sobota, 25 marca 2017

Dziesięć




-Rose… Proszę, powiedz mi co myślisz. Czego oczekujesz?-zapytał trzymając cały czas dystans między nami. Byłam zupełnie skołowana.
-Marco ja… Jeny, słabo mi, przepraszam, muszę usiąść. –szepnęłam cicho czując, że lekko tracę równowagę. Marco zareagował szybko. Objął mnie w talii jedną ręką i pomógł podejść do najbliższej ławki koło klombu lilii. Usiadł na jej brzegu i położył moją głowę sobie na udach, a nogi przełożył przez oparcie. Ja zupełnie nie panowałam nad tym co ze mną robi, było mi zbyt słabo.
-Oddychaj. –polecił przeczesując na bok moje włosy. –Jadłaś coś?
-Obiad jakoś o czternastej. Później nic.
-Nigdy nie pij alkoholu na pusty żołądek. Masz teraz nauczkę. –skarcił mnie niezadowolony.
-Przepraszam. –szepnęłam i zamknęłam na chwile oczy by złapać tchu. Sam fakt, że leżałam na nim, a zapach jego perfum wirował w moich nozdrzach bardzo mi utrudniał dojście do siebie.
-Nie przepraszaj mnie tylko siebie. Ann z Mario nie robili kolacji?
-Nie, poszli na kolację do restauracji sami, jak wyszłam.
-Mogłaś nawet sobie sama coś zrobić. Ann nie miałaby ci przecież tego za złe.
-Wiem. Nie pomyślałam. Byłam zbyt zdenerwowana. Nie pytaj dlaczego.-powiedziałam lekko zdenerwowana błagając w myślach mój żołądek, żeby nie wyczyniał głupstw w obecności tego faceta.
-I tak mi dzisiaj powiesz. Jak się lepiej poczujesz pójdziemy coś zjeść a potem porozmawiamy.

Zgodziłam się kiwnięciem głowy. Miałam zbyt duży natłok myśli, mój mózg się przegrzewał. Miedzy nami panowała zupełna cisza. Wzięłam kilkanaście głębszych oddechów.

-Możemy iść. –otworzyłam po kilku chwilach oczy lekko trzepocząc rzęsami.
-Na pewno?-zapytał przejmującym głosem. Kiwnęłam głową w odpowiedzi. Zdjęłam ostrożnie nogi z oparcia naciągając przy okazji sukienkę, by zbyt wiele nie odsłoniła, choć i tak wystarczająco to zrobiła przy położeniu mnie. Kiedy wstawałam on jeszcze opiekuńczo podtrzymał mnie upewniając się, że wszystko jest w porządku.
Również w drodze powrotnej złapał moją rękę. Przeszliśmy ukrytym wejściem na parking. W samochodzie tym razem zdjęłam buty, żeby odciążyć stopy. Kiedy zamknął za mną drzwi dotarło do mnie coś co powiedział. Dopiero teraz. Szlag by to trafił! „Czasem naprawdę cię pragnę do stopnia, że nie umiem się powstrzymać”.  On mnie pragnie. A ja leżałam na nim i trzymałam go za rękę. Czy przez to pożąda mnie bardziej? On wyznaje mi taką rzecz, a ja nawet mu nie odpowiadam! Jaką trzeba być debilką… Dobry Boże.

-Wszystko w porządku? Strasznie zbladłaś. –usłyszałam jego głos. Już nawet jechaliśmy a ja tego nie zauważyłam. Czy wszystko było w porządku? Nic nie było w porządku! Śmiał się ze mnie i mojego snu choć on sam… Myślał o mnie? Fantazjował… Cholera!
-Skąd wzięły się róże w liliach?
-Yvonne je podrzuciła tam z dwie godziny temu jak była na spacerze z Nico.
-Wie o wszystkim?
-Tak. Przepraszam, jeśli wolałaś to zachować w tajemnicy…
-Nie, w porządku. Cieszę się, że masz bliskich, na których zawsze możesz liczyć. Twoi rodzice nie byli źli jak im powiedziałeś?
-Byli wściekli. Na siebie, na mnie, na Scarlett. Chyba jednak mnie się najbardziej oberwało. W przenośni oczywiście. Ale potrzebowałem tej rozmowy.

Nic nie odpowiedziałam. Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszałam kilkanaście minut temu. Może i było to głupie z mojej strony, może powinnam przykuć większą uwagę do tego, by docenić jego szczere wyznania, to, że zauważył co zrobił źle, piękny gest podarowania kwiatów a nawet samo zjawienie się po mnie ale nie. Ja musiałam tylko wyściubić jedno małe zdanie że go pociągam. I to najbardziej w windach. Ludzie święci!

Wysiedliśmy przed wyglądającą na naprawdę drogą restauracją. Marco zamknął drzwi za nami i znów złapał mnie za rękę. Nie wiedziałam czy to po prostu przez obawę mojej utraty przytomności czy po prostu czuły gest. Podobało mi się to.

-Ymm.. To dość droga restauracja..-zauważyłam przed wejściem. Chciał mi kupić mieszkanie i to już było wystarczająco niekomfortowe i przeważało wszystkie pojęcia, nie chciałam naciągać go jeszcze na coś więcej.
-Nie patrzę na restauracje takimi kategoriami. Ważne jest, żeby serwowane jedzenie było świeże i dobrze przyrządzone. Chodź. –pociągnął mnie do środka nie pozostawiając żadnej kwestii do dyskusji. Kelner zaprowadził nas do odosobnionego stolika dla dwóch osób. Marco nim usiadł zauważył, że chcę zdjąć marynarkę. Sam miał zamiar zrobić to ze swoją jednak najpierw szybko znalazł się przy mnie i pomógł mi niczym rasowy gentleman. Dzisiejszego wieczora był zupełnie inny. Starał się, co bardzo mnie cieszyło. Jego wzrok zatrzymał się na dłużej na mojej kreacji. Gdy usiedliśmy czułam na sobie nawet jego ciężkie spojrzenie. Coś czego nie umiałam wyczuć od André ani innych mężczyzn w klubie, z którymi tańczyłam. Jedynie On tak potrafił sprawić.

-A ty, Rose?-jego głos wyrwał mnie z rozmyślenia. Rozejrzałam się dookoła próbując zrozumieć co się dzieje. Przy naszym stoliku stał kelner, który kończył zapisywać zamówienie Marco w notesie i przeniósł wyczekujący wzrok na mnie.
-Ja..Ymm… To samo co ty.
-Mógłbym polecić coś do picia?-zapytał z grzecznością.
-Nie, dziękuję, też poproszę to samo.
-Dobrze, dziękuję. –skinął głową i oddalił się w swoją stronę. Kiedy zostaliśmy już sami przeniosłam lekko speszone spojrzenie na piłkarza.
-Co zamówiłeś?-zapytałam nieśmiało. On zaśmiał się pod nosem, a jego oczy rozjaśniały ukazując przepiękną, głęboką barwę turkusu.
-Wszystko w porządku? Jesteś taka nieobecna…
-Rozproszyłeś mnie. –wyrwało mi się. Moje policzki zaszły ognistą czerwienią. Miałam nadzieję, że Ann nałożyła wystarczającą ilość podkładu i różu.
-Mogę powiedzieć to samo. –odpowiedział przygryzając cwaniacko dolną wargę. Chwila niezręczności przedłużała się w nieskończoność. On nie spuszczał ze mnie wzroku i czekał na jakąś odpowiedź. Zbyt bardzo byłam rozkojarzona. Dopiero po kilku chwilach rozchylając wargi wypuściłam powietrze trzymane długo w płucach.
-Kaczka z pomarańczami z bukietem sałatek i pureé. Do picia czarna herbata.-postanowił mnie już dłużej nie torturować.
-Dziękuję. –odpowiedziałam. Za co dziękowałam? Wiele by się znalazło. Powinnam najbardziej za zamówienie posiłku ale jednak cieszyłam się z przerwania krępującej mnie ciszy.
-Myślisz, prawda?
-Zdarza się. –odpowiedziałam, na co oboje się roześmialiśmy. W kącikach jego oczu zebrały się malutkie łezki, które szybko starł.
-Źle zadałem pytanie. Czy myślisz o tym co powiedziałem. Wyglądasz jak naprawdę mieszkankę innego świata w tej chwili. Nie chcę, żebyś się aż tak tym przejmowała.
-Tak, myślę o tym. Postaram się nie przejmować.
-Porozmawiamy o tym potem na spokojnie. Mamy czas. –uśmiechnął się i złapał mnie opiekuńczo za rękę na środku stołu. Pogładził delikatnie a potem splótł razem nasze palce.
-Ładny kolor paznokci. –uśmiechnął się nieznacznie przyglądając mojej dłoni.
-Dziękuję. Nie wiedziałam, że faceci zwracają uwagę na takie drobiazgi.-zauważyłam a w głowie odnotowałam już fakt, żeby częściej malować paznokcie na ciemnoczerwony. Jak częściej, skoro jeśli mu odmówię nie będę miała mu już po co tego robić. –Przepraszam, muszę iść do toalety. –odsunęłam się krzesłem i zabierając torebkę poszłam na drugi koniec restauracji. Zapytałam przechodzącą koło mnie elegancko ubraną kelnerkę o miejsce toalet. Wskazała mi miejsce niedaleko, lekko schowane i oddzielone od restauracji małym korytarzykiem, nierzucające się w ogóle w oczy.

Stając przed dużym podświetlanym lustrem poczułam pierwsze krople łez spadające na moje policzki. Oparłam się o kamienny blat i pozwalałam im spokojnie spadać. Może takie zrzucenie z siebie emocji coś da, może to mnie uspokoi.

Nie uspokoiło.

Kilka minut później poczułam silne, męskie ręce, które oplatają mnie w pasie. Nie musiał nic więcej robić, bo ja już odwróciłam się w jego stronę i oplotłam dłońmi jego szyję. Schowałam twarz w jego ramię mając nadzieję, że płynący tusz do rzęs nie pobrudzi jego idealnie białej koszuli. Z resztą jego wina. Mógł nie zdejmować marynarki. Otoczył mnie silnymi ramionami przyciągając mocno do siebie. Tego potrzebowałam. Takiej właśnie bliskości.

-Nie płacz. Proszę cię. Naprawdę nie chciałem żebyś przeze mnie płakała.
-To nie twoja wina.
-To jest moja wina. –odpowiedział nie wypuszczając mnie z uścisku. –Tylko i wyłącznie.
-Nie chcę, żebyś tak myślał.
-Ja też wiele rzeczy nie chcę ale to robię.
-Na przykład?
-Chodź, wytrę ci rozmazany tusz. –oznajmił kończąc definitywnie temat. Odsunął mnie od siebie i posadził na murku. Wziął jeden ręcznik papierowy i delikatnie położył mi na policzku osuszając go. Później drugi. Delikatnie go zgiął i kącikiem otarł dolną powiekę.
-Dziękuję. –szepnęłam, kiedy wyrzucił chusteczkę do kosza. Odwróciłam głowę do lustra i sprawdziłam, czy wszystko już aby na pewno w porządku. Było. Nawet lepiej niż w porządku. Facet znający się na zmywaniu makijażu. Oby to nie przez często płaczącą Scarlett. Zeskoczyłam na kafelki i pociągnęłam odruchowo w dół moją sukienkę.
-Idziemy?
-Tak, wyjaśnimy to wszystko, Rosalie. Tak, żeby było tobie dobrze. W końcu o ciebie tu chodzi.
-Marco…
-Musisz zjeść. Nie pozwolę ci głodować dalej.
-W porządku.

Wyszliśmy razem z damskiej toalety i przeszliśmy jak gdyby nigdy nic przez całą salę. Kiedy Marco odsuwał dla mnie krzesło nachylił się do mojego ucha i szepnął prawie nie słyszalnie.

-Na przykład nie całuję cię.

Wstrzymałam oddech. Z początku nie rozumiałam o co mogło chodzić jednak przyszła mi zatrzymana rozmowa sprzed kilku chwil o rzeczach, których nie możemy zrobić mimo chęci. Chce mnie pocałować.
Chyba musiałam naprawdę dużo zjeść, by nie zemdleć. Kiedy blondyn zajął miejsce naprzeciwko mnie od razu przyniesiono nam nasze dania. Porcje były kolosalne. Nie wiedziałam, czy dam radę wszystko zjeść. Zwłaszcza z tyloma myślami w głowie i jednym osobnikiem naprzeciwko mnie. Ukroiłam pierwszy kawałek mięsa i dołożyłam do tego odrobinę pureé. Smakowało naprawdę wyśmienicie. Samo mięso rozpływało się w ustach. Nie mówiłam już nic tylko zajęłam się swoim posiłkiem, obiecując sobie, że już nigdy nawet nie spróbuję nie jeść przez tyle godzin a tym bardziej pić na pusty żołądek. Chyba, że bym miała mdleć w ramiona Reusa. To był jeden jedyny wyjątek od reguły.
Po ostatnim kęsie spojrzałam z wyrzutem na pusty talerz. Nie chciałam nawet patrzeć na zawartość talerza Marco, by byłoby mi wstyd, gdyby on zostawił większą część a ja jak świnka zjadłam wszystko.

-Smakowało?-zapytał uśmiechając się do mnie. Włożył kęs do ust tak, że mogłam obserwować ruch jego ust i żuchwy. Cholernie seksowny.
-Tak, dziękuję, naprawdę.
-Nie ma za co. Za sekundę też dokończę.
-Pewnie myślisz, że się opycham jak świnia, albo nie wiadomo co, ale ja jem naprawdę zawsze z umiarem i…
-Rose… Czy ja coś mówiłem? Cieszę się, że się najadłaś. Człowiek najedzony jest bardziej skory do dyskusji i ma więcej sił.-puścił mi oczko i nałożył ostatnią porcję warzyw na widelec. Dopiłam w tym czasie swoją herbatę.

Kelner zabrał nasze naczynia i podał Marco rachunek do uregulowania. Wrócił po chwili z czytnikiem do kart, by uregulować zapłatę. Chwilę później Marco podciągnął niechlujnie rękawy białej koszuli, przewiesił sobie przez ramię marynarkę i podszedł do mnie aby mi pomóc włożyć moją.
-Ja dziękuję, też poniosę. Zrobiło mi się zbyt gorąco.
-Wiem co czujesz...-westchnął z zamyśleniem –Chodźmy więc.

