sobota, 1 lipca 2017

Dwadzieścia




Zbliżyłam się delikatnie do niego. Uważnie obserwowałam mimikę jego twarzy. Delikatnie rozchylił usta, przymknął oczy, a jego oddech stawał się coraz głębszy. Nachyliłam się do jego twarzy i delikatnie musnęłam wargami jego policzek.

-Wybacz, ale nie potrafię. –szepnęłam i oddaliłam się od niego nim zdążył cokolwiek powiedzieć.


Łazienka była urządzona w bardzo męskim stylu. Duże, prostokątne, błyszczące kafelki w kolorze czerwonym i podobne, tylko czarne na podłodze. Pod sufitem wisiała lampa z czarnymi kryształkami, która dawała przytłumione światło. Zdjęłam ubranie i ułożyłam je tuż koło mojej piżamy na pralce. W prysznicu odkręciłam zimną wodę. Tylko taka była mi teraz potrzebna. Stanęłam pod lodowatym strumieniem. Na całym ciele pojawiła mi się gęsia skórka. Nie chciałam używać żelu André. Jeszcze tego mi brakowało, żebym na sobie czuła jego zapach. Jeszcze najlepiej spryskałabym się jego perfumami. Matko. To by było straszne. Za dużo André jak na ostatni czas. I jeszcze miałam z nim spać. Ile jeszcze mam mu dawać sprzecznych sygnałów? Biedaczek trafi na oddział zamknięty jako maltretowany we friendnzone. A ja pójdę siedzieć.
Na szczęście moja piżama nie była na tyle wyzywająca. Getry do kolan i luźna tunika w kwiatki.
Wracając do salonu zobaczyłam, że kominek delikatnie się pali. Piłkarz przebrany w swoją piżamę-zwykły t-shirt i krótsze spodenki zasłaniał ciemne zasłony na uchylone okna, żebyśmy mieli dostęp do powietrza. Całe szczęście, że istniał jakiś piłkarz, przeciwieństwo mojego szanownego męża, który raczył spać w ubraniu. Kanapa była rozsunięta, a na niej ułożone dwie poduszki, cienka kołdra i koc.
-Co wolisz? Koc czy kołdrę?
-A ty?
-Pierwszy zapytałem. –uśmiechnął się pogodnie i poszedł usiąść na kanapie.
-To zaryzykuję i powiem kołdra.
-No to ja biorę koc. Chodź, już późna godzina.
-Długo byłam w łazience?
-Nie aż tak.
-Chcesz być miły.-stwierdziłam czując, że kręci. Blondyn pokiwał głową i roześmiał się.

Usiadłam koło niego na łóżku i wyprostowałam nogi.
-Jest w porządku?-upewniłam się.
-Tak. Wiesz, że już po północy?
-To ile ja tam siedziałam…
-Film długo trwał.
-Znów próbujesz być miły. –westchnęłam i położyłam się wygodnie po swojej stronie.
-Ja po prostu jestem miły. –stwierdził kładąc się obok mnie. –Śpij dobrze.
-Ty także. –uśmiechnęłam się zamykając powieki. Musiałam przyznać, że łóżko było całkiem wygodne. –Dobranoc, André.
-Dobranoc, Ruby.



***



W nocy obudziłam się. Było mi zbyt gorąco. Pewnie to była po części wina kominka, jednak głównym tego sprawcą był André, który śpiąc obejmował mnie szczelnie ramionami. Próbując go nie budzić powoli i żmudnie wyślizgnęłam się z zastawionej przez niego pułapki.
Wstałam powoli z kanapy i podeszłam do okien, jednak zawróciłam prosto do mojej torby zmieniając decyzję. Nie chcąc o tym dłużej myśleć wyjęłam z niej telefon i postanowiłam wyjść z nim na zewnątrz. Po cichu otworzyłam drzwi prowadzące na taras i przekręciłam klamkę. Obejrzałam się, czy André nadal spał. 
I to jak niedźwiedź. 
Wychodząc na zewnątrz otoczyło mnie dość chłodne powietrze. Zamknęłam za sobą drzwi i oparłam o duże okno obok, by w spokoju pomyśleć.
Wszystko się jednak sprowadzało do mojego telefonu. Postanowiłam go włączyć. I dostał szału. W porę przytrzymałam przycisk głośności, żeby co chwila sygnalizowane przychodzące wiadomości nie zbudziły blondyna. A było ich pełno. Wibracje nie ustawały. Jedynie były segregowane do odpowiednich kontaktów. Ann, Mario, Yvonne, Marco i trzy połączenia od nieznanego numeru. Większość wiadomości informowała o nieodebranych połączeniach. Bałam się wiadomości od Marco, postanowiłam więc otworzyć konwersację z Mario.
Najpierw dziesięć wiadomości o nieodebranych połączeniach. A potem wiadomości.

„Rose, gdzie jesteś?”
„Martwimy się o ciebie. Zadzwoń jak odczytasz wiadomość.”
„Marco odchodzi od zmysłów. Wiem, że się pokłóciliście i nie musisz do niego wracać, możesz zostać u nas.”
„Ann dzwoniła po szpitalach. Boimy się o ciebie, mała. Odezwij się.”

Tekst sms’ów delikatnie się zamazywał. Coś się stało z tym telefonem. Dopiero chwilę później poczułam łzy na moich policzkach. To był prawdziwy przyjaciel. On i Ann. Martwili się o mnie, prawie poruszyli niebo i ziemię, żeby mnie znaleźć. Już miałam mu odpisać, że wszystko w porządku żeby się nie martwił jednak przyszła nowa wiadomość. Z poczty głosowej. Spojrzałam na godzinę nagrania. Dwie minuty temu. Przecież był już środek nocy!
 Wpisałam numer poczty głosowej żeby odsłuchać czekające na mnie wiadomości.

Na początku ciche szmery. Później głośny oddech.
 -Wracaj do domu Rose. Jest mi smu… O kurwa wąż! Wąż!

I tak skończyła się pierwsza wiadomość. To był w sztok pijany Reus. Ciężko było rozpoznać po jego pijackim bełkocie ale miałam pewność, że to on. Co robił o tej porze pijany. W dodatku nie wiadomo gdzie. I co tam do jasnej cholery robił wąż.
Odsłuchałam kolejną wiadomość.

-To nie wąż. –powiedział pewnie a po chwili usłyszałam głośną czkawkę. –To kurwa żżżo... żżżżoo.. żo... Gąsienica. Robak. Taki. Ale się schlałem. Wróć do domu.

Chciało mi się śmiać. Pijany Marco jest ciekawą osobą. Bardziej mnie niepokoiło, że sam gdzieś się szwendał późno w nocy. Nie był też osobą anonimową. Jedno zdjęcie i mógł mieć problemy. Sms do Mario zmienił się w telefon. Było w pół do trzeciej. Mario przepraszam, ale sam mówiłeś kiedyś, że zawsze mogę dzwonić. Może nie było to zbyt na serio. Ale musiałam. Dla dobra Marco. Bo zamiast na niego się gniewać po prostu się martwiłam.
Mario odebrał po pięciu sygnałach.

-Tak?-usłyszałam jego zaspany głos.
-Cześć Mario, tu Rose.
-Rose! –rozbudził się, jego głos był znacznie bardziej ożywiony. Usłyszałam obok zaspany głos Ann. Mario powtórzył ciszej moje imię. –Gdzie ty jesteś? Wszystko z tobą w porządku?
-Nie martwcie się. Jest w porządku. Posłuchaj Mario, dziękuję, że się o mnie martwicie. To bardzo miłe. Jesteście dla mnie bardzo ważni.
-Rose…Wiesz, że ty dla nas też. Rano chcieliśmy jechać na policję.
-Wrócę rano. Mam prośbę. Wiem, że już tak wiele dla mnie zrobiliście..
-Nie, mów. Przecież wiesz, że możesz na nas polegać.
­-Marco nagrał mi się kilka minut temu na skrzynkę. Jest pijany i to naprawdę ostro. Nie wiem gdzie jest…
-Serio się upił?
-Dżdżownicę nazywa atakującym go wężem i nawet nie umie poprawnie tego wymówić.
-Powaliło go. Spokojnie, zajmę się tym.
-Dziękuję. Naprawdę nie wiem jak mam ci dziękować.
-Marco to dupek, robię to dla ciebie.
-Dziękuję.
-Jesteś dla niego za dobra, Rose. Pójdź spać i odpocznij, napiszę ci sms jak go znajdziemy.
-Dziękuję. Ogromnie.
-Dobranoc, mała.
-Dobranoc.

Połączenie się rozłączyło. Westchnęłam i zablokowałam telefon. Zaczęłam nim delikatnie kręcić w dłoniach. Chciałam czekać na wiadomość od Götzego o jego mini-śledztwie jednak byłam strasznie zmęczona. Weszłam do środka zamykając za sobą drzwi. Torbę z rzeczami położyłam tuż przy sofie chowając w niej też telefon, żeby w razie czego móc zajrzeć, żeby być uspokojonym do końca.
Wąż. No naprawdę. Uśmiechnęłam się i położyłam się z powrotem na kanapie. Otuliłam się kołdrą i przewróciłam na bok, plecami do André.

-Rose?-usłyszałam jego zaspany głos.
-W porządku. Śpij, jeszcze noc.-powiedziałam.

Zamknęłam oczy i unormowałam oddech. Leżałam tak jakiś czas. 
W salonie panowała kompletna cisza. Nie mogłam zmrużyć oka przez to okropne oczekiwanie. Cholera, żeby tylko mu się nic nie stało. Ile przecież jest wypadków z udziałem pijanych osób. A jeśli jeszcze był samochodem… Serce podskoczyło mi do gardła. Wygrzebałam telefon z torby. Wybrałam nową wiadomość do Mario.

„Ja nie zasnę. Im więcej myślę tym jest gorzej. Proszę, jeśli tylko czegoś się dowiesz-napisz.”

