chciałabym się rozejrzeć za kursami fizjoterapii. –powiedziałam nie zwracając uwagi na Marco. Wiedziałam dobrze, co o tym myślał, jednak stwierdziłam, że jeśli powiem o tym przy jego rodzicach, potraktuje to jako moją ostateczną decyzję. –Zastanawiam się jeszcze nad studiami, ale chyba chciałabym trochę odpocząć. Zrobię sobie rok przerwy zanim cokolwiek zacznę. Poza tym jestem teraz z Marco i chcę się postarać jak najbardziej dla niego, żeby przy nim być.
Pani Manuela pokiwała twierdząco głową zasępiając się w liście zielonej herbaty. Zdałam?

-Przecież możesz pójść do rehabilitantów Marco! –powiedział niczym olśniony pan Thomas. –Mają swoje gabinety, może nawet blisko. Zawsze możesz poobserwować, oni też przekażą ci wiedzę. Zobaczysz, czy to jest faktycznie coś dla ciebie. Masz okazję to bierz od razu!
-Tato, nie sądzę..-wtrącił się Marco, jednak został wręcz wyśmienicie olany przez niego.
-Jak Marco będzie szedł na trening pójdź z nim i zajdź do fizjoterapeutów. Może ci polecą jakąś szkołę, kursy?
-Brzmi naprawdę świetnie, prawda Marco? –spojrzałam na mojego męża. Nie chciałam go tym denerwować. Chciałam porozmawiać z nim o tym już dawno, jednak zbyt dużo się działo, żeby usiąść na spokojnie i omówić temat.
-Zobaczymy.
-Pojedź, pojedź. Jak nie, to sam cię podrzucę. –powiedział zamykając temat pan Reus. I tak się właśnie załatwia sprawy, Marco.


Państwo Reus posiedzieli później jeszcze godzinę. Chyba atmosfera stała się odrobinę luźniejsza. Marco przejął większość rozmowy ze swoimi rodzicami. Nadarzył też się temat Nico, do którego się mogłam błyskotliwie wtrącić i powiedzieć jaki z niego był bardzo bystry chłopiec. Poprosili także, żebyśmy pokazali im zdjęcia z ceremonii, których jeszcze nie widzieli i byli nieco niezadowoleni z tego faktu. Marco przygotował dwie wersje naszych zdjęć. Tą do pokazywania znajomym i rodzinie, z fotkami ze ślubu, naszego ślubnego pocałunku, kiedy wkładamy sobie obrączki. Kilka ujęć tańca na plaży i wspólne zdjęcie z uroczą rodzinką. Zgodziłam się też na trzy moje ujęcia na plaży, w mieście i podczas karmienia małej małpki. Było też pełno wspólnych zdjęć, także samych widoków. Dla siebie pozostawiliśmy sesję Rity, która była.. Na pewno nie w całości przeznaczona dla rodziców. To nie tak, że nie mieliśmy na niej ubrań, ale niektóre pozycje, pocałunki, spojrzenia.. Były zbyt prywatne, żeby się nimi dzielić.

Przytuliłam się do Marco oglądając zdjęcia. Uwielbiałam je wszystkie. I uwielbiałam tamten czas na Karaibach, kiedy Marco był taki radosny i beztroski i nie liczyła się reszta świata, tylko my.
Dopiero na tych zdjęciach zaobserwowałam, że mama Marco zupełnie się odprężyła. To miłe, że spodobały jej się nasze zdjęcia, choć zapewne nie byłaby taka odprężona, kiedy by wiedziała, co się działo w przerwach na zdjęcia.
Marco uśmiechnął się i położył odważnie swoją dłoń na moim udzie, kiedy na ekranie telewizora pokazało się zdjęcie wodospadu, który.. Który bardzo polubiliśmy. Miałam nadzieję, że ustąpi mi odnośnie pracowania czy robienia kursu fizjoterapii. Jeśli nie...  Będzie miał problem. Musiał zrozumieć, że nie zamierzałam leżeć i pachnieć.
Blondyn korzystając z tego, że oboje rodziców było zapatrzone w ekran, postanowił mnie trochę podrażnić wślizgując dłoń pod moją sukienkę. Zacisnęłam usta uśmiechając się daleko, czując jego delikatne opuszki palców na wnętrzu mojego uda. Wiedział, że to miejsce wyjątkowo na mnie działało.. I bezczelnie to wykorzystywał przy swoich rodzicach. Nawet się na mnie patrząc. Cały czas przełączał zdjęcia w swoim laptopie, który miał na kolanach.
Akurat kiedy jego mama zaczęła się odwracać, w kuchni rozdzwonił się mój telefon. Podskoczyłam jak oparzona zrzucając z siebie rękę Marco, który uśmiechał się niczym lis.
Rzuciłam krótkie przepraszam i poszłam do kuchni. Dzwoniła Ann.


