sobota, 7 października 2017

Dwadzieścia siedem



Tamtej nocy nie wróciłam już do mieszkania Mario i Ann. Oboje wyłączyliśmy swoje telefony i odłożyliśmy do szuflady. Potrzebna była nam kompletna cisza. Ochłonięcie ze wszystkich emocji. Nie byłam w stanie określić, jak długo leżeliśmy na podłodze naszego mieszkania. Czas nie miał w zupełności znaczenia. Byliśmy tylko my, wtuleni w siebie. Żadne z nas o niczym nie myślało. Wiedziałam, że Marco był w takim samym stanie jak ja. Zbyt wiele się wydarzyło, zbyt wiele emocji… To było trudne. Bardzo trudne. Nawet samej trudno mi było powiedzieć jak się czułam. Nie wiedziałam czy było mi źle. Jak czułam się sama ze sobą. Jak czułam się z tym co zrobiłam. Czułam kompletną pustkę. Serce biło wolno, oddech był spokojny i równomierny. Trzymałam dłoń na brzuchu Marco, który unosił się powoli w górę i opadał w dół. Oczy miałam zamknięte. Tak było dobrze. Idealnie.


***


-Skarbie, wstaniemy?-szepnął cichutko nachylając głowę do mojego ucha. Pokiwałam głową w odpowiedzi, czekając, aż pierwszy wykona jakiś ruch. Objął mnie mocniej w talii i pomagając sobie ręką z tyłu, podniósł nas do siadu. Szybko potem wstaliśmy z podłogi. Nie czekając na jego ruch przytuliłam się do niego, jakby to przytulenie na podłodze w ogóle nie miało miejsca. Położyłam brodę na jego ramieniu i wtuliłam głowę w jego szyję.

-Rose. Już jest wszystko dobrze. Jesteś w domu, nic się złego nie stało, jesteś bezpieczna.
-Tak bardzo cię przepraszam. Ja do teraz tego nie pamiętam. Wiem, że cię to musiało okropnie boleć. Nigdy bym tego nie zrobiła świadomie… Nigdy.
-Wiem, Rose i…
-Ja naprawdę strasznie żałuję, proszę nie miej do mnie urazy i.. –nie dokończyłam. Mój początek dłuższego przeprosinowo-błagalnego monologu został przerwany czułym pocałunkiem. Czuły, delikatny, pełen miłości… Miłości..
Czasem chciałam, żeby mnie pokochał. Czasem chciałam być od niego jak najdalej. Byłam zakochana, bez wątpienia. A już na pewno zauroczona. Nie wiedziałam, czy tym, co czułam do Marco była akurat miłość. To było też silne przywiązanie. Wiedziałam, że za rok będzie mi szalenie ciężko, żeby rozstać się z Marco. Choć wierzyłam jego zapewnieniom, że nadal i tak będziemy się przyjaźnić. To było miodem na moje serce i jedynym pocieszeniem. Chociaż wiedziałam, że już nigdy nie będzie tak pięknie, jak było teraz. 

-Już wszystko dobrze.-powiedział czułym, ciepłym głosem, zabierając mi z policzka włosy, by założyć je za ucho.
-Dziękuję, Marco. –powiedziałam uśmiechając się lekko. Spuściłam delikatnie głowę, nie będąc pewna, co powinnam była zrobić.
-Pójdź do łazienki, ja zobaczę czy da się zrobić jakiś obiad z tego, co jest w lodówce.
-W porządku. Jak wrócę, to ci pomogę.
-Lepiej nie. –powiedział poważnie, jednak po chwili jego usta wykrzywiły się w szerokim uśmiechu, zarażając mnie tym w zupełności. Czasami myślałam, że rozgryzł całą moją instrukcję obsługi. Wiedział co powiedzieć, żebym się uśmiechnęła, w jaki sposób się uśmiechnąć, żeby moje serce zmiękło i żebym go przytuliła i pocałowała. To wydawało się być dla niego oczywistością. Zastanawiałam się też czasem, czy on nie znał mnie bardziej niż ja samą siebie.


Kiedy weszłam do łazienki, wiedziałam już, co miał na myśli wysyłając mnie tu. Całe policzki i oczy miałam w rozmazanym tuszu do rzęs i to jeszcze z poprzedniego wieczora. Wyglądałam jak ósme nieszczęście. A Marco powiedział mi mimo to, że i tak chce ze mną być. Był naprawdę niesamowity.
Opłukałam całą twarz, próbowałam też rozczesać moje poplątane włosy, które aż błagały o odżywkę. Musiałam się za siebie zabrać przez najbliższe dni. Chciałam też w końcu zacząć kurs i spróbować swoich sił w nowej dziedzinie. Też chciałam dobrze się prezentować na balu, w końcu byłam jego żoną. I mimo tego, że wydawało się niewykonalnym stanąć koło tak przystojnego mężczyzny i przyciągnąć do siebie więcej spojrzeń, nie chciałam też ujmować i wyglądać przy nim jak błazen.


***


Marco zrobił dla nas naleśniki z owocami. Naprawdę, facet przygotowujący obiad to skarb. W dodatku były one pyszne, dużo lepsze od moich.
Musieliśmy pójść na zakupy. Przede wszystkim-naczynia. Blondyn nie podjął się samotnego zakupu nowej zastawy. Stare talerze z różnych kompletów prawdopodobnie wziął od swoich rodziców, bo takie już raczej nie były w sprzedaży. Też mąka, jajka i woda były wszystkim, co znajdowało się w szafkach i lodówce. Nie miałam pojęcia, jakim cudem znalazły się świeże owoce. Właśnie. Cudem. To wszystko wyjaśniało.

Resztę dnia i wieczora spędziliśmy w domu, przed telewizorem. Po prostu oglądając filmy, seriale. No i reklamy. Blondyn zamówił przez internet zakupy z dostawą do domu. To dawało mi nadzieję na jutrzejsze śniadanie. Oby też przygotowane przez blondyna. Wcale nie przeszkadzało mi to, że sam przygotowywał posiłki. Bardzo mi było miło je konsumować, mogłabym tak mieć nawet do końca życia.. To znaczy roku małżeństwa. Wszystko było zawsze pyszne i dziwiłam się, kiedy słyszałam, że nigdy w życiu nie gotował, bo robiła to zawsze Scarlett.
Marco też postanowił włączyć na chwilę telefon, żeby napisać do Mario, że wszystko jest w porządku i zostaję u niego na noc. Znając ich, na pewno martwili się z Ann moim nagłym zniknięciem na tak długi czas.

Na ile mógł być fascynujący wieczór mężem i filmami, bez rozmów i siedząc wieki w tym samym uścisku? Ten był idealny. I jeden ze wspanialszych. Chyba wykorzystaliśmy limit słów na dzisiejszy dzień. Milczenie było piękne. Nie chciałam, nie potrafiłam zrozumieć, co tak naprawdę stało się kilka godzin temu. Wolałam to zostawić, samemu sobie. Nie rozmyślać, nie analizować. Cieszyć się, że tak ważna osoba nadal jest w moim życiu. Przy moim boku. Obejmuje mnie. Daje mi bezpieczeństwo. Stwarza mi mały, prowizoryczny dom.


***


Bal w Berlinie zbliżał się wielkimi krokami. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak ten czas zleci. Kiedy dałam odpowiedź Marco, zostało do niego zaledwie pięć dni. Potem zrobiły się cztery, aż w końcu trzy. Ann pokazała mi swoje sukienki, jednak żadna z nich nie leżała na mnie dobrze. Znaczyło to tyle, że byłam zmuszona chodzić po wszystkich możliwych butikach i szukać zjawiskowej sukni na czerwony dywan.
A czas leciał.
Po całodniowych łowach z modelką w galerii praktycznie pod Dortmundem, bo w mieście już wszędzie byłyśmy, kiedy już przyjechał po nas Marco, Ann wpadła na genialny pomysł. I żałowała, że nie pomyślała o tym wcześniej…
-Salon sukien ślubnych! Lurelly! Jaka ja jestem czasem głupia..-powiedziała głośno praktycznie rzucając się na nas z tylnych siedzeń. –Jeszcze zdążymy! Godzina do zamknięcia.
-Ale jak tam nic nie znajdziemy to…-westchnęłam opierając się zmęczona o zagłówek. Naprawdę nie zamierzałam już nic więcej przymierzać. Najwyżej nie pójdę, proste.
No może nie tak proste, skoro Marco mówił, że mu zależy… No to trudne.
-To mi powiedz, gdzie to jest. Dobrze, że godzinę, bo więcej raczej bym nie wytrzymał.
-Mogłeś chodzić z nami te osiem godzin. Wtedy byś dopiero marudził, o jaa.. Daj mi kluczyki, wiem gdzie jechać.
Po twarzy mojego męża widziałam, jak się spiął. Jego samochód. Jego dziecko.
-Powiedz, gdzie to jest. –powtórzył ze stoickim spokojem. Ann przewróciła teatralnie oczami i rzuciła się na siedzenia.
-Faceci, naprawdę. Przecież nawet bym ci nie zarysowała!

Chciało mi się śmiać z ich dwójki. Debata o samochód była niemożliwa do wygrania dla Ann, jednak Marco także zaprzestał marudzenia i dał szansę sklepowi z sukniami ślubnymi.
Udaliśmy się w inne miejsce, niż byłam poprzednio z Yvonne, by wybrać sukienkę ślubną. Czułam się, jakbym miała mieć za chwilę drugi ślub. Też wcześniej nieplanowany. Czy my z Marco kiedykolwiek, cokolwiek zaplanujemy?

Salon był przeogromny. Po jednej stronie mieściły się same białe suknie ślubne, druga połowa należała do sukienek wieczorowych. Ann od razu popędziła w ich stronę wymijając zdezorientowaną ekspedientkę. Ja nie mogłam otrząsnąć z wyglądu wnętrza. Trochę jak sala balowa z bajki o Kopciuszku.