 Westchnęłam i czekałam wlepiając się w ekran telefonu. Sprawdzałam co jakiś czas godzinę. Minuty mijały niemiłosiernie długo. Nie chciałam wstawać, bo bym znów obudziła André.
Siedem minut później dostałam odpowiedź.

„Twój kochaś właśnie mi zarzygał tapicerkę. Wisisz mi obiad w dobrej restauracji. Odstawiam go do was, rano może go nie być, bo będzie mi samochód sprzątał. Nie martw się, Rosie i idź już spokojnie spać. Buzi xx.”
 
No pięknie. Mój głupi, pijany mąż. 
Mario chyba faktycznie był dość zły za ten samochód. W końcu samochód to jak ukochane dziecko.

„Dziękuję ci! <33 Niech sprząta. Należy mu się. Dobrej nocy. x.”

Mogłam już zasnąć spokojnie. Prawie. Z lekkimi obawami przed jutrzejszą konfrontacją.



***


Na śniadanie zjadłam przepyszną jajecznicę zrobioną przez blondyna. Nie miałam ochoty na kawę, moje ciśnienie wystarczająco już skakało. A jakiś wewnętrzny głos mi mówił, że jeszcze dzisiejszego dnia mi podskoczy bardziej. Jakie mój mąż zapewnia mi przewidywalne życie. 
Zielona herbata była przepyszna i poprawiła mi choć na chwilę humor. Dochodziło już prawie południe, trochę nam się pospało. Ani Mario ani Ann się nie odzywali. Marco pewnie albo leczył kaca życia albo robił w uroczym fartuszku z falbankami za sprzątaczkę w samochodzie Mario. Ja wiedziałam, że brunet mu tego samochodu nie daruje. Ani ja. Niech ma karę.

-Mógłbyś mnie odwieźć? Miałbyś teraz chwilę?
-Nie wiesz, teraz będzie leciał mój ulubiony film no i wiesz, Rose, no nie bardzo. –powiedział wzruszając ramionami przepraszająco i wstał od stołu ze swoim talerzykiem. Zupełnie odebrało mi mowę.
Kiedy jednak odłożył naczynie do zmywarki ryknął głośnym śmiechem.

-Gdybyś ty widziała swoją minę! –roześmiał się jeszcze głośniej łapiąc za brzuch.
-Menda.-uśmiechnęłam się i odniosłam także swój talerzyk.
-To nie zadawaj głupich pytań. –uśmiechnął się szczerze i poczochrał moje włosy.  –Jeszcze ja się przebiorę i zaraz jedziemy.
-Super, dzięki. –uśmiechnęłam się i zaczęłam szukać swojego grzebienia w torbie. Znów układanie włosów.

Zwilżyłam szczotkę w kuchni i zaczęłam przeczesywać dopóki nie były idealnie proste. Gdyby nie André pewnie by już takie pozostały.
-Jestem. A ty?
-Ja tak, moje włosy nie. Dzięki blondasku. –westchnęłam i ruszyłam do drzwi frontowych. –Idziesz?
-Idę, idę. Ładnie wyglądasz.
-Na razie robię za Piękną, Bestią będę jak dorwę mojego męża.
-Takie nastawienie mi się podoba.-roześmiał się i przepuścił mnie w drzwiach.

Wsiedliśmy do jego samochodu. Za pomocą pilota brama się otworzyła wypuszczając nas na drogę. Słońce świeciło, jednak wiedziałam, że zbliża się ochłodzenie i zerwanie pogody. W końcu zaczynał się wrzesień.

-Plany na dzisiaj?
-Po południu mam trening. Mam lekkie problemy z plecami, więc będę miał indywidualny…razem z twoim mężem. Znów będzie na mnie patrzył jakbym mu kotka zabił.-zaśmiał się pod nosem i ruszył na zielonym świetle.
-Jest mi naprawdę przykro, że to wszystko tak odbiło się na waszej przyjaźni.
-Daj spokój, Rosie. Nawet nie próbuj się za to obwiniać. To Reus jest palantem, że nie umie się z tym pogodzić.
-Obiecuję, że nie pozwolę, żeby nasza przyjaźń była przez niego zniszczona.
-Nie pozwolę na to. Nie martw się. –uśmiechnął się i złapał mnie za rękę. Trochę dziwne. I nie wiem nawet czy przyjacielskie.

Przez resztę drogi się nie odzywaliśmy. Patrzyłam przez okno rozpoznając coraz bardziej okolicę. W końcu dotarliśmy i na Phoenix See. Dużo ludzi już tam spacerowało. Pełno młodych mam z wózkami albo z biegającymi maluchami. Uśmiechnęłam się na ten obrazek. To piękna okolica, idealna na rodzinne spacery.
André wjechał na osiedle i zaparkował tuż koło mojej klatki. Puściłam jego dłoń i chwyciłam moją torbę z tylnych siedzeń.
-Naprawdę, nie wiem jak ci dziękować. Cieszę się, że mam takiego przyjaciela jak ty.
-Żaden problem, mała. Jeśli nie masz dalej siły albo coś pójdzie nie tak to zadzwoń do mnie, będę raczej u siebie w domu skręcał resztę rzeczy.
-Jasne. To ja lecę, jeszcze raz dziękuję. –uśmiechnęłam się i nachyliłam w jego stronę delikatnie przytulając.
Tuż po chwili wyskoczyłam z samochodu i poszłam do klatki. Wpisałam kod domofonu i przeszłam w stronę wind. W myślach miałam nadzieję, że Marco może jest u Mario. Raptem moja energia jakby wyparowała.

Przed drzwiami stanęłam próbując wygrzebać z torby klucze. Jak zawsze umiałam je zapodziać. Ze zdenerwowaniem położyłam torbę na wycieraczce, żeby ułatwić sobie szukanie. Równocześnie, kiedy poczułam klucze pod palcami dojrzałam wystający spod wycieraczki czubek białej koperty. Wyciągnęłam klucze i tą samą ręką złapałam kopertę…która była zaadresowana do mnie. A właściwie widniało tylko na niej moje imię naklejone na wydrukowanej karteczce. Wrzuciłam ją niedbale do torby i powróciłam myślami do mojego starcia z Marco.

Wchodząc do mieszkania o mało nie potknęłam się o porozrzucane butelki piwa w salonie, w tym jedna rozlana po parkiecie. No świetnie. I jeszcze ten okropny smród. Kładąc torbę na komodę pobiegłam do kuchni po ręcznik papierowy, żeby ratować parkiet. Jak można tak go zniszczyć. Nie zaskoczyło mnie, kiedy w kuchni zastałam pełno potłuczonych szklanek z wczorajszego pobojowiska. Jasne, Rose będzie sprzątać.

Wytarłam podłogę i wyrzuciłam papier do kosza. Zapach piwa był dla mnie obrzydliwy. Skierowałam się na górę, bo wyczuwałam, że Marco może mieć takiego kaca, że jeszcze się nie podniósł z łóżka. Oj, my już się policzymy.

Weszłam do naszej sypialni. Od kiedy byłam jasnowidzem? Pierwsze co, to uderzył mnie okropny zaduch. Zasłony szczelnie zasłaniały okna i blokowały promienie słoneczne. Tak się nie będziemy bawić.

-Marco, wstawaj. Już południe. –powiedziałam głośno i odsłoniłam energicznie zasłonki. –Wstawaj, słyszysz?-powtórzyłam i otworzyłam na oścież oba skrzydła okna. Z łóżka usłyszałam odgłos jakiegoś warkotu, szmeru, piszczenia i kołatania starego traktora. Oczywiście jak mogłam się domyśleć, te dźwięki wydobywały się z gardła mojego małżonka.
-Budzimy się. – powiedziałam stając nad naszym łóżkiem. On jedynie przewrócił się zaspany na bok zasłaniając oczy od światła.

O nie. Chwyciłam kołdrę na jej brzegach i pociągnęłam z całej siły w górę, żeby jak najszybciej ściągnąć go z łóżka. Pisnęłam niczym nastolatka, kiedy zobaczyłam go kompletnie nagiego. Rzuciłam kołdrę na niego, żeby go…przykryć.
Mój pisk wystarczająco go rozbudził, na jego ustach pojawił się chytry uśmiech. Otarł oczy, przeczesał palcami swoje rozczochrane włosy.

-Nie przyzwyczaiłaś się, że śpię nago?-powiedział z zachrypniętym głosem.
-Nie przyzwyczaiłam się do ciebie pijącego i szlajającego się po nocach nie wiadomo gdzie. I takiego chama i prostaka jakim byłeś ostatnio. I nie myśl sobie, że ja będę sprzątać.
-Rose… -powiedział wygrzebując się spod kołdry. –Przepraszam za tamto. Naprawdę. Nie miałem prawa tak robić. Ani później tak się zachować. Ale ty też powinnaś być bardziej wyrozumiała i nie zwiewać.
-Cieszę się, że rozumiesz. I nie chodzi tylko o to, że rano nie powiedziałeś gdzie idziesz tylko głównie o poprzedni wieczór. Wiem, że drażni cię jak tak mówi, ale wtedy naprawdę dałeś mi znaki, żeby tak się poczuć. Brakowało tylko pieniędzy na koniec.
-Wiesz, przecież…
-Przestań zakładać, że coś wiem. Rób tak, żebym nie miała żadnych wątpliwości.
-Dobrze, będę nieomylny.
-Marco.
-Rose.
-Ubierz się.
-Nie. Najpierw porozmawiamy. –powiedział pewnie stając naprzeciw mnie. Zaśmiałam się. Miałam już ochotę wyjść.
-W takim razie ja nic nie mam do powiedzenia. Ogarnij się i jedziesz do Mario czyścić mu samochód. A potem czeka cię salon i kuchnia. –powiedziałam wychodząc z sypialni, aby też podkreślić moje słowa pięknie trzasnęłam drzwiami. Cudownie.

Zabrałam moją torbę z ubraniami, część w nich wrzuciłam do pralki i nastawiłam pranie. Uczesałam też włosy w warkocz, żeby mi nie przeszkadzały. Bo może bitwa się skończyła ale nie wojna.
Kiedy wniosłam torbę z rzeczami do mojego starego pokoju usłyszałam pukanie do drzwi. Lepiej, żeby był już ubrany.