-Hej kochana, jak tam, ciche dni? Pomyślałam, że możemy wyjść po te buty…
-Mała zmiana planów. Jeśli będę coś wiedziała to ci napiszę. –powiedziałam widząc jak Marco za mną się ogląda.
-Coś się stało?-zapytała modelka z lekką obawą. Chyba powinnam była wracać do rodziców.
-No, dzięki za telefon. Papa. –powiedziałam rozłączając się. Postanowiłam na szybko napisać sms do niej sms.

„Mam wlot teściów do mieszkania i zaraz umrę ze stresu. Jak już pójdą i mnie nie zjedzą to zadzwonię! xx.”

Cholera, wysłałam to do Marco. Złapałam się za głowę i zaśmiałam pod nosem widząc, jak Marco odbiera wiadomość.
Napisałam jeszcze do niego szybko „pomyłka”  i skopiowałam wiadomość, żeby wysłać już do właściwej osoby.
Kiedy już miałam blokować telefon przyszła wiadomość od Marco. Spojrzałam na niego ze śmiechem mówiąc bezgłośnie „Poważnie?!”
Otworzyłam wiadomość i uśmiechnęłam się zaczynając ją czytać.
 
„Jak pójdą to nie dzwoń do Ann, zakupy też są dobre, ale twój mąż też umie zredukować stres. xx. PS. I to nawet lepiej.”

Jeśli myślał, że mnie wybije z rezonu, to wielce się mylił. Chciał tak? Proszę bardzo. 

„Mój mąż tak mnie zredukował wczoraj…i dzisiaj, że z samego rana jeszcze to cudownie czułam… Już mi przeszło i chyba zapomniałam jakie to uczucie… Kompletnie nie wiem jak to sobie przypomnieć..:( ”


Usatysfakcjonowana wróciłam do rodziców Marco i jego samego, który siedział na kanapie, jakby w ogóle nie zauważył mojego przybycia. Położyłam dłoń na jego udzie delikatnie przesuwając nią po górze. Marco pokręcił głową z westchnieniem i zamknął prezentację zdjęć. Odłożył laptop na stolik kawowy i jednym ruchem podniósł mnie sadzając sobie na udach. Już wiedziałam, gdzie go bolało. Najwyraźniej bardzo, ale to bardzo spodobał mu się mój sms. 

Mama Marco zaczęła się rozpływać nad tym, jak oboje przepięknie wyglądaliśmy i że nie wyobrażała sobie Marco w tak przepięknym garniturze. Zauważyła, że bardzo wyprzystojniał, z czym nie mogłam się nie zgodzić.
Nie dając spokoju blondynowi, postanowiłam poprawić się na jego nogach, bardziej go drażniąc.  Nachylił się do mojego ucha udając pocałunek, jednak cel był zupełnie inny.

-Tak dalej, a będą kolejne rzeczy do prania. –szepnął prawie niesłyszalnie.

-Rose, naprawdę wyglądałaś niesamowicie w tej sukience. Zawsze byłam zwolenniczką tych długich sukien, ale ta… Była dla ciebie stworzona.
-Bardzo pani dziękuję. To był ciężki wybór.
Kiedy pani Manuela zaczęła rozwodzić się nad tym, że już nawet nie do końca pamiętała jak wyglądały jej przygotowania do ślubu uznałam, że nastąpiła idealna okazja do odpowiedzi Marco.

-Będziesz przynajmniej wiedział, że trzeba wrzucić do kosza na pranie. –zaśmiałam się pod nosem.
 Byłam straszną żoną. Ale chyba przez to się odrobinę zrelaksowałam. Było w tym jakieś wyjście.