-Wybierz coś pięknego. –zatrzymał mnie Marco łapiąc za dłoń i obracając w swoją stronę.
-Postaram się, żeby tobie się podobało.
-Przede wszystkim, to tobie ma się podobać. –oświadczył patrząc mi uważnie w oczy. Był w tym taki poważny. –To ty masz się cudownie czuć w swoim ciele, piękna i seksowna. Dopiero potem możesz myśleć o mnie, ale uwierz, nie ważne co założysz, wyglądasz pięknie.
-Dziękuję. –uśmiechnęłam się i pocałowałam go czule w usta. Krótko potem dobiegło do naszych uszu wołanie Ann, która miała dla mnie pełno przygotowanych propozycji sukienek.
-Leć. Ja tu posiedzę.
-W porządku. Zawołam cię jak coś znajdę.
-Zrób mi niespodziankę. –raz jeszcze musnął moje usta i puścił moją rękę, żeby móc odejść na bok, w kącik z kanapami i najnowszymi numerami modowych czasopism.
Na pewno będzie je przeglądać.

Kiedy dotarłam do Ann, ta prawie na siłę wepchnęła mnie do przestronnej przebieralni. Ekspedientka usunęła się na bok widząc, że modelka naprawdę była w swoim żywiole i lepiej było jej nie przeszkadzać.
-Jeny, jacy wy jesteście zakochani…-westchnęła zawieszając na drążku kolejne wieszaki z różnobarwnymi sukniami. Niektóre swoim napuszeniem zajmowały pół przebieralni.
-Nie jesteśmy. Po prostu.. Bardzo się lubimy.
-Nazywaj to jak chcesz, Rose. –przewróciła oczami modelka. –Dobrze wiem, co widzę. To jak się całujecie, jak na siebie patrzycie..
-Ann, proszę. Wiesz dobrze, że to spisana umowa. Małżeństwo na rok. Nie kochamy się, ale to nie wyklucza, że nie możemy się całować. Marco jest dla mnie najlepszym przyjacielem, jest dla mnie bardzo ważny.
-Mario też jest moim najlepszym przyjacielem. I też się całujemy. I wiesz? Kochamy się.
-A my to wszystko bez ostatniego. Proszę, skończmy to. Wiesz dobrze, że to pokręcone, ale doceniam, że w jakimś stopniu to rozumiesz i akceptujesz.
-Wiem, że jesteś w nim zakochana. Sama to przyznałaś. –odpowiedziała z rezygnacją i zaczęła raz jeszcze przeglądać wybrane przez siebie sukienki. Mnie coś zmroziło od stóp do głów.
-Jak to przyznałam.
-Ehh… Wtedy, kiedy ktoś ci dosypał prochy. Nils mi powiedział jak już poszłaś do Marco. Zanim pocałowałaś go powiedziałaś, tu cytuję, „Coraz bardziej się w tobie zakochuję, Marco”.
-Nie żartuj sobie.
-Chcesz zapytać Nilsa?
-Nie, nie chcę. –powiedziałam łapiąc wieszak z kobaltową sukienką ze złotymi, koronkowymi wstawkami na wysokości brzucha. –Nils chce jeszcze rozmawiać z Marco? –zapytałam ściągając z siebie moje jesienne buty za kostkę. Próbowałam nie oszaleć ze zdenerwowania i pokazać, że wcale się tym nie przejmuję.
 -Ojj, masz w banku, że nie. Jedynie dziwił się, że "zakochujesz" a nie "kochasz", bo to przecież mąż.. Ale Rose, jeśli to prawda… Powinnaś o tym porozmawiać z Marco. Powinien był mieć taki wypadek na uwadze, żeniąc się z tobą.
-Ludzie po pijaku różne głupoty plotą. A ja jeszcze byłam naćpana. Zasłonisz bardziej? Marco ma wszędzie oczy.
-Pewnie. –powiedziała smutno. Nie chciałam, żeby poczuła się przeze mnie odepchnięta. Nie chciałam rozmawiać na ten temat z nikim innym. Tylko i wyłącznie własne myśli.

Kobaltowa sukienka była przepiękna, jednak jak na charytatywny bal zbyt odważna. Pięknie też prezentowała mój tatuaż. Coraz częściej zastanawiałam się, czy nie chciałabym dorobić koło niego kilku polnych kwiatków. Czarne, stonowałyby jeszcze bardziej delikatne kolory mojej ważki, co umożliwiłoby mi jeszcze kiedyś zrobienie sobie jeszcze jakiegoś tatuażu, który i czarny, i w kolorze wyglądałby wspaniale. Nie planowałam jeszcze nic, ale tatuaże bardzo mi się podobały. Zwłaszcza te, które miał Marco należały do dzieł sztuki.
-Wiesz w jakim kolorze byłoby ci dobrze?-zapytała obserwując mnie w kolejnej sukience, tym razem róż. W połączeniu z moimi jasnymi włosami róż wydawał się trupi, a ja wyglądałam jak zwłoki. To była typowa porażka.
-Na pewno nie w tym.
-Słuszne. –roześmiała się brunetka. –Moja droga, pójdziesz w czerwieni! Klasyka i wyrafinowanie.
-Zleję się z dywanem.
-Marudzisz. Dzisiaj już przymierzałaś czerwoną sukienkę i to był zdecydowanie twój kolor. –oświadczyła, zabierając z drążka sukienki inne, niż w czerwonym kolorze. Wyszła z przymierzalni dając wszystkie sukienki ekspedientce i poszła do wieszaków zdejmując z nich po kolei wszystkie czerwone sukienki. Było ich dziesięć.
-Zdążymy?
-My? Zawsze. –roześmiała się odpinając mi z wieszaka pierwszą z kolei do przymierzenia.


Przymierzyłam wszystkie. Wszystkie dziesięć a nawet jedenaście. I drogą eliminacji pozostały dwie.
Pierwsza, w kolorze żywej czerwieni. Miała delikatne falbanki u góry, a dół był bardzo zwiewny, składający się z kilku delikatnych warstw, które kończyły się na różnych wysokościach. Pod piersiami z kawałków tkaniny uformowany był paseczek, który idąc ku górze stwarzał też niewielki golf na szyi. Na plecach znajdowało się przepiękne wycięcie, wykrojone w kształcie łezki, a na szyi przyszyta była czarna, długa kokarda.
Druga nie ustępowała w jej pięknie ani na krok. Buraczkowa, z większym dekoltem z przodu, zakrytymi plecami i trenem. Miała też  koronkowe rękawki do łokcia. Cała była bardzo przylegająca do ciała i jak to stwierdziła Ann-bardzo uwodzicielska.

Założyłam raz jeszcze pierwszą, Ann na chwilę wyszła z przymierzalni. Miałam nadzieję, że nie zostaną mi doniesione kolejne czerwone modele.

-Rose?-zapytała zza kotary.
-Możesz wejść.

Nie spodziewałam się, że zamiast spokojnego wślizgnięcia się do środka modelki, zasłonka zostanie całkowicie odsłonięta na całą szerokość. A naprzeciwko mnie stanie mój mąż. Nic nie powiedział. Po prostu patrzył. Od dołu do góry, by potem znów przenieść wzrok na dół. Jego żuchwa delikatnie opadła na dół i zamrugał kilkakrotnie oczami.

-Dobra, to już mamy decyzję. –uśmiechnęła się szeroko Ann i zasłoniła kotarę tuż przed nosem blondyna. Biedny.

Pomogła mi szybciej ściągnąć sukienkę i zawiesiła ją na wieszaku. Zostawiła mnie, żeby ją zabrać i zapłacić z Marco, a ja mogłam się w spokoju ubrać. Denerwowało mnie to, że nie zarabiałam. Nie było mnie stać na wyjście z mężem na jego bal.
Wychodząc z przymierzalni usłyszałam jak Marco odbiera telefon.
No i cała atmosfera poszła…do lasu.

-Tak, tak. Wybieram się. I spokojnie, nie musisz się martwić, dam sobie radę.

Musiałam stanąć na wprost niego, żeby dopiero mnie zauważył. Uśmiechnął się do mnie i złapał za rękę. O no proszę. Super.

-Będę z Rose. Nie dbam o media, nie mam z resztą się z czym kryć, w końcu to moja żona. Nie będę wiecznie jej krył i kłamał.

Uważnie przysłuchiwał się rozmówczyni. Posłałyśmy sobie z Ann porozumiewawcze spojrzenia. Dobrze wiedziałyśmy, że Scarlett była po drugiej stronie. Ale też nie miałyśmy pojęcia, jaki miała cel, żeby dzwonić do żonatego faceta i pytać gdzie z kim idzie.

-Da sobie radę. Będę z nią cały czas. Musi się też przyzwyczaić. To nie ostatnie takie wyjście.

Wyszliśmy przed sklep, Marco odblokował dla mnie i Ann samochód, żebyśmy mogły wsiąść. Nie chciałyśmy wyjść na wścibskie, ale wsiadałyśmy do środka bardzo powoli. No i nie zamknęłyśmy za sobą drzwi.

-Dobrze, przekażę jej. Dobranoc.


Kiedy wsiadł do samochodu obie z Ann zajęte byłyśmy czymś innym. Ja podziwiałam butiki na przeciwnej stronie ulicy, a Ann oglądała swoje paznokcie. Marco zamknął za sobą drzwi i przekręcając kluczykami w stacyjce uruchomił silnik. Siedzieliśmy przez pewien czas w kompletnej ciszy.
Moje nerwy jako pierwsze skapitulowały i włączyłam radio. Zaczęłam też nerwowo pukać stopą w wycieraczkę samochodu. Ann, widząc moją frustracje, próbowała podjąć jakąś neutralną rozmowę, za co byłam jej wielce wdzięczna.

-Do tej sukienki będą idealne cieliste szpilki. Ostatnio oddałam swoje, a drugie jakie mam cieliste to sandałki, raczej by nie pasowały.
-Poszukam sobie pracy, a potem poszukam sobie butów. –odpowiedziałam jej ze śmiechem.
-O, mogę ci pomóc jeśli chcesz. Może zdążymy na Berlin.
-Rose, przecież wiesz, że wcale nie musisz pracować. –odezwał się Marco. Położył dłoń na moim udzie, delikatnie je gładząc. Gdyby nie obecność Ann pewnie bym ją strzepnęła.
-Nie będę cały czas siedzieć bezczynnie, to mnie wykańcza.-powiedziałam szybko, próbując posłać Marco jak najbardziej mordercze spojrzenie za utrzymywanie kontaktu ze Scarlett. Może to i nie jego wina.. Ale jak dla mnie, powinien był to skończyć już dawno.
-Pogadamy o tym później. Już wjeżdżamy na osiedle Ann.