Tym razem podał mi ramię. Wyszliśmy tak z restauracji i przeszliśmy do jego samochodu. Na moim siedzeniu wciąż czekały na mnie przepiękne róże. Marco zanim ruszył wziął swoją marynarkę i położył ją na tylnych siedzeniach.

-Chcesz też położyć z tyłu swoją? Będzie ci wygodniej.
-Chętnie. –kiwnęłam głową i podałam mu ją. Kwiaty położyłam na miejscu przed przednią szybą.
-Będzie dla ciebie w porządku jeśli pojedziemy na Phoenix? Nie znam miejsca, gdzie naprawdę będziemy sami a myślę, że to ważna rozmowa.
-Dobrze, jedźmy. –uśmiechnęłam się nieznacznie. Całą drogę robiłam w myślach listę z rzeczami za i przeciw. Głównie dotyczyły one rzeczy, które mi powiedział w parku, próbą wyszukania w nich drugiego dna i połączeniu tego z moimi uczuciami, które były w tym wszystkim najtrudniejsze do odczytania. Pochłonęło mnie to do reszty, aż nie wiedziałam co się dzieje dookoła mnie. Gdy byłam na analizie ostatniego już punktu mojej skrupulatnej listy musiałam wypalić coś na głos, by być zażenowana przez resztę wieczoru..lub nocy.

-Co ma winda do pożądania mnie? –zapytałam nie odrywając wzroku od przedniej szyby. –Jezu, przepraszam. Nie było tego. Możesz zapomnieć? Proszę, chociaż udawaj, zrób to dla mnie.
-Pożądanie i winda to dwie osobne sprawy i istnieją także odłącznie od siebie, Rosie. –stwierdził poważnie patrząc się wnikliwie na drogę.
-Nie mów już nic więcej.
-Dopiero zaczęliśmy rozmawiać. Już jesteśmy na miejscu.-oznajmił i zaciągnął hamulec. Faktycznie-staliśmy w dobrze mi znanym parkingu. Blondyn po wypuszczeniu mnie z pojazdu, zabrał z tylnych siedzeń nasze marynarki, a i ja nie zapomniałam o różach. Przeszliśmy garażem podziemnym do klatki, a Marco wcisnął przycisk windy. Kiedy malutki wyświetlacz wskazał parter jego mina się lekko zmieniła. Spojrzał na mnie z zaciekawieniem a jego usta wykrzywiły się w tajemniczym uśmiechu kiedy dotarł do nas dźwięk przyjazdu.

-Zrobimy eksperyment. Wiem, że też to czujesz. Chcę ci to udowodnić. –powiedział, kiedy drzwi windy zamknęły się za nami i ruszyliśmy do góry. Czułam rosnącą energię przeskakującą między nami. Nie pierwszy raz. I nie musiał mi tego udowadniać.
-Ale co?-zapytałam marszcząc brwi. Nie umiałam przewidzieć tego co chce zrobić. Gdy w środku pokazała się na ekraniku cyfra trzy Marco wcisnął przycisk „STOP”. Winda od razu się zatrzymała. –Włączysz windę wciskając nasze piętro. Jest jedno ale. Włączenie będzie jednoczesnym poddaniem się i przyznaniem, że mnie pragniesz. Wiem, że nie lubisz się do tego przyznawać na trzeźwo tylko pijana, więc masz ułatwione zadanie.
-A jeśli wcale cię nie pragnę?
-Nie wciśniesz guzika. Masz na to minutę. Ja będę miał przynajmniej wiedzę co do mnie czujesz.
-To głupie.
-Może. Zwal to na mnie, odbierzemy sobie tę minutę u góry podczas rozmowy. Będziesz mogła minutę szybciej wyjść.
-Dobrze więc, posiedźmy sobie minutę w windzie.
-Dobrze. –uśmiechnął się zabójczo. Od tego uśmiechu nie umiałam oderwać wzroku. Przygryzł dolną wargę. Musiałam zamknąć oczy i wziąć głębszy oddech, by nic po sobie nie zdradzać. On dostrzegając to zbliżył się do mnie jakby to udostępniając drogę do guzików windy z piętrami.
-Nie rób tak.-szepnęłam.
-Dlaczego?-powiedział ochryple. Jego bliższa obecność sprawiła, że zupełnie skrócił mi się oddech. W podbrzuszu rozsadzało mnie przeklęte stado motyli. Zaczęło mi się kręcić w głowie. Przeklęte małe pomieszczenia. Zrobiłam jeden krok w przód. Kiedy jednak zobaczyłam jego cwany uśmieszek zrezygnowałam. Przecież umiałam dotrwać do cholernej minuty!

Stanęłam naprzeciw niego opierając się o drzwi windy. Przymknęłam na chwilę oczy. Nic. Spojrzałam na niego błagalnym spojrzeniem. Zwilżenie warg językiem przegięło szalę. Z rozwścieczeniem podeszłam i uderzyłam w guzik na samej górze. Winda ruszyła. Nie miałam siły spojrzeć na Marco. Byłam zbyt sfrustrowana. Tupiąc obcasem czekałam aż drzwi się otworzą. Wybiegłam z tej windy jakby paliło mi się pod podeszwami. Stanęłam pod drzwiami do jego apartamentu i czekałam aż wyjmie klucze. Robił to wyjątkowo wolno. Specjalnie!

-Panie przodem. –otworzył na oścież drzwi specjalnie dla mnie. Nie spoglądając na niego weszłam do mieszkania jak burza. U progu zdjęłam szpilki i położyłam kwiaty na szafce. Musiałam ochłonąć, potrzebowałam chwili czasu. Przeszłam do moich utęsknionych pięknych, wielkich okien rozpościerających się na panoramę Dortmundu. Miasto było przepięknie oświetlone. Widok nocą robił naprawdę duże wrażenie. W tle na wzgórzu zauważyłam podświetlony jasno stadion.

-Woda. –usłyszałam koło siebie jego głos.
-Dziękuję.-odpowiedziałam zabierając szklankę z jego ręki. Wypiłam wszystko do dna.
-Hej, nie bądź taka spięta. –wyczułam, że się uśmiecha. Stanął za mną i ścisnął dłońmi moje ramiona. Wygięły się na początku do góry, a ja odczułam lekki ból, jednak po chwili było lepiej. –To nie jest wiążące. Ani nic. Po prostu wiemy oboje co czujemy względem siebie. Możesz przecież podjąć inną decyzję.
-Pocałuj mnie, Marco. –odwróciłam się przodem do niego. On badał uważnie mnie swoimi pięknymi oczami i próbował pojąć moją nagłą zmianę.
-Nie mogę.
-Możesz. Proszę.
-Nie, Rose. Chodź, usiądziemy. –złapał mnie za rękę i pociągnął wręcz w stronę kanapy.
-W takim razie porozmawiajmy. –zaczęłam, kiedy tylko usiadłam na kanapie. –Dlaczego nie chcesz mnie pocałować? Tylko w windzie chcesz?
-Przestań się czepiać windy!-zaśmiał się serdecznie i spojrzał na mnie z czułością. –Nie chcę cię pocałować, bo wiem, że jak to zrobię, to już nie przestanę. Nie oddam cię już potem nikomu, nie pozwolę ci odejść i znów nie będziesz miała wyboru.
-Chcę wiedzieć jedno.
-Pytaj. –odpowiedział poważnie poprawiając się wygodnie na drugim końcu kanapy, na której siedziałam. Spojrzał odważnie w moje oczy oczekując.
-Czy z tego co powiedziałeś mam rozumieć, że jeśli nie wyjdę za ciebie nasze drogi się rozejdą i nie będziemy nawet przyjaciółmi. Będziemy musieli o sobie zapomnieć.
-Tak.-stwierdził uważnie mnie obserwując. –Rose.. Nie umiałbym inaczej.
-W takim razie mnie pocałuj. –poleciłam z całą pewnością. Bałam się tego, co mnie czeka ale wiedząc, że on zawsze będzie tuż obok dawała mi uczucie spokoju.
-Zastanów się dobrze…
-Marco, do cholery. –warknęłam i przechodząc na kolanach po kanapie usadowiłam się okrakiem na jego umięśnionym brzuchu i połączyłam nasze usta. Wreszcie.

On sam dopiero po chwili ocknął się oddając i znacznie pogłębiając pocałunek. Chwycił mnie w talii i podniósł tak, że to ja znajdowałam się pod nim. Co mi odpowiadało. Jego pocałunki z początku delikatne zmieniały się na bardziej wygłodniałe, pożądliwe. Dłońmi zaczął błądzić od moich bioder, przez brzuch aż do piersi delikatnie uciskając. Nie myślałam nawet, czy idzie to zbyt szybko, czy tak powinno być. Ja go po prostu pragnęłam całą sobą, każdym skrawkiem ciała. Ostrożnie i niepewnie położyłam dłonie u dołu jego brzucha i delikatnie zaczęłam przesuwać je w górę. Będąc już przy jego szyi delikatnie rozpięłam pierwszy guzik jego koszuli. Drugi, trzeci, czwarty… Nasze usta pieściły się wzajemnie w ognistym tańcu. Czułam się w tym stanie jak pijana. On mi uderzał do głowy.
Nie poczułam nawet kiedy rozpiął mi zamek sukienki. Jedynie jedno pociągnięcie dzieliło mnie, by być teraz przed nim prawie naga.
Kiedy rozpięłam jego koszulę zeszłam pocałunkami z ust poprzez żuchwę na szyję i klatkę piersiową delikatnie od czasu przygryzając jego cudowną skórę zębami. Za każdym razem jego oddech przyspieszał a z ust wychodził cichy i nienaturalnie niski pomruk. Z premedytacją pozostawiłam dwie malinki pod jego prawą piersią. Sytuacja w windzie i ciągła jego bliskość tego wieczora zabrały mi skrawek trzeźwego myślenia.

-Wystarczy tego, wampirzyco. –uśmiechnął się zaciskając zęby z przyjemności. Podniósł się i jednym ruchem ręki bezproblemowo zsunął ze mnie sukienkę i rzucił ją na parkiet koło kanapy. Sam też zdjął swoją rozpiętą koszulę, która dołączyła do mojej garderoby. Pisnęłam kiedy poczułam, że unoszę się w powietrzu. Oplotłam go nogami w biodrach, gdy zaczął zmierzać na górę, do sypialni. Z uśmiechem zaczęłam składać pocałunki wzdłuż obojczyka. Wplotłam palce w jego aksamitne włosy delikatnie je pociągając. Koło mojego ucha wydobyło się ciche mruknięcie.
Wszedł do swojej sypialni spowitej w ciemnych kolorach. Przeszedł kilka kroków i ułożył mnie ostrożnie po środku łóżka. Sam stanął przed nim i ściągnął swoje spodnie i białe buty od Nike. Każdy milimetr jego ciała był niesamowity, perfekcyjny. Kusił, bym go dotknęła, zasmakowała. Posiadał naprawdę wysportowane ciało. Mogłam teraz mieć okazję, by mu się bezwstydnie przyjrzeć wpadając także od tego w kompleksy. Kazałam mu więcej jeść. 
Z uśmiechem tygrysa i płonącymi oczami wszedł na łóżko i opierając dłonie po dwóch stronach mojej głowy ponownie złączył nasze usta tłumiąc tym mój cichy chichot.