Jaka moja była wielka ulga, kiedy pani Reus podziękowała nam za gościnę i oznajmiła, że już pora się zbierać. Zaprosiła nas do siebie w najbliższym czasie na obiad. Miałam nadzieję, że nie pozostawiłam sobie po sobie niesmaku i złego wrażenia. Na pożegnanie pani Manuela przytuliła i ucałowała swojego syna. Tata Marco również mocno go objął i poklepał po plecach. Ja ograniczyłam się do podania ręki obojgu.
Wypuściłam głośno powietrze, kiedy drzwi się za nimi zamknęły. 


-Moja, grzeczna dziewczynka. Jak kłamie. –zaśmiał się Marco skradając się do mnie niczym kot. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem. –Bo wcale, ale to wcale z tej grzecznej dziewczynki tu nic nie ma. –oświadczył zdejmując z moich włosów kilka wsuwek i gumkę podtrzymującą koczek. Te opadły kaskadami na moje ramiona. Poczułam wielką ulgę, za długo związane włosy wiecznie wywoływały ból głowy.
-Dziękuję, że mi pomogłeś. –powiedziałam uśmiechając się i położyłam dłoń na jego policzku.
-Z ręką?
-Też. Bardziej mi chodzi o te smsy. Zrobiłeś to specjalnie, żeby mnie rozluźnić, prawda?
-Gdyby nie wiadomość do Ann, nie stawiałbym, że się stresujesz. Jesteś dobrą aktorką. Ale i tak strasznie niegrzeczną. –zaśmiał się nie dając mi dojść do głosu namiętnie mnie pocałował. Pisnęłam, kiedy podniósł mnie za uda i przeniósł na oparcie kanapy, na którym mnie usadził, podwijając przy tym sukienkę. Zaśmiałam się cicho i przesunęłam dłonie z jego barków, przez szyję na włosy. Delikatnie masowałam skórę głowy. Blondyn zaczął wyznaczać małą dróżkę pocałunkami, od moich ust aż do zagłębienia szyi, w które wessał się niczym wampir, jednocześnie dając mi tym przyjemne doznanie. 

-Zostały ci rzeczy do posortowania. –szepnęłam. Chciałam być konsekwentna, naprawdę chciałam, jednak w takich momentach jak ten, bardzo szybko traciłam kontrolę nad własnym ciałem i umysłem. Po prostu oddawałam całą siebie w jego ręce.
-Poczekają. Muszę coś najpierw przypomnieć mojej zapominalskiej żonie.
-Wiesz, powiedziałabym „nie”. Powiedziałabym też, że muszę być konsekwentna. I ty musisz ponieść karę, ale…
-Ale zbyt bardzo mnie.. –szepnął prosto w moje usta, a ja  z obawy na ostatnie słowo, które mógłby wypowiedzieć, zaatakowałam jego usta w intensywnym pocałunku. Zbyt wiele mogło by namieszać. Delikatnie przeniosłam dłonie na jego koszulę, którą zaczęłam zsuwać z jego ramion. Pod nią założył jeszcze t-shirt, co oznaczało, że będziemy musieli choć na chwilę przerwać nasze pocałunki. Kiedy miałam już zajmować się jego koszulką, usłyszałam otwieranie drzwi wejściowych.

-Przepraszam ale ja tylko na chwilę.
Od razu się oderwałam odpychając od siebie Marco i zeskoczyłam z kanapy przeczesując palcami potargane przez blondyna włosy. Przygryzłam wargę niepewnie spoglądając na pana Thomasa.-Chciałbym porozmawiać z Rosalie. –wytłumaczył patrząc troszkę rozbawiony na naszą skonsternowaną dwójkę.

-Ale tylko na chwilę. –odpowiedział mu Marco, zadzierając głowę do góry i włożył dłonie do kieszeni udając zupełnie niewzruszonego.
-Idź ogarnąć te rzeczy do łazienki. –zwróciłam się do niego z przepraszającym spojrzeniem. Nie zawsze można mieć wszystko, czego się chce. –Jak wrócę to ma być porządek. –dodałam uśmiechając się i ścierając niewidzialny kurz z mojej sukienki udałam się w stronę pana Thomasa.
Zależało mu, żeby porozmawiać na osobności, dlatego też wyszliśmy na korytarz. Miałam nadzieję, że sąsiedzi Marco nie mieli w zwyczaju podsłuchiwać prywatnych rozmów.