I na tym rozmowa się skończyła. Wysiadłam z Ann i podziękowałam jej za wspólnie spędzony dzień. Umówiłyśmy się też na kolejne spotkanie-wypad po szpilki. Przy okazji kazała mi się nie poddawać i wygrać bitwę o fizjoterapię. A tym bardziej w bitwie o Scarlett.


***


-Więc? Co masz mi przekazać?-zapytałam przekraczając próg mieszkania. Odstawiłam torbę z nowo zakupioną sukienką w przedpokoju. Aż korciło mnie, żeby podwinąć rękawy, jak przed walką jakiś szemranych, zakapturzonych typów. Kto by pomyślał, że to tylko rozmowa męża i żony?
-Nie ważne, kochanie. I tak byś nie skorzystała.
-Czemu tak stawiasz? Chętnie spotkam się z twoją byłą narzeczoną. Wymienimy się z pewnością cennymi uwagami. Dopytam się jak było w okresie narzeczeństwa, którego nigdy nie przechodziłam, a ja jej opowiem jakie cudowne jest małżeństwo. Może pójdziemy razem do Spa? Uch, będzie cudownie!
-Rose, mogłabyś sobie darować ten sarkazm.
-To nie sarkazm! To ekscytacja! –uśmiechnęłam się szeroko i poszłam wyciągnąć z lodówki świeży sok pomarańczowy. Ubóstwiałam go, a schłodzony był najlepszy.
Akurat kiedy piłam, szklanka-ocalona przez zmywarkę-została zabrana mi z rąk. Marco wypił resztę prawie za jednym pociągnięciem.

Nie zdążyłam nawet się sprzeciwić, kiedy on bezczelnie zaatakował moje usta w namiętnym pocałunku. Zawirowało mi w głowie, a puls zdecydowanie przyspieszył. W żyłach krew zaczęła mocno buzować, prawie wrzeć. Zaczęłam oddawać mu coraz to odważniejsze i natarczywsze pocałunki. Wplątałam palce w jego włosy, za które delikatnie pociągnęłam wywołując tym jego gardłowe jęknięcie.

-Nie utrzymuję z nią kontaktu. Myślała, że jak mieliśmy ostatnio okładkę to wolę utrzymać w mediach nasz związek…
-Już nie gadaj. Twoja żona potrzebuje seksu. Temat twojej niedoszłej żony nie jest dobrą grą wstępną.
-Moja żona potrzebuje seksu, hę?-zaśmiał się i delikatnie przygryzł moją dolną wargę. –Weź jakąś bluzę z góry dla siebie i za minutę tu jesteś.-szepnął mi do ucha. Jego oczy świeciły się, jakby do głowy przyszedł mu szatański i genialny pomysł w jednym.
Nie potrzebowałam większego przekonywania. Coś mi mówiło, że powinnam była mu wierzyć, co do sprawy ze Scarlett, o pracy później, byłam zajęta większymi priorytetami.


***


Samochód Marco mknął przez ulice Dortmundu. Zdziwiłam się, kiedy na drodze zauważyłam tabliczkę ze skreśloną nazwą naszego miasta. Szukałam nowej, jednak całą drogę byłam rozkojarzana przez blondyna, który co chwila kładł rękę na moim udzie i sunął nią coraz wyżej, a potem znów do kolana. Moja frustracja sięgała zenitu. W pewnym momencie byłam już prawie gotowa kazać mu się zatrzymać i nie czekając na jego plan, po prostu zrobić to na przednich siedzeniach samochodu. Powstrzymało mnie to, że Marco stał się bardziej skupiony i to, że wjechał w naprawdę ciemny, gęsty las. Zaczęłam trochę bać się istot w nim żyjących, jednak miałam Marco. I Astona Martina, który potrafił mieć naprawdę niezłe przyspieszenie.
Przejechaliśmy przez las. Zatrzymaliśmy się na polanie, przed którą rozciągało się ogromne pole. I długo, długo nic. Kiedy spojrzałam na Marco, nie musiałam nawet się domyślać jego planu. Oboje go już mieliśmy przed oczami. 

-Wyskakuj mała. –zaśmiał się chytrze, klepiąc mnie po kolanie. Wziął z tylnych siedzeń koc, zapewne dla wygody i komfortu. Ale byłam pewna, że wygoda i komfort będą tym, na co ostatnie zwrócę uwagę. Moja uwaga była skupiona na moim mężu, który oświetlany przez światło księżyca, niczym jeden z greckich bogów, zaczął mnie całować. Całować tak, jak nigdy.
Po rozłące, po kłótniach, wszystkich niedomówieniach, sprawionych przykrościach, załamaniach i łzach, byliśmy szalenie spragnieni swoich ciał. I dotrzymaliśmy obietnicy z naszej randki, która wydawała mi się przez pewien czas żartem i abstrakcją.
Ale nie było to ani jednym, ani tym bardziej drugim. Marco doskonale wiedział, czego oboje potrzebowaliśmy. Namiętności, zmysłowości i pasji. To było dla mnie coś zupełnie nowego. Na całym ciele przechodziły mi dreszcze. I nie były one wywołane chłodnym powietrzem. Wszystkie uczucia przekładały się na doznania. Chłonęłam każdy skrawek ciała Marco. I byłam najszczęśliwsza na świecie czując, że mój własny mężczyzna traktuje mnie z takim oddaniem i czcią. Seks na masce samochodu po środku pola. I seks po środku pola obok samochodu. Najbardziej pierwotne, spontaniczne, nagłe, brutalne doznania, jakie dane mi było przeżyć. Moja granica wytrzymałości była mocno testowana. Ilekroć oczy zachodziły mi mgłą, za każdym razem zostawałam przywrócona do świata żywych nachalnym pocałunkiem.
Nie spodziewałam się tego po nim. Nie spodziewałam się tego po sobie. Nie wyobrażałam sobie tego w tak intensywnej postaci. Marco był ze mną w tamtej chwili całym sobą. Sercem, rozumem, ciałem. Byłam pewna, że nigdy w życiu nie znajdę takiego kochanka. Marco był moim pierwszym, co wskazywałoby na brak zaawansowania, niepewność.Tym czasem stało się zupełnie odwrotnie. My osiągnęliśmy Mount Everest naszych możliwości. W chłodną, jesienną noc. Na kompletnym odludziu. W naszym malutkim, własnym świecie…


***


-Mam jutro trening.-szepnął Marco do mojego ucha, mocno tuląc mnie do swojego nagiego ciała. Zadarłam brodę, by móc spojrzeć w jego piękne, lśniące oczy.
-Wystawię ci zaświadczenie, że spaliłeś więcej kalorii niż na wszystkich treningach razem wziętych.
-Dziękuję kochanie, ale muszę iść. Mam konsultację lekarza.-powiedział odgarniając mi mokry od potu kosmyk z twarzy.
-Jak dla mnie wszystko działa.-oświadczyłam, nim głośno ziewnęłam ze zmęczenia. Marco roześmiał się uroczo. Podniósł się po chwili, żeby się ubrać. To samo najprawdopodobniej dotyczyło mnie, co oznajmił w geście rzucania na mnie swoją bielizną. Tak, chyba właśnie o to chodziło. Westchnęłam głośno. Trzeba było zbierać się do domu, mimo, że na kocyku było przemiło. Marco poszedł też po resztę naszych rzeczy, które leżały rozrzucone na masce, a nawet dachu Astona Martina. No cóż.. Podeszłam boso do samochodu, żeby móc się w spokoju ubrać.

-Twoje milczenie, mam nadzieję, że nie jest przemilczeniem tego, co się stało chwilę temu?-spojrzał na mnie spod przymrużonych powiek, wciągając na siebie czarną bluzkę z długim rękawem.
-Oj nie.. Ale myślę, że już mi się głos zdarł. –odpowiedziałam z uśmiechem. Podeszłam do niego i delikatnie musnęłam jego usta.
-Rosie, Rosie, Rosie… -szepnął obejmując mnie mocno. Wywołało to na moich ustach szeroki uśmiech.
-To był kosmos, Marco.-zachichotałam i raz jeszcze raz go pocałowałam.
-A nawet jeszcze lepiej. –przyznał odchodząc dwa kroki po moją bluzę. –Załóż, żebyś się nie przeziębiła.
-Jest mi gorąco.
-Ale jest chłodny wiatr. Załóż.-polecił. No dobra. Już nie zamierzałam z nim o nic walczyć. Miał wygrane wszystkie potencjalne kłótnie przez najbliższy tydzień.

W drodze powrotnej powoli mnie łapał sen. Ułożyłam się wygodnie na fotelu, który Marco jeszcze dla mnie specjalnie opuścił. Podkuliłam nogi na siedzenie i zamknęłam oczy, żeby odpocząć chociaż chwilę. Za to położyłam dłoń na ręce Marco, która spoczywała koło automatycznej skrzyni biegów. Delikatnie splotłam nasze palce. Blondyn mocniej złapał moją dłoń i zaczął delikatnie przesuwać kciukiem po jej powierzchni.