-Wyglądasz tak cholernie pięknie w tej bieliźnie, Rosalie. –mruknął trącając nosem mój policzek. Na nim trochę wyżej poczułam, jak łaskocze mnie swoimi długimi rzęsami. Na całym ciele przeszły mnie ciarki. I nie była to kwestia chłodu. On zaczął wyznaczać jakąś ścieżkę przez pocałunki od mojego obojczyka, przez piersi aż do miejsca, gdzie znajdował się mój tatuaż. Delikatnie obrysował go opuszkiem palca podziwiając jednocześnie. Śladem palca poszły także jego usta. Ja sama stałam się czymś w postaci galarety. Drżącej, bezsilnej galarety.
Jęknęłam przeciągle czując, jak pociąga delikatnie zębami mój kolczyk w pępku a po chwili dmucha ostrożnie w to samo miejsce. Czułam jego oddech na praktycznie każdym centymetrze mojej skóry. Dłonią pieścił moje uda, druga pobiegła pod plecy, które wygięłam, by umożliwić mu odpięcie zbędnej odzieży.
-Rose…-westchnął ciężko obserwując uważnie moje ciało.
-Nie patrz tak... Czuję się skrępowana..
-Dlaczego? Jesteś taka piękna..
-Nie wiem…
-Nie kochasz swojego ciała? Powinnaś. –oznajmił zachrypniętym głosem i zbliżył się do moich ust, by delikatnie je ugryźć podczas pocałunku.
-Lubię je, ale przy tobie.. Po prostu stwierdziłam, że mam wiele do poprawki.
-A ja ci pokażę, że nie.
Wypowiedziane słowa były taką oczywistością dla niego. 
Pokazał całując każde miejsce mojego ciała z wielką czcią i pożądaniem. Odpływałam w zupełnie inny świat. W mojej głowie zaczęło szumieć, a ja przez jego dotyk traciłam zmysły. A może one właściwie się wyostrzały? Czułam jego każdy dotyk, oddech, jego spojrzenie..wszędzie.
-Zabezpieczasz się?-nachylił się do mojego ucha. Otworzyłam oczy niczym ocucona.
-Słucham?
-Bierzesz…
-Nie.-przerwałam mu. On tylko kiwnął ze zrozumieniem i nachylił się do szafki nocnej. Miałam ochotę jakoś się zakryć. Leżałam przecież pod nim całkiem naga, jednak po chwili znów poczułam na sobie jego wzrok. Jakby czytał mi w myślach i upominał, żebym nawet o tym nie myślała.
-Rozbierz się, Reus. To niesprawiedliwe.
-Dlaczego ja? To twoja działka. –uśmiechnął się szczerze. Mógł naprawdę powiedzieć to wcześniej. Teraz, kiedy moje ciało drżało w napiętym oczekiwaniu jego dotyku nie byłam w stanie nawet ruszyć ręką. Próbowałam ją wyciągnąć w jego stronę, lecz skończyło się to bardzo żałośnie, bo opadła na zagłówek łóżka pod wpływem pocałunków na mojej nodze. Nie panowałam nad sobą. Rozpierało mnie nieznane dotąd uczucie. Sprawiało, że zapominałam o całym wszechświecie. W tym jednym momencie cały wszechświat stanowiliśmy my. Spojrzałam na niego spod przymrużonych powiek. Zrzucał właśnie na podłogę swoje czarne bokserki. Wspiął się na rękach i znów nachylił swoją twarz do mojej. Poczułam jak ściska moje biodro jedną dłonią i kciukiem masuje powierzchnię skóry.
-Co ty ze mną zrobiłeś? –szepnęłam i skupiłam się na całowaniu miejsca przy jego szyi, które możliwe, że było miejscem, które działało na niego trochę mocniej. Wypuścił głośno powietrze i delikatnie zatrzepotał swoimi długimi rzęsami.
-A ty? –odpowiedział po raz ostatni muskając moje usta.
 Może powinnam mieć obawy ale w jego ramionach czułam się bezpieczna. Może nawet w jakimś pokręconym stopniu kochana. Było mi naprawdę dobrze. Bo byłam z nim. Mimo, że nie łączyła nas prawdziwa miłość..okazywaliśmy ją sobie. Może to było najgłupsze, co mogłam wymyślić ale tak właśnie się działo. Kochaliśmy się, fizycznie. I było mi z tym lepiej niż dobrze.
Krzyknęłam jednocześnie mocno drapiąc go paznokciami po plecach i wbijając je w nie czując lekki dyskomfort mieszający się z nieznacznym bólem czując go wypełniającego mnie.
-Do jasnej cholery, Rose. –otworzył oczy i spojrzał na mnie zastygając w bezruchu. –Powiedz mi, że już kiedyś to robiłaś…
-Ja… Nie…-szepnęłam cicho. Zamknęłam oczy ze wstydu. Zaczęłam już przyzwyczajać się do tego nowego uczucia. Moja twarz musiała być teraz czerwona jak burak. –Nie bądź zły… -szepnęłam –Nie niszczmy tej chwili, jest wspaniała..
-Chcesz przestać?-zapytał. Rozumiałam, że i ja postawiłam go w trudnej sytuacji. Był zupełnie zmieszany i nie wiedział co robić. Rozum mówił jedno a ciało zupełnie co innego.
-Nie. Jest dobrze. Naprawdę. –zapewniłam i zacisnęłam rękę na prześcieradle delikatnie je mnąc. Drugą ułożyłam na jego policzku gładząc jego powierzchnię. On znów ostrożnie zaczął poruszać biodrami zamykając przy tym powieki, czerpiąc czystą przyjemność. Odrzuciłam głowę do tyłu, wciskając ją w poduszki, gdy zaczęłam się przyzwyczajać a nowe odczucie z bólu powoli zaczęło zmieniać się w przyjemność. 
Jego usta natarczywie zaczęły całować moje jakby jednocześnie przepraszając i dziękując. Czułam ogromne szczęście i przyjemność będąc tu, z nim, dzieląc i rozkoszując się wspólnie tę chwilą. Po jego przymkniętych oczach wiedziałam, że jest mu dobrze. Cieszyło mnie to. Nikt ani nic nie mogło odebrać nam tej chwili. Była tylko i wyłącznie nasza, intymna. Mogliśmy nacieszyć się sobą i zapomnieć o wszystkich problemach.
Sama nie mogłam się nadziwić, jak jedna osoba, w jeden wieczór może mi zapewnić tyle niesamowitych doznań. Moment, w którym osiągaliśmy spełnienie był nie do opisania. Straciłam zupełnie świadomość. Nie miałam pojęcia co się dzieje ale chciałam, żeby to uczucie trwało jak najdłużej. Marco również po kilku chwilach znalazł się w takim stanie jak ja mocno zaciskając zęby, a palce jego rąk mocno wbiły się w moje żebra sprawiając delikatny ból. Ten był jednak niczym wiedząc, co sam czuje. Bądź co bądź, dzięki mnie.
Wykończony opadł na mnie przygniatając ciężarem swojego ciała. Położył głowę tuż koło mojej szyi drażniąc ją swoim wyrównującym się powoli oddechem.

-W porządku?-szepnął ciężko.
-Bardzo w porządku. –uśmiechnęłam się słabo i położyłam niepewnie dłoń na jego policzku. Pogłaskałam miejsce, w którym czułam jego delikatny zarost. Jego usta wykrzywiły się w półuśmiechu. Ten widok zupełnie mnie rozczulił. Musnęłam jego policzek ustami i znów wróciłam do poprzedniej pozycji. On nabrawszy sił podniósł się z łóżka i skierował do łazienki, oznajmiając mi krótko i hasłowo, że zaraz wraca.
Poczułam naprawdę spore zmęczenie. Wzięłam spode mnie cieniutką kołdrę i otuliłam się nią szczelnie. Nie miałam siły szukać mojej bielizny, pozwoliłam sobie ten jedyny raz spać bez niej, skoro już tego wieczora robiłam odstępstwa od wszystkiego co tylko mogłam. Zastanawiało mnie czy powinnam zostać tu z Marco, czy może lepiej wrócić do siebie do pokoju. Bałam się tego, co przyniesie jutro. Naszej relacji. Świat stanął zupełnie na głowie.

-Tak spać nie będziemy. –usłyszałam chwilę później jego głos. On chociaż był grzeczny i wysilił się na odszukanie swojej bielizny.
-Właśnie o tym myślałam, pójdę do siebie..
Kiedy tylko wszedł na łóżko jednym, szybkim szarpnięciem zabrał ze mnie kołdrę przez co pisnęłam z zaskoczenia.
–Nie odsuwaj się ode mnie. To do niczego nie prowadzi, skarbie. –powiedział czule i nachylił się w moją stronę. Złapał mnie umiejętnie w talii i pod kolanami i przeniósł na sam środek łóżka, gdzie też sam się położył. Przyciągnął mnie do siebie tak, że oplatałam nogą jego nogi, głowa leżała tuż przy jego szyi a dłoń spoczywała na jego klatce piersiowej. Skarbie. Powiedział do mnie skarbie. 
On sam także objął mnie mocniej przyciągając do siebie. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Marco Reus potrafił być szalenie romantyczny i czuły. Chciałam tego więcej.
-Mam zostać?
-Tak. Tak robią zwykle normalni ludzie żyjący ze sobą. A my właśnie próbujemy nimi być. Dobranoc, Rosie.
-Marco?-zapytałam niepewnie i wlepiłam w niego dość intensywne spojrzenie.
-Tak?
-Czy tobie..było dobrze?
-Szalenie dobrze. Dziękuję ci za tę noc, była naprawdę piękna. A teraz już druga i naprawdę musimy spać.
-Dobranoc. –uśmiechnęłam się usatysfakcjonowana jego odpowiedzią i musnęłam delikatnie jego bark, który akurat znajdował się na wysokości moich ust.
Odpłynęłam w naprawdę mocny sen.
Pozytywnie wykończona, szczęśliwa i z motylami w brzuchu, które wciąż nie ustawały swoich pląsów. Bałam się jednego. Tego, że się zakocham.




***



Z samego rana obudził mnie aromatyczny zapach świeżo parzonej kawy. Zamrugałam oczami i otworzyłam je obserwując to, co się koło mnie działo.

-Dzień dobry.-usłyszałam jego aksamitny głos. Stał tuż nade mną stawiając na stoliku nocnym drewnianą tacę ze śniadaniem.
-Dzień dobry. Dla mnie?
-Yhym. –potwierdził i przysiadł na kawałku łóżka. –Ja już zjadłem. Musiałem cię obudzić, bo już dziewiąta. Ann z Mario będą się martwić a ja chciałem jeszcze cię o coś zapytać.
-Dobrze, ale najpierw śniadanie, bo pachnie niesamowicie. –uśmiechnęłam się podnosząc do pozycji siedzącej. Naciągnęłam kołdrę wyżej, by nic nie odsłaniała. Wzięłam tackę i położyłam ją sobie na kolanach. Jajecznica z boczkiem, lekkie pieczywo, muffinka i miseczka z owocami. Ucztę zwieńczała przepyszna kawa z pianką. Wzięłam pierwszy kęs jajecznicy. Była naprawdę przepyszna.
-Ty na pewno nic nie zjesz? Trochę dziwnie się czuję, jak tak siedzisz obok i po prostu patrzysz jak jem.
-Mi to nie przeszkadza, jedz spokojnie, smacznego.
-A o czym chciałeś porozmawiać?
-W sumie mam dwie sprawy. Może najpierw ta przyjemniejsza. Dziś po południu jest wylot.. Już wcześniej wykupiłem dla nas podróż poślubną. Chciałbym, żebyśmy teraz tam polecieli i wzięli ślub. Spisałem u prawnika umowę, że po roku możemy wziąć rozwód bez orzekania winy żadnej ze stron z uczciwym podziałem majątku…
-Nie chcę pieniędzy. –przerwałam mu. –Nie wezmę nic.
-Dostaniesz mieszkanie i pieniądze na życie.
-Nie, Marco. Teraz wybierałam między mieszkaniem a małżeństwem z tobą. Nie mówiłeś nic o tym, że wybierając małżeństwo dostanę jakże niespodziankę w postaci mieszkania. To nie jest fair.
-Przedyskutujemy to innym razem. –oznajmił głosem nieznoszącym sprzeciwu, którego nie znosiłam. Był uparty jak osioł. –Chcę tylko wiedzieć, czy wyjeżdżamy czy pobieramy się w Dortmundzie a wyjazd przepada? Decyzja jest twoja.
-Oczywiście, że jedziemy. Dokąd?
-Karaiby. Poczekaj, zaraz wrócę, telefon. –uśmiechnął się przepraszająco i wyszedł szybszym krokiem z sypialni. A ja się rozpłynęłam. Sami z Marco na Karaibach. Czego więcej chcieć? Na mojej twarzy zagościł naprawdę szeroki uśmiech. Nie mogłam już doczekać się tej chwili, w której zobaczę piękny ocean.

Jadłam właśnie czekoladową muffinkę, gdy Marco wszedł z powrotem do sypialni mając w ręku moją sukienkę z poprzedniego wieczoru.
-Dzwonił Mario, już się o ciebie martwi.
-Skąd wiedział, że tu jestem?
-Nie wiedział i nie wie. Dzwonił do André ale nie odbierał, pewnie śpi na kacu życia.
-Dzisiaj miał mieć trening…
-Cóż. –wzruszył ramionami –Jego wybór, jest dorosły. Z resztą, nie teraz o nim. Lot jest o piętnastej, musimy być na lotnisku na czternastą. Przyjedziesz taksówką? Ja nie biorę samochodu, bo nie miałby kto mi go odstawić. A Yvonne… Cóż. Kocham ją ale nie powierzę samochodu. –uśmiechnął się rozbrajająco i przeczesał rozczochrane na wszystkie strony włosy. Ups. Chyba to była moja sprawka.
-Dobrze, przyjadę taksówką, tylko.. Nie wiem czy mam odpowiednie rzeczy jak na take ciepłe wyspy. Nie mam ani jednego kostiumu kąpielowego.
-O kostium możesz poprosić Ann, jeśli chcesz mieć szybko. Wydała ostatnio jakąś kolekcję, w sumie nawet jej jeszcze nie oglądałem, choć Mario zrobił mi szturm z linkami do strony internetowej. Na pewno ma w domu jakieś jeszcze na zbyciu. A pozostałe ubrania można kupić na miejscu. Znajdziemy jakiś sklep. Najwyżej zrobimy ci sukienkę z liści palm.
-Uroczo. –roześmiałam się i wzięłam łyk kawy. Mleczna pianka została na nosie, co wywołało uśmiech piłkarza. Nachylił się i wskazującym palcem delikatnie ją starł po czym włożył opuszek palca do ust, co było okropnie seksowne. Odstawiłam tacę na bok i pociągnęłam Marco za rękę tak, że usiadł tuż koło mnie. Nawet nie uprzedzając nachyliłam się do niego i delikatnie pocałowałam. On zamruczał z zadowoleniem niczym rasowy kot i posłał mi szczery uśmiech.

-Uwielbiam, kiedy mnie całujesz. –uśmiechnął się oblizując wargi. Usiadł w siadzie skrzyżnym naprzeciwko mnie lekko poważniejąc.  –Rose… Chodzi jeszcze o wczoraj… Znaczy może już nawet o dzisiaj, o noc. Dlaczego mi nie powiedziałaś wcześniej?
-Nie wiem, Marco. Nie było chyba na tyle stosownej okazji. A kiedy byliśmy już w sypialni nie myślałam o niczym innym tylko o tobie i o przyjemności, którą mi dajesz.
-Nie wiedziałem co mam robić. Nigdy jeszcze nie… Po prostu żadna dziewczyna..
-Przepraszam. Następnym razem już cię uprzedzę.
-Doprawdy?-po poważnej minie nie zostało ani śladu. Znów mogłam widzieć go roześmianego i szczęśliwego. –A o czym następnym razem chcesz mnie poinformować?
-Że już to robiłam i było mi cholernie dobrze. –powiedziałam i chciałam do niego wstać, jednak w ostatnim momencie przypomniało mi się o braku bielizny. Marco wyszczerzył się w szerokim uśmiechu.
-No chodź, chodź.
-Daj mi najpierw moje rzeczy.
-Sama weź. –droczył się i specjalnie wstał z łóżka. Oparł się o ścianę naprzeciw i oglądał moje poczynania.
-To mi chociaż pokaż, gdzie je rzuciłeś.
-Nie wiem gdzie rzucałem. Nie tym byłem zajęty. –uśmiechnął się zakładając rękę na rękę. 
Owinęłam się szczelnie kołdrą i postawiłam nogi na podłodze. Schyliłam się przytrzymując materiał nie chcąc dawać piłkarzowi satysfakcji. Z większą bądź też mniejszą gracją znalazłam obie części bielizny. Razem z kołdrą przeszłam też do łazienki, żeby się ubrać. Znajdując grzebień przeczesałam włosy tak, żebym wyglądała jeszcze w miarę jako człowiek. Wychodząc z łazienki złożyłam kołdrę i położyłam ją na łóżku.