-Mogę?-powiedział wychylając głowę przez drzwi.
-Ubrany?
-Tak. –powiedział delikatnie się uśmiechając a po chwili znów przybrał poważną minę wchodząc do środka. –Posłuchaj, Rose. Popełniłem błąd i postaram się więcej tego nie robić. Ale i ciebie proszę o trochę więcej cierpliwości.
-W porządku. –kiwnęłam głową z wytchnieniem.
-Martwiłem się. Nie wiedziałem gdzie jesteś, zwłaszcza, kiedy nie wróciłaś na noc.
-To nie powód, żeby zalewać się w trupa. Mówisz, że kariera jest dla ciebie najważniejsza, a z pewnością twój trener byłby niezadowolony z czegoś takiego.
-Wiem. Mój błąd i więcej tego nie zrobię. Gdzie byłaś? Dzwoniłem gdzie tylko mogłem, Mario mi pomagał. Musiałaś jeszcze wyłączyć ten cholerny telefon.-westchnął ściskając pięść i oparł się o drzwi. Poprawiłam się na łóżku i przekrzywiłam głowę na bok.
-Nie musiałeś się martwić. Byłam u André. Nie odeszłabym daleko, nie znam nikogo w tym mieście poza twoimi kolegami z klubu.
-Sukinsyn. Mówił, że nie ma cię u niego.
-Spokojnie. To ja go o to prosiłam. –powiedziałam broniąc blondyna mówiąc delikatną półprawdę. W prawdzie on sam o tym zdecydował, jednak zgodziłam się na to.  –Nie miej mu tego za złe.
-Jak mam mu tego nie mieć za złe? Jesteś głupia czy ślepa, Rose? –podszedł do mnie z wyrzutem –On się do ciebie ślini jak pies. Tylko czeka na pierwszą lepszą okazję, żeby cię przelecieć. O ile już tego nie zrobił!
-Nie mów tak! –zaprzeczyłam wstając. Naprawdę z kłótni na kłótnię? Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział co to małżeńskie niedopasowanie to zapraszam do naszej uroczej patologii. –Nic nie wiesz. Nic.
-Nawet nie wiem, czy chcę cokolwiek kurwa wiedzieć! –krzyknął i kopnął z całej siły łóżko, które z łoskotem uderzyło o ścianę. A ja zaczęłam się bać. Miałam nadzieję, że nie jest w stanie mnie uderzyć. Nie on. Wierzyłam, że na tyle się ogarnie.
-Wyjdź. –powiedziałam cicho. –Wynoś się z tego mieszkania, idź się przewietrz, pomóż Mario, cokolwiek. Nie chcę cię widzieć.
-Jasne, zadzwonić do twojego gogusia, że chata wolna i może przyjść, bo moja żona czeka?
-Wyjdź. –powtórzyłam czując zbierające się łzy pod powiekami.
-Albo powiedz. Kto lepszy w łóżku?-zapytał zirytowany. Jego oczy przybrały czysto czarny kolor.
-Nie przespaliśmy się. Marco uspokój się. I nie życzę sobie, żebyś na mnie krzyczał.
-Całowaliście się?-drążył temat. Przygryzłam wargę zębami i próbując powstrzymać szloch. Gdzie był mój Marco? Ten w którym się zakochiwałam? Ten, przez którego widok się zawsze uśmiechałam? Bo tego szczerze nienawidziłam. Nie chciałam go. Odrażał mnie.
Po chwili mojego milczenia z jego ust padło głośne przekleństwo, a następnie stałam już sama w pustym pokoju ogłuszona od trzasku drzwi.
Wróciłam na moje dawne łóżko i skuliłam się pozwalając sobie na danie upustu swoim emocjom. Potrzebowałam przytulenia. Żeby ktokolwiek mi powiedział, że będzie dobrze. Podeszłam jeszcze do torby biorąc telefon i nie myśląc więcej zadzwoniłam do Ann.

Czekałam równe sześć sygnałów, a kiedy już miałam się rozłączyć usłyszałam dość dziwny głos Mario.
-Tak?-powiedział a w tle słyszałam jakiś szum.
-Przeszkadzam?-zapytałam próbując z wszystkich sił, by mój głos nie załamywał się aż tak bardzo. Wyszło to dość dziwnie.
-Nigdy, mała. Czekaj, wszystko w porządku?-zapytał odchrząkując.
-Nie, nic. Nie przeszkadzam. Jest ok.
-Rosalie. Ty płaczesz. –powiedział poważniej, a po chwili szum ucichł. W tle usłyszałam niewyraźny głos Ann.
-Tak.-powiedziałam i rozhisteryzowałam się jak mała dziewczynka. Kolejne napady płaczu, ciągnięcie nosem i prawie krztuszenie się, i to wszystko koło słuchawki. Po drugiej stronie nie słyszałam odpowiedzi Mario. Nie wiedziałam, co się dzieje, czy zawiesił połączenie. Chciałam zapytać, jednak mój głos odmówił posłuszeństwa. Nie mogłam wypowiedzieć ani jednego słowa.
Leżałam tak płacząc ponad pięć minut. Po drugiej stronie słyszałam jakieś szuranie, a po chwili usłyszałam ciepły głos Ann.
-Kochanie, jesteś w domu?
-Tak. –powiedziałam cicho ocierając niezdarnie oczy.
-Jeśli chcesz, możemy być na łączu ale właśnie wsiadam z Mario do auta i będziemy zaraz u ciebie.
-Ale..
-Nie ma ale. Poczekaj. –powiedziała i usłyszałam kolejne szmery. I jej głos. „Kochanie, mój samochód, ja kieruję”. Na moich ustach pojawił się krzywy uśmiech. Moja zbuntowana Ann. „Pożałujesz”. –Już jestem, rybko. –wróciła do telefonu.
-Dziękuję. –powiedziałam drżącym głosem i wzięłam głęboki oddech.
-Nie masz za co. Miśka, nie ma korków będziemy za dziesięć minut. –usłyszałam głos Mario. Nie zasługiwałam na nich. Byli niesamowitymi osobami.
-Jesteście wspaniali.-powiedziałam podnosząc się lekko na łóżku. Wlazłam pod kołdrę, która od zawsze dawała mi pewne poczucie bezpieczeństwa.
-Ty jesteś wspaniała. –odpowiedział brunet.
-Dobrze, że do nas zadzwoniłaś. –dodała modelka.
-Przepraszam, że…
-Nie masz za co przepraszać. Zaraz będziemy przy Phoenix.
-Pójdę się ogarnąć. Wyglądam jak zombie. –powiedziałam i rozłączyłam się. 
Wstałam z łóżka i poszłam wolno do łazienki. Polałam sobie zimną wodę na twarz i wytarłam ręcznikiem.

Oparłam się o umywalkę i spojrzałam na swoją cholerną obrączkę. Co się stało z moim Marco?

Po niedługim czasie usłyszałam dzwonek domofonu. Zeszłam po schodach na niższy poziom mieszkania, gdzie nadal panowało naczyniowo-butelkowe pobojowisko.
Kiedy otworzyłam drzwi i zobaczyłam za nimi zmartwionych Ann i Mario od razu rzuciłam się im w ramiona. Cieszyłam się, że są.
-Wejdźcie do środka, tylko uważajcie pod nogi. –powiedziałam wpuszczając ich do mieszkania.
-Wow. –stwierdziła Ann rozglądając się dookoła. W jej ślady poszedł Mario z niezbyt zaskoczoną miną.
-W nocy to wyglądało lepiej. –stwierdził z przekąsem brunet. –Chodźmy na górę.

Przeszliśmy do mojej sypialni. Ann usiadła ze mną przy oparciu łóżka i przytuliła mnie mocno. Mario usiadł naprzeciwko nas nic nie mówiąc.

-Oskarżył mnie, że zdradziłam go z André. Pytał kto lepszy. Krzyczał na mnie.. I bałam się go, wtedy jak za pierwszym razem. Jak był taki zimny… Nie wiem co się z nim dzieje. Nie chcę takiego Marco. On nie jest moim mężem. Nie takiego poślubiłam. –powiedziałam ściszając głos.
-Oh, Rose..-szepnęła Ann i mocniej otoczyła mnie ramionami. Ucałowała mnie w głowę otarła palcami moje mokre od nowych łez policzki. Poczułam jak Mario podnosi się z łóżka ale nie widziałam co robi. Potrzebowałam papierosów. Naprawdę dawno ani jednego nie miałam w ustach. I nie zwracałam na to uwagi do teraz.  –Nie zasługujesz na takiego palanta.
-André mnie pocałował. Ja byłam w szoku, nie rozumiałam co się dzieje. On się we mnie zakochał a ja mu powiedziałam, że nie mogę. Bo mam Marco. I on chciał mnie pocałować ale się nie zgodziłam. Nie zgodziłam, Ann. Wiem, że pocałunek to zdrada i mam do siebie o to żal, ale…
-Wiem, wszystko wiem. –powiedziała uspokajająco głaszcząc mnie po plecach. –To nie twoja wina.

Siedziałyśmy tak w ciszy dopóki nie usłyszałyśmy obie zapinania zamka. Podniosłam wzrok.
-Idziemy. –oznajmił Mario trzymając w ręku moją torbę, którą miałam spakowaną u André.
-Jak..idziemy?
-Tak. Nie pozwolę ci tu zostać, zamieszkasz u nas, dopóki lama nie będzie się przed tobą płaszczyć. Spakowałem twoje rzeczy.
-Dziękuję, Mario. –wstałam z łóżka i podeszłam go przytulić. –W ogóle.. Czemu macie mokre włosy?
-Bo braliśmy..prysznic. –powiedziała Ann a jej policzki przybrały czerwony kolor.
-Oh… Przeszkadzałam.
-Chodź już lepiej. –zaśmiał się Mario i pociągnął mnie za rękę na korytarz.