-Ja naprawdę tylko na chwilę, na dole czeka na mnie Manuela, a ja zapomniałem kluczy i chciałem do toalety.
-To proszę! –powiedziałam od razu otwierając mu drzwi do mieszkania. Dopiero spoglądając na niego zrozumiałam, że to był zwykły blef. –Przepraszam. Trochę się stresuje i…
-Mną? Nie masz powodu, naprawdę. Ani moją żoną. –powiedział serdecznie. –Chciałem ci tylko podziękować, że przy tobie mój syn odżył. Dawno, naprawdę dawno nie widziałem go tak szczęśliwego i spokojnego. Zawsze było coś w jego zachowaniu takiego.. Przytłaczającego. Jego siostry zauważyły same, że już ze Scarlett stał się strasznie szorstki i oschły. Chociaż ani ja, ani Manuela nie mieliśmy mu nic do zarzucenia, to wierzyłem Meli i Yvonne, gdyby czegoś takiego obie nie zauważyły, to by mi o tym nie sygnalizowały.
-Jak poznałam Marco też taki nie był. Sam pan wie, przecież był u państwa i wszystko wam powiedział.
-To prawda. Ale dzisiaj naprawdę zauważyłem to, co widziały Yvonne i Melanie.
-Był oschły? Wydawało mi się, że wręcz..
-Zauważyłem, że był inny. Że bardzo się zmienił. To, jak cały czas trzymał twoją rękę. Kiedy się poparzyłaś pobiegł w tak szybkim tempie do kuchni, że nawet w swojej najlepszej w akcji w karierze tak nie biegał. –roześmiał się serdecznie. –Wiem, że sam odradzałem Marco ten podziwaczony pomysł, ale teraz wiem, że jeśli mówił, że ciebie potrzebuje, to powinienem był go posłuchać i mu zaufać. Jak kiedyś będziesz mamą to zrozumiesz, że najważniejsze w życiu to to, żeby widzieć swoje dzieci szczęśliwe.
-Domyślam się. Niech mi pan uwierzy, dla mnie Marco jest bardzo ważny. Nie chodzi mi o jego pieniądze czy popularność. Zdaję sobie sprawę, że ten układ jest strasznie dziwny i niezrozumiały.. Ale Marco stał się dla mnie najlepszym przyjacielem. Jedyną mi bliską osobą, nie mam nikogo poza nim. Uratował mnie, zaufał mi, dał mi coś, czego nawet nie jestem w stanie ubrać w słowa i jestem mu za to wdzięczna.
-Cieszę się, że ma ciebie. Naprawdę. Cieszę się, że jesteś w jego życiu i jak dla mnie, możecie przedłużyć to małżeństwo o jeszcze kilkanaście lat. Jestem bardzo dumny z Marco. Wydoroślał i wie, co to znaczy odpowiedzialność. Dziękuję Rosalie.
-Nie musi pan mi dziękować, ja nic nie zrobiłam.
-Myślę, że wręcz przeciwnie. Idę, bo Manuela się już niecierpliwi, a Marco pewnie już skończył sortować rzeczy.
-Prasowanie długo zajmuje.
-Też prasuje?
-Nagrabił sobie, więc musi. –uśmiechnęłam się szczerze. Naprawdę, pan Thomas był wspaniałą osobą.
-Potrzebna mu była taka kobieta jak ty. Jesteś strasznie młodziutka ale bardzo dojrzała. O, moja winda. –powiedział widząc, że maszyna zasygnalizowała cichym piknięciem przyjazd na nasze piętro.
-Dziękuję.
-To ja dziękuję. I powodzenia z nim.
-Przyda się. Do zobaczenia.
-Cześć, Rose.

Mężczyzna pomachał mi jeszcze zanim drzwi windy się zamknęły. Powstrzymywałam ledwo wzruszenie. Cieszyłam się, że usłyszałam takie słowa z ust tak ważnej dla Marco osoby. Jego własnego ojca. Kamień spadł mi z serca.
Weszłam do mieszkania zamykając za sobą drzwi. Uśmiechnęłam się na widok Marco, który niezdarnie prasował swoją koszulę. To było rozbrajające.

-Najpierw kołnierzyk. Potem kark, mankiety, rękawy, plecy, przód. Kołnierzyk po obu stronach.
-Wiem. –odpowiedział pewnie, nawet na mnie nie spoglądając. Widziałam w nim wielką determinację.
-Zapewne. Więc ci nie przeszkadzam, zobaczę co na obiad.