-Nie masz przypadkiem jakiejś gumki?-zapytałam zakładając uporczywy kosmyk włosów za ucho.
-W szufladzie szafki nocnej powinna być. –odpowiedział obojętnie i zaczął przeglądać coś w telefonie. Otworzyłam szufladę i jednocześnie w tym samym momencie dotarł do moich uszu jego głośny śmiech.
-Do włosów, Reus!-zaśmiałam się i podeszłam do niego grożąc palcem. –Bardzo śmieszne.
-Nie doprecyzowałaś pytania.
-Następnym razem sto razy wcześniej się zastanowię. Idziemy?
-Tak. –odparł uśmiechnięty i przepuścił mnie w drzwiach sypialni. W przedpokoju założyłam moją marynarkę i szpilki.
-Będziemy tu mieszkać?-zapytałam zupełnie spontanicznie opuszczając apartament.
-A chcesz?
-Tak, lubię to mieszkanie.
-To dobrze. –uśmiechnął się zakluczając drzwi. Wciskając guzik windy spojrzał na mnie kątem oka. Myśleliśmy o tym samym.  –Pewnie to jeden z powodów, dlaczego chcesz tu mieszkać.
-To będzie moim sekretem i się nie dowiesz.
-Ale mogę się domyślać.
Wsiedliśmy do windy. Całą trasę w dół biliśmy się na spojrzenia. To samo uczucie co zawsze jadąc z nim. Wychodząc na podziemnym parkingu równo odetchnęliśmy. Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w kierunku osiedla Mario.

-Marco, jak mam utrzymać w tajemnicy nasz wyjazd? Przecież muszę od Ann pożyczyć walizkę, a bez podania przyczyny oni mnie z domu nie wypuszczą tak łatwo.
-Więc im powiedz. To przyjaciele, w sumie wiedzą wszystko…Może na razie nie są nie bieżąco, ale znając zacięcie detektywistyczne Mario…
-Coś o tym wiem. Mógłbyś zatrzymać się trochę wcześniej? Chcę mieć trochę życia a nie od razu naskok. A znając ich zacięcie detektywistyczne…
-W porządku. Zatrzymam się tu. –wskazał na wolne miejsce parkingowe koło jakiegoś innego bloku. Gdy silnik zgasł posłaliśmy sobie spojrzenia. Mieliśmy chyba oboje zbyt wiele słów do powiedzenia, by którekolwiek wybrać.
-Wszystko w porządku? –zapytał pierwszy
-W najlepszym. Dziękuję ci za tą noc. Nigdy jej nie będę żałować. Byłeś wspaniały, czułam się naprawdę cudownie i wyjątkowo.
-Bo jesteś wyjątkowa. –rzucił zamyślony jednak chwilę później zamrugał kilkakrotnie oczami przywracając się do stanu normalności. –Było wspaniale i cieszę się, naprawdę, że wybrałaś tą opcję. Cenię to, jaka jesteś. Chcę jednak się dowiedzieć o tobie czegoś więcej.
-I ja także. Myślę, że na urlopie będziemy mieli bardzo dużo czasu.
-Zdziwisz się, jeśli nam go zabraknie.- jego jedno spojrzenie wystarczyło, żebym złapała aluzję.
-Nie pozwolę ci się uzależnić.
-Czasem nawet pierwszy papieros uzależnia. Mogę więc twierdzić, że już jestem uzależniony.
-Dobra, nie przedłużam. Też się sam musisz spakować. Do zobaczenia na lotnisku.
-Będę czekał. Jak coś to dzwoń.
-Najpierw mnie odblokuj!-zaśmiałam się i otworzyłam drzwi pasażera.
-Odblokowałem cię zaraz po tym, kiedy wyszłaś z zaplecza sklepu. Rose, poczekaj. –złapał mnie za dłoń i znów usadził na siedzeniu. Zaskakując mnie pocałował zachłannie przyciągając do siebie. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Założyłam dłonie na jego kark i pogłębiłam pocałunek. Czułam się jak zakochana nastolatka w nieosiągalnym i megaprzystojnym koledze ze szkoły. Przerwaliśmy dopiero, kiedy skończył nam się oddech. Nic więcej nie mówiąc chwyciłam kwiaty i otworzyłam drzwi.
-Do zobaczenia. –puściłam mu oczko i zamknęłam drzwi. Idąc w kierunku bloku Ann jeszcze odwróciłam się do niego, gdy wycofywał się z osiedla i pomachałam mu. W odpowiedzi dostałam jego piękny uśmiech i mrugnięcie wszystkich świateł Astona Martina. Marzenie.




Ciekawa reakcji pary otworzyłam kluczem modelki drzwi. W mieszkaniu słychać było muzykę z zestawu głośników Götze. Nie ściągając nawet butów weszłam do środka.

-Heej.-przywitałam się nie zdradzając nic. Ann jak zwykle majstrowała coś w kuchni, a Mario leżał na kanapie czytając książkę.
-O! Znalazła się zguba.-powiedział uszczypliwie brunet odkładając książkę na podłogę. Wzięłam swój telefon, który zostawiłam na stole zanim wyszłam i sprawdziłam połączenia. Tylko jedno nieodebrane od Mario. Przeszłam do moich siatek i zdjęłam przy nich buty i marynarkę.

-O nie wierzę. O nie wierzę! Nie wierzę! –Ann podeszła do mnie i pociągnęła bliżej okna na balkon by lepiej zobaczyć. –Ty. Masz. Dwie. Malinki. Na. Piersi. –oznajmiła wytrzeszczając oczy. Cholerna sukienka i jej głęboki dekolt. Co prawda nie miałam typowych „cycków na wierzchu” ale odsłaniała kawałek…który nie byłby w stanie obejść się bez reakcji modelki.
-Ooo, pokaż. –rozweselił się Mario i chciał przepchnąć Ann na bok.
-Zboczeniec!-roześmiałam się i poszłam do kuchni, żeby przygotować sobie wodę z cytryną. Spojrzałam na zegar. Miałam jeszcze chwilę czasu, a biorąc pod uwagę ilość rzeczy, które posiadam miałam bardzo dużo czasu.

-Na szyi też ma!-z chytrym śmiechem wytknął mi Mario wskazując na mnie palcem. Musiałam przeprowadzić poważną rozmowę z Marco odnośnie zostawiania na mnie śladów. Miałam brać ślub z prawdopodobnie wielką, czerwoną malinką na szyi. W samolocie wszyscy będą się na mnie gapić jak na dziwadło i będę się kiepsko z tym czuła.
 Wzięłam szybko telefon i napisałam wiadomość do blondyna.


„I kto tu jest wampirem, wampirze? Za szyję nie wybaczam. Nie-wiem-czy-do-zobaczenia. Pozdrawiam.”

 Może choć taka wiadomość da mu coś do myślenia.

-Jeśli takie rzeczy się wyczynia pod pretekstem spotkania wieczorem to kurde… Nasze kolacje z Mario są przeterminowane i passe! –nie dawała za wygraną Ann. Usiadła na stołku naprzeciwko mnie a chwilę później dołączył do niej i Mario. Oni byli tacy sami! Znaleźli się i dobrali jak mało kto.
-Ale wiesz co jest najlepsze? Że znam André szmat czasu… Nigdy bym nie powiedział, że pójdzie na..aż taką całość na pierwszej randce.
-Oj tam. Emocje czasem biorą górę. Lepiej powiedz jak było!
-Bardzo przyzwoicie. –uśmiechnęłam się nalewając wody do szklanki.
-Oj nie, nie. O takich rzeczach nie mówi się, że były przyzwoite.
-Oj daj jej spokój, kochanie. Nie widzisz, że chodzi z głową w chmurach? To coś poważnego?
-Nie wiem, może. Ann, pożyczyłabyś mi walizkę lotniskową i kostium kąpielowy? Mogę od ciebie kupić, słyszałam, że wydałaś linię i może masz coś w domu…
-Gdzie ty wyjeżdżasz?
-Na wakacje.
-Ale Schürrle dopiero zaczyna treningi…-zmarszczył brwi Mario wykrywając, że coś nie pasuje. –Zaraz. To nie Schürrle, prawda?
-Brawo, Mario. –puściłam mu oczko i zręcznie wyminęłam osłupiałą parę.
-Stój! –zatrzymał mnie wyprzedzając i poleciał na mnie tak, że oboje przewróciliśmy się na kanapę. Ja miałam taką niekomfortową sytuację, że pączek Mario przygniatał mnie swoim słodkim ciężarem. Wolałam naprawdę leżącego na mnie Reusa, z całą wielką sympatią do Mario.

-Nie przeszkadzam, idę po walizkę!-zachichotała Ann i pobiegła do sypialni. Mario podniósł się na rękach jednak nie zamierzał ze mnie zleźć.
-Zmiażdżysz mnie zaraz.
-Czy ty chcesz mi powiedzieć, że Marco jest autorem…
-Tak. A teraz mnie puść.
-Nawet nie przypuszczałem.. Cholera. Nic mi nie mówił. Nie spodziewałem się tego po nim.
-Ani ja, Mario. Ale oboje jesteśmy dorośli i wiemy co robimy.
-Wiem, przepraszam, czasem martwię się o Marco jak o młodszego brata, choć to ja jestem od niego trzy lata młodszy. Teraz ty zostałaś ofiarą mojej troski brata. Choć w naszym wypadku ja naprawdę jestem starszy.
-Przyda mi się starszy brat. Takiego właśnie potrzebuję, żeby się zwierzyć, pogadać…
-Zawsze do usług, siostrzyczko. –uśmiechnął się szczerze i zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku.
-Muszę ci powiedzieć o czymś jeszcze. Może Marco wolałby przekazać ci to osobiście ale wiem, że dzisiaj się już nie zobaczycie.. A ty jesteś ważny dla Marco, dla nas…
-O co chodzi?-zmarszczył charakterystycznie brwi, zupełnie podobnie do Marco. Oboje robili to samo gubiąc się w jakiejś sytuacji. Mieli to po sobie, braciszkowie.
-Marco dał mi wybór. Zmienił to, co powiedział wtedy. Zapytał mnie o zdanie, przedstawił swoje… Choć nie był to szczyt wszystkiego co mógł poprawić..nie wymagałam tego od niego. Dostałam czego chciałam. Propozycję i możliwość głosu..
-Wybrałaś jego. Chyba, że tak właśnie się żegnaliście ale wnioskuję, że musiałabyś teraz płakać a nie stać tu promieniująca szczęściem na kilometr.
-Wybrałam. Bierzemy też ślub. Tam, na wyspie…
-Mówiłem mu, żeby dał z tym spokój. To durne.
-Nie, ja wiem na co się piszę. Ja… Byłabym teraz w stanie zrobić wszystko by być przy nim. Nie wiem, czy to zakochanie, czy zauroczenie… Ale ten ślub też daje mi gwarancję, że będziemy razem.. Chciałabym powiedzieć, że zawsze jak to w bajkach.. Moja bajka będzie trwała rok. Wiem, że będą wzloty i upadki, wiem jaki jest Marco i jaki ma ciężki charakter… I ja mam niełatwy. Postaram się zrobić wszystko, żebyśmy byli szczęśliwi, razem. Może się w sobie zakochamy, a może zbyt bardzo marzę… Tobie, jako jego bratu mogę obiecać, że nie skrzywdzę go. Wiem od niedawna, że pod pokrywą siedzi w nim delikatny i wrażliwy człowiek. Przepraszam za tak długi monolog…
-Nie pytam o nic więcej. Uspokoiłaś mnie i wiem, że nie muszę się martwić, choć pewnie i tak będę. Witaj w naszej świrniętej rodzince, siostrzyczko i bratowo w jednym. –uśmiechnął się i pełen wzruszenia mnie przytulił. W moich oczach też zebrały się malutkie łzy. Ale takie małe.
-Mario, Rose, nie chcę przeszkadzać, ale mam na linii Marco. –do salonu weszła modelka trzymając w dłoni iPhona bruneta. Uśmiechnęła się do nas przepraszająco. Musiałam jej jeszcze powiedzieć o ślubie, choć jej ta informacja będzie łatwiejsza do przekazu i mniej wzruszająca. Rozmowa z Mario zupełnie mną wstrząsnęła emocjonalnie. Coraz bardziej przekonywałam się, że Götze jest naprawdę wyjątkową osobą.

-Przepraszam. Chwila i go spławiam. –uśmiechnął się brunet mrugając delikatnie oczami nie dając łzom wypłynąć na wierzch.
-Znaczy… to telefon do Rose. –wyjaśniła. Po głowie przebiegło mi miliard pytań na raz. Nie chce jechać? Wycofuje się? Może mnie nie chce.. Pełna obaw wyciągnęłam dłoń po telefon.

-Halo?-zaczęłam widząc jak Ann i Mario wycofują się dając mi chwilę swobody.
-Na miłość boską, Rose! Dlaczego nie odbierasz? Dzwoniłem sto razy… Posłuchaj, przepraszam. Chciałbym bardzo, żebyś ze mną pojechała. Obiecuję, że nie będziesz żałować tego wyjazdu. Nie chcę, żebyś przeze mnie czuła się źle. Tak, poniosło mnie ale cholera.. Przy tobie tracę panowanie i nie mogę ci obiecać, że się poprawię. Mogę jedynie spróbować…
-Marco.. Nie pisałam tego na poważnie. Możesz być spokojny, będę na lotnisku jak się umawialiśmy. Będziesz sam mi maskował ślad na szyi w dzień ślubu. A malinki.. Skoro nie potrafisz nad tym zapanować może trzeba przestać..
-Nie zgadzam się.
-A co z małżeńską ugodą? Kompromisy?
-Na razie nie jesteśmy małżeństwem. –w słuchawce usłyszałam jego serdeczny śmiech, który działał naprawę kojąco na moje serce.
-Cieszę się, że mogliśmy wszystko sobie wyjaśnić, jednak ja muszę się spakować do końca..
-Do zobaczenia, Rosalie.
-Cześć, Marco. Wiesz, chyba jeszcze Mario chce coś jeszcze od ciebie.
-Jasne, daj mi go.