Zapakowaliśmy się do samochodu i ponownie pojechaliśmy na osiedle Mario. Małżeństwo to stabilizacja? Ja ostatnio coś żyję na walizkach. I niech Marco znów mi nie mówi, że uciekam przed problemem jak było z André. Bo po pierwsze, teraz naprawdę przesadził a ja byłam na skraju załamania. A po drugie, to Mario mnie zabrał.

Położyłam głowę na ramieniu Ann, która usiadła ze mną, żebym nie musiała jak ten wyrzutek siedzieć sama na tyłach.
-Musimy pójść razem na imprezę. Potrzebujesz luzu i rozrywki. –stwierdziła pewnie Ann uśmiechając się.
-W porządku. –zgodziłam się dość niepewnie.
-Nie wrócisz szybko do niego, Rose. Wiem, że to twoja decyzja ale ja ci nie pozwolę łatwo się ugiąć. Jesteś dla niego za dobra i on nie zasługuje dla ciebie. Musi się tym razem naprawdę nagimnastykować.
-Popieram Ann! –wtrącił się Mario, który dotychczas nie wtrącał się do naszej rozmowy. Był naprawdę aż nienaturalnie cichy i spokojny. Coś było nie w porządku. Na dobrą sprawę to wszystko było nie w porządku, ale u Mario to wyjątkowo rzadkie.

W mieszkaniu pary mogłam rozpakować się do nowej szafy, która docelowo miała znajdować się w nowym domu. Już niebawem mieli się przecież przeprowadzać. Ann poszła do kuchni gotować a Mario przepraszając nas poszedł do sypialni zamykając za sobą drzwi z delikatnym trzaśnięciem. Wiedziałam co musiałam zrobić. Nogi poniosły mnie za nim.

Zapukałam do drzwi, jednak nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Otworzyłam drzwi sama. Mario stał oparty o parapet ze spuszczoną głową.