Przeszłam do kuchni pozostawiając Marco na placu boju. Zaczęłam obchód po szafkach i lodówce, żeby znaleźć jakąkolwiek wenę na obiad.
Skończyło się na tym, że wrzuciłam na parę warzywa i pokroiłam pierś z kurczaka w kostkę. W międzyczasie też zawołał mnie mój mąż z pytaniem „co było po mankietach”. Ale tak jak prosił, nie komentowałam jego prasowania. Zawziął się, nawet nie próbował wrócić do tego, w czym przerwał nam jego tata. To już było coś.
Do momentu, kiedy postawiłam gotowy obiad na kuchennej wyspie Marco cały czas prasował. I wyprasował wszystko, resztę wrzucił do kosza na pranie. Byłam dumna.



***


-Co właściwie chciał mój ojciec?-zapytał Marco gładząc powoli moje ramię. Przełożyłam się na bok i podpierając głowę spojrzałam na niego. Naciągnęłam przy okazji kołdrę na piersi, żeby jeszcze bardziej go nie rozpraszać.
-Nic takiego. –powiedziałam uśmiechając się. Miałam nadzieję, że nie zacznę się ślinić na jego widok. Miałam też nadzieję, że jest już przyzwyczajony, że zawsze, kiedy jest półnagi, bądź też nagi, patrzę się na niego jak na co najmniej wielki skarb Inków. I to tak bezczelnie, nie kryjąc się ani nie mrugając okiem. Cóż miałam poradzić, że po prostu był przystojny?
-Trochę wam to zajęło. –został przy swoim i także przekręcił się na bok, by być na równi ze mną. –To?
-Twój tata jest z ciebie dumny. Bardzo. I jest szczęśliwy, bo twierdzi, że ożyłeś na nowo.
-Tak ci powiedział?-zapytał z nieukrywaną ciekawością.
-Tak. Zauważył twoją zmianę i jest pełen podziwu.
-Dlaczego nie powiedział mi tego?
-Może było mu łatwiej powiedzieć to mnie?  Nie miej mu tego za złe, widziałam, że był tym bardzo poruszony.
-Nie lubię, kiedy ktoś rozmawia o mnie za moimi plecami.
-Ale nie jesteś na mnie zły? –zapytałam przybliżając się do niego i pogładziłam go po policzku.
-Nie. Muszę włożyć dużo wysiłku, żeby się na siebie gniewać.
-Rozumiem, że wolisz wkładać wysiłek w zdecydowanie co innego.
-Nie tylko wkładać. –uśmiechnął się szeroko poruszając brwiami.

Położyłam się na brzuchu i nakryłam poduszką głowę. I tak do moich uszu dobiegł głośny śmiech Marco. Poczułam jak chwyta mnie w pasie i z wielką lekkością przerzuca mnie na siebie. Położyłam brodę na dłoniach splecionych na jego klatce piersiowej i spojrzałam prosto w jego radosne oczy.