Podałam telefon Mario, który czaił się niczym kot za rogiem uśmiechając się pod nosem.
Tym razem to ja zostawiłam Mario samego i poszłam zobaczyć, czy Ann wynalazła jakieś kostiumy. Na początku zostałam przez nią mocno wyściskana i przyjęłam najszczersze gratulacje.
Ann zaraziła mnie takim entuzjazmem, że zaczęłam sama się cieszyć jak wariatka na ten ślub. Dostałam od Ann trzy rodzaje kostiumów, jeszcze zapakowanych w foliowe worki. Nie można było im odmówić piękna ale… Hmm… Były nieco odważne. Co mi tam z resztą, raz się żyje. Modelka też pożyczyła mi kilka letnich, długich a przede wszystkim przewiewnych sukienek. Były naprawdę śliczne i nie mogłam się doczekać aż je założę.
Dwadzieścia minut później cała walizka..a właściwie jej połowa była spakowana. Nie miałam nic więcej co bym mogła zabrać a i tak byłam ogromnie wdzięczna Ann, że użyczyła mi tylu rzeczy, które na pewno się przydadzą na tak ciepłą pogodę.

-Przyślijcie nam koniecznie fotkę ze ślubu. –uśmiechnęła się Ann odprowadzając mnie do taksówki. Mario kroczył tuż koło niej niosąc moją walizkę. Uparł się, ale miło z jego strony.
-Jak tylko powiedzą, że jesteśmy mężem i żoną strzelę selfie i wam wyślę. –zaśmiałam się podchodząc do bagażnika taksówki.
-Nie no, wtedy masz go pocałować. –przewróciła oczami modelka –Nie wmawiaj mi, że nie pocałujecie się, choć to może najbardziej fejkowy ślub świata…
-Ale niefejkowo się całują. I nie tylko.-stwierdził Mario poruszając sugestywnie brwiami.
-Wiecie? Chyba naprawdę dobrze, że wyjeżdżam. –powiedziałam odwracając się do pary. –Jak zaczynacie być nieznośni to na całego.
-Taki już nasz urok. Chodź, jeszcze raz cię uściskam.
Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Żyłam każdą małą chwilą, cieszyło mnie wszystko. Nie patrzyłam w przyszłość. To za daleko. Stanie się to, co się ma stać. Teraz jestem tutaj, w Dortmundzie, mieście, które zaczynam kochać. Ze wspaniałymi przyjaciółmi, na których mogę liczyć, z Mario, który ma wyjątkowe miejsce w moim sercu i Marco, który je powoli skrada…




~~~


Marco i Rose znów razem..na ile? Zobaczymy! Dziękuję za wszystkie komentarze! Takie właśnie kocham czytać!❤ André jeszcze nie znika, ale może będzie trochę mniej irytujący..powiedzmy haha:))
U mnie masa nauki i odliczam już utęsknienie do wakacji..
Za tydzień kolejny!
Zapraszam też do komentowania!;D
Buziaki!xx


sobota, 18 marca 2017

Dziewięć




Nie mogłam być spokojna i słuchać Mario, by dać nam, mnie i Marco, chwilę czasu na odetchnięcie. Kiedy kładłam się spać postanowiłam zrobić niewielkie przeszpiegi w internecie i zaczęłam czytać różne informacje o nim. Być może i część z nich była wyssana z palca ale w każdej plotce podobno jest też ziarnko prawdy. Dowiedziałam się między innymi, że ma problemy od początku roku z mięśniem przywodziciela, co wyklucza go na dłuższy czas z gry. Znalazłam też jego profile społecznościowe i prześledziłam ich znaczną część. Udało mu się zostać twarzą Fify, był twarzą Adidasa, a fani pisali setki komentarzy pod jego postami o ich tęsknocie za nim i życzyli mu dużo zdrowia. Cieszyłam się z tych słów, jakbym to ja była ich adresatem. Byłam z niego naprawdę dumna. Udało mi się także dotrzeć do jego zdjęć z dzieciństwa, w których się zupełnie zakochałam.
Zanim moje powieki zamknęły się by zapaść w sen i zasłużony odpoczynek napotkałam świeżo opublikowany artykuł Fanshopu Borussii.

„Z ostatniej chwili! Agent Marco Reusa potwierdził jego jutrzejszą obecność na podpisywaniu autografów i koszulek w sklepie przy Strobelallee 54 od południa. Serdecznie zapraszamy!”

Uśmiechnęłam się delikatnie i wiedziałam, że muszę tam pójść i za wszelką cenę zobaczyć go, porozmawiać i przytulić. Upewnić się, że nie zakończył naszej znajomości na zawsze, że będziemy się widywać. Dało mi to nadzieję. Dużą nadzieję.




***



Z samego rana poszłam do łazienki zrobić porządek z moimi włosami. Obudziłam się dość późno, jednak pierwszą myślą po przebudzeniu, było pytanie, czy gdyby wszystko poszło po myśli Marco byłabym już mężatką? Chyba im dłużej o tym myślałam czułam większy ból.

 Po wysuszeniu włosów musiałam jeszcze stoczyć z nimi batalię o dobre ułożenie. Pożyczyłam sobie odzywkę Ann wierząc, że stanie się cud, który odratuje moją fryzurę.
Wybrałam z siatek rzeczy, które chciałabym na siebie dziś założyć na wyprawę do sklepu Borussii, czyli na spotkanie z Marco. Musiałam jeszcze obmyślić plan, żeby i Mario i Ann wypuścili mnie bez żadnych pytań.

Gdy przywróciłam się już do stanu normalności postanowiłam zrobić dla naszej trójki śniadanie, choć mało wybitne. Liczył się gest, prawda? Jajka z rana podobno były zdrowe. Nawet chyba to się nazywa śniadaniem białkowym… Nie byłam specjalistką. Widząc jeszcze duży wybór w warzywach postanowiłam pokroić też avocado, ponieważ aż trudno mi było sobie przypomnieć kiedy ostatni raz je jadłam.
Kiedy posiłek był gotowy chciałam ich obudzić, jednak w tym samym czasie to oni wpadli zdyszani drzwiami wejściowymi w strojach do biegania.

-Byliście biegać? Tak rano?
-Dokładnie! –przytaknęła Ann, która wykończona podeszła po szklanki i nalała do nich wody. Jedną z nich przywłaszczył sobie Mario.
-Ja tu myślałam, że śpicie, chciałam was budzić na śniadanie.
-Śniadanie, to ja zawsze. –stwierdził Mario odstawiając szklanki do zmywarki – Tylko weźmiemy z Ann prysznic.
-Zapomnij! Najpierw ja, potem ty.
-Marz dziewczynko dalej. Zbyt długo musiałem na ciebie patrzeć podczas biegu…
-Idźcie już pod ten prysznic! Sami nie jesteście! –roześmiałam się i nałożyłam dla siebie porcję jajecznicy na talerz. Zakochani z wymalowanymi wielkimi uśmiechami trzymając się za ręce i posyłając czułe spojrzenia ruszyli do łazienki. Naprawdę cudownie było na nich patrzeć.Cieszyłam się, że są razem, bo mimo różnych charakterów pasowali do siebie idealnie.

Po śniadaniu razem z Ann i Mase odprowadziłyśmy Mario do ośrodka treningowego. Podziwiałam ich kondycję, bo pomimo długiego porannego biegu teraz także wybrali dłuższy spacer, a przecież mogli pojechać samochodem.
Moje jedno zmartwienie jak umknąć uwadze Mario zmyło się w jednej chwili. Została mi tylko Ann, która wbrew pozorom była też ciężkim zawodnikiem.
Ona sama cieszyła się, że pomoże mi przygotować się na spotkanie z André. Ten fakt jeszcze bardziej mnie drażnił. To nie tak, że nie lubiłam André, bo naprawdę lubiłam, jednak fakt, że na siłę chciał się spotkać nie pytając mnie o zdanie i chęci… Może nawet było to zaproszenie na randkę, o czym święcie przekonana była Brömmel.
Chciałam dotrzeć na miejsce jeszcze przed dwunastą, jednak kiedy dopiero zaczęłam się przebierać dochodziło za piętnaście. Włosy rozczesałam i użyłam prostownicy, by lekko je pofalować u dołu. Będąc gotowa wsunęłam na stopy wygodne baleriny i spakowałam torebkę.

-Ann?-zawołałam na cały apartament nie mogąc znaleźć modelki.
-Tutaj. –westchnęła niepocieszona i wyszła na korytarz z garderoby z malutką siatką.
-Hej, co się stało?
-Dziś miał być ślub… Kupiłam ci to jako prezent.
-A co to?
-Koszulka. –uśmiechnęła się słabo i wyjęła klubowy t-shirt Marco z jego nazwiskiem z tyłu.I numerem jedenastym, który nie świadczył o tym, że wychodził na boisko jako ostatni.
-No tak, miałam być panią Reus. Wiesz kiedy miał być ślub?
-O dwunastej. Dokładnie teraz.
-Cóż, zatem mogę już przyjąć prezent. Chętnie się w niej wybiorę kiedyś na mecz. –uśmiechnęłam się, co podzieliła też brunetka. Uściskała mnie i ucałowała w oba policzki.  –A ty w ogóle gdzieś wychodzisz?
-Tak, ale wrócę za godzinkę maksymalnie.
-Pamiętaj, że masz dzisiaj randkę!
-Dobrze mamo! Nie zepsuję fryzury! A koszulkę zabieram. –uśmiechnęłam się i puściłam jej oczko. Wyszłam z mieszkania równo z głośnym wydechem. Sukces. Na dole czekała już zamówiona przeze mnie taksówka.


***


Kiedy stanęłam pod sklepem zastałam tam ogromnie długą kolejkę. Wszędzie dookoła fotoreporterzy, a nad przeszklonym wejściem pełno czarno-żółtych baloników i banerów. Postanowiłam ustawić się w rosnącym z minuty na minutę wężu osób. Nie chciałam robić rozgłosu a tym bardziej poruszenia wśród kibiców, którzy chcieli jak najszybciej zrobić sobie zdjęcie ze swoim idolem i zdobyć autograf przepychając się przez wszystkich i zabierać Marco na stronę. 
Powoli kolejka przesuwała się do przodu, jednak kiedy tylko znalazłam się w środku sklepu zupełnie mnie zmroziło. Miałam ochotę raptem wypalić całą paczkę papierosów na raz przez łapiący mnie stres. Tuż koło stołu znajdującego się po środku, dostawiony był drugi, przy którym siedział André. Nie miałam pojęcia jak uda mi się zrobić tak, żeby porozmawiać z jednym nie zwracając na siebie uwagi drugiego. Niewykonalne. Miałam nadzieję jednak, że mój plan i zebrana odwaga nie pójdą na marne. Moje serce zaczęło uderzać w niewyobrażalnie szybkim tempie.

Obserwowałam ruchy obojga. André podpisywał się z zupełną naturalnością, uśmiechał się do każdego i zawsze się witał. Marco jednak był zupełnie inny. Z pozoru strasznie oschły, wykonujący wszystko machinalnie i na pośpiech. Wiele pewnie mogło go ocenić i zawieść się na nim widząc go w takim stanie, jednak ja gdzieś wewnątrz czułam, że toczy w sobie walkę. I może ja swoją obecnością wcale jej nie ułatwiałam ale nie tylko on toczył tu walkę.

Gdy nadeszła moja kolej położyłam prezent od Ann na blacie, który idealnie podpasował na te spotkanie. Napiął prawą ręką tkaninę koszulki, a lewą zręcznie napisał, albo bardziej nagryzmolił swój podpis.

-Możemy się spotkać na osobności?- zapytałam pewnie lekko nachylając się w jego stronę, tak, by nie słyszeli tego inni. Włosy opadły kotarą jakby zasłaniając nas przed niepożądanym André. Boże, jakie to trafne określenie. Niepożądany André. No bo naprawdę, bardziej kierowałabym pożądanie do Marco-Rudego- Reusa. Chociaż to i tak ostateczność i sytuacja skrajna. Dokładnie tak. 
-Nie umawiam się z fankami, nie jestem zainteresowany, nie mam czasu. –odburknął zamykając flamaster i nawet na mnie nie spojrzał.
-W takim razie poczekam póki nie skończysz i znajdziesz czas. Chciałam zadzwonić ale wolisz bawić się w dziecinne gierki, więc musiałam się pofatygować osobiście. –powiedziałam jeszcze ciszej jednocześnie jeszcze bardziej się do niego zbliżając. Marco od razu podniósł wzrok i nie wiedział co ma powiedzieć. Patrzył się na mnie niczym kot swoimi błyszczącymi oczami i myślał, że jego piękne spojrzenie wszystko załatwi. Nie tym razem.

-Rose..Ja.. –wykrztusił. Ochroniarz zaczął się zbliżać w moją stronę myśląc, że dzieje się coś niedobrego. Marco jednak uspokoił go skinieniem głowy i podniósł się z krzesła. –Za dziesięć minut mam chwilę przerwy, masz czas poczekać?
-Tak, nie ma problemu. –wzruszyłam ramionami. On spojrzał na jakąś kobietę trzymającą aparat. Chwilę później do nas podeszła.

-Mogłaby pani zaprowadzić ją na zaplecze, żeby zaczekała?
-Oczywiście, nie ma problemu. –uśmiechnęła się serdecznie. –Proszę, proszę, tędy. –zwróciła się do mnie uśmiechając firmowo i prowadząc wyminęła wysokie plakaty z podobiznami obu zawodników, które robiąc za tło oddzielały resztę sklepu. Przeszłyśmy do kas, a stamtąd dzięki specjalnej karcie magnetycznej przeszłyśmy do biur, magazynów i malutkiego pokoju dla personelu.

-Życzy sobie pani kawę, herbatę, wodę?
-Wodę, jeśli można.
-Żaden problem.-odpowiedziała energicznie i wyjęła z szafki małą buteleczkę wody i szklankę. Poprawiła pasemko tlenionych blond włosów przyciętych równo w boba i obsunęła bluzkę ku dołowi bardziej odsłaniając dekolt. Może była jakąś kierowniczką sklepu? Albo koordynatorka tej całej akcji z autografami. –Niestety muszę już wrócić na salę. Pan Marco powinien się niedługo zjawić. Jeśli czegoś pani będzie potrzebowała to po prostu niech pani wyjdzie, drzwi zatrzaskują się same, nie trzeba karty na wyście od środka.