Obudziłam się, kiedy akurat zgasł silnik. Marco po cichu wyszedł z samochodu i otworzył drzwi po mojej stronie. Zastanawiał się jak mnie złapać, żeby mnie nie obudzić, jednak ułatwiłam mu całą sprawę otwierając oczy i delikatnie się uśmiechnęłam.
-Nie trzeba mnie transportować.
-Jeśli chcesz, mogę cię przenieść. –zaoferował podając mi rękę, żebym mogła wysiąść.
-Dam sobie radę. Musisz się oszczędzać.
-Jesteś leciutka..
-Spokojnie. –skończyłam temat łapiąc go za rękę i pociągnęłam go w stronę wind.
Oboje chyba byliśmy równo zmęczeni. Ja cały dzień biegałam z Ann po sklepach, Marco był na treningu.
-Prysznic? Bez podtekstów. –zaproponował, kiedy rozebraliśmy się z ubrań wierzchnich. Marzyłam już położyć się we własnym łóżku i zasnąć niczym niedźwiedź w zimowy sen.
-Wypadałoby.-westchnęłam i skierowałam się na górę.
 Prysznice z Marco były zawsze cudowne. Te dłuższe i te najnormalniejsze w świecie. Uwielbiałam czuć dotyk jego dłoni na mojej skórze w połączeniu z cieplutką wodą, która koiła moje zmęczone ciało.




Wychodząc spod prysznica zostałam owinięta puchatym białym ręcznikiem. I tak owinięta zostałam zaniesiona prosto do łóżka.
-Muszę wysuszyć włosy.
-Musisz iść spać, bo zaraz zaśniesz na stojąco. Przyniosę ci ręcznik na poduszkę. –powiedział i po chwili znów zniknął za drzwiami naszej sypialni. Tęskniłam za tym miejscem. Uwielbiałam zajmować jego prawą połówkę i spać na jego poduszce. To samo było z przywłaszczaniem sobie jego koszulek. Zakochanie obsesyjne. Pewnie tak to by się nazywało. Albo, co gorsza, sama obsesja. Bez żadnego odzwierciedlenia w zakochaniu.
Nawet nie zauważyłam, kiedy Marco dołączył do mnie. Faktycznie położył ręcznik na mojej poduszce… Jego poduszce, którą podmieniłam. Nie skomentował tego, choć byłam pewna, że zauważył tę zmianę. Oczywiście jak zwykle czekał, aż sama przytulę się do niego. To weszło nam już w nawyk. Raz nawet chciałam go zapytać, czemu to on nie przytuli się do mnie… Ale z drugiej strony.. Czemu miał by to robić?

-To był dobry dzień.
-Cudownie zakończony. Ale będę obolała do końca tygodnia.
-Ale mimo wszystko, gra była warta świeczki.
-A nawet pocałunku na dobranoc od zadowolonej żony. –zaśmiałam się i nachyliłam się, by czule musnąć jego wargi. On uśmiechnął się oblizując je leniwie.
-W takim razie, była bardzo warta. –przyznał. –Rano mam spotkanie z lekarzem, postaram się ciebie nie obudzić.
-Zatem dobranoc. I wiedz, że do końca życia nie zapomnę tej nocy.
-Ja także, Rose. –uśmiechnął się. –Zboże.
-Słucham?
-Zboże. –powtórzył wyjmując z moich włosów kawałek długiej rośliny. –Nie wiem czemu nie zauważyłem tego przy myciu włosów..
-Zostaw na stoliku. Ususzę na pamiątkę. –powiedziałam ziewając.
-Jeśli chcesz..
-Chcę, dobranoc. –powiedziałam mocniej się do niego przytulając. Marco mocniej oplótł mnie dłońmi i ucałował w głowę.
-Dobranoc. 


***


Kiedy rano wstawałam Marco już nie było. Wygrzebałam się z łóżka i odsunęłam z okien zasłony, wpuszczając do pokoju jesienne promienie słońca. Uznałam, że powinnam ten dzień poświęcić się wypakowaniu z torby, którą zabrałam do Ann i Mario. A i oknom przydałaby się mała kąpiel. Zapewne po południu dopiero przyjdzie Ann, żeby pójść jeszcze do sklepu obuwniczego. Bałam się brać za obiad, ale do tego czasu miałam nadzieję, że mój mąż już będzie w domu.
Otwierając szafę Marco, żeby wybrać sobie z niej jedną koszulkę, poleciała na mnie ich cała masa. Wow! Wszystkie były równo pogniecione, część też nadawała się do prania. Wzięłam ostatni, złożony T-shirt, który uchował się na półce. Co tu się stało? Bałam się sprawdzić, co było w bieliźniarce.
No tak. Atak skarpetek. Podział różny. Czyste, brudne, nie do pary. Wszystko wylewało się z szuflady.
Może kiedy mnie tu nie było po prostu uznał, że może zrobić z domu chlew? Nie wiedziałam jaki miał ze Scarlett podział obowiązków, ale ja nie zamierzałam robić wszystkiego za niego. Zwłaszcza, kiedy jego ciuchy same mnie atakowały.
Dzisiaj był tego kres. Wszystko co mnie zaatakowało zostało wyniesione na podłogę na środku salonu. Po jednej stronie stał kosz na pranie. Naprzeciw niego rozłożyłam deskę do prasowania, na którą postawiłam żelazko.
Mogłam mu to wyprasować. Mogłam nawet w przyszłości ogarniać całe pranie, ale to musiało zostać ukarane. Nie było wymówek ani próśb.
Przygotowałam śniadanie dla siebie w postaci najzwyklejszej bułki z serem i świeżym ogórkiem. Zrobiłam też dla siebie herbaty. Pozostało mi mycie okien, które akurat nie było aż takie złe.
Salon wyglądał, jakby przeszło przez niego tornado. Nie przypuszczałam nawet, że Marco może mieć tyle ciuchów. Nie chciałam widzieć jego miny, kiedy wejdzie do domu i to wszystko zobaczy. I nie chciałam postępować z nim jak z karaniem małego dziecka… Zwłaszcza po tym, jak pięknie było poprzedniej nocy. Ale musiałam. Nie byłam gosposią, czy sprzątaczką. Byłam żoną.
Przypomniało mi się o wypakowywaniu mojej walizki.
I znów doznałam szoku, kiedy nawet w mojej szafie były jego niechlujnie wrzucone rzeczy. Zaczęłam się śmiać z bezsilności. Naprawdę, Marco? Proszę cię…
Ubrania stamtąd także zostały dorzucone na stertę.



***


Właśnie kończyłam myć okno w naszej sypialni, kiedy usłyszałam z dołu przekręcany zamek. Od razu odłożyłam myjkę i czekałam na reakcję.
Oho, zaraz się zacznie. Z ekscytacji prawie zaczęłam przebierać nóżkami jak małe dziecko.
-Rose? Co tu się…

Uśmiechnęłam się pod nosem. Mogłam jednak ustawić tam ukrytą kamerę. Zeskoczyłam z parapetu naciągając jego kusą koszulkę na uda i odezwałam się zmierzając w jego kierunku.

-Ten dom to nie burdel, a ja nie jestem firmą sprzątającą, dziwką, czy kobietą-rób-se-ze-mną-co-chcesz, tylko jakbyś nie zauważył twoją żoną. –zaczęłam głośniej, żeby mnie usłyszał. –Mimo, że powinnam cię wielbić za dzisiejszą noc, to jednak najpierw zajmiesz się swoimi rzeczami, a potem…
O cholera..

Stanęłam jak wryta pośrodku schodów. Zaczęłam sobie kalkulować każde słowo, które powiedziałam wcześniej. Burdel, dziwka, dzisiejsza noc, dwuznaczne „a potem”… A tak, no i jeszcze mój strój. Koszulka Marco i jego bokserki. Włosy po spaniu w mokrych, których nawet nie rozczesałam. No i oczywiście sterta jego ubrań na środku salonu oraz przygotowane dla niego stanowiska-kosz na brudną bieliznę i deska do prasowania. Nie było źle. Było tragicznie.

-Rose.. –zaczął drapiąc się po szyi, z niedowierzaniem rozglądając się po salonie. –To są moi rodzice… -wykrztusił. Spojrzał na deskę do prasowania i żelazko. Zaczął się histerycznie śmiać. Jak on mógł się śmiać?! Ja stałam na wstrzymanym oddechu.  –Mamo, tato, to właśnie Rose. –wskazał na mnie dwójce osób. Swoim rodzicom!

Nie umiałam nic wyczytać z twarzy jego mamy.

O mój Boże.

Jego tata ledwo utrzymywał powagę.

I wszyscy Święci.

Patrzyłam to na nich, to na Marco. On się śmiał! Tak bardzo się śmiał. Ja też byłam bliska płaczu, ale chyba nie koniecznie ze śmiechu.
Dobra, zrobiło się niezręcznie. Bardzo niezręcznie.
Powinnam była coś powiedzieć.

-Ja..-zaczęłam, jednak zasłoniłam sobie usta dłonią, słysząc jak mój głos stał się nadzwyczajnie wysoki. To był prawie, że pisk. Odchrząknęłam, ciągnąc brzeg bluzki Marco ku dołowi. Dobrze, że nie kupiłam wczoraj pary nowej bielizny i nie rozłożyłabym się na niej w salonie na kanapie, czekając na powrót męża. Albo przebranie seksownej pielęgniarki. Zawsze mogło być gorzej, Rose. Nie było aż tak źle, Rose.  –Przebiorę się i zaraz przyjdę. I jeszcze strzelę sobie w łeb.

Zaczęłam iść na górę, jednak zatrzymałam się, kiedy usłyszałam prychnięcie taty Marco. Odwróciłam szybko głowę. Starszy mężczyzna miał całą czerwoną ze śmiechu twarz. Marco ocierał sobie kąciki oczu. Jego mama wciąż stała jakby Meduza zamieniła ją w kamień przez jedno spojrzenie.