-Co?
-Nic. Zabierzesz mnie ze sobą na następny trening?
-Rosie, coś ty wymyśliła? Możesz mi to w ogóle wyjaśnić?
-Chcę pracować. Chcę się uczyć, wykorzystać ten czas, kiedy nie studiuję, żeby coś zrobić.
-Rose, jesteś moją żoną i nie musisz pracować. Zarabiam wystarczająco dużo, a ty masz dostęp do konta, z którego w ogóle nie chcesz korzystać.
-Korzystam. Nie poluję na zwierzęta ani nie zbieram na polu warzyw, żebyś miał obiad. Kupuję to.
-A kiedy pójdziesz to sklepu i kupisz wszystko co tylko ci się spodoba?
-Już tak zrobiliśmy na Karaibach.
-Dawno i nieprawda.
-To wiesz kiedy kupię? Kiedy zarobię.
-Proszę cię. –westchnął lekko zirytowany i lekko podciągnął się tak, że opierał się o ramę łóżka. Ja znalazłam z boku łóżka swoją bieliznę i ją założyłam, chcąc w spokoju przeprowadzić rozmowę z tym napaleńcem. –Jesteś teraz moją żoną. Przez rok. Potem dostaniesz pieniądze na całe zadośćuczynienie twojego braku studiów i wszystkich możliwych kursów świata.
-Marco posłuchaj mnie. Piłka to coś, co kochasz. Ja myślałam, że tym jest prawo, jednak się pomyliłam. Chciałabym znaleźć właśnie taką twoją piłkę w swoim życiu. I wiem, że możesz mi w tym pomóc. Nie potrafię wysiedzieć tyle czasu w domu. Zobacz ile ciebie poza nim nie ma.
-Ale ja chcę, żebyś tu była. Mówiłem ci już setki razy, że cię potrzebuję.
-Ale ja nie odchodzę! Jestem tu sama jak palec, nie zawsze Ann ma czas, żeby się spotkać, z Lisą dawno nie rozmawiałam, poza tym ona ma małe dziecko. Wiesz, że Ann też pracuje, nawet często wyjeżdża. A związek jej i Mario na tym nie ucierpiał.
-Ale oni będą ze sobą całe życie. A nam zostało niecałe jedenaście miesięcy. –trzymał przy swoim zakładając ręce na swojej klatce piersiowej.
-Wiem, że to twój układ, że to twoje ultimatum, że mam być albo twoją żoną, albo pieniądze, albo pierścionek. Wiem i uwierz, pamiętam. Ale tamtego Marco już nie ma. Tak jak mówił twój tata. Zmieniłeś się i ja też to widzę. Nie boję się ciebie. Jesteś najlepszym, co mnie spotkało w życiu. Pojawiłeś się w idealnym momencie mojego życia, kiedy potrzebowałam kogoś, kto mnie podtrzyma przy rzeczywistości po śmierci Leo. Ty zrobiłeś to wybitnie dobrze. Zamiast pić i staczać się na dno, zajmowałam się tym, co ja mam z tobą zrobić. Jak cię rozgryźć. I nie jestem teraz w tym miejscu dlatego, że dałeś mi ultimatum. Nie odliczam w tajnym kalendarzu, kiedy ten rok minie. Ja jestem szczęśliwa. Uwielbiam ten czas z tobą i nigdy w życiu go nie zapomnę.

Spojrzałam na Marco zastanawiając się, czy nie uśpiłam go swoim monologiem i czy zaczyna rozumieć, o co mi chodziło. Cały czas uważnie mnie obserwował. Myślałam, że jakoś to skomentuje, jednak tylko złapał mnie za rękę.
-I rozgryzłaś mnie?-zapytał po chwili siedzenia w milczeniu.
-Tak.-powiedziałam pewnie. –Jesteś dobrym, wrażliwym człowiekiem o wielkim sercu. Nie stałeś się nim teraz, byłeś nim zawsze. Kiedy nie nawrzeszczałeś na mnie, że poplamiłam ci moim hot-dogiem twój ślubny garnitur, chociaż byłeś zły. Kiedy dałeś mi obiad przygotowany przez twoją mamę. Kiedy pozwoliłeś mi zostać, odpuściłeś przesłuchanie, kiedy byłam kompletnie załamana. Nie znałeś mnie, ale zaufałeś. Aż w końcu kiedy otworzyłeś się przede mną i pozwoliłeś mi wejść do twojego życia. 

Milczał. Spuścił spojrzenie na nasze splecione ręce. Na jego policzkach pokazały się ledwo zauważalne rumieńce. Moje serce zaczęło przyspieszać pulsu. Nie miałam szans, żeby się w nim nie zakochać.

-Dbasz o mnie. Chcesz, żeby mi było jak najlepiej. W każdym aspekcie. Nawet podczas seksu sprawiasz, że czuję się jak bogini. Czuję się wtedy nieziemsko, ty mnie doprowadzasz do tego uczucia. I dziękuję ci za to. I za to, że nie kazałeś mi odejść, kiedy pocałowałam Nilsa. Wybaczyłeś mi coś naprawdę okropnego. Masz niesamowicie dobre serce. Wiem, że chcesz, żebym była zawsze dla ciebie. I zawsze, ale to zawsze będę. Nawet jak się rozstaniemy. Niezależnie jak potoczą się nasze drogi, będę dla ciebie o każdej porze dnia i nocy jako przyjaciółka. Po roku nie będzie końca. Będzie początek wspaniałej przyjaźni. A teraz nie możesz mnie zamykać w złotej klatce. Chciałabym, żebyś dalej pomagał mi rozwijać skrzydła. Tak jak pokazujesz mi, jaka piękna jestem, tak jak na mnie patrzysz, tak, kiedy mnie całujesz, jak opiekujesz się mną, kiedy dotykasz moje nagie ciało jakbyś dotykał największego skarbu. Tak pozwól mi rozwinąć skrzydła w życiu. Wiem, że to potrafisz. Bez twojego wsparcia nie dam rady, Marco. Obiecuję, że jeśli będę za długo poza domem i ty to odczujesz i powiesz, że jest nie tak, to zrobię wszystko, żeby było jak dotychczas. Porozmawiam z szefem, poszukam innych praktyk. Nie pozwolę, żeby coś się zmieniło między nami. Bo to jest dla mnie na najwyższym miejscu.