-Dobrze, dziękuję bardzo. –uśmiechnęłam się i otworzyłam butelkę przekręcając mocno plastikową nakrętkę. 
Usiadłam wygodnie na dość małej ale funkcjonalnej jak na taki pokoik kanapie. Było stosunkowo ciemno przez brak światła, a światło lampy zamiast dziennego o takiej porze roku trochę mnie irytowało. Zawsze kochałam słońce, nawet jeśli raziło po oczach nigdy nie chciałam się przed nim kryć zasłaniając rolety.

Na równi, gdy woda sięgała połowy szklanki do pokoju wszedł Marco zamykając za sobą drzwi. Przeczesał palcami idealnie ułożoną fryzurę zastanawiając się zapewne co mógłby powiedzieć.

-Żeby się tu dostać kupiłaś aż koszulkę z moim nazwiskiem? –uśmiechnął się żartując dla rozluźnienia atmosfery. To jednak nie poskutkowało, bo ta robiła się coraz bardziej duszna. Moja warga nawet nie drgnęła w półuśmiechu. Przysiadł na podłokietniku fotela naprzeciw mnie.
-Nie, to miał być prezent od Ann na dzisiaj.. A nazwisko, cóż.. Miało być też moje. –powiedziałam cicho i spojrzałam na trzymany w ręku materiał. Malutki uśmiech wkradł się na moje usta myśląc o ślubie. Chyba z przyzwyczajenia zaczęłam składać bluzkę i włożyłam ją chwilę później na swoje miejsce w siatce gładząc dłonią jej powierzchnię. To nie aż takie przyzwyczajenie. To nerwy, które sprawiały nawet trzęsienie się moich dłoni.

-Rose… Ja naprawdę wszystko ci powiedziałem.
-Wiem, nie po to tu jestem. –westchnęłam i zaraz potem wzięłam głęboki oddech dodając sobie odwagi. –Pamiętasz, powiedziałeś mi, że małżeństwo miałoby ci dać stabilizację a zarazem naukę.
-To prawda, jednak nie wiem do czego zmierzasz. –powiedział ostrożnie patrząc na mnie badawczo. Unikałam na tyle ile mogłam jego wzroku, by nie stracić pewności. Oczy miał cudowne i nie musiał tego nikomu udowadniać wpatrując się nimi.
-Że masz rację, musisz się wiele nauczyć. Nie wiem jak wyglądał twój związek ze Scarlett i nie wnikam, bo to twoja prywatna sprawa ale chciałabym, żebyś wiedział jedno, choć już jak uważasz nic nas nie łączy… Powinieneś zawsze wysłuchać zdania drugiej osoby. Nawet jeśli go nie popierasz musisz przyjąć je do wiadomości i mieć na uwadze. Nie wiesz nawet jak ja się czułam! Byłam zaskoczona, skołowana… Odszedłeś zanim cokolwiek powiedziałam! Wtedy czułam się już zupełnie jak idiotka! Zablokowałeś mnie, żebym nie mogła się do ciebie dodzwonić! Kazałeś mi się wyprowadzić. Uciąłeś kontakt z dnia na dzień.
-Chciałaś tego…
-Skąd możesz wiedzieć? Skąd! Nie chcę zrywać kontaktu, nie jestem na ciebie zła, kazałam to nawet przekazać Mario!
-Przekazał… Nie wiesz wszystkiego o mnie i tym co czuję…
-Ani ty! I nie miałeś prawa podejmować decyzji za nas dwoje! Nie mogłeś mi powiedzieć, że nie chcesz brać już ślubu i co ja o tym myślę? Nie mogłeś mi powiedzieć, że masz mnie dość? To trudne mówić prawdę prosto w twarz ale to podstawa, Marco.
-Nie jest już za późno?-zapytał wpatrując się zamyślony w ścianę za mną. Cieszyłam się w duchu, że chociaż czymś do niego przemówiłam.
-Nie. Nigdy nie jest za późno.
-Możesz więc..
-Dlaczego?
-Co dlaczego?-zmarszczył brwi zupełnie nie rozumiejąc mojego pytania.
-Dlaczego mnie o to teraz pytasz? Dlatego, że ci nagadałam czy chcesz mnie poznać czy po prostu zbyć?
-Nie, Rosalie. Nie spałem w nocy bo cały pieprzony czas od naszego ostatniego spotkania myślałem o tym co się stało i co miał znaczyć list, który zostawiłaś. Nie wiedziałem, czy jesteś szczęśliwsza życząc mi ułożonego życia i małżeństwa czy po prostu zazdrościłaś. Musiałem sobie znaleźć zajęcie i poprosiłem menagera żeby przywrócił moją obecność tu. Jesteś zbyt skomplikowana, Rose.
-Wzajemnie, Marco.
-Dlaczego tak ci na mnie zależy?
-Bo mi zależy? Tak czasem jest. Ludziom zależy na sobie nawzajem. Nie wiem czy w tym wypadku ale mnie tak. Bardzo. Tęsknię za tobą i nie chcę sobie wyobrażać, żebyś po prostu mnie z dnia na dzień odciął. Chciałabym mieć chociaż z tobą kontakt przez telefon, jeśli nie chcesz się ze mną czasem spotkać…
-Zakochałaś się?-zapytał bezpośrednio, a moje serce zaczęło walić jak oszalałe. Ta rozmowa stała się zbyt poważna jak na takie miejsce i ograniczony czas.
-Nie. –odpowiedziałam po chwili ciszy.
-Zależy ci?
-Tak.
-A gdybyś miała tam na moście wybór… Zostałabyś i wyszłabyś dziś za mnie czy wolałabyś prowadzić z daleka dostatnie życie, skończyć prawo, spotkać miłość życia…

-Woody, widziałeś Ro… O! Rose! –do pokoju wszedł André przerywając nam w rozmowie. Wszystko legło w gruzach. Byłam naprawdę zła, jednak nie umiałam się gniewać na André długo. I dzięki niemu spotkałam Marco. Blondyn od razu przytulił mnie na powitanie i ucałował w policzek.
Kiedy odsunęliśmy się od siebie Marco zaczął wycofywać się z pomieszczenia z zaciśniętymi pięściami. Chyba jego stan emocjonalny był bardzo porównywalny do mojego sprzed chwili.

-Marco! –zawołałam za nim. On wolno odwrócił głowę i spojrzał na mnie zupełnie nic nie wyrażającym spojrzeniem. –Nie będzie już drugiej szansy powtórzenia tego. Nie cofniemy czasu.
-Ale nigdy nie jest za późno. –powtórzył moje słowa ponuro i wyszedł z pokoiku. Mimo wszystko coś ciepłego rozeszło się w moim ciele. Cieszyłam się, że zapamiętał, zrozumiał. Co więcej, byłam dumna i zaczęła mnie wypełniać radość. Z jednego zdania wypowiedzianego przez jego usta.


-Właśnie miałem do ciebie pisać. Zabieram cię do klubu. Jeden jest naprawdę fajny i większość piłkarzy tam chodzi. Mamy tam większą prywatność i swobodę. Jutro wznawiam treningi ale może po zjemy coś na mieście?
-Zobaczę…
-Źle złożyłem zdanie. To miało być oznajmujące. A dzisiaj idziemy się razem bawić. Potrzebujesz rozrywki, dziś nie masz dobrego humoru, więc czuję się odpowiedzialny.
-Mam wybór?
-Nie. –odpowiedział uśmiechając się szczerze, a ja zaczęłam myśleć, co w piłkarzach może być takiego, co nie pozwala zapytać kobiety o zdanie, wolę i uczucia.  –Przyjadę po ciebie w pół do ósmej.
-Będę gotowa. –westchnęłam z lekką niechęcią łudząc się, że wyczuje. 
Mimo całej sympatii jaką go darzyłam zachowanie takie nie działało przychylnie na jego stronę. On spojrzał na mnie spojrzeniem niczym zakochany psiak. Ostatnie, co pragnęłam dzisiaj to dawać kosza facetowi. André, może już nic więcej nie rób i nie mów żebym jakoś to przetrwała? Ja tam tylko idę pić i tańczyć!
Kiedy wychodziłam z korytarza omal nie zderzyłam się z Marco. 
On już nie był zły. On kipiał wściekłością. Nawet jeśli słyszał naszą rozmowę nie mógł mi zabraniać spotykania się z André. Nie byłam jego.

-Cześć, Marco. –powiedziałam nieśmiało opuszczając zaplecze sklepu. Przedzierając się przez jeszcze większy tłum kibiców niż przedtem wydostałam się na zewnątrz.

Postanowiłam przejść się kawałek by pobyć na świeżym powietrzu a jednocześnie poznać nowy obszar miasta. Doszłam do wniosku, że potrzebowałam Ann. Porozmawiać, choćby o dekoracjach do nowego domu i rozmiarze kafli łazienkowych.






***



-Rose! W sam raz na obiad.-przywitała mnie z uśmiechem Ann. Wchodząc do salonu od razu zobaczyłam rozłożonego leniwie na moim chwilowym łóżku, z zamkniętymi oczami i opartymi nogami o zagłówek kanapy Mario.
-I jak, zmęczyło się?
-Troszeczkę. A ty? Spacer? –zapytał nawet na mnie nie spoglądając. 
-Powiedzmy. –uśmiechnęłam się słabo myśląc o dzisiejszym wieczorze. Podeszłam do moich siatek ustawionych w kącie salonu, do których miałam zamiar przełożyć t-shirt Marco. Moment, kiedy koszulka była już prawie w jednej z toreb usłyszałam głos Mario. Teraz pewnie będzie mnie ciągnął za język.

-Kupiłaś koszulkę? Mogłem ci załatwić..
-Dostałam od Ann, uprzedziła cię.
-A to w porządku. Oczywiście z moim nazwiskiem?-dopytywał się i aż o wielki  podniósł się z kanapy by się do mnie pofatygować.
-Niestety.-wzruszyłam przepraszająco ramionami uśmiechając się lekko.
-Pokaż no…-odebrał ode mnie z ciekawością koszulkę i odwrócił na plecy spoglądając na nazwisko. Na jego twarzy pojawił się uśmiech, jednak zasępił się w jeden punkt. Nawet nie patrząc wiedziałam już jaki.  –Czy ja nie wiem o czymś o czym nie wiem?
-Możliwe.-uśmiechnęłam się szczerze.
-Nie chcesz, nie mów. I tak się dowiem. –stwierdził i poczłapał z powrotem na swoją kanapę. Z ciekawością jego nad wyraz spokojnego nastroju poszłam za nim i przysiadłam na wolnym kawałku koło jego nóg.

-Götze…
-Hmm?-mruknął uśmiechnięty przeciągając się.
-Nie zapytasz mnie?
-Mógłbym.
-Więc?
-Nie zapytam.
-Bo? –roześmiałam się widząc go takiego. Wczoraj wieczorem jeszcze udzielał mi poważnych rad, pomagał rozmową Marco a dziś??
-Bo wolę podręczyć Lamę.
-Lamę?-parsknęłam. A więc taką miał ksywkę. Już wiedziałam, że muszę wyciągnąć w najbliższym czasie od niego skąd to się wzięło.
-Lamę. Właściwie chyba już się ogarnęli w tym sklepie. –spojrzał otwierając jedno oko na ekran telefonu i wybrał na klawiaturze numer szybkiego wybierania do blondyna. Położył sobie telefon koło ucha i przekręcił się na bok tak, żeby urządzenie się nie zsunęło.
-Lama?-zaczął, co wywołało śmiech u mnie jak i u Ann, która właśnie zaczęła znosić talerze na obiad.
-Lama, Marco, co to za różnica. Jak tam chcesz. Jak randka z Rose?


-Ej, nie było żadnej…-próbowałam zaprzeczyć, jednak brunet zepchnął mnie szybko jednym ruchem nogi na ziemię. Ała!To bolało!


-No wiem, że się spotkaliście, wiem. Trudno by nie zauważyć.-ciągnął niczym filozof. Mimo dość mocno obolałej jednej części ciała chciało mi się okrutnie śmiać.
-Oj nie odwalam. To wy jakieś schadzki macie. A że prosto przed mediami… Najważniejsze jest niewidoczne dla kamer.
Odczekał jakiś czas słuchając zapewne kazania zirytowanego piłkarza. Pamiętając humor Marco, w którym go ostatnio widziałam mógłby być naprawdę zirytowany.
-Dobra, spokojnie. I wiem, że dla oczu jest w oryginale. Też cię kocham. I nie jestem pijany. Cieszę się waszym szczęściem.


-Kochanie, kończ już. –uśmiechnęła się Ann podchodząc do kanapy i przysiadła między jego łydkami. Ja skrzyżowałam nogi na podłodze i czekałam na dalszy rozwój sytuacji.


-A, nie ma szczęścia...-westchnął smutno i pokiwał głową wsłuchując się w rozmówcę.- No to co innego. To powodzenia, braciszku, muszę iść jeść, Ann woła.


-Dobrze, że nie mamusia. –roześmiała się modelka. –Chodź, Rose. Zanim on skończy i cokolwiek się wysłowi… Odkąd wrócił z treningu jest jak jakiś co najmniej naćpany. Wyślę go na spacer z Mase, żeby się dotlenił, a my dla ciebie coś wybierzemy. Ja też u siebie w szafie mam całkiem niezłą kolekcję. Część jest w kartonach, w nowym domu dopiero będzie garderoba, że wszystko pomieści.
-Dobra, zdaję się na twój gust. A jemu potwierdzam, przyda się spacer.


-No, papa, kochanie. Rób co chcesz. Jak będziesz chciał pogadać to dzwoń. Tylko nie jak będę jadł kolację. Paa!-zakończył rozmowę i odłożył telefon koło siebie.


-Ja ci dam „kochanie”. A teraz gadaj. –uśmiechnęła się chytrze Ann i usiadła okrakiem na jego udach. –Szczerzysz się jak mysz do sera, leżysz jak ta flądra na kanapie. Wkurzysz nawet Marco z anielską cierpliwością…
-Twój najwspanialszy, najmądrzejszy, najukochańszy, najprzystojniejszy, utalentowany, fantastyczny Mario… -zaczął i spojrzał na nas wyczekująco chcąc zbudować chwilę napięcia. –No to. Uwaga. Wasz wspaniały Mario dostał podwyżkę! –uśmiechnął się szeroko ukazując rządek bialutkich zębów. –Miejsce na fanfary.
-Chodź Rose, jemy ten obiad bo stygnie. –westchnęła obojętnie Ann i wstała z kanapy.