-Mario..-zaczęłam cicho. On się jednak nie odwracał. Zaczęłam powoli do niego podchodzić. Jak byłam już blisko zobaczyłam jak brunet pociera dłonią oczy i powoli się odwraca. Od razu wychwyciłam, że jego oczy były zaczerwienione. Mój kochany Mario. Sama zaczęłam płakać i od razu przytuliłam się do niego. Mario mocno objął mnie i pozwolił się oprzeć o jego bark.
-Tak mi przykro, Rose. To nie jest ten Marco. Ja nie wiem zupełnie co się dzieje…
-Mario..-westchnęłam podnosząc głowę i ocierając łzy z policzków. Nie wiedziałam co powinnam mu powiedzieć.
-Wiem, że na urlopie…relacja między wami się bardziej zacieśniła, więc może wiesz czego to jest przyczyną..
-Na Kubie wszystko było bajkowo. Obyło się prawie bez kłótni, ale to była moja sprawka. On był taki… Spokojny, naturalny… A teraz? Ja się go wtedy naprawdę bałam. A to jest mój mąż. Mąż. Nie takiemu Marco mówiłam „tak”.
-Nie wiem jak mam z nim rozmawiać. Może woli rozmawiać z tobą, ale ja naprawdę się martwię.
-Posłuchaj. –zaczęłam ciągnąc go, żebyśmy mogli usiąść na łóżku.  –Chcę, żebyś wiedział, że nigdy ale to nigdy nie zastąpię Marco ciebie. Nigdy. I nigdy nie stanę wam na drodze, bo uwielbiam i cenię waszą przyjaźń, choć niewiele razy was razem widziałam. Ale widziałam między wami ogromną miłość. Ogromną miłość. Jak brat z bratem.
-Rosalie. Nie każ mi ryczeć.
-Nie robię tego. Ale musimy działać razem i być przy nim. Na dobre i złe.
-Ann miała rację, masz za dobre serce. Najpierw jednak musi trochę pocierpieć, niezależnie co z nim ale to co zrobił tobie.. Musi zrozumieć, przeprosić i to skutecznie. Potem możemy mu pomóc. Ale. Sam uznam, czy cię wystarczająco przeprosił, ok?
-Jesteś naprawdę wspaniałym przyjacielem i niesamowitą osobą. Nie przypuszczałam, że wiesz… Piłkarze mogą być normalni.
-Nie uważam się za normalnego!-roześmiał się Mario obejmując mnie opiekuńczo ramieniem –Przykro mi, skarbie, ale ty też nie. Lama trafił na za wielki skarb.
-Ale wiesz o co mi chodzi.
-Wiem, doskonale wiem. Muszę iść na trening, pewnie się jeszcze po nim zobaczymy, chyba że coś z chłopakami zaplanujemy. Ale nie jadę do Reusa. To tak już na zapas, baw się dzisiaj dobrze z Ann.
-Postaram się. Dziękuję za tą rozmowę.
-Ja bardziej.-uśmiechnął się podnosząc z łóżka i pocałował mnie w głowę.
-Jesteś najlepszym przyjacielem pod słońcem, Mario.
-Wiem, mała. –uśmiechnął się szeroko i poszedł wybierać rzeczy z szafy. I mój humor już się poprawił.








~~~
 Witam po dłuugiej przerwie! Czy ktoś jeszcze został?
Ogromnie cieszę się, że przybyło też nowych czytelników-mam nadzieję, że Wam się tu spodoba i zostaniecie na dłużej!💕 
Cieszę się, że w końcu wracam. Za mną ciężki miesiąc.. Wiele osiągnięć z teatrem szkolnym-wygraliśmy konkurs wojewódzki! 
Co więcej-zdałam!😃 Z ocenami takimi jakimi zakładałam, że chciałabym mieć. Wywalczone!
No i chyba najważniejsze dla mnie-udało mi się podtrzymać wspaniałą relację, o którą bałam się, że po zakończeniu roku i szkoły nie przetrwa..przetrwała. I druga z resztą też, naprawdę..nie wierze, że wszystko ułożyło się tak po mojej myśli.
Obawiam się jedynie czy zdążę z rozdziałami, nie chcę już poślizgów ale mam (jeszcze) kolejną komplikację-rehabilitacja i przeprowadzka..w domu jestem gościem,ostatnio tylko nocuję.. Muszę znaleźć chociaż minutę, żeby pisać, bo mam tyyyyle pomysłów!🙊 Potrzeba mi waszej komentarzowej motywacji, bo mi mocno tego brakowało przez ten caały czas.
Zaraz notka będzie dłuższa niż cały rozdział, więc jeszcze chciałabym Wam życzyć wspaniałych, bezpiecznych wakacji, dużo odpoczynku, pięknej pogody i relaksu!
Za tydzień następny!
Ściskam mocno!💖🌷🌞
 

sobota, 27 maja 2017

Dziewiętnaście



Na śniadanie udało mi się jedynie przełknąć jednego tosta z serem i szynką, którą kupiliśmy wczoraj. Czas płynął wolno. Każda minuta była jak godzina, godzina jak nieskończoność. Siedziałam zdenerwowana na Marco w salonie spoglądając od czasu do czasu przez okno. Na sms ani na kartkę z wiadomością gdzie znów wyszedł nie miałam co liczyć. Po co przecież miałam wiedzieć, gdzie jest mój mąż. Byłam w końcu tylko jego żoną. A on przecież był gwiazdą piłki nożnej, której światopogląd kończy się na czubku własnego, krzywego, paskudnego nosa.

Koło czternastej wzięłam mój telefon, żeby znaleźć jakiś przepis na obiad. Nie miałam ochoty jeść, jednak musiałam się czymś zająć, a padający deszcz na zewnątrz nie zachęcał do spaceru. Wybrałam naleśniki. Najprostsze.
Ciasto na początku wyszło lekko zza rzadkie jednak dosypałam więcej mąki i wylałam je na rozgrzaną patelnię. Czekając, aż naleśnik się dopiecze wreszcie, naprawdę wreszcie usłyszałam przekręcany zamek. Razem z tym dźwiękiem wszystkie mięśnie mojego ciała się spięły, a w głowie stwierdziłam, że może nawet wolałabym go nadal nie widzieć. Odwróciłam się od drzwi próbując się uspokoić i przewróciłam naleśnika na drugą stronę. Wyjęłam z szafki dwa talerze, żeby później na nich można było położyć gotowe naleśniki. Usłyszałam jak zdejmował buty i zaczął iść w kierunku schodów na piętro. Nie wytrzymałam.

-A może chociaż dzień dobry? Boże, w sumie. Jaki dobry… -westchnęłam poirytowana starając się nie podnosić głosu. Odwróciłam się w jego stronę mrużąc oczy. –Nie masz nic do powiedzenia? Serio?
-Dzień dobry?-powiedział patrząc na mnie jak na kosmicznego klauna.
-I?
-Rose, naprawdę, nie chce mi się bawić w durne zgadywanki więc albo mów o co chodzi.
-O wczoraj i o dzisiaj na przykład gdzie byłeś.
-Musimy o tym dyskutować?- odparł niezadowolony. A mnie skoczyło ciśnienie. Kiedy odwracał się na pięcie tyłem do mnie poczułam zapach palącego się naleśnika. A właściwie to co leżało na patelni nie przypominało w jakikolwiek sposób naleśnika a sam węgiel. Próbując zdjąć go z patelni niestety usypał mi się pod palcami. Westchnęłam i trzasnęłam patelnią o blat. Miałam ochotę skakać w furii i rozrzucić wszystko co tylko możliwe.
Wzięłam przygotowany talerz i chciałam go schować z powrotem na miejsce wiedząc, że z obiadu nici, jednak nie mogłam powstrzymać drżących rąk, które wypuściły naczynie na kafelki pozwalając mu się tłuc w drobny mak. Co mogło przelać czarę goryczy? Tak, to mój mąż.

-Okres?-zaśmiał się kpiąco i zaczął się kierować na górę.
-Stój. –powiedziałam twardo. Widząc, że posłuchał się mnie i odwrócił w moją stronę. –Gorzej niż okres. Wiesz co? Ty. –powiedziałam podchodząc do szafki i wzięłam w ręce kolejny talerz i rzuciłam nim tak, że upadł roztrzaskując się koło blondyna. Był w szoku jednak nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia. Chwyciłam kolejny. –Ty i twoje podłe, idiotyczne, nieodpowiedzialne, głupie, chamskie, odrażające, snobistycznie, obrzydliwe zachowanie. –Każdy wymawiany przymiotnik poprzedzany był tłukącym się talerzem. Nie został ani jeden.
-Uspokój się, kobieto! –odrzekł zaciskając mocno szczękę jednak nie krzyczał. Zaczął powoli podchodzić do mnie.
-Bo co? Znów zmusisz mnie do seksu? Może wiesz co? Może tobie wcale nie jest potrzebna żona? –zapytałam czując zbierające się łzy w oczach. Półkę pod talerzami stały ustawione szklanki. Pierwsza poleciała w niego, w brzuch jednak złapał ją na tyle, że zamortyzował potencjalny ból. Chwyciłam kolejne pięć w obie ręce i niedbale rzuciłam nimi o podłogę. –Może tobie jest potrzebna po prostu dziwka? Niestety trafiłeś pod zły pieprzony adres! – krzyknęłam w furii wkładając rękę do szafki i jednym pociągnięciem strąciłam całe szkło będące w środku.
-Rose!-powiedział podwyższonym głosem wyraźnie zirytowany. Przesunął swoim butem kawałki szkła podchodząc do mnie zaciskając w nerwach pięści. 
Mario miał rację mówiąc, że Marco trudno było wyprowadzić z równowagi. Nawet nie krzyczał a widziałam, że był na skraju wytrzymania. Cóż. Sam był temu winny. Podciągnęłam się na dłoniach i usiadłam na blacie a następnie przerzuciłam nogi na drugą stronę, żeby wydostać się z aneksu jednocześnie uciekając od Marco. Podczas tego uroczego manewru musiałam dać także pokaz mojej wrodzonej gracji strącając garnek z ciastem na naleśniki prosto pod stopy piłkarza. Zdarza się.

-Wiesz? Jednak cię nienawidzę. –powiedziałam ściągając obrączkę i rzuciłam nią w niego. On już nie był nawet wściekły. Zbladł. Stał jak zamurowany.

Nie miałam ochoty więcej na niego patrzeć. Pobiegłam na piętro zabrać walizkę i spakować kilka rzeczy. Nie mogłam jej nigdzie znaleźć, więc zabrałam dużą torbę treningową Marco. Z łazienki zgarnęłam kosmetyki i niedbale wrzuciłam je do środka. Nie to, że odchodziłam na zawsze w końcu obiecałam mu, że zostanę na rok, jednak potrzebowałam się odciąć. Wzięłam ładowarkę do telefonu, kilka bluzek, getry i krótkie spodenki. Zbiegając na dół nałożyłam jeansową katanę, żeby nie było mi zbyt zimno.
Na dole, siedzącego na krześle barowym zastałam Marco, który wpatrywał się w moją obrączkę. Kiedy mnie usłyszał obejrzał się i spojrzał na mnie wzrokiem, z którego nic nie umiałam wyczytać.
Podniosłam klucze z komody i nie zwracając uwagi na blondyna skierowałam się do drzwi modląc się, żeby jednak miał resztki honoru i mnie zatrzymał. Prawie.

-Rose. Poczekaj. –powiedział zbliżając się do mnie i próbował złapać moje spojrzenie, jednak ja się nie dawałam, bo stwierdziłam, że mogłabym się strasznie rozpłakać od nadmiaru emocji. Wlepiłam wzrok w podłogę.  –Odchodzisz?
-Nie, dotrzymam umowy. Potrzebuję przerwy, bo nie wytrzymam ani minuty dłużej z tobą w jednym mieszkaniu i w ogóle w tym miejscu. –powiedziałam zagryzając zęby. On chwycił moją prawą dłoń i wsunął na palec serdeczny obrączkę. Metal palił. Czułam pod jej powierzchnią piekący ból. Miałam dość tego małżeństwa, co najmniej na dzisiaj.