-Boże, ja nie powiedziałam tego? –powiedziałam cicho. Jednak wnioskując po twierdzącym kiwaniu głową blondyna-powiedziałam. –Boże.. Znaczy, przepraszam za Boże. Ja. Zaraz… Będę. –powiedziałam i pobiegłam na górę pokonując po dwa schodki na raz. Pobiegłam najpierw do łazienki, żeby chlusnąć sobie w twarz wodą. Zimną wodą.
Wypuściłam ze świstem powietrze z ust i spojrzałam na swoje odbicie w lustrze.
Teściowie, jasna cholera.
Mogłam ustawić ukrytą kamerę. 






~~~

 Jak ja uwielbiam tu wracać po tygodniu przerwy, robić korektę rozdziału, potem czekać na 9:00, cieszyć się jak wariatka z każdego wyświetlenia, a jak komentarz to już w ogóle jestem w niebie!😄
Ten rodział taki trochę o niczym, ale też akcja dziać się wiecznie nie może.. Przed nami spotkanie z rodzicami, bal i naprawdę sporo komplikujących spraw, więc trochę taką mamy ciszę przed małą burzą...
Dziękuję jeszcze raz za wszystkie gratulacje, ciepłe słowa pod poprzednim rozdziałem..💕 Jesteście absolutnie wszystkie przekochane, nawet nie wiecie ile radości sprawia mi czytanie waszych uwag,opinii,emocji,przeżyć.. Dziękuję, że jesteście i przeogromnie wspieracie, mimo rzadszej aktywności..
Jestem bardzo, ale to bardzo ciekawa jak obstawiacie, jak przebiegnie pierwsze spotkanie z teściami👀
Ściskam Was mocno💗
Do następnego! x.

sobota, 23 września 2017

Dwadzieścia sześć




-Chyba się budzi…

Dobrze znany mi głos. Do kogo należał? Kojarzył mi się z ciepłem i słońcem. Delikatny uśmiech wkradł się na moje usta. Chciałam przełknąć ślinę, ale miałam zupełną suszę w gardle. Moje powieki były strasznie ciężkie, potrzebowałam jeszcze momentu, żeby z nimi powalczyć i je otworzyć. A potem był drugi głos. Tu moje serce już znacznie przyspieszyło swoje bicie. Aż mnie rozbolała głowa. Wypowiedział moje imię. Powoli i szeptem. Coś mnie połaskotało po nosie, jednak za chwilę przestało. Chyba to były moje włosy. Czułam się podle. Najgorsze, że nie miałam pojęcia gdzie byłam i co się stało. Poszłam z Mario i Ann do klubu… A, i jeszcze był Nils. Co się tam stało…

-Rosie. Skarbie, słyszysz mnie?

Znów ten cudowny głos. Dla niego postarałam się ze wszystkich sił otworzyć oczy. Zajęło mi to trochę, jednak zaraz potem musiałam je zamknąć. Oślepił mnie blask lampy zapalonej tuż nade mną.

-Zgaście to, Ann zapal może jakąś świeczkę, żeby nie było aż tak ciemno. –polecił mój ukochany głos. Czekałam aż usłyszę pstryknięcie. Gdzie ja byłam? I co się ze mną stało… Czemu moje gardło musiało być takie suche, powieki ciężkie, a ciało jakby miało zaraz skamienieć.

Klik.

Chyba znów mogłam otworzyć oczy.
I zobaczyłam moją ukochaną buźkę. Męski, dwudniowy zarost, który zawsze przyjemnie drażnił moją szyję..ale też całe ciało, kiedy akurat się nie przytulaliśmy. Piękne oczy, w które mogłam się wpatrywać godzinami. Były najpiękniejszymi szarymi oczami jakie znałam. To nie był sam szary. Tam był i błękit, złoto i zieleń. I to wszystko razem tak pięknie istniało. Duży, zabawny nos. Ale i tak był moim ukochanym nosem. Lubiłam, kiedy jego czubek jeździł delikatnie po moich policzkach. Wąskie usta. Tak seksownie wyglądające, kiedy ich kąciki się podnosiły. Wąskie wargi, od których dotyku byłam uzależniona. Potrafiły doprowadzić mnie do szału, namiętności, ukojenia, spokoju, pocieszenia.

-Rosie?-powiedziała niepewnie Ann, stając tuż przede mną. –W porządku?
Chciałam coś powiedzieć, jednak moje gardło było niczym jak pustynia. Susza i piach.

-Wody..-szepnęłam cicho, jednak tyle wystarczyło, żeby moja przyjaciółka pobiegła w swoich różowych kapciach w króliczki do kuchni i nalała mi po brzegi szklanki wody. Marco usiadł tuż obok i łapiąc mnie w talii podciągnął z pozycji leżącej do siedzącej, lekko układając moje ciało na swoim. Byłam trochę jak zwłoki… Mój stan był przerażający.
Modelka podała mi wielką szklankę, Marco mi ją podtrzymał i pomógł mi upić kilka zbawiennych łyków.

-Kochanie, pójdź się położyć. Zaraz do ciebie przyjdę. –polecił Mario i pocałował szybko swoją ukochaną. Ann pokiwała głową ze zrozumieniem. Nim odeszła podeszła do mnie i pogłaskała opiekuńczo w ramię.

-Co… Co się stało?-szepnęłam, nie chcąc wysilać niepotrzebnie mojego głosu.
-Nie pamiętasz?
-Marco, gdybym pamiętała to bym nie pytała! –zdenerwowałam się, jednak, kiedy poczułam się gorzej, ochota na kłótnie minęła i położyłam głowę z powrotem na ramię blondyna.
-Nie znienawidź mnie za to co zrobię…-zaczął Mario podchodząc bliżej mnie z telefonem. –Ale muszę coś ważnego sprawdzić.

Kiwnęłam twierdząco głową. Byłam wykończona.
Mario zaświecił latarkę, ale widząc moje skrzywienie na twarzy ograniczył się do maksymalnego rozjaśnienia wyświetlacza. Zaświecił nim prosto w moje oczy. Starałam się ich nie mrużyć, choć w końcu przegrałam walkę z samą sobą.

-GHB. Ma jeszcze powiększone źrenice. –westchnął wystawiając mi diagnozę niczym doktor House. Marco za to siarczyście zaklął, nie siląc się na ściszenie głosu. Od razu poczułam, jak jego ciało się całe spina.

Próbowałam znaleźć jego dłoń i ją złapać, jednak on ją szybko odsunął. Co się do cholery działo przez ten czas. Co się stało w klubie. I gdzie był Nils? Która była godzina? Dlaczego mój mąż był na mnie zły.. Co ja narobiłam…

Spod moich powiek zaczęły płynąć łzy. To już był drugi raz, kiedy nie miałam nad sobą żadnego panowania. Kiedy coś się stało, a ja miałam jedną wielką dziurę w głowie. I chciało mi się jedynie płakać. Może i pierwszy przypadek różnił się od sytuacji w której się znajdowałam obecnie.. Wtedy to sama wyparłam z myśli tamto zdarzenie przez szok, w którym byłam. Teraz? Nie miałam pojęcia.

-Ej, mała. –westchnął Mario i siadając koło mnie, wyszarpnął mnie od Marco i mocno przytulił. Zaczęłam szlochać nie martwiąc się nawet, że zamoczę mu koszulkę. Poczułam, że Marco wstaje z kanapy i gdzieś odchodzi. Mój płacz jeszcze się nasilił. Objęłam mocno Mario rękoma, ściskając go za szyję, nie martwiąc się nawet czy go duszę czy nie. Co ja zrobiłam? Czy byłam znów w takim szoku, że nie pamiętałam kilku ostatnich godzin mojej marnej egzystencji?

-Mario..-jęknęłam ciągnąc nosem, nie oderwałam się od niego ani na chwilkę.
-Jesteś bezpieczna. Nic ci się nie stało. Nic się nie stało…
-Czy ja coś zrobiłam?
-Nie, to ktoś cię chciał skrzywdzić..
-Mój Boże.. –szepnęłam. Jak to skrzywdzić? Zabić?
-Po prostu jej powiedz, jeszcze bardziej ją straszysz! –wybuchł Marco. Był mocno wkurzony. Tak jak w noc przed moimi urodzinami. Ale tu był Mario. Byłam bezpieczna.
-Sam ją straszysz drąc mordę na cały blok.-warknął pod nosem brunet i zaczął mnie uspokajająco głaskać po włosach i plecach.
-Świetnie. No to, ktoś ci dosypał do drinka tabletkę gwałtu, przez co nie pamiętasz ostatnich kilku godzin. Wypiłaś całego drinka, z podwójną porcję alkoholu i zaczęłaś się…
-I wystarczy! –przerwał mu poddenerwowany Mario.
-Jasne. –odburknął Marco i poszedł najprawdopodobniej do kuchni.
-Mario.. Co tam się stało?
-Nic. Nic się nie stało, ale gdyby nie Nils, gdybyś tam była sama..
-Dobra, trzeba wezwać policję! Tak nie może być. –wrócił Marco. Żadnej policji.
-Nie, nie zgadzam się na policję. Jest już w porządku!-oderwałam się od Mario ocierając łzy z policzków i brody.
-Rose, trzeba pójść na policję. Jak nie teraz to rano.
-Nie. Żadnej policji, rozumiecie? Nigdzie nie pójdę. Nigdzie. Nic się nie stało.
-Jak się nic nie kurwa stało! –znów zaczął podniesionym głosem blondyn. –Ktoś ci dosypał do drinka prochy. Ktoś naćpał moją żonę i to w takiej mocnej miksturze z alkoholem! Mogłaś się zatruć! Trafić do szpitala! Ktoś mógł cię nawet zgwałcić! Porwać, zrobić ci krzywdę! Nie widziałaś w tym nic podejrzanego?!
-Nic. Nie. Pamiętam. Do. Cholery. –szepnęłam zaciskając zęby. Nie znosiłam Marco w takim wydaniu.
-Przestań na nią krzyczeć! Jeśli masz się kogo czepiać, to się czepiaj samego siebie. Tu cię boli! Że nie było cię przy niej!
-Dobra, wychodzę, rano pojedziemy wszyscy na policję. –powiedział i poszedł zabrać ze stołka barowego w kuchni swoją bluzę.

Momentalnie zerwałam się do biegu, o mało nie wpadając na Marco. Mario wstał z kanapy mówiąc cicho, że idzie sprawdzić co u Ann. Pewnie chciał nam dać chwilę czasu. Upewniłam się, że odszedł wystarczająco daleko i znów zwróciłam spojrzenie na blondyna.

 
-Marco, błagam, Nie idźmy na policję. Jeśli mnie chociaż odrobinę lubisz. Jeśli mam dla ciebie jakiekolwiek, najmniejsze znaczenie, to błagam. Błagam nie rób tego.-powiedziałam patrząc mu w oczy i ignorując napływające nowe łzy.
-Ktoś cię mógł skrzywdzić…-westchnął ciężko. Złość cały czas w nim buzowała. I to jak szalona.
-Ale nie skrzywdził. –nie pozwoliłam mu dość do słowa. –Wiem, że mam inne nazwisko ale mnie i tak mogą znaleźć, sprawdzić. Ja nie mogę wrócić do mojej rodziny, rozumiesz? Nie mogę ich spotkać. To by mnie złamało. Zniszczyło. Nie mogę, błagam, Marco… -prosiłam go szeptem. Bałam się nawet go dotknąć. Spuściłam głowę i płakałam jak małe, skrzywdzone dziecko.
-Czego się boisz? Co się stało wtedy, że się tak boisz?
-Boję się samej siebie, Marco. Jestem sama dla siebie wrogiem, rozumiesz?
-Nie rozumiem, Rose. Powinnaś siebie kochać. Jesteś taka cudowna… Jak możesz tak mówić..
-Nie rozgrzebujmy tego..
-Nie chcę, żebyś się bała. Powiedz mi, zaufaj mi. Nie będę cię osądzał, nie zmienię o tobie zdania. Postaram się wszystko zrozumieć, sprawić, żeby było lepiej..
-Marco, nigdy nie będzie lepiej.
Zaczął się histeryczny płacz. Przypomniała mi się tamta noc. Krzyk, płacz, syreny pogotowia, policji… Potem ból. Złość. I znów ból. Ten zadawany ból. Nie chciałam sobie tego przypominać, ale to się stało.