-Ale że jak…

Ann uśmiechnęła się w jednej chwili. Wręcz skoczyła na Mario i ucałowała go w oba policzki. Po mieszkaniu rozległ się donośny śmiech piłkarza, który oplótł mocno dłońmi swoją partnerkę.
-Gratuluję, kochanie. –uśmiechnęła się i musnęła delikatnie jego usta swoimi. Kiedy usiedli razem na kanapie i ja postanowiłam pogratulować brunetowi. Uściskałam go mocno i pocałowałam w policzek.

-No, drogie panie. Możecie mi podać obiadek na tacce i pilocik do telewizora. Zaraz zacznie się mecz.
-Sam rusz tyłek! –dźgnęła go palcem Ann i przewracając oczami wstała z miejsca. Poszłam w jej ślady i zajęłam miejsce przy stole.
-Ale ja dostałem podwyżkę!
-Więc chcesz żyć jak jaśnie król? O nie. Przypominam tylko, że masz jeszcze umywalkę do uszczelnienia. Zarzekałeś się, że potrafisz.
-Wiedźma. –westchnął. –Nie ma w tym świecie sprawiedliwości.



***



Wieczorem zaczęłyśmy przeszukiwać szafę Ann. Modelka miała naprawdę pokaźną liczbę sukienek. Przymierzałam je jednak z niechęcią. Nie miałam zupełnie głowy na imprezy, randki zwłaszcza, że z mojej głowy wciąż nie wychodził Marco, a serce mimo, że zaczynało odżywać wciąż było zrozpaczone po stracie Leona. Czasem naprawdę chciało mi się zacząć płakać z bezsilności, zagubienia i smutku. Nie rozumiem nawet czemu, ale zawsze myśl o piłkarzu i spotkanie go zawsze działała kojąco.

-Ja jestem za czarną. Będziesz wyglądać w niej zjawiskowo.
-Dobra, wezmę prysznic..
-Rose! –westchnęła Ann i nic nie mówiąc mnie przytuliła. –Uśmiechnij się. Wiem, że wiele cię spotkało ale może to będzie nowy początek nowego życia? Zaufaj André.
-Nie wiem, Ann..
-To po prostu spróbuj się dobrze bawić. Idź się przygotować i uśmiechnij się.
-Dobra, postaram się. –puściłam do niej oko i udałam się do łazienki.

Wzięłam orzeźwiający prysznic. Przeczesałam przypadkowo zmoczone końcówki, by było mniej pracy później przez to, że się pokręciły. Założyłam szlafrok Ann i przemknęłam do salonu po jeden z moich nowych zakupów. Victorio Secret, to twój dzień.

Biustonosz pięknie wykrojony, bardzo elegancki, na dole paska dookoła wykończony białymi kryształkami, szykowny..drogi. Ostatni fakt próbowałam zignorować na rzecz poprzednich. Mając ją na sobie czułam się naprawdę kobieco. Mimo to, że nikt jej nie zobaczy i nie pochwali, ja będę o tym wiedziała i czuła. To było wystarczające. Niby zwykła bielizna a klucz do dobrego humoru.  

Sukienka Ann była przepiękna. W talii miała delikatne czarne prześwity w kształcie trójkątów, dół w dużym rozkloszowaniu i z koronką, dekolt w miarę średniej wielkości w kształcie liter V, za to plecy w tym samym kształcie co dekolt tylko dużo bardziej wycięte. Dzięki temu idealnie odznaczały się świecące oczka biustonosza. Nie chciałam dokładać żadnych naszyjników. Ta sukienka sama w sobie wystarczała. Nic więcej nie potrzebowała. Na uszy jedynie pożyczyłam od Ann kolczyki sztyfty. Małe srebrne kuleczki. Prawie niewidoczne jednak kiedy zauważone to całkiem ładne.  Czarne szpilki z czerwoną podeszwą miały być dzisiaj w użyciu po raz drugi. Ann pomalowała mi też paznokcie na ciemnoczerwony kolor, by się wszystko idealnie komponowało. Zajęła się też moim makijażem. Miałam w tym do niej pełne zaufanie. Znała się na rzeczy i nikt nie miał prawa się z tym nie zgodzić.

Moje usta zostały podkreślone bordową pomadką, a powieki delikatnie przyciemnione przez jasnobrązowy cień, który wyglądał bardzo naturalnie. Rzęsy odznaczały się pomalowane trochę grubiej i odważniej tuszem. Włosy postanowiłyśmy zostawić rozpuszczone. Przeczesałyśmy je jeszcze i spryskałyśmy lakierem.

-No. Klasa. –uśmiechnęła się szeroko spoglądając na efekt końcowy swojej pracy. Przygotowywania zajęły nam przerażająco dużo czasu. Do mojego wyjścia została nam jedynie godzina. Nie zwróciłam uwagi, że na moim telefonie czeka jedna wiadomość. Przeciągnęłam palcem po wyświetlaczu i sprawdziłam. Przez moment łudziłam się, że jej nadawcą był Marco ale nadzieja szybko prysnęła.

„Właśnie oddałem auto do mechanika. Przyjadę po ciebie taksówką pół godziny wcześniej. O 19. Już nie mogę się doczekać! ;*”

Skrzywiłam się na widok ostatniej buźki. Miałam ochotę rzucić wszystko i usiąść pod kocem wyrzucając przed siebie tabliczkę z napisem „nie ma/ nie teraz/ potem/ idź sobie”
-Nie ma mowy, Ann! Nie idę!-tupnęłam niezadowolona moją szpilką. Szkoda jej, jednak naprawdę nie miałam najmniejszej ochoty.
-Oj nie daj się prosić. Wyglądasz zbyt pięknie żeby nie iść.-stwierdziła chowając pędzle do toaletki.
-Nie czuję nic do André. Nie chcę go ranić dając mu nadzieję.
-Jednym spotkaniem nie zrobisz mu nie wiadomo jakiej nadziei. A może ty coś poczujesz? My z Mario też dzisiaj wychodzimy na randkę, więc zostałabyś i tak sama w mieszkaniu.
-Z psem.
-Dobra, to masz wybór. Jednak spacer z Mase w tych szpilkach... Nie myśl, że pozwolę ci je zdjąć, wyglądasz w nich obłędnie.
-Idę. Dobra. Nie będę wymyślać. Będzie jak będzie.-westchnęłam bez większego przekonania. Wywołało to jednak zwycięski uśmiech i błysk w oku u Ann-Katrin.
-Cudownie. –uśmiechnęła się szeroko i podała mi czarną marynarkę i spakowaną już wcześniej kopertówkę. 
Włożyłam do niej telefon i opuściłam sypialnię dając się Ann przygotować do własnego wyjścia. Nie musiałam jej w niczym już pomagać, bo miała już wszystko przygotowane. W salonie siedział jeszcze nieprzyszykowany Mario. Na kanapie przed telewizorem, na zupełnym luzie.

-Panie o wielki z podwyżką, nie szykujesz się na randkę?
-Mam jeszcze czas. Oho! A ty za to wyglądasz niesamowicie. Ann mówiła o spotkaniu z André ale bardziej stawiałem na spotkanie „jeansy i t-shirt” a nie… No wow. Gdybym nie był z Ann i jej nie kochał to normalnie brałbym. –roześmiał się i poklepał miejsce koło siebie, żebym dołączyła.  Sama zaczęłam się śmiać. Czasem był naprawdę niewiarygodny.
-Dziękuję za komplement…chyba.
-Spoko. Ja tam zawsze chętny… Do prawienia komplementów oczywiście.
-Oczywiście. Kto gra?
-Bayern.
-Były klub. Tęsknisz?
-Nie tak jak tęskniłem za Borussią kiedy tam poszedłem. Mam tam bardziej znajomych niż przyjaciół. Tu miałem Marco, za nim najbardziej tęskniłem. Oddaliliśmy się od siebie przez ten czas trochę. Znaczy utrzymywaliśmy kontakt ale nie przyjeżdżaliśmy do siebie często. Mecze się mijały, a jak już nasze drużyny grały razem oboje mieliśmy kiepskie nastroje bo żadne nie chciało grać przeciw drugiemu. Ja miałem gorzej, bo nie tylko przyjaciel a cała drużyna.
-Już nie odejdziesz, prawda?
-Za nic. Chyba, że mnie na taczce wywiozą. –wyszczerzył się.
-Jeszcze raz gratuluję podwyżki. Tylko ty dostałeś czy wszyscy?
-Wszyscy. Watzke, prezes Borussii rozporządził wszystkimi finansami, bo dostaliśmy sporo z Ligi, za grę o Puchar…
-Dobrze, nie wymieniaj, i tak nie wiem co czym jest. –przerwałam mu ze śmiechem.
-Rozpiszę ci to kiedyś na kartce i cię nauczę. A jak Dortmund ci się podoba?
-Niewiele zwiedziłam ale to piękne miasto.
-Robimy jutro objazdówkę. Postanowione.
-Chętnie. Dziękuję.
-Żaden problem. A na którą się umówiłaś?
-Dziewiętna..-zaczęłam mówić, jednak dzwonek mojej komórki rozległ po salonie. Wyjęłam ją z torebki i odebrałam połączenie od André.

-Hej, jestem już pod blokiem. Wejść po ciebie?
-Nie, dziękuję. Już schodzę.
-Do zobaczenia!-odpowiedział radośnie i rozłączył się. Westchnęłam ciężko odkładając telefon na stolik. Obiecałam jednak sobie i Ann, że tam pójdę. Musiałam to zrobić i się przełamać. A przede wszystkim dobrze się bawić.

-Wychodzisz już?-zapytała wchodząc do salonu modelka. Ubrała zwykłe obciskające jeansy, w których jej nogi wyglądały fantastycznie i luźną, jedwabną bluzeczkę na ramiączkach.
-Tak. Przepięknie wyglądasz, Ann.
-Dzięki, ale to ty dziś jesteś królową wieczoru. Baw się dobrze. Weź może klucze.- poradziła i podała mi jeden pęk. –Jadę z Mario także mi nie będą potrzebne a lepiej żebyś nie dzwoniła o pierwszej w nocy jak będziemy spać…
-If you know what I mean! –dodał Mario uśmiechając się szeroko do swojej ukochanej. Ona z niedowierzaniem pokiwała głową jednak puściła buziaka mrugając do niego radośnie.On dzisiaj przechodził samego siebie.

-Dobra, dobra. Wezmę klucze, żeby wam nie przerywać..w czymkolwiek co będziecie robić. –zaśmiałam się i przytuliłam ich na pożegnanie.
-Baw się dobrze, Rosie. Ale bez szaleństw. I uważaj na André.
-Tak, tato. –uśmiechnęłam się do Götze i pomachałam parze kiedy już wychodziłam. Windą zjechałam na parter i wyszłam z klatki. Przed nią czekała na mnie kremowa Skoda, z której wysiadł André gdy tylko mnie zauważył. Na jego ustach zawitał szeroki uśmiech. Ubrany był w szare, materiałowe, przylegające spodnie, czarne adidasy i białą koszulę z podciągniętymi rękawami. Miałam wrażenie, że byłam zbyt bardzo wystrojona. Nie wiedziałam też jaki to miał być klub, choć jeśli mówił, że piłkarze tam bywają to z pewnością ekskluzywny. Nie chciałam popełniać jednej wielkiej modowej gafy, co było dość prawdopodobne.

-Wyglądasz oszałamiająco. Cieszę się, że cię widzę. Drugi raz jednego dnia, jak za pierwszym razem. –uśmiechnął się i przywitał mnie nachylając się i złożył delikatny pocałunek na moim policzku lekko zahaczając o kącik ust. Spięłam się lekko na ten gest.
-Ciebie też miło widzieć. –odpowiedziałam i wsiadłam do samochodu. Blondyn dołączył zaraz za mną.
-Na Emil-Moog-Platz poproszę. –powiedział do kierowcy i odwrócił się, żeby zapiąć swój pas. Sięgnęłam też po własny, myśląc, że może i on by chciał to zrobić by być blisko. Może i był dobrym przyjacielem ale był zbyt natarczywy chcąc być kimś więcej.
-Coś poważnego z twoim samochodem?
-Część od silnika się poluzowała i odpadła. Musieli go holować. Powinienem dostać samochód  z powrotem za trzy dni.
-To nie tak długo. –uśmiechnęłam się słabo i wyjrzałam przez okno.
-To prawda. Mogło być gorzej. Nie chcę być wścibski ale dlaczego nie mieszkasz już u Marco?
-Po prostu… Pokłóciliśmy się. –odpowiedziałam. Zastanawiałam się co by było, gdyby się dowiedział o całym ślubnym planie Reusa.
-Achh…-westchnął. –Musiało być mocno. Marco rzadko się kłóci.
-Po prostu nie dogadaliśmy się. Tak się zdarza. Możemy zmienić temat?
-Pewnie, przepraszam. Będziesz chciała iść do restauracji?
-Nie, dziękuję. Tam gdzie jedziemy nie ma żadnych przekąsek?-zapytałam. Żałowałam, że nie zjadłam nic poza obiadem. W prawdzie byłam głodna i to szalenie ale chyba będąc z nim nie przełknęłabym nic a nic.
-Tak, coś na pewno będzie. Zaraz dotrzemy na miejsce.
-W porządku. –westchnęłam i zasępiłam się w wieczorną panoramę miasta. Na ulicach było pełno młodych ludzi. Siedzący w restauracjach albo idący do klubów. Zaczęłam przyglądać się strojom dziewczyn i przyznałam sama sobie, że wyglądam jak pajac. I będę wyglądać. Ann, coś ty mi kazała na siebie włożyć?!

Kiedy stanęliśmy pod bardzo nowoczesnym budynkiem André zapłacił taksówkarzowi za przejazd. Pomógł mi wysiąść z samochodu. Moim oczom ukazała się naprawdę długa kolejka do klubu. Ochroniarze sprawdzali dokładnie wszystkich. Niektóre dziewczyny były ubrane prawie klaunowato jak ja, inne typowo zdzirowato-makijaż nadający się zaledwie do zeskrobania szpachelką, spódnice i dekolty, które bardziej odsłaniały niż zasłaniały.
André złapał mnie za rękę i pociągnął do drugiej, pustej bramki. Ochroniarz tyko na niego zerknął i od razu wpuścił nas do środka. Przeszliśmy przez ciemny korytarz mijając po drodze szatnie. Nie weszliśmy jednak głównym wejściem do klubu. Piłkarz pokazał jakiś bilet ochroniarzowi, który wpuścił nas na schody prowadzące w dół.