/Marco/

Patrząc na Rose przypomniał mi się Pierwszy List do Koryntian. Odczytywany był na obu ślubach moich sióstr, był tak popularny, wszyscy na nim płakali. Poza mną, bo nigdy go nie zrozumiałem. Na tych ślubach byłem jeszcze z Caroline, która zawsze na nim płakała, a potem nieporadnie szukała chusteczek z rozmazanym tuszem do rzęs. Jakiś czas temu sama wzięła ślub, na który mnie zaprosiła. Nie przyszedłem ze Scarlett. Byłoby to dość dziwne, że przychodzę na ceremonię ślubną mojej byłej dziewczyny, niedoszłej narzeczonej, ze swoją obecną narzeczoną. A może to właśnie było normalne tylko ja tego jeszcze nie rozumiałem? A może nie chciałem znów słuchać tego Listu i widzieć jak tym razem Scarlett by płakała. Miałem tego najwyraźniej dosyć. Pamiętam jeszcze, jak chciało mi się wywrócić oczami, kiedy nawet na własnym ślubie płakała, słysząc już to ęty raz. Jej narzeczony się wtedy uśmiechnął i starł łzę z jej policzka. Zacząłem się zastanawiać, czemu sam tego nigdy nie zrobiłem.
Dlaczego więc myślałem o Pierwszym Liście do Koryntian, kiedy siedziała przede mną Rose w seksownej bieliźnie i mówiła jak bardzo jestem dla niej ważny? Bo nikt mi jeszcze czegoś takiego nie mówił. Ani Scarlett, ani Caroline, ani Monica, moja pierwsza dziewczyna za młodcych lat tym bardziej. Bo czułem, że jeszcze nikt w życiu nie był ze mną tak szczery. Wiedziałem, że nadal jest coś, czego się boi Rose, co dopiero boi mi się wyznać. Ale byłem gotowy poczekać, ile tylko będzie trzeba. Rose była dla mnie kimś wyjątkowym. Przy niej czułem się po prostu dobrze. To było coś tak zwykłego, a jednocześnie niesamowitego, że sam nie byłem w stanie tego pojąć. Z jednej strony czułem, że za bardzo się otworzyłem, że może Rose coś sobie wyolbrzymia. Z drugiej obiecałem jej bycie szczerym, chciałem być z nią szczery. Była moją żoną. I nie oznaczało to tylko podziału obowiązków domowych, nieziemskiego seksu i wspólnych wieczorów przy dobrym filmie. To było coś więcej, coś co działo się wewnątrz. Czego w ogóle nie przewidziałem. I właśnie to mi nie pozwoliło na to, żeby pozwolić Rose odejść. To sprawiło, że zacząłem płakać widząc ją na mojej wycieraczce, zdejmującą obrączkę w mieszkaniu. Na początku ona była dla mnie jak ktoś obcy, kogo minę raz czy drugi na ulicy. Pomijając to, że od początku mi się spodobała, Rose była szalenie piękna i seksowna. Czasami bawiła mnie jej niepewność siebie i zawstydzenie, kiedy cokolwiek jej komplementowałem. Z pewnością należała do tych bardziej uroczych istot.
„Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma”
Chyba ten cytat najbardziej mi zapadł w pamięć, mimo, że większość zna głównie sam początek Listu.
Powtórzyłem go sobie w głowie kilka razy i zacząłem rozumieć. Za wszystkim kryła się Ona.
Kiedy zraniłem ją tyle razy, reagowałem krzykiem, sprawiałem, że mnie się bała, że nie zasługiwałem na wybaczenie. Wierzyła mi zawsze, kiedy mówiłem jej, że ją potrzebuję, że żałuję, że jest dla mnie ważna. Miała nadzieję, że zobaczę z nią inną stronę życia, że pokażę jej się prawdziwy, taki, jakim byłem. Miała nieskończoną wytrwałość. Kiedy byłem irytujący, głupi, zły, agresywny. Kiedy ją skrzywdziłem. Ona wytrzymała to wszystko. I była ze mną, w naszym mieszkaniu. Po jak zwykle cholernie dobrym seksie. I mówiła prosto i szczerze, że jestem dla niej kimś bardzo ważnym. Pokazywała mi jak wiele dla niej zrobiłem, z czego tak naprawdę nie zdawałem sobie sprawy.