-Wiem, że dałem ciała. Wiem, że jestem najgorszym mężem, zawalam w każdym aspekcie ale proszę, Rose…
-Skrzywdziłam kogoś. Dawno ale bardzo. Nienawidzę siebie za to. A jednocześnie bardziej za to, że kiedyś tego nie czułam…Nie umiem o tym mówić.
-Możesz mieć przez to teraz problemy? Mam ci załatwić jakiś prawników? Cokolwiek?-zapytał próbując się uspokoić i zrobić wszystko, bym mu zaufała. Nawet nie wiedział, jak bardzo mu ufałam. Bardziej od Marco ufałam jedynie mojej Mamie. Ale nie mogłam mu powiedzieć. Za bardzo mi na nim zależało.
-Nie, mówiłam ci na początku. Nikt mnie nie ściga. Ale jeśli ktoś zgłosił moje zaginięcie wtedy.. Łatwo jest sprawdzić panieńskie nazwisko..
-Tu nikt cię nie zna, Rose.
-Mój ojciec z macochą mają znajomych w policji. Jakby tylko chcieli.. Poza tym. Ludzie mnie poznają, bal w Berlinie.. Wszystko się wywróci do góry nogami.
-Czyli pójdziesz ze mną?
-Tak. –uśmiechnęłam się słabo. Znów miałam twarz całą we łzach. –Nawet jak się dowiedzą… Będziesz przy mnie, prawda?
-Zawsze, Rose. Jesteś przy mnie bezpieczna. Nie pozwolę, żeby ktokolwiek cię skrzywdził. Nigdy więcej.

To ty mnie skrzywdzisz, Marco. Najbardziej na świecie, i to już za niecały rok. Chciałam zostać dłużej ale.. Każde powinno potem zacząć żyć własnym życiem.

-Potrzebuję cię.
-Wiem, dlatego noszą tą obrączkę, która daje ci pewność, że jestem cały twój.
-Nie powiedziałam ci o tej sytuacji, a ty nawet nie jesteś na mnie zły..
-Jeśli ma cię to boleć, nie rób tego. Jeśli kiedyś będziesz chciała..
-Będziesz pierwszą osobą, do której pójdę.
-Nawet jak już nasze drogi się rozejdą.. Zawsze będę dla ciebie, Rose. O każdej porze dnia i nocy.
-Dziękuję, to wiele dla mnie znaczy. –powiedziałam skinając głową i stanęłam na palcach, żeby złożyć pocałunek na jego policzku.  Wróciłam do salonu po moją szklankę z wodą. Mimo wszystkich emocji i tak byłam wciąż wykończona. Chciało mi się bardzo spać. Kanapa była jeszcze nie rozłożona, musiałam poprosić Marco, żeby rozłożył nam spanie. Na takim małym byśmy się nie pomieścili. 

-W porządku?-zapytał zjawiając się Mario. Kiwnęłam przytakująco głową i rozsiadłam się na kanapie. Marco dołączył do nas… Zakładał bluzę. Chyba nie miał zamiaru wychodzić. –Powiedziałeś jej o tym co się…-zaczął niepewnie zerkając na mnie brunet. Coś chcieli mi powiedzieć?
-Nie. Nic się nie stało i niech tak zostanie. –powiedział mój mąż bawiąc się rękawem swojego polara. –Rose prosiła, żebyśmy nie szli na policję. Możemy albo wysłać anonimowy list, żeby sprawdzili barmanów, czy czegoś nie dosypują, albo po prostu tam więcej nie przychodzić i tyle. –powiedział kończąc spoglądając na mnie. Powiedziałam mu bezgłośne „dziękuję”. Poczułam na sercu ogromną ulgę.
-Dobra. Idziesz się przejść? O czwartej nad ranem?
-Wracam do domu. To za dużo dla mnie. Nie radzę sobie z tym jeszcze tak jak powinienem. –powiedział ignorując moje ciekawskie spojrzenie, za to razem z Mario spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Chcieli dla mnie jak najlepiej, ale zabawa w tajemnice.. Boże.. Sama w to się bawiłam…

-Marco, możesz zostać?-zapytałam niepewnie. Nie wiedziałam, czy to nie zbyt wiele…
-Lepiej, żebym poszedł. Muszę pobyć sam…
-Dobra, wy tu ustalajcie, ja idę spać. Marco, rozłóż Rosalie łózko, kiedy będziesz wychodził. Nie przemęczajmy jej.
-W porządku. Dzięki, Mario. I przepraszam za tamto. –powiedział ciężko i podszedł do bruneta, żeby zaraz potem mocno go przytulić. Uwielbiałam ich przyjaźń.
-Dobranoc! –powiedział młodszy piłkarz i ruszył do korytarza, by skręcić do swojej sypialni.


Kiedy drzwi się już za nim zamknęły, zaczęłam przekonywanie Marco do tego, żeby został. Tak bardzo potrzebowałam, żeby został.

-Wiem, że może proszę o zbyt wiele… Zostań, Marco. Nie zasnę bez ciebie. Bez wiedzy, że między nami wszystko w porządku.
-Nie wiem… Ja.. Chyba zawsze kiedy potrzebuję coś przemyśleć, przetrawić potrzebuję samotności. Pamiętasz? Jak na tej górce. –powiedział podchodząc do mnie i uśmiechnął się delikatnie. Ukucnął naprzeciwko mnie i położył dłonie na moich udach.
-Nie jesteś sam. Masz żonę. Jestem tu dla ciebie. Bądź ze mną.. Potrzebuję Nas.
-Jeśli masz na myśli seks to oczywiście, że nawet o tym nie myśl.
-Nie miałam tego na myśli, jednak jeśli tego właśnie potrzebujesz..
-Nie, nie w stanie, w którym jesteś.
-Dałabym radę..
-Nie. –przerwał mi i podniósł się, by ucałować mnie delikatnie w usta. Obserwowałam jego ruchy, nie wiedziałam co zrobi. Nie chciałam, żeby odchodził.

On zdjął bluzę, potem bluzkę, poluźnił pasek od spodni, które potem i tak zdjął, razem z butami. Pomógł mi wstać z kanapy, żeby móc ją bardziej rozłożyć. Czując, że trochę bardzo wirowało mi w głowie, oparłam się pośladkami o fotel. Nie wiedziałam, czy zawroty głowy wywołane były narkotykiem, czy może jednak widokiem mojego, prawie zupełnie nagiego męża. Miał tak idealne ciało.
Sama zaczęłam zdejmować bluzkę i spodenki ze spaceru. Zostałam w samej bieliźnie i nie miałam zamiaru zakładać piżamy. Ciało przy ciele. To było najbardziej kojące uczucie.
Marco rozłożył dla nas kołdrę i poduszkę. Musieliśmy podzielić się jedną, jednak raczej to nie stanowiło problemu. Zwykle spaliśmy razem, objęci, zajmując jedną trzecią łóżka.

-Chodź. –uśmiechnął się słabo, wchodząc na łózko. Wyciągnął do mnie dłoń. Jego piękne ciało oświetlało delikatne światło świecy. Naprawdę, gdybym była w trochę lepszym stanie fizyczno-psychicznym…
-Dziękuję. –powiedziałam ujmując jego wyciągniętą dłoń i dołączyłam do niego. Przykrył nas wysoko kołdrą, wystawały jedynie nasze głowy.
-Za co, kochanie?-zaśmiał się pod nosem i poprawił na kawałku naszej wspólnej poduszki.
-Że zostałeś. Dziękuję. –powiedziałam i pocałowałam go na dobranoc.
-Jesteśmy razem. Na dobre i złe przez rok, więc wygląda na to, że „złe” też przetrwamy razem.
-Jestem tego pewna.-uśmiechnęłam się próbując znaleźć sobie pozycję.



-Co ty robisz?-zapytał Marco głosem tak cichym i zachrypniętym jakby zaraz miał zapaść w głęboki, niedźwiedzi sen.
-Zdejmuję stanik. –odpowiedziałam z największą oczywistością.
-To sen?-zapytał otwierając bardziej oczy.
-Nie. Lubię dotyk naszych ciał.. I nie lubię gniotących staników.
-Chodź tu.-uśmiechnął się i wyciągnął do mnie ręce, żebym mogła jak zawsze przytulić się do niego niczym małpka. –Ale zakładasz go zanim ktokolwiek tu wejdzie. Eh, nici ze spokojnego snu. Będę musiał pilnować moją naćpaną żonę-ekshibicjonistkę.
-Zawsze mogło być gorzej. –zaśmiałam się pod nosem i wtuliłam głowę w zagłębienie jego szyi. Takim sposobem poduszka nie była już potrzebna.
Zawsze chciałam, żeby to on się do mnie przytulił. Nie wiedziałam, czy to dla niego wystarczająco męskie..ale tak zawsze chciałam. Jednak to on zawsze czekał z tym na mnie.

-Wiesz, że niedawno, kilka dni temu mieliśmy miesięcznicę? Nie uczciliśmy tego należycie.
-Jeszcze to odbijemy. Umyj dobrze samochód. –zaśmiałam się, a jeszcze bardziej, kiedy usłyszałam jego mruknięcie „nie zaczynaj”.
-Dobranoc, skarbie.
-Dobranoc, skarbie.-opowiedziałam uśmiechając się, a kilka chwil później, bez żadnych zmartwień, negatywnych emocji z wczorajszego dnia, zasnęłam spokojnym snem.



***


Obudziłam się wcześniej niż sama przypuszczałam. Myślałam, że zasypiając po czwartej nad ranem będę spała przynajmniej do południa. Tymczasem była zaledwie dziewiąta. W kuchni słyszałam przyciszone głosy. Niestety żaden z nich nie należał do Marco. Nie leżał też przy mnie.. Miałam nadzieję, że został… Co dziwne, miałam też założoną górną część bielizny. Założył mi ją? Czasami naprawdę mnie zaskakiwał. Nie chcąc jednak wychodzić z łóżka w samej bieliźnie postanowiłam nałożyć moje ubrania z wczorajszego dnia.
W kuchni zastałam Nilsa i Ann jedzących śniadanie. Modelka od razu wstała z miejsca, by podejść do mnie i mocno przytulić. 

-Jak się czujesz?
-Lepiej. Jestem strasznie głodna.
-Masz śniadanie na patelni, jeszcze ciepłe. Nałożysz sobie?
-Pewnie. Mario jeszcze śpi?
-Trening. –powiedziała nakładając sobie na widelec jajecznicę.
-Marco?
-Wyszedł zanim się obudziłam. 


Atmosfera stała się trochę napięta. Usiadłam koło Ann, naprzeciw Nilsa, który od mojego wejścia do kuchni zamilkł. Miałam nieodparte wrażenie, że miało to związek ze wczorajszym wieczorem.
Zjadłam w ciszy nie pytając o nic więcej. Ann coś mówiła co chwila do Mase, która zaciekawiona, a właściwie głodna przyszła do stołu i zaczęła wskakiwać przednimi łapami na nasze nogi.
Nils jako pierwszy skończył dziękując za posiłek i odszedł od stołu. Żeby się dowiedzieć co się stało coś mi mówiło, że to właśnie z nim musiałam porozmawiać.

Kiedy akurat zaczynałam go szukać, od razu spostrzegłam go opierającego się o barierkę balkonu. Wzięłam głęboki oddech i tam też się skierowałam.

-Hej, możemy porozmawiać? Proszę, tylko mnie nie zbywaj.
Odwrócił się wzdychając ciężko.

-Mów.
-Trochę zaczynam sobie przypominać, ale film zupełnie urwał mi się, kiedy wypiłam tego cholernego drinka. Wiem, że coś się wtedy stało, tylko nikt nie chce mi powiedzieć. Nils, proszę…
-Ech… Będę tego żałował. Po prostu przez tą mieszankę musiało ci trochę zaszkodzić. Poszliśmy zatańczyć, ty uwiesiłaś się trochę na mnie i zaczęłaś się dziwnie zachowywać.
-Dziwnie? To znaczy?
-Na początku gadałaś jakieś głupoty, tak strasznie niewyraźnie, że nie rozumiałem wszystkiego. Co chwila się śmiałaś. Myślałem, że masz taką słabą głowę, nie podejrzewałem, że ktoś mógł czegoś dosypać. Nigdy się z czymś takim nie spotkałem.
-A potem? Co się stało?
-Przyszedł Marco.
-I poszliśmy do domu?-zapytałam opierając się plecami o poręcz balustrady.