Kiwnęłam nieznacznie głową a po chwili już mnie nie było w domu. W windzie dopiero poczułam krople łez spływające po moich policzkach.
Wzięłam do rąk telefon z torby i wybrałam numer do André, do którego obiecałam się odezwać. I było mi szalenie głupio, że dzwoniłam dopiero teraz, kiedy go potrzebowałam. Nie chciałam znów obarczać swoimi problemami Mario i Ann. 

Po wybraniu numeru czekałam jeszcze kilka sygnałów. W końcu usłyszałam jego głos.

-Rose! Cieszę się, że dzwonisz! Wszystko w porządku?
-Nie wiem, André, masz może czas, żebym do ciebie przyjechała?
-Właśnie wychodzę ze sklepu, umówimy się gdzieś czy przyjechać po ciebie?
-Byłby problem, gdybyś przyjechał pod osiedle Marco?
-Będę za jakieś dziesięć minut. Jak się zobaczymy to pogadamy.

Przeszłam uliczkami pomiędzy blokami prosto do bramy wjazdowej osiedla, by tam w szeroko pojętym spokoju poczekać na piłkarza. Analizowałam jego głos i miałam wrażenie, że wcale nie jest na mnie zły, brzmiał naprawdę pogodnie. Chyba dokonałam dobrego wyboru.
Siedząc na ławce nieopodal szlabanu nastawiłam się do słońca przymykając oczy. Okulary przeciwsłoneczne były kolejnym przedmiotem na mojej liście zakupów.
Kilkanaście minut po rozpoczęciu mojego opalania usłyszałam dźwięk nadjeżdżającego samochodu. Od razu rozpoznałam czarnego Opla. Wstałam z ławki pokazując się piłkarzowi i założyłam moją torbę na ramię. Blondyn zaraz po wjechaniu na osiedle przez bramkę wysiadł z samochodu i podszedł do mnie uśmiechając się. Zaraziłam się tym uśmiechem, a zarazem byłam szczęśliwa, że go nie straciłam przez ostatnią sytuację i w klubie zostawiając go i w ogóle nie odzywając się i bądź co bądź wychodząc za mąż za jego najlepszego przyjaciela. Tym razem to ja podbiegłam i sama się do niego przytuliłam. Cieszyłam się, że jest. Nasz uścisk trwał trochę dłużej niż statyczny przytulas zaliczający się do tych przyjacielskich. André potarł moje plecy dłonią dodając otuchy wiedząc, że nie wszystko jest w porządku.
Zabrał ode mnie torbę z logiem drużyny i położył ją w nogach przedniego siedzenia pasażera.
-Będziesz musiała się zmieścić, bo na tyłach i w bagażniku mam pudła z meblami do skręcenia. Muszę jeszcze pojechać po stół.
-Nie ma problemu, cieszę się, że udało nam się spotkać. Jeśli chcesz możemy razem pojechać po ten stół jeśli się zmieści.
-Powinien. Masz czas?
-Pełno. –odpowiedziałam z uśmiechem i zajęłam miejsce pasażera. Blondyn zaraz wsiadł za kierownicę i wycofaliśmy się z nowoczesnego osiedla. Nie wiedziałam do końca co powinnam powiedzieć. Czy od razu rzucić nowinę o ślubie czy może poczekać z tym na dogodniejszą chwilę albo kiedy dopatrzy się obrączki na moim palcu. Aby to odwlec położyłam prawą rękę tuż przy udzie zasłaniając ją najbardziej jak mogłam.

-Jesteś głodna? Bo ja bym coś zjadł, po treningu nic nie jadłem tylko od razu pojechałem do sklepu. –zapytał z największą naturalnością patrząc na ulicę jednak od czasu do czasu zerkał na mnie z ciekawością.
-Chętnie. Jestem właśnie po zwęgleniu obiadu także przydałoby się. –zaśmiałam się na wspomnienie moich naleśników.
-Znam miejsce, gdzie można dobrze zjeść i w spokoju porozmawiać. –odpowiedział z uśmiechem na twarzy i skręcił w ulicę prowadzącą do centrum miasta. Rozpoznałam główny rynek, park, galerie handlową, przejechaliśmy też koło sklepu Borussii, w którym podpisywali razem z Marco koszulki.
Wyjechaliśmy na obrzeża miasta i zatrzymaliśmy się pod małą restauracją na rogu starych aczkolwiek odrestaurowanych kamieniczek. Wysiedliśmy i poszliśmy od razu do wejścia.
Koło kas było stoisko z przeróżnymi rodzajami mięs, ryb, sałatek. Mogliśmy sobie sami wybrać na co mieliśmy ochotę.

-Może naleśniki?-zaśmiał się wskazując na nie ułożone na sporej stercie koło dodatków.
-Innym razem. –odpowiedziałam odwzajemniając uśmiech i poszłam wziąć jeden z plastikowych talerzy. Nałożyłam z przenośnego grilla pierś z kurczaka z chilli, grillowanym plastrem pomidora, cukinii posypanymi serem. Miałam mały dylemat na temat frytek, na które miałam okropną ochotę a zdrowej kaszy.
-Co tam?-zapytał blondyn podchodząc do mnie ze swoją tacą. Mięso wybrał takie samo jak ja, dodał już sporo sałatek. Schowałam prawą rękę pod tacę, z obawy, że moja obrączka zbyt bardzo rzuca się w oczy.
-Czy będąc z tobą na obiedzie powinnam jeść zdrowe rzeczy?-
-Powinnaś jeść to, na co masz ochotę. –roześmiał się i sam nałożył na mój talerz porcję frytek.
-Czytasz mi w myślach.-uśmiechnęłam się i odeszłam kawałek dalej, żeby nałożyć sobie trochę szpinaku i warzyw na parze. Stwierdziłam, że tyle mi w pełni wystarczyło do najedzenia się. André stanął niedaleko kasy czekając na mnie. Kasy.
-O nie. Nie wzięłam portfela. Nawet nie spakowałam do torby... Mogę odłożyć to gdzieś?
-Tak, do kasy. Chyba to było oczywiste, że ja stawiam?-powiedział uśmiechając się i przepuścił mnie przed sobą.
-Nie. Nie lubię stawiać ludzi w takich sytuacjach. Pakowałam się tak szybko, że nie pomyślałam o zabraniu pieniędzy. –zaczęłam się tłumaczyć, kiedy postawiłam swój talerz na wadze, by sprawdzić cenę.
-Straszne, Rose. Ale zrozum, że to żaden problem dla mnie.
-Oddam ci.
-Jeśli to ma ci w czymś pomóc.
-Tak.
-To w porządku. –odparł i postawił swoje danie na wagę u sprzedawczyni, a chwilę później uregulował płatność za naszą dwójkę. Każde z nas zabrało dla siebie plastikowe sztućce i poszliśmy zająć miejsca najbardziej oddalone od wejścia dla większego spokoju.
Cholera, czy teraz miałam nie używać noża, żeby maskować pierścionek? Cholera, Reus, że też nie mogłeś sobie popatrzeć na tą obrączkę do póki nie wyszłam z mieszkania tylko musiałeś mnie obrączkować jak odfruwającego w nieznane gołębia, którego ktokolwiek zobaczy będzie wiedział, że ma właściciela. Czułam się jak gołąb? Tak.

-Nie chcę naciskać, ale kryję cię przed Marco?-zapytał krojąc swoją pierś z kurczaka. Przełknęłam głośno ślinę i stwierdziłam, że nie powinnam już dłużej udawać przed André, zwłaszcza wiedząc, że ostatnio wyobrażał sobie nas trochę inaczej niż przyjaciół.
-Tak, ale powinieneś o czymś wiedzieć. –powiedziałam ściszonym głosem zapatrując się na platynową obrączkę na mojej dłoni spoczywającej na kolanie.
-Coś poważnego?
-Czekaj, zanim… Pisałeś w wiadomości wtedy, że poniosłeś konsekwencje w klubie… Wszystko już w porządku? Miałam cię zapytać wcześniej.
-Dostałem reprymendę od dyrektora BVB. Bym dostał też karę pieniężną ale to było pierwszy raz i byli jeszcze wyrozumiali. Jest w porządku. Powiedz o co chodzi u ciebie.
-Pisałam ci, że wylatuję... Byłam na krótkim urlopie…
-Widziałem u Marco na Instagramie. Miło, że zabrał cię ze sobą, chociaż nie wspominał mi, że planuje wakacje. –przerwał mi delikatnie wybijając mnie z tropu. Wiedział o ślubie?
-To nie do końca były wakacje. Trudno mi to wytłumaczyć racjonalnie. Przede wszystkim chciałabym, żebyś wiedział, że wszystko to co robię jest przemyślane. Jestem dorosła i umiem też sama o siebie zadbać i jestem gotowa ponosić konsekwencje za swoje błędy..
-Brzmi poważnie. Możemy o tym porozmawiać później…
-Nie, chcę mieć to za sobą. No to… Wzięliśmy z Marco ślub. –powiedziałam i nieśmiało spojrzałam w oczy blondyna. On dokończył przeżuwać surówkę i roześmiał się kiwając przecząco głową.
-No to porozmawiamy potem jak tu nie chcesz mówić.
-André… Ja już powiedziałam. –ściszyłam głos i wyciągnęłam przed siebie prawą dłoń, na której mieniła się platynowa obrączka. Dowód naszego związku. „Związku”.
-Ale tak na poważnie? Normalne małżeństwo? –zapytał patrząc na mnie zupełnie zdziwiony i odłożył sztućce na talerz będąc lekko w szoku.  
-Tak, papiery zostały przesłane już do urzędu stanu cywilnego w Niemczech. Jesteśmy oficjalnie małżeństwem.
-Trochę mnie zaskoczyłaś. Wow. Nie podejrzewałem nigdy… Ani ty, ani Marco… Nie, no… Gratuluję. Jeśli jesteście szczęśliwi to cieszę się. –powiedział, choć od entuzjazmu było to dość dalekie.
-Dziękuję. Cieszę się, że rozumiesz. –uśmiechnęłam się dość na siłę i ukroiłam dużą porcję mięsa, by mieć na chwilę zapchaną buzię i nie musieć nic tłumaczyć.
-Ale nie wszystko poszło dobrze, skoro jesteś tu teraz smutna i ze spakowanymi rzeczami.-zauważył i czekał na moją odpowiedź. Przełknęłam to co miałam w buzi i przyłożyłam serwetkę do ust.
-Po prostu mamy ciężkie charaktery i jest nam ciężko dojść do porozumienia.
-O co się pokłóciliście?
-To ja zrobiłam aferę. Może trochę za dużą, też mam swoje wady ale… Nie mogłam już wytrzymać.
-Marco bywa różny. Jak dokończymy to pojedziemy do herbaciarni, znam fajny lokal.
-A potem po meble dla ciebie?
-Jak masz ochotę. Jeśli nie, to nie ma problemu…
-Nie! Jest w porządku. Chętnie się przejdę. –uśmiechnęłam się i zabrałam za dokończenie posiłku.
Spędziliśmy czas w zupełnej ciszy, jakby każde z nas chciało coś powiedzieć ale bało się wypowiedzieć słów na głos. Wzięłam swoją tacę i odniosłam do specjalnie do tego przeznaczonego punktu i tam poczekałam na mojego towarzysza. Opuściliśmy lokal i wsiedliśmy do samochodu.

-Wiesz już jaki stół kupujesz?
-Tak, dębowy, dość duży i do złożenia.
-Powoli przeprowadzka?
-Tak, już mam wykończony, podłogi, kafelki, kominek, kanapa w salonie i kuchnia, no i łazienka. Nad łóżkiem muszę jeszcze pomyśleć, nie mam pomysłu na sypialnię.
-Sporo już masz zrobione.
-W sumie przez ostatni tydzień wszystkie prace się pokończyły. Zobaczysz sama.