-Strefa VIP. Mniej dzika, bardziej bezpieczna. –uśmiechnął się i poprowadził nas do stolików ustawionych lekko na uboczu, oddzielonych od normalnej imprezy. DJ grał w miarę głośno najnowsze hity a zgromadzeni tłumnie ludzie na parkiecie pogrążeni w tańcu zachowywali się jak niewidzący świata ich otaczającego.

-Coś państwu podać?-zjawił się koło nas kelner w klubowym uniformie.
-Ja piwo poproszę, a ty Rose?
-A macie w ofercie coś do jedzenia?
-Niestety nie.-odpowiedział kelner notując zamówienie André w notesie. Miałam nadzieję, że nie usłyszał mojego burknięcia brzucha. Bywał czasem uporczywy i potrafił głośno o sobie dawać znać stawiając mnie przez to w niezręcznych sytuacjach. Trochę jak orka podczas okresu godowego.
-W takim razie Mojito może być. Podwójne.
-W porządku. Zaraz przyniosę.
-Dziękujemy. –odpowiedział blondyn po czym wlepił swój wzrok na mnie. Moja irytacja wzrastała. Zaczęłam marzyć, by ten wieczór się skończył. Zaczęłam stukać palcami o powierzchnię drugiej dłoni.
-Mogę zapytać skąd pierścionek?
-Od przyjaciela, który zginął tamtego dnia… –odpowiedziałam krótko. Super, jeszcze poczucie winy, że zamiast uszanować czas, po którym zginęła najbliższa mi osoba spędzam w klubie. Pomijam wypad do innego klubu jeszcze tego samego dnia, jednak wtedy zbyt dużo się wydarzyło, ja się załamałam i tak czasem się dzieje. Dziś jednak nie mogłam znaleźć nawet najgłupszej wymówki na swoje wytłumaczenie.

-Ach tak, przykro mi. Jednak..przepraszam, że tak zapytam wprost, jesteś wolna?
-Tak, ale nie mam ochoty teraz bawić się w związki.
-W porządku. –kiwnął głową ze zrozumieniem jednak w jego oczach mogłam zauważyć cień zawodu. –Zatańczmy zanim przyniosą zamówienie.-nie czekając na odpowiedź wstał od stołu, złapał mnie za rękę i poprowadził na parkiet. Położył dłonie w moim pasie i zaczęliśmy się poruszać w rytm muzyki. Zupełnie nie mój gatunek, nie mój rytm. Porażka tego wieczoru musiała być zapisana w gwiazdach.

W tłumie ciał było okropnie gorąco. Ja sama jednak nie chciałam zdejmować marynarki i odkrywać ciała. Biedny André by jeszcze dostał sprzeczny sygnał. Zawdzięczałam mu wiele… Zwłaszcza to, że pomógł mi w ucieczce i zabrał mnie do Marco. Ciekawiło mnie co blondyn właśnie robi. Może jadł kolację, grał w Fifę, co podobno wszyscy piłkarze kochają. Może poszedł do Yvonne, za którą tęskniłam. Bałam się jednak do niej zadzwonić. Nie wiedziałam zupełnie co miałabym jej powiedzieć.


Drink, którego dostałam był na tyle palący w gardło, że nie chciałam już na dziś żadnego. Czas leciał dość szybko. Przetańczyłam z André kilka piosenek. Kiedy poszedł do toalety zostałam porwana w ręce innych mężczyzn jednak nie przeszkadzało mi to. Dostawałam propozycje drinków jednak odmawiałam, dostawałam też propozycje…Na które zwłaszcza odmawiałam i uciekałam od takich osób. Musiałam naprawdę niestosownie wyglądać. 
Poszłam odpocząć na kanapy ustawione na podwyższeniu w rogu sali. Przeczekałam tam chwilę aż odsapnę i zaczęłam badać czy wszystko było ze mną w porządku. Byłam trzeźwa. Bolała mnie głowa od hałasu. Byłam głodna i rozdrażniona. Mój makijaż możliwe, że spływał wraz z potem.
Poszłam do łazienki. Kiedy przed lustrem myłam ręce spojrzałam na swój makijaż i faktycznie pozostawało sporo do życzenia. Wzięłam ręcznik papierowy i lekko go nawilżyłam wodą. Otarłam delikatnie czoło i nos. Z torebki wyjęłam szminkę, żeby poprawić rozmazane przez picie drinka usta. Ann ostrzegała, że pomadka bardzo łatwo schodzi. Ale kolor był tak piękny, że był tego warty. Efekt był zadziwiająco dobry. Przeczesałam zwilżoną, miniaturową szczotką włosy, które się rozczochrały i naelektryzowane latały w każdym możliwym kierunku.

Kiedy szłam znów w kierunku kanap zobaczyłam w tłumie tańczących André z płomiennowłosą kobietą. Jedną rękę prawie kładł jej na pośladkach, w drugiej trzymał szklankę z piwem. Kolejną. Nie zabraniałam mu, miałam nadzieję, że wie co robi.
Usiadłam na kanapę opierając głowę na zagłówek starając się nie skupiać na głośnym dudnieniu i śpiewach ludzi. Nie wychodziło to tak jak zakładałam. Pulsujący ból głowy nasilał się. Musiałam przedostać się do André i powiedzieć mu, że wychodzę. Chciałam sięgnąć do torebki po telefon, by sprawdzić godzinę jednak poczułam na sobie czyjś intensywny wzrok. I tym razem miałam nadzieję, że naprawdę należy do tej osoby, do której chciałabym by należał. Podniosłam ostrożnie głowę i zatopiłam się od razu w błękitno-zielono-złotych oczach Marco, które w półciemności wyglądały naprawdę mistycznie, pięknie… Nie miałam pojęcia ile mogło to trwać. On jednak pierwszy przerwał tę chwilę.

-Przykro mi, że muszę przerwać ci w wybornej zabawie jednak zabieram cię stąd. –oznajmił i wyciągnął do mnie swoją dłoń. Uśmiechnęłam się nieznacznie. Nie wiedziałam czy odnotował poprawę mojego humoru. Jego wyraz twarzy nic nie zdradzał. Nagle w mojej głowie pojawił się strach. Nie wiedziałam o czym chce ze mną porozmawiać. Bałam się, że może mnie naprawdę zranić.  Nie myśląc zbyt wiele ujęłam jego dłoń. Postanowiłam cieszyć się każdą chwilą z nim spędzaną nawet, jeśli ten czas miałby być naszym ostatnim wspólnie spędzonym zakończonym pożegnaniem. Ratujmy ten wieczór.

-Masz wszystko ze sobą?-zapytał obejmując mnie w talii dłonią gdy schodziłam ze schodów. Czułam się jak królewna.
-Tak, muszę tylko powiedzieć André, że wychodzę.
-Ochroniarz przekaże. Poczekaj.

Przed wejściem na schody do góry Marco podszedł do ochroniarza opierającego się o ścianę i obserwującego tłum. Przekazał mu coś, mężczyzna w odpowiedzi kiwnął porozumiewawczo głową.

-W porządku, możemy iść. Nie musisz się martwić.
-Dziękuję. –odpowiedziałam. Przeszliśmy schodami do góry a potem korytarzem w stronę wyjścia. Blisko klubu zaparkowany stał czarny Aston Martin. Na sam jego widok miałam ochotę się uśmiechać. Na sam widok Marco miałam ochotę się uśmiechać. Kiedy stanęliśmy przy samochodzie zupełnie spontanicznie odwróciłam się do niego i wyznałam:

-Cieszę się, że cię widzę. Nie wiem jeszcze po co przyjechałeś ale cieszę się.
On kiwnął głową a w jego oczach błysnęła radosna iskierka. Nie zdradził tego miną, ani uśmiechem. Ja jednak to widziałam a moje serce delikatnie przyspieszyło pulsu. Szczęśliwa, zapominając o troskach wsiadłam do pojazdu. Wyciągnęłam nogi na tyle ile mogłam i zaczekałam póki nie dołączy do mnie. On usiadł chwilę później i włączył silnik.

-Mogę ci zadać osobiste pytanie?-zapytał z uśmiechem włączając się do ruchu, choć ruchem tego nazwać nie można było. Bardziej brakiem ruchu. Puste ulice, gdzieniegdzie jedynie przechodziła garstka osób.
-Rose?-powtórzył zerkając na mnie.
-Ach tak, przepraszam, zamyśliłam się. Możesz.
-Dobrze, więc.. Czy wypiłaś więcej niż trzy drinki?-uśmiechnął się. Ten uśmiech uwielbiałam. Mógł robić to naprawdę częściej. Poza tym..Pamiętał o tak niewielkiej i nieważnej rzeczy.
-Wypiłam tylko jeden. Nawet nie do końca.
-To w porządku.
-A teraz ja mogę ci zadać osobiste pytanie?
-Nie. –odpowiedział twardo. Zbiło mnie to z tropu. Oparłam głowę na zagłówku i odwróciłam spojrzenie w kierunku szyby. Ciszę przerwał jego śmiech. Zaraźliwy śmiech.
-Przepraszam, byłem ciekaw twojej miny.
-A ty ile wypiłeś?
-Nic.
-Zachowujesz się jak pijany.
-Po prostu w tym momencie szczęśliwy.
-To dobrze. –odparłam i znów zaczęłam obserwować jego dłonie na kierownicy. Nie wiadomo dlaczego były bardzo interesujące. Był szczęśliwy. Ze względu na mnie? Nie zdawałam sobie nawet sprawy jak bardzo chciałam, żeby tak było. Po kilkunastu minutach zaparkowaliśmy na prawie pustym parkingu.

-Gdzie jesteśmy?-zapytałam, gdy silnik zgasł.
-Zaraz zobaczysz. Musimy się chwilę przejść.

Nic więcej nie mówiąc wysiadł z samochodu. Naprawdę szybko zjawił się koło mnie i otworzył przede mną drzwi. Ujmując jego dłoń wysiadłam z samochodu. Szpilki dawały mi trochę w kość jednak wolałam nie grymasić. Spacer, choćby nawet krótki będzie wyjątkowy. I choćbym miała miliard bąbli poszłabym. Bo mi na nim zależało. I to coraz mocniej.

Nacisnął przycisk na kluczykach, by zamknąć pojazd. Nie puszczając mojej dłoni ruszył przed siebie. Park. Przez jakieś nieznane mi dotąd wejście przeszliśmy od razu do tylnej jego części. O tej porze był niezwykle tajemniczy a zarazem romantyczny. Drzewa rzucające cienie przez światło księżyca, dźwięk rzeki w tle i pełno kwitnących kwiatów. Dotarliśmy na dobrze znany mi most, gdzie ostatni raz się rozstaliśmy. Moje serce zaczęło walić jak oszalałe, a oddech przyspieszył o kilkanaście sekund. On na chwilę zszedł z mostu zostawiając mnie tam i podszedł do klombu lilii znajdujących się niedaleko wody. Stamtąd wziął bukiet pięciu czerwonych róż przewiązanych wstążką. Podszedł do mnie i spojrzał się prosto w oczy. Światło księżyca padało na jego twarz. Śledziłam każdy jego kawałek skóry, każdą zmarszczkę, a przede wszystkim oczy, które odbijały jasny księżyc i błyszczały przepiękną zielenią.

-Na początku chciałbym cię przeprosić. –wyznał. Ja niczym w amoku nic nie odpowiadając odebrałam od niego kwiaty. –Teraz chciałbym ci powiedzieć, że przemyślałem sprawę odnośnie małżeństwa i zmuszanie cię do tego było co najmniej nieludzkie. Wiem, że nie byłem względem ciebie uczciwy ani dobry. Chciałbym, żebyś mi kiedyś wybaczyła. Sprzedałem dom, w którym mieszkałem ze Scarlett, więc zostało mi jeszcze mieszkanie na Phoenix. Mieszkanie z tobą na dłuższą metę nie wyszłoby. Z wielu powodów. Dlatego uzgodniłem z Mario, że możesz u niego mieszkać. Sam kupię też mieszkanie dla ciebie, bo nie chcę zostawiać cię samej w wielkim mieście z wieloma problemami. Zależy mi na tobie. Uważam, że powinnaś znaleźć swoje życie, swoją drogę. Z daleka ode mnie. Czasem naprawdę cię pragnę do stopnia, że nie umiem się powstrzymać. Chociażby w pieprzonej windzie. Nie wyszłaby nam przyjaźń. Pogodziłem się z tym. Zanim podjąłem tą decyzję pojechałem do rodziców i powiedziałem im wszystko co czuję. Oni dali mi kilka słusznych argumentów nie oceniając mnie… Chciałbym, żebyś i ty tego nie robiła. Nie jestem taki jakim się wydaje. Mam uczucia jak każdy człowiek… Jeśli i tobie na mnie zależy i chcesz być…w moim życiu niestety zostaje tylko jedno wyjście. Na rok. Możesz zmienić na pół. Wiem, że możesz mieć na mnie wpływ. Jeśli jednak wolisz rozpocząć nowe życie postaram się, by zagwarantować ci na start wszystko co najlepsze.

Słuchałam tego wszystkiego co mówił. Musiałam złapać się poręczy mostu by nie stracić równowagi. W głowie miałam zupełny mętlik. Próbowałam zapamiętać i rozważyć wszystko co mi powiedział, jego zachowanie, uczucia… Do cholery, nie poddawał się. On chciał się zmienić. Przecież to w południe powiedziałam mu, że nigdy nie jest za późno. Mimo złości, może nawet zazdrości mu się udało. Miałam wybór.








~~~

Trochę długi. 16 stron Worda i od razu uprzedzam, kolejny liczy tyle samo.. Ale mam nadzieję, że nie pośniecie.
Martwi mnie fakt drastycznego spadku liczby komentarzy. Zaczęłam się zastanawiać co jest tego kwestią, czy wina leży po mojej stronie czy może powinnam też coś poprawić? Wasza opinia jest dla mnie ogromnie ważna, nawet najkrótsza kropeczka daje znać, że ktoś tu jest i czyta i nie publikuję tego sama dla siebie..

I znów polsatowskie zakończenie, w ramach rekompensaty stwierdziłam, że wstawię tu zrobionego przeze mnie "mema"..Bardzo proszę o dystans, nie ma na celu nikogo urazić, bo sama uwielbiam Mario..:)
Takim więc akcentem kończę.. Za tydzień się coś rozwiąże, coś pokomplikuję..nie zdradzam, jestem ciekawa Waszych podejrzeń! I zapraszam do komentowania bo to ogromnie motywuje!❤
Buziaki! xx