-Marco.. –powiedziała przywracając mnie do świata żywych. Zamrugałem oczami i spojrzałem na ją zmartwioną twarz. Późnej spojrzałem na nasze splecione ręce. Powoli jeździła kciukiem po powierzchni mojej ręki. –Marco, powiedz coś…

Chciałem, żeby została. Żeby po treningu zawsze tu była i na mnie czekała. Ale miała rację, że nie mogłem trzymać tu jej jak w klatce. Chciałem, żeby była szczęśliwa.

-Chodź tu, skarbie. –powiedziałem, przyciągając ją do siebie i objąłem mocno, kiedy blondynka mocno się we mnie wtuliła. Zaciągnąłem się słodkim zapachem jej włosów. Cieszyłem się, że była tu ze mną. Nie chciałem, żeby ten rok się kończył. Pewnie mówiąc o przyjaźni nie miała na myśli takiej z profitami. Uwielbiałem mieć ją w łóżku. Z żadną kobietą nie było mi tak dobrze. A ubiegła noc? W życiu bym nie przypuszczał, że będę zdolny do czegoś takiego. Przy niej chyba nie miałem granic. Oczywiście w tym pozytywnym sensie. A nawet bardzo pozytywnym. Była wspaniała. I pewnie gdybym jej to znów powiedział, zaczerwieniłaby się jak uczennica, a potem i tak by się na mnie rzuciła przewracając na łózko, niczym tygrysica. Była wspaniała. Już na samą myśl, że tyle osób będzie ją widzieć na balu w tej czerwonej sukience przyprawiała mnie o niemałą złość. Chciałem sobie zachować ten widok tylko dla siebie. Ale bym zrobił dokładnie to samo co z pracą Rose. Choćbym chciał ją zatrzymać tu, nie mogłem robić nic na siłę. Była ambitna i cieszyłem się, że po rzuceniu studiów nie chce się poddawać. Uwielbiałem ją za to. Na każdym kroku mnie zadziwiała i dawała mi powody do szczęścia i dumy.

-To jak będzie?-zapytała cicho delikatnie całując mnie w bark.
-Dwa dni po balu mam kolejny indywidualny trening, będzie też ekipa fizjoterapeutów, przedstawię cię komu będzie trzeba, reszta będzie należała do ciebie.

Rosalie zapiszczała niczym mała dziewczynka i aż podskoczyła na moich nogach. Przytuliła mnie jeszcze mocniej i zaczęła delikatnie mnie całować.

-Dziękuję, dziękuję, dziękuję.
Za każdym „dziękuję” pocałunek był znaczne dłuższy. I wyszło jak zwykle. Rose będzie musiała pisać do Ann sms, że przeprasza za spóźnienie na spotkanie, a ja do chłopaków, że mają zacząć Fifę beze mnie. Małżeńskie obowiązki były znacznie ważniejsze. 








~~~

Dzień dobry!;)
Też wam ten czas tak szybko leci? Już końcówka października, zaraz moje urodziny i to 18🙊, święta, nowy rok, matura.. Doba powinna mieć 48 godzin. 
Dziękuję za wszystkie komentarze pod poprzednim rozdziałem! 💗 Czekam na wasze opinie co do dzisiejszego, bo choć rodzice Marco nie są już tak wielką zagadką to jeszcze coś tu się niedługo namiesza. Mam trochę pomysłów, jednak z czasem do przelania ich jest już gorzej..Czekam na przerwę świąteczną, będę siedzieć i pisać.. (na zmianę z czytaniem streszczeń lektur, klasa maturalna to jakaś abstrakcja..)
Zapraszam do obserwowania jeśli chcecie być na bieżąco i do komentowania (można anonimowo!:) )
Miłej soboty i do następnego!
Buziaki! xx