-Nie do końca..-podrapał się po szyi myśląc chwilę.
-To znaczy?
-Zaczęłaś tańczyć trochę bardziej wyzywająco… I mnie pocałowałaś i to dość... intensywnie.

Woah! Tego się nie spodziewałam. Boże… I Marco to widział? Już nie dziwiłam się, że zachowywał się wczoraj tak, a nie inaczej. Przecież.. Przecież ja go zdradziłam. Tuż przed jego oczami. A on i tak został. I tak przytulił mnie, powiedział jak bardzo dla niego jestem ważna. Został ze mną, kiedy potrzebował się ode mnie uwolnić. Przespał obejmując mnie resztę nocy. Czuwał nade mną śpiącą odkąd wróciłam do mieszkania. Mój Marco.. Jak ja mogłam mu to zrobić.

Wybiegłam z balkonu jak poparzona, zaraz potem z mieszkania. Widziałam, że winda akurat minęła moje piętro zjeżdżając na dół, więc ruszyłam klatką schodową. Na zewnątrz puściłam się pędem w kierunku najbliższego postoju taksówek. Droga samej z mieszkania Mario do Marco zajęłaby mi trochę więcej. A ja musiałam jak najszybciej znaleźć się w domu. Naszym domu. Nie chciałam go krzywdzić. Nie zasługiwał na to. A ja postąpiłam dokładnie tak, jak zrobiła to Scarlett.
Z moich oczu zaczęły lecieć wielkie grochy łez. Chciałam go ochronić przed całym światem, całym złem. Chciałam, żeby był szczęśliwy. Ale skrzywdziłam go, w najgorszy możliwy sposób. A on był gotowy zapomnieć. Nie chciał, żebym się dowiedziała. Chciał ochronić mnie…
Całą drogę taksówką płakałam. Drogę z taksówki pod drzwi piłkarza tak samo. 

Zaczęłam pukać i dzwonić do drzwi, ale nikt nie odpowiadał. Bałam się, że on tam był i nie chciał mi otworzyć. Zapewne mój szloch było słychać na całej klatce schodowej. Nie dbałam o to. Chciałam, żeby On tu był. Żeby nadal umiał spojrzeć mi w oczy. Żeby powiedział, że mi wybacza. Albo, że to koniec…
Usiadłam skulona na jego wycieraczce opierając głowę o jasne drzwi mieszkania.
Tak bardzo nienawidziłam siebie. Czułam do siebie jedynie wstręt i obrzydzenie. Wyzbyłam się jakiegokolwiek szacunku. Zachowałam się jak zwykła dziwka. Nie ważne, czy alkohol czy nie. Miałam męża. Którego z dnia na dzień darzyłam coraz silniejszym uczuciem. Który stawał się centrum mojego wszechświata. Prosiłam go, żeby dla mnie walczył. To było najgłupsze, co mogłam powiedzieć. Nie zasługiwałam, żeby na mnie walczył. Nie zasługiwałam.



***


-Rosalie?
Myślałam, że usłyszałam jego głos w mojej głowie. Jednak kiedy odwróciłam głowę w stronę windy i przez łzy zobaczyłam zamazany kształt sylwetki mojego męża zaczęłam jeszcze mocniej płakać. Po co w ogóle tam przychodziłam. Zadawałam mu jedynie większy ból.
-Rose, co się dzieje? Czemu tutaj tak siedzisz? Od dawna?

Nie umiałam powiedzieć słowa. Nie wiedziałam kompletnie co powinnam powiedzieć. I czy w ogóle powinnam była mówić cokolwiek.
On ukucnął koło mnie i zabrał moją dłoń, całą mokrą od łez dłoń, z mojej twarzy i ścisnął ją mocno, uspokajająco gładząc jej wierzch.

Nie zasługiwałam na jego dotyk.
Na jego spojrzenie.

-Wstań, proszę, wejdziemy do domu.-powiedział spokojnie w dalszym ciągu trzymając moją dłoń.

Nie zasługiwałam na jego spokój.
Marco wstał puszczając moją rękę i otworzył drzwi do mieszkania. Nie patyczkując się podniósł mnie z pozycji, z jakiej siedziałam i przeniósł mnie przez próg do środka. Zatrzasnął drzwi nogą i posadził mnie w salonie na kanapie.
Wszystko działo się jakby poza moją rzeczywistością. Nie widziałam co się działo. Gdzie poszedł Marco.
Poczułam jak przykłada chusteczki do moich policzków, oczu. Otarł też delikatnie brodę i żuchwę.
Marco.
Był taki opiekuńczy i troskliwy…
Wolałam, żeby zaczął na mnie krzyczeć, żeby wyrzucił z siebie całą nienawiść, żeby nie dawał mi złudnych nadziei… Żeby powiedział jak bardzo mnie nienawidzi. Żeby złamał mi serce i pozwolił odejść. Tak bez niczego. Bo przecież on był wszystkim.


Siedzenie kanapy się ugięło pod jego ciężarem. Chciał zacząć coś mówić, jednak ja nie mogłabym tego już znosić. Zabrałam nogi z siedziska i stanęłam podrywając się z sofy, ignorując zawroty głowy.
Z bólem serca zdjęłam moją obrączkę z serdecznego palca i wcisnęłam ją w dłonie zdezorientowanego Marco.

-Wiem, że nie zasługuję na twoje wybaczenie. Niezależnie jakbym błagała… Sama sobie tego nie jestem w stanie wybaczyć. –powiedziałam czując wielką gulę w gardle.
To był już koniec. Minął zaledwie miesiąc. To mi pokazało, jak bardzo potrafiłam być beznadziejnym człowiekiem. Nie znałam siebie? Chyba czas było spojrzeć prawdzie w oczy.  –Marco, zasługujesz na wszystko co najlepsze. Masz cholernego pecha do spotykania odpowiednich osób… Dziękuję ci za wszystko. Byłeś dla mnie najlepszym, co mnie spotkało w życiu. Proszę, bądź szczęśliwy..-szepnęłam na zakończenie mojego wywodu. Prawdopodobnie nie miał on żadnego składu. Teraz musiałam tylko wyjść z mieszkania. Jego mieszkania. Musiałam znowu ruszyć w nieznane. Skazana sama na siebie. 
Zaciskając mocno usta, by nie wydać z siebie głośnego szlochu, dotarłam do drzwi i nacisnęłam klamkę. Chciałam się obejrzeć. Zobaczyć raz jeszcze to mieszkanie. Co ja pieprzę. Zobaczyć Jego. Ten ostatni raz. Bezczelnego faceta, który przywłaszczył sobie moje serce. I umysł. I wszystko, co mogłam mu dać.

Musiałam wyjść. Chciałam zostać.  Musiałam odejść. Chciałam zatopić się w namiętnych pocałunkach mojego Męża. Musiałam wymazać z pamięci najpiękniejszy czas mojego życia, który najbardziej bolał. Chciałam zapomnieć o całym świecie oddając się Marco w kolejnym naszym miłosnym akcie.
Musiałam odejść na zawsze. Chciałam zostać do końca.



Kiedy moja noga z oporem stanęła na progu drzwi wejściowych, poczułam Jego obecność tuż koło siebie.

-Nie wyjdziesz stąd. Nie wysłuchałaś mnie. –powiedział szeptem. Odwróciłam głowę. I z mojego gardła wydobył się dźwięk histerycznego płaczu. Bo on płakał. Na jego policzkach lśniły dwie łzy. Bałam się ich dotknąć. Bałam się zbliżyć do niego choć na krok.
Osunęłam się po drzwiach na podłogę. On był dobry. On był tak dobry. Czemu mówił, że jest przeciwnie.
-Jeśli tak wolisz..-westchnął spoglądając na mnie. Uklęknął przede mną i usiadł na piętach. –Rose, posłuchaj mnie. Zanim cokolwiek zrobisz.-zaczął. Zaczęłam gryźć swoją dolną wargę. Do stopnia, że na języku poczułam swoją krew.  –Proszę, spójrz na mnie.
-Nie mogę, Marco. Nie mogę..-powiedziałam łamiącym się głosem. Mogłam pozostać przy szepcie, był najbardziej bezpieczny.
-Możesz.-odpowiedział. Poczułam jego dłoń na swojej brodzie. Pogładził kciukiem linię mojej żuchwy i delikatnie podniósł brodę do góry. Zamknęłam oczy. Nie mogłam patrzeć na jego łzy. Nie mogłam patrzeć na jego piękne oczy. –Rose, proszę… Proszę cię.

On nie mógł mnie o nic prosić. To ja powinnam była to robić. Powinnam była walczyć o nas… Ale sama zastosowałam też cios poniżej pasa, ten ostateczny.
Może to była kara? Patrzenie na jego łzy i smutne oczy. Tak, to była zdecydowanie kara.
Otworzyłam oczy. Właśnie złamał moje serce. Wcale nie musiał na mnie krzyczeć. Zrobił to w kompletnej ciszy. Ale zrobił to po mistrzowsku. Zadając największy ból. Trafiając strzałą w sam środek dziesiątki na tarczy. Tarczą było moje serce. A strzała… Nie była własnością Amora. Tylko czegoś znacznie gorszego.
-Nie odchodź ode mnie. Umowa obowiązuje. Jeszcze jedenaście miesięcy.
-Zdradziłam cię. Umowa nie obowiązuje. Zraniłam cię. Chciałam cię przed wszystkim ochronić. Zapomniałam, że powinnam chronić cię przed samą sobą, pięknooki Marco.
-Rosie… Nie mów tak, skarbie. –powiedział. Był taki bezsilny. Położył dłoń na moim policzku i zaczął ocierać z niego łzy.
-Nie zasługuję na twoje wybaczenie…
-Nie gniewam się.
-Zrobiłam to samo, co zrobiła tobie Scarlett. Zasługujesz na najwspanialszą kobietę na świecie..
-Chcę ciebie. Nie perfekcyjnej, nie wspaniałej, a słabej, kruchej, wstydliwej Rosie. Chcę poznać część twojego świata. Chcę poznać świat, który mi pokazujesz. Chcę poznać siebie, którego mi pokazujesz. Nie zabieraj mi tego.
-Zraniłam cię..
-Nie. Nie zrobiłaś tego. Wręcz przeciwnie, pokazałaś mi, że mogę być ponad to. Pokazałaś mi moją siłę, rozumiesz? Nie boli mnie to. Wiem, że chcę walczyć. O ciebie. Jesteś moją główną nagrodą. Jesteś moim szczęściem i spokojem.

Błagam, powiedz, że mnie kochasz. Kochasz mnie, prawda? Zakochałeś się i dlatego nie chcesz, żebym odeszła. Kochasz mnie, Marco. Powiedz to…

-Ten rok będzie dla nas obojgu czymś wspaniałym. Znajdziemy właściwe tory. Minął miesiąc. Rose, nawet po najlepiej ułożonej diecie nie czułem się tak dobrze. –zaśmiał się pod nosem i wytarł ramieniem swoje policzki.
-Jestem nikim.
-Jesteś moją żoną. Moją Panią Reus.
Wziął moją dłoń. Znów zamknęłam oczy, chciałam poszukać oddechu, którego mi brakowało.
Poczułam jak na mój palec zaczął wsuwać obrączkę. Robił to szalenie wolno, jednak kiedy dotarł do końca palca nachylił się i pocałował miejsce, w którym znajdowała się obrączka. Otworzyłam oczy. Spojrzałam na obrączkę, na nasze splecione ręce, na jego wyczekujące spojrzenie.
Na moich ustach pojawił się krzywy uśmiech. Z trudem podniosłam się z siadu. Tracąc równowagę po prostu wpadałam w jego ramiona. Znów płakałam.
On objął mnie, tak mocno. Nie chcąc mnie z wypuszczać. Jego dłonie ścisnęły mnie tak silnie, aż ciężej mi się oddychało. Ale tego potrzebowałam. On doskonale o tym wiedział. Powoli Marco położył się na podłogę, ciągnąc mnie za sobą tak, że leżałam na nim, przygniatając go swoim ciężarem. Delikatnie głaskał mnie po włosach.
Po prostu leżeliśmy przytuleni do siebie. Na podłodze naszego mieszkania. Naszego małego domu, którego tworzyliśmy.
-Czas wrócić do domu, skarbie.-szepnął mi do ucha i delikatnie, cicho jak skrzydła motyla, pocałował mnie w jego płatek.
-Tak.