Po drodze do sklepu z meblami zajechaliśmy do herbaciarni. Postanowiłam wziąć jedną z mieszanek herbat pochodzących z Indii. Była bardzo aromatyczna. Wzięliśmy swoje napoje na wynos, żeby szybciej dotrzeć po stół do domu piłkarza.
Na odbiór z magazynu musieliśmy chwilę poczekać. Opowiadałam mu o moich wrażeniach z piękna Karaibów. Piłkarz zwykle jako miejsce swoich urlopów wybierał Stany. Też zawsze chciałam tam jechać, może jeszcze kiedyś się uda.
Do domu piłkarza jechaliśmy w zupełną inną stronę niż w kierunku osiedla Marco. Przez chwilę jakbyśmy jechali do Mario, jednak odbiliśmy na wschodnią część miasta. Wtedy jechaliśmy jeszcze dwadzieścia minut.
Kiedy otworzyła się czarna brama moim oczom ukazał się niesamowity, nowoczesny dom, uformowany na prostokąt. Dużo przeszkleń, nowoczesnych rozwiązań z bateriami słonecznymi na dachu.

-Piękny.
-Cieszę się, że ci się podoba. Zaparkuję koło drzwi, będę musiał wnieść wszystkie meble.
-Pomogę ci przecież, nie ma żadnego problemu.
-Nie będziesz dźwigać. Możesz ewentualnie wziąć jeden kartonik z półkami do regału, bo są lekkie.
-Dzięki ci za pozwolenie.-zaśmiałam się pod nosem i wysiadłam z samochodu zabierając swoją torbę z rzeczami. Blondyn podrzucił mi klucze do domu, żebym mogła sama otworzyć drzwi. Nie wchodziłam dalej niż do przedpokoju pomalowanego ciemnoszarą farbą, jednak dla kontrastu jedna jego ściana była obłożona białą cegiełką. Wróciłam do samochodu, przy którym stał piłkarz i wyładowywał kartony z bagażnika.

-To są półki dla ciebie jeśli chcesz. Połóż w salonie i poczekaj tam na mnie. Ja wszystko poznoszę. Rozgość się, jeśli gdziekolwiek się da. –zaśmiał się podając mi niewielki karton. Chwyciłam go stawiając jednak, że będzie trochę lżejszy. André kiepsko szacował ciężar. Mario to dla niego pewnie też puszek, czy mała kruszynka. Na próżno mi było marudzić, w końcu sama zaproponowałam pomoc piłkarzowi.

W salonie stała jasnobrązowa kanapa z mięciutkimi poduszkami, przed nią puchata skóra i kamienny, szary kominek, przy którym poustawiane już było drewno do palenia.
Pozwoliłam sobie usiąść na kanapie i wyprostować nogi. Cieszyłam się z wyłączonego telefonu, choć zastanawiałam się, czy w ogóle by dzwonił. Czy mu zależało. Czy widział to, co tak mnie bolało, zraniło, o czym nie chciałam już pamiętać. I skutecznie odsuwałam z minuty na minutę wydarzenia z ostatniego czasu. O zgrozo, właśnie André-zrobię-ładne-oczka-żeby-poderwać-Rose-upiję-się-i-będę-tańczył-Schürrle był tego sprawcą.
Słyszałam co jakiś czas uderzania o siebie kartonów z meblami, które były stopniowo znoszone do domu.
A może się martwił. Może nie wiedział gdzie jestem.
A może był zły i nie umiał sobie z tym poradzić. Byłam jego żoną i powinnam być przy nim. Na dobre i złe, a nie uciekać od problemu.
Podniosłam się z kanapy, by pójść do torby i zabrać telefon. Chciałam się tylko upewnić, że wszystko w porządku, nie było to wynikiem mojego poddania, uległości. Zwyczajnej troski o Niego.

-Pomyślałem, że możemy razem poskręcać. To fajna zabawa. Chcesz się czegoś napić? –zapytał zachodząc mi drogę blondyn uśmiechając się i otrzepał zakurzone ręce od kartonów.
-Woda zawsze się przyda.
-Z cytryną?
-Może być i tak!-odwzajemniłam uśmiech i razem z nim udałam się do kuchni przepraszając samą siebie z powodu mojej beznadziejności.




Sącząc powoli wodę ze ślicznej, kryształowej szklanki i myśląc o tym, że Marco na pewno tego nie robi, gdyż nie ma już szklanek, obserwowałam sprawne ruchy André rozcinającego kartony. Było lato, może się odwodnił… Ale zawsze jest bieżąca woda. Jest dobrze.
-To stół?-zapytałam podkulając nogi i zerknęłam na to, co znajduje się w środku.
-Dokładnie. Trzeba będzie skręcić.

I skręcaliśmy. Blondyn pożyczył mi swój t-shirt, żeby było mi wygodnie. Skręcaliśmy regał do gabinetu w eleganckim, ciemnobrązowym kolorze. Sama bym nie urządziła w takim stylu mieszkania czy domu, jednak taki klimat bardzo pasował do piłkarza.
Drzwi prowadzące do ogrodu były otwarte na oścież, dzięki czemu mieliśmy cały czas cudowne, ciepłe letnie powietrze. Moje myśli zupełnie odcięły się od świata. Udało się.
Spędzałam po prostu miły czas. Po udanej robocie rozłożyliśmy koc na tarasie, który wyłożony był plastikowymi płytkami przypominającymi drewno. Położyłam się na plecach, co okazało się zbawienne, po godzinie schylania się i mocowania. Mój towarzysz wziął na kolana laptopa i zamówił nam coś na kolację i przy okazji zrobił przez internet zakupy z dostawą do domu, żeby samemu nie musieć jeździć. 

-Bym cię zapytał, czy masz jakieś zdjęcia…-zaczął wsuwając na nos swoje okulary przeciwsłoneczne na nos i położył się koło mnie. –Ale zakładam, że temat Marco i ślubu na razie pomijamy.
-Zdecydowanie. –przytaknęłam –Ale wyspa była przepiękna. Jak kiedyś będę miała własny dom to posadzę sobie w ogrodzie palmy.
-Zimą bym się o nie z lekka obawiał.
-Kto powiedział, że dom w Niemczech. Trochę kosmopolityzmu.
-Mądrze powiedziane! –zaśmiał się. –Co studiujesz?
-Studiowałam. Nie wiem czy wrócę. Na pewno nie na moja starą uczelnię, będę musiała poprosić Marco..ehh..żeby mnie zawiózł i zabrał papiery.
-Zawsze możesz na mnie liczyć. –przerwał mi posyłając uroczy uśmiech. –Wracając?
-Prawo. Miałam być radcą prawnym ale z czasem przestałam się w tym zawodzie widzieć.
-A co byś chciała spróbować?
-Myślałam o fizjoterapii.
-O proszę!-ożywił się i oparł głowę na dłoni odwracając się w moim kierunku. Nie mogłam na niego spojrzeć, bo właśnie za nim znajdowało się słońce, które zmuszało mnie do mrużenia oczu. –W sporcie? Dziecięca?
-Nie wiem jeszcze, muszę zrobić mały research. Wpadłam na to na urlopie i myślę, że mogłoby to być fajne. Kontakt z ludźmi i pomoc.
-Jakby nie patrzeć jako radca prawny masz to samo.
-Wiem. Muszę się zastanowić, ale wydaje mi się, że to będzie mniej stresująca praca niż prawnik. Jak się okazuje nie mam aż tak stalowych nerwów.
-Też prawda. Trzymam za ciebie kciuki w takim razie.
-I za przemyślenia.-dodałam.
-I za przemyślenia. –powtórzył wolno poprawiając pasemko moich włosów. Uśmiechnęłam się nieśmiało i odwróciłam głowę w przeciwnym kierunku.

Leżeliśmy tak jakiś czas grzejąc się w słoneczku i czekając na dostawę. André nie pytał już o nic, był bardzo wyrozumiały i szanował moją niechęć do Marco. Miałam wyrzuty sumienia. I to coraz większe. Ale to była tylko i wyłącznie moja wina. Zadurzyłam się w blondynie. Może byłam zbyt nachalna. Może to przeze mnie się pokłóciliśmy. Byłam może zbyt zaborcza.
Taki wieczór separacji był nam potrzebny.
Akurat ze środka domu usłyszeliśmy domofon. Piłkarz poderwał się z miejsca i wszedł do środka, żeby odebrać zamówienie. Wstałam z koca po jakimś czasie i poszłam zobaczyć, czy nasza kolacja już została dostarczona.

-Na razie tylko zakupy. Włożę do lodówki.
-W takim razie wracam na koc. Wybacz, ale słoneczko kusi.
-Ależ proszę bardzo!-roześmiał się szczerze i poszedł z papierowymi torbami przepełnionymi produktami do lodówki.

Kocyk był zdecydowaną bazą dzisiejszego dnia, zakochałam się w tym miejscu i w tym kocu. Będę musiała go zakosić André. Usiadłam podpierając się z tyłu rękoma i czekałam na mojego towarzysza.
-Przyniosłem jeszcze wody. –usłyszałam go za swoimi plecami, który chwilę później podał mi szklankę z wodą i pływającej w środku kawałku cytryny.
-A co zamówiłeś na kolację?
-Zobaczysz. Obejrzymy potem jakiś fajny film. Albo kilka.
-Nie będę ci siedzieć na głowie, co ty.
-Przecież żaden problem, mała. Zostań, ochłoń. Jestem do twojej dyspozycji. –stwierdził siadając koło mnie i oparł się lekko ramieniem.
-Nie będzie problemu?
-Żadnego. W końcu też masz swoje rzeczy, to czemu miałabyś wracać do domu. I nie dość, że swoje rzeczy to jeszcze moja koszulka, w której wyglądasz super…em.. Chyba słyszałem domofon. Będziemy zaraz jeść.

W momencie kiedy wyszedł słońce schowało się za chmurami i zaczął wiać nieprzyjemny wiatr. Chyba nic z jedzenia na powietrzu. Stół też nie był skręcony. Została nam kanapa.
Aby było przyjemniej milej położyłam na kanapę mój koc i położyłam nam poduszki pod plecy. Naprzeciw wisiał ogromny telewizor, pod nim znajdował się surowo wyglądający aczkolwiek przepiękny kominek, obok którego stał już zapas drewna i potrzebne narzędzia. Palenie w kominku latem nie byłoby jednak najlepszym pomysłem. Ale zawsze lubiłam ciepło kominka i to właśnie sprawiało, że w przyszłości z pewnością chciałabym mieszkać w domu. Mieć troje dzieci i psa. Huśtawkę zrobioną z opony powieszoną na gałęzi i mały domek na drzewie. Bujanie w obłokach.

-Tu jemy?
Z zamyślenia wyrwał mnie głos blondyna. Odwracając głowę w jego stronę uśmiechnęłam się lekko widząc, że trzyma w swoich dłoniach dwa styropianowe pudełka z jedzeniem na wynos i plastikowe sztućce.
-Pomyślałam, że tak. Na zewnątrz zrobiło się nieprzyjemnie. Swoją drogą masz cudny kominek. Nawet przez myśl mi przeszło, żeby go zapalić jednak potem dotarło do mnie, że mamy lato.
-Oj tam. –roześmiał się piłkarz i usiadł na kanapie podając mi pudełko z góry i sztućce. –Możemy przetestować jak się ściemni.
-Poważnie?
-Czemu nie? Jemy zanim będzie zimne.
-Podgrzejemy w kominku.-roześmiałam się otwierając opakowanie. Do moich nozdrzy dotarł cudowny zapach kurczaka po tajsku z sosem słodko-kwaśnym na ryżu z warzywami. Cudo.
-André… To jest pyszne. –powiedziałam biorąc kolejną porcję. Blondyn roześmiał się widząc z jakim apetytem zjadam danie z pudełka. Uwielbiam ludzi, którzy dają mi tak dobre jedzenie. Piłkarz właśnie dołączył do Ann i Mario. I ten ryż.
Po pokoju rozszedł się śmiech André. Spojrzałam na niego wilkiem przeżuwając pysznego kurczaka z sosem.
-Nie widziałem was z Marco razem, ale przysięgam, to z jakim uczuciem patrzysz na tego kurczaka…
-A ja przysięgam, że jak się nie przestaniesz ze mnie śmiać to jak zjem to zrobię ci krzywdę.
-Ała. Ostro.-powiedział z przejęciem podśmiewając się ze mnie. –Przepraszam za osobiste pytanie, ale jesteś może spokrewniona z Mario?
Stwierdzając nieprzydatność plastikowego nożyka stwierdziłam, że jest idealny, by wymierzyć nim w blonasia.
-Prawie przebiłabyś mi nim serce. –przejął się przykładając dłoń do swojej klatki piersiowej, gdzie chwilę temu dosłownie musnął do tył rączki nożyka.

Wzruszyłam ramionami i wróciłam z powrotem do jedzenia. Nie znałam się na chińskiej kuchni ale jeśli takich smaków było w niej więcej-Chiny nadchodzę. Miałabym tam przynajmniej opinię „wysokiej egzotycznej kobiety”. Ha. Deal życia. Prawie jak małżeństwo z Marco. Chociaż… W takiej sytuacji nazwać to dealem to jak mieć kurnik i zainwestować w hodowlę lisów. Albo coś w tym stylu. 

Posiłek zjedliśmy już w spokoju. Abym już zupełnie była kupiona dostałam szklankę z sokiem jabłkowo-miętowym. I nieograniczony dostęp do dwulitrowego kartonu. Włączyliśmy telewizję z jakimś kanałem muzycznym, a André wziął na kolana swój tablet i wszedł na swój fanpage. Czytał kilka komentarzy na głos dumny ze swoich oddanych fanów i likował co poniektóre. Po dłuższym czasie lekko mnie to znudziło, naprawdę szanowałam, że tak dba o kibiców jednak…prawie zasypiałam. Mógł mi dać jeszcze jedno danie z kurczakiem. Bardziej byłam ciekawa strony Marco. Ciekawe czy odkąd wzięliśmy ślub coś pisał? Może odpisywał kibicom?
Po setkach milionów lat André skończył przegląd wszystkich możliwych mediów. Znalazłam w telewizji zaczynający się film. „Mission Imposibile”. Trochę jak moje życie przez kolejny rok.

-Kupiłem popcorn. Zjemy?
-Ja tam wszystko zjem.
-Naprawdę Rose, nie wiem jak to się dzieje, że z takim apetytem jesteś taką chudzinką.
-Gdybym ci powiedziała, musiałabym cię zabić.
-W takim razie lecę po ten popcorn.

Pokiwałam twierdząco głową i przeniosłam wzrok na Tom’a Cruse’a. O tak. Miły wieczór w towarzystwie miłych panów.
Pięć minut później usłyszałam piszczenie mikrofali. Po salonie rozniósł się zapach popcornu i…toffie. O NIE. Nie chciało mi się aż wierzyć w to fatum, które tkwiło nade mną i piłkarzem. Może to ja się czepiam. Ale ludzie! Randka w klubie, nieszczęsne smsy, przerwana rozmowa z Marco… pewnie coś jeszcze, co udało mi się zapomnieć kończąc na popcornie z toffie, na którego zapach mnie skręcało a smak… Milczenie jest złotem.
Starałam się uśmiechnąć, kiedy przed moim nosem pojawiła się miska z popcornem. Oddychaj spokojne. A może lepiej nie. Powietrza!
Z czystej grzeczności aż trzy razy sięgnęłam po przekąskę. Powiedziałam, że będę jeść to trzeba było się wywiązać.

Na równi z rozpoczęciem się reklam, rozdzwonił się telefon André.

-Przepraszam na chwilę, zobaczę czy to coś ważnego. –wstał z kanapy i poszedł do kuchni po swój telefon. Chwilę się zastanawiał. Obejrzałam się opierając o oparcie. Blondyn spojrzał na mnie niepewnie. Marco?
Przesunął palcem po ekranie i przyłożył telefon do ucha.

-Cześć Mario, co tam?
Czyli Mario. Myślałam już… Miałam nadzieję, że Marco choć trochę się przejął. Że zrozumiał, że potrząśnie niebo i Ziemię, żeby mnie znaleźć.
-Nie wiem gdzie jest Rose. Skoro wyłączony to może nie chce z nikim rozmawiać. W razie czego to zadzwonię do ciebie. Na razie.



Czyli jednak. Może chociaż trochę się przejął. Nie byłam pewna, czy chciałam, by André faktycznie powiedział, że nie ma mnie z nim. W końcu może się martwili… Chociażby Mario. Czasem było mi przykro, że wszystko co się działo między mną a Marco spadało na Mario i Ann. Odkąd się pojawiłam w ich życiu chyba aż zbytnio się odznaczyłam. Byłam pełna podziwu i wzruszenia, że mimo wszystko co się działo Mario ze swoją partnerką byli przy mnie i przy Marco. Zawsze mogliśmy na nich liczyć. I to było niesamowite. Po raz pierwszy spotkałam tak wspaniałe osoby. Oczywiście nie mam na myśli Leo, tylko samych prawdziwych przyjaciół.

-Ruby? Jesteś tu?
Przekręciłam głowę by spojrzeć na blondyna. Wzruszyłam ramionami przepraszająco.
-Może powinniśmy chociaż powiedzieć Mario.
-Zostań, zadzwonisz rano po śniadaniu. Jeśli pokłóciliście się aż tak bardzo to niech Marco zobaczy co stracił. Chodź, film się zaczął. –uśmiechnął się obejmując mnie ramieniem i delikatnie przysunął bliżej siebie.

Ale Marco mnie nie stracił!
Nic się nie odezwałam. Nie zważając też na to, jak przytulił mnie piłkarz.
Kontynuowaliśmy film. Nie mogłam już tknąć popcornu czując jakiś ścisk w żołądku. I to nie były motylki. W mojej głowie było zbyt wiele myśli. Nie tylko o Marco, choć głównie, ale też o Mario i Ann-Katrin. I o André. Te ostatnie wysysały ze mnie energię. Nie wiedziałam co się ze mnie działo. Wiedziałam, że nie byłam we właściwym miejscu. Wiedziałam, że powinnam być zupełnie gdzie indziej.

Kiedy zwykle oglądałam film gadałam jak najęta, komentowałam różne sceny, co naprawdę potrafiło innych zdenerwować, tymczasem siedziałam jak zaklęta. Nieobecna.
-Rosalie?-usłyszałam przy uchu głos blondyna. Jego dłoń przykryła moją i delikatnie przeniosła na jego kolano.
-Coś się stało?-zapytałam rozglądając się po pokoju. Film się kończył.
-Już jakiś czas patrzysz się w napisy końcowe. Szukasz specjalnie czyjegoś nazwiska czy po prostu takie hobby?-zaśmiał się spoglądając na nasze dłonie.
-Odleciałam.
-Zauważyłem… Posłuchaj Rose.-zaczął a ja od razu spojrzałam prosto w jego oczy. 
I to był błąd. To, co zrobił on i mój paraliż. Poczułam jego dłoń na moim policzku. A po chwili jego usta na swoich. Delikatnie musnął moje usta. Niepewnie. Potem raz za razem. Byłam jak marionetka. Po kilku chwilach jednak niepewnie zaczęłam oddawać pocałunki.
A potem w mojej głowie pojawił się Marco. Na plaży w noc przed naszym ślubem. W jaccuzi przy świetle księżyca. Przy wodospadzie. Za każdym razem kiedy na mnie patrzył. I o mnie dbał. I przejmował się. I krzyczał. I był wściekły, obrażony, olewał mnie, irytował. I mnie potrzebował. Tak jak ja jego. Na moich policzkach pojawiły się łzy. Wielkie jak grochy łzy.

-Nie, André. Nie możemy. –szepnęłam delikatnie odsuwając go od siebie. Przetarłam usta wierzchem dłoni. –Przepraszam. –szepnęłam zbierając całą siłę by spojrzeć mu w oczy.
-Nie powinienem. Wiem. Ale musisz wiedzieć, że kiedy tylko cię zobaczyłem… Kiedy płakałaś w tych starych ciuchach przy ulicy… Pierwsze co pomyślałem, to to, że jesteś najpiękniejszą dziewczyną jaką w życiu widziałem. Wiem, że cholernie spieprzyłem na tej dyskotece. Urwał mi się film. Tak mi na tym zależało, że nie wiedziałem co zrobić. Co powiedzieć. Upiłem się. Jest mi wstyd. Przepraszam za to.
-Jest w porządku.
-Naprawdę się zakochałem, Rose.
-Ja… Naprawdę… Mam męża. Nie wiem co mam ci powiedzieć. Przykro mi, André. I przepraszam jeśli dawałam ci złudne nadzieje.
-W porządku. Naprawdę. Szanuję to. Proszę, nie odtrącaj mnie od siebie.
-Nie zamierzam. Jeśli przyjmiesz ode mnie jedynie przyjaźń.
-To będzie dla mnie zaszczyt, Rose. Mogę cię przytulić?
-Zawsze. –powiedział uśmiechając się i objął mnie mocno. Położyłam głowę na jego ramieniu uspokajając oddech. Uśmiechnęłam się przez łzy.
-Chciałabym rano wrócić do domu. Może masz rację. Mamy w ogóle gdzie spać w tym twoim dużym, pustym domu?
-Tu. –powiedział spoglądając na kanapę. Razem? –Spokojnie, będę trzymał ręce przy sobie. Jesteś żoną Marco. Szanuję to.


André był typem mężczyzny ideału. Miał wszystko czego potrzebowała kobieta. Mógł dać poczucie stabilności, miłość, opiekę i szacunek. I on się we mnie zakochał. A ja w nim nie. Wolałam nieidealnych facetów. Wolałam? Boże. Byłam na nich skazana. Ale mimo wszystko tacy właśnie beznadziejnie beznadziejni dawali mi szczęście. I było mi dobrze.
-Pójdę się przebrać.-powiedziałam potrzebując chwili dla siebie. Poszłam do torby i wyjęłam moją dwuczęściową piżamę.

-Chcesz nadal ten kominek?-zawołał z kanapy wpatrując się w zachodzące słońce za oknem.
-Chętnie.
-Ręczniki…-westchnął smutno wstając z kanapy i zrobił dwa kroki w moim kierunku wkładając niedbale dłonie w spodnie. –Są w drugiej szafce w łazience. Wyżej są szczoteczki.
-André, nie rób takich oczu. Nie chcę płakać. –szepnęłam zbliżając się do niego i mocno go przytuliłam.
-Ruby. –powiedział cicho nachylając się do mojego ucha. Na szyi czułam jego głęboki oddech. –Pocałuj mnie. Ten ostatni raz. 







~~~

Kochane, przepraszam ogromnie za błędy jeśli są, bo sprawdzałam bardzo na szybko..znów. Ostatnio żyję w jednym wielkim biegu i nie mogę znaleźć chwili dla siebie. Ale sprawa z historią zakończona sukcesem-wyszłam cało i bez większych obrażeń..Przede mną cały czas wiele..ale do końca roku szkolnego powinno wszystko wrócić do normy..
Tak jak już mówiłam, jest to ostatni rozdział przed czerwcową przerwą. Robię to uwierzcie z ciężkim sercem ale wiem, że to jedyne słuszne wyjście. Obiecuję wrócić z ciekawszymi rozdziałami (i sprawdzonymi co do przecinka!:) )i maasą nowych pomysłów także bądźcie czujne pod koniec czerwca!. Dziękuję za zrozumienie i wsparcie i za wszystkie komentarze, bo naprawdę, zaraz po ich przeczytaniu chce się otwierać Worda i pisać dalej;)💗 Aaa! I jeszcze ponad 20.000 wyświetleń. Aż rosną skrzydła.. Z całego serduszka dziękuję i cieszę się, że spodobała się Wam ta historia💗💓💖
Buziaki xx