~~~





🙊💛🙉💛🙈
Nie wiem, nie jestem w stanie znaleźć słów, które to opiszą. Liczby, które nawet mi się nie śniły, do teraz ciężko mi to pojąć.. Ogromnie cieszę się, że historia Ingi i Marco tak wam się spodobała, nawet teraz ma więcej wyświetleń dziennie niż obecne opowiadanie! Na tym jest nas mniej, ale i tak 30.000 to nie jest jakaś tam liczba! Jestem Wam ogromnie wdzięczna za każde wejście, za poświecony czas, za wszystkie komentarze, które czytam po kilkanaście razy, i które kocham całym serduszkiem. Dziękuję, że jesteście, że mam dla kogo pisać.. Bez Was to nie miałoby kompletnie sensu.. 
Mam nadzieję, że też z czasem polubicie naszą Rose i niewdzięcznego (na razie) Marco. Zawsze w komentarzach możecie pisać co wam się podoba, nie podoba i co powinnam zmienić-nie gryzę! Noszę aparat i bolą mnie aktualnie zęby:) 
Ja z każdym rozdziałem coraz bardziej wkręcam się w tą historię, coraz bardziej kocham i Rose i Marco, a zwłaszcza ich razem. Wiem, że często wam funduję pranie mózgu (to nie ja, to Marco i spółka!) i jeszcze trochę pofunduję, nie wszystko jest takie proste w życiu. I naszym zwykłym, szarym (albo też czarno-żółtym!😋) ale też u naszych bohaterów. To opowiadanie tak naprawdę dopiero się zaczyna.. Pomysły mnożą. Mam nadzieję, że dotrwacie ze mną do końca i wspólnie otworzymy szampana na epilogu! Haha:)
Wszystkich bohaterów z zakładki "bohaterowie" poznamy bowiem dopiero w 32 rozdziale👀. Trochę późno, ale lepiej późno niż wcale. (jeśli myślicie, że w 32 będzie ten bohater od anonimowych listów..cóż, zaspoileruję, że nie. W końcu, może być już na pokładzie od dawna, prawda? Albo pojawić się niespodziewanie, gdzieś pod osłoną nocy.. No dobra, już Was nie torturuję. !)
Jeszcze raz Wam dziękuję. To nasz wspólny sukces, to Wy tworzycie tego bloga, Wasze komentarze mają ogromny wpływ na tą historię i te wszystkie teorie są naprawdę przydatne (kochana footballove😀❤), stają się inspiracją (a zwłaszcza motywacją!!!) i gdzieś tam nawet będą się pojawiać w rozdziałach! Dlatego warto komentować!:) Stay tuned!
Kolejny raz: DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ! 💛❤💛❤
Za te wspólne dwa lata i  cztery miesiące.. co daje nam 866 dni❤

Jeszcze chciałabym napisać kilka słów odnośnie rozdziału. Wiem, że może wydać się beznadziejny, krótki, pozbawiony opisów, słaby pod względem stylistycznyn, taki strasznie "na szybko".. Bo czasem inspiracją jest własny stan. I tak było w tym wypadku. Co więcej, ten rozdział, fragment fabuły, był bardzo, ale to bardzo spontaniczny. Nie planowałam ani pocałunku, ani sytuacji w mieszkaniu Marco. To się po prostu stało. Pod tym względem jestem trochę straszna, bo zamiast się wypłakać w poduszkę, przytulić misia, iść pogadać z mamą, wolę przelać mój płacz i beznadziejną chwilę na bohaterów, złapać to co czuję gdzieś w środku i przelać wszystko na rozdział. (Biedni Rose i Marco..) I właśnie dlatego może się wydawać taki mało rozwinięty, niedopracowany, głównie przez wszystkie emocje. Chciałam zrobić jakieś poprawki, coś gdzieś dodać, rozwinąć, ale uznałam, że powinno zostać tak jak jest i miało być od początku..

Po raz ostatni: DZIĘKUJĘ. 
Ściskam Was mocno